Witajcie! Po pierwsze chciałabym podziękować za tak ciepłe przyjęcie najnowszego rozdziału. Gościom, którzy skomentowali szerze dziękuję i odpowiadam. Wszyscy pytali mnie czy pojawienie się Remusa w śnie Bryony ma jakieś znaczenie, czy coś sobie zrobił gdy usłyszał o "śmierci" dziewczyny? Cóż, to był tylko sen. Bryony śniła, a Remus był wytworem jej podświadomości. Tyle na razie mogę powiedzieć. Przepraszam, że ciężko to wywnioskować z rozdziału i spróbuję to poprawić. A na razie, prezentuję rozdział 4.

Rozdział 4

Harry nie wiedział co powiedzieć. Oto stała przed nim dziewczyna starsza od niego zaledwie o rok, o której wiedział, że jest jego matką. A on nie miał najmniejszego pojęcia jak się zachować. Mógł tylko stać i patrzeć na nią, jak powoli schodziła ze schodów i kroczyła w jego stronę, piękniejsza niż we wspomnieniach, które oglądał, mimo przeżyć z ostatnich kilku dni.

Tak, Bryony była śliczna. Mimo niedawno zaleczonych ran, których ślady jeszcze widniały na jej ciele dalej wyglądała jak gwiazda filmowa. Niewielkiego wzrostu, sięgała mu zaledwie do ramienia i filigranowej przypominała bardziej porcelanową lalkę niż prawdziwą dziewczynę. Szczególnie, biorąc pod uwagę bladość jej twarzy i lekko spowolnione ruchy. Straciła dużo krwi, a Hermiona nie dysponowała w tym momencie eliksirami uzupełniającymi w takiej ilości by nimi szastać. Dlatego panna Evans musiała musiała sama odzyskać siły. Ale nawet wyczerpanie nie potrafiło zagłuszyć jej urody. Miała regularne rysy, wąski, nieco zadarty nos i zielone oczy w kształcie migdałów, takie same jak jego własne. Jej pełne usta drżały lekko gdy oczekiwała odpowiedzi na swoje pytanie. Długie, rude włosy, sięgające do połowy pleców prezentowały by się wspaniale gdyby nie były splątane i pozlepiane wyschniętą krwią.

Potknęła się o ostatni stopień i Harry rzucił się ją złapać. Wpadła w jego ramiona i dwie pary zielonych oczu spotkały się na chwilę. Palce Bryony zacisnęły się na jego ramionach, jakby tylko on trzymał ją w pionie.

-Jesteś Harrym – szepnęła zbyt słaba lub zszokowana by się ruszyć. – Moim Harrym. Moim synem.

Patrzyła na niego z uwielbieniem z jakim matka powinna patrzeć na swoje dziecko, jakby był ósmym cudem świata. Łzy, które powstrzymywała lśniły w jej oczach. Harry zarumienił się i odsunął od niej, uprzednio pomagając jej stanąć pewniej..

-Raczej będzie – wtrąciła Hermiona racjonalnie, podnosząc się ze swojego miejsca i podchodząc do nich. – Za jakieś osiemnaście lat.

Powietrze uciekło z płuc Bryony. Objęła się ramionami. Wyglądała na zupełnie zagubioną i Harry miał ochotę ją przytulić. Powstrzymał się jednak, nie wiedząc jak zareaguje.

-Znasz prawdę? – spytała słabo, acz spokojnie. Harry przytaknął szybko, nie chcąc pozostawiać jej w niepewności.

-Zostawiłaś mi swoje wspomnienia – odparł słowem tłumaczenia. Ciarki przebiegły mu po plecach na myśl o strasznych scenach, których był niechętnym świadkiem.

-Zostawiłam – skinęła głową. Wiedział, że zaraz połączy wskazówki i zrozumie wszystko. Mógł tylko patrzeć jak Bryony zaciska mocno powieki uświadomiwszy sobie prawdę. Na jej twarzy malował się ból. – Miałam tam umrzeć, prawda?

Cień przebiegł przez twarz Harry'ego.

-Umarłaś – mruknął spuszczając wzrok, jakby na podłodze znajdowało się coś bardzo interesującego. – W naszej czasoprzestrzeni Śmierciożercy dopadli cię w Cardigan i zabrali gdzieś, nie wiem gdzie. Przez cztery dni byłaś torturowana, ale nie powiedziałaś im nic. A potem…

Głos mu się załamał, gdy wspomniał jej martwe oczy, ślepo patrzące w sufit.. Te same oczy, które teraz śledziły go z troską, gdy miotał się po części głównej namiotu. Nagle poczuł na ramieniu dłoń Hermiony i napięcie z miejsca go opuściło, dając miejsce zmęczeniu. Godziny bez snu spędzone na czuwaniu przy łóżku matki zaczynały mu doskwierać. Zatrzymał się i zerknął na przyjaciółkę.

-To się nie wydarzy – szepnęła mu do ucha. Nie mógł się nie uśmiechnąć.

-Dwudziestego grudnia aurorzy znaleźli twoje ciało – dokończył wreszcie oddychając głęboko i przeciągając oboma dłońmi przez włosy. Bree zbladła.

-Ale tym razem nie będzie ciała – mruknęła pod nosem. Zakryła twarz dłonią i powoli opadła na zwolnione przez Harry'ego krzesło. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Harry nie wiedział co powiedzieć. Hermiona czuła, że przeszkadza w tej rodzinnej scenie. Bryony natomiast próbowała przyswoić wszystkie informacje i pogodzić się z obecną sytuacją. – Będzie za to dużo krwi…

Wszyscy wiedzieli do jakich konkluzji doprowadzić mogło Zakon takie znalezisko. To było trudne już dla Harry'ego i Hermiony, którzy znali obecnych członków organizacji w swoim czasie, jako mentorów, a co dopiero dla Bryony. Cała jej rodzina pracowała dla Zakonu. Siostra, szwagier, przyjaciele i znajomi. Remus. Ci wszyscy ludzie mieli myśleć, że dziewczyna nie żyje. Mieli cierpieć, robić sobie wyrzuty. Podczas gdy ona będzie cała i zdrowa, choć nie na długo, jeśli postanowi pomóc im w wykonaniu planu, opracowanego przez ostatnie dni.

Harry przeciągnął dłonią po twarzy.

-Musimy im powiedzieć – szepnęła Bryony z rozpaczą w głosie, ukrywając twarz w dłoniach. Cała się trzęsła. Wreszcie opuściła ręce i wsparła łokcie na kolanach. – Boże, co musi czuć Lily. I James. Re…

Urwała w pół słowa i zapatrzyła się w ścianę namiotu na lewo. Jej twarz ukryły rude włosy. Harry nie wiedział co robić. Niby była jego matką, ale nie miał pojęcia jak zachowywać się w jej towarzystwie.

-Nie możemy – odparła Hermiona współczując drugiej dziewczynie. – Póki Śmierciożercy myślą, że nie żyjesz, a zdrajca na pewno przekaże im tę radosną nowinę, jesteś bezpieczna. Nie będą cię szukać.

-Zdrajca? – Bryony była zdruzgotana – Czyli jednak to prawda… Kto? Czy możecie mi powiedzieć…

Przerwała i przygryzła wargę w zastanowieniu, jakby nie była pewna czy chce poznać prawdę. Parze zrobiło się jej żal. Wymienili spojrzenia i Hermiona wskazała Harry'emu głową by podszedł do Bryony i coś zrobił. Cokolwiek. Chłopak próbował przekazać jej spojrzeniem, że nie ma bladego pojęcia jak pocieszyć Bree, ale nie chciała tego słuchać. Mógł więc tylko westchnąć i ruszyć w stronę swojej matki.

-Potem – Harry z wahaniem położył jej dłoń na ramieniu – Na wszystko przyjdzie czas.

Świetnie zdawał sobie sprawę, że ta sytuacja nie była normalna i Bryony mogła potrzebować chwili by oswoić się z tą myślą. Dziwił się, że w ogóle zdecydowała się pozostać w tym samym pokoju co oni. Gdy na niego spojrzała w jej oczach malowało się całe cierpienie jakie odczuwała. Przez chwilę śledziła każdy szczegół jego twarzy. Skinęła mu głową by przysiadł obok niej na zydlu. Na pewno nie spodziewał się jej następnego pytania.

-Skąd rude włosy? – zastanowiła się na głos muskając opuszkami palców jego ryżą czuprynę.– Urodziłeś się blondynem. I jest coś takiego w twojej twarzy co przypomina mi…

-Jamesa Pottera, prawda? – wtrącił Harry z uśmiechem. – Tak, wiem. To dość długa historia.

-Czy wyglądam jakby mi się gdzieś spieszyło?


-Skąd pewność, że możecie cokolwiek zmienić? – spytała Bryony, gdy Harry i Hermiona skończyli swoją opowieść. Przemyślenie jej zostawiła sobie na później, gdy w głowie mniej jej będzie huczało. – Czytałam w „Skróconej historii czasu", że nie wolno bawić się przeszłością. Złe rzeczy spotykają tych…

-…którzy igrają z czasem – dokończyła za nią Hermiona z uśmiechem. – Tak, wiem. Nim w trzeciej klasie dostałam swój zmieniacz czasu profesor McGonagall wbiła mi to głowy. Ale my nie cofnęliśmy się w czasie. Myśmy cofnęli czas. A to zupełnie co innego.

-Nie rozumiem – wyznała Bryony, delikatnie przekrzywiając głowę. Hermiona przygryzła wargę.

-Kiedy cofasz się w czasie wykonujesz swego rodzaju pętlę. – zaczęła tłumaczyć, na bieżąco kombinując jak ująć w słowa swoją teorię. - Nagle znajdujesz się w dwóch miejscach naraz. Po raz drugi przeżywasz to samo. Ale w pewnym momencie twoje „młodsze ja" odczuje potrzebę cofnięcia się i znowu zostaniesz tylko ty. Równowaga zostanie zachowana. Dlatego nie wolno przenosić się o więcej niż dwadzieścia cztery godziny wstecz. A zobaczenie samego siebie jest zakazane.

-Ale Zwierciadło Sazcmafoc to nie zmieniacz czasu – wtrącił Harry. – Kryje się w nim o wiele potężniejsza magia. Założyciele nam to tłumaczyli. To nie my cofnęliśmy się w czasie, ale sam czas odmienił swój bieg i się cofnął. Nasza teraźniejszość, a twoja przyszłość nie istnieje. Sami możemy ją napisać, tak jak tylko chcemy.

-Sami w to nie wierzyliśmy – Hermiona zauważyła niepewną minę Bryony. – Ale potem…znaleźliśmy dowód.

-Widzisz – odezwał się ponownie Harry, nieco zakłopotany, trąc kark. - podczas bitwy ze Śmierciożercami, którzy cię zaatakowali stanąłem na czymś. Biegłem wtedy do ciebie i nie zwróciłem na to większej uwagi, ale Hermiona potem…

Zerknął na nią, spojrzeniem namawiając ją do kontynuowania. Dziewczyna westchnęła, ale podjęła opowieść.

-Znalazłam twoją różdżkę. Złamaną.

-Nie! – zawołała Bryony, mimowolnie zakrywając usta dłonią. Nie mogła w to uwierzyć. Tyle lat różdżka z drewna gruszy służyła jej wiernie, a teraz… Czy ten dzień mógł się stać gorszy?

-Bardzo mi przykro – mruknęła Hermiona posyłając jej współczujące spojrzenie. – Nie da się jej naprawić. Zostawiłam ją więc tam gdzie była, jako dowód twojej śmierci. Tyle tylko, że w naszej linii czasu to się nie wydarzyło, bo nie było Harry'ego, który mógłby na nią stanąć. Więc różdżka się nie złamała. Dumbledore włożył ją do szkatułki z twoimi wspomnieniami i całość oddał Harry'emu.

-A ja – dodał chłopak sięgając za pazuchę. – zacząłem wszędzie ją ze sobą nosić. W ten sposób czułem się jakby…bliżej ciebie? Nie wiem. W każdym razie, miałem ją przy sobie, gdy Zwierciadło przeniosło nas tutaj. Oto i ona.

To powiedziawszy wyciągnął z wewnętrznej kieszeni dwunasto i pół calową różdżkę, dobrze znaną Bryony. Dziewczyna wstrzymała oddech. Minione lata sprawiły, że drewno nieco ściemniało, ale była to ta sama, smukła różdżka, jakiej używała od wizyty na ulicy Pokątnej, gdy miała jedenaście lat.

-Proszę – Harry wyciągnął do niej rękę z przyrządem, rączką w stronę Bryony. Wahała się przez chwilę nim ujęła ją. Leżała w jej dłoni tak samo dobrze jak zawsze. Bree zalała znajoma fala magii. Westchnięcie wymknęło się z jej ust. Tak, to była jej różdżka. Jej własna. W ogóle nie odczuwała kilkunastu lat rozdzielenia. W końcu dla niej minęło tylko kilka dni.

-Niesamowite – szepnęła.

-Prawda? – roześmiała się Hermiona - Gdyby do naszej podróży odnosiły się prawa cofania się w czasie różdżka, którą teraz trzymasz w ręku byłaby pęknięta. Ale, jak widzisz nic jej się nie stało. Przyszłość nie istnieje. To my ją stworzymy.

-I zadbamy by była lepsza niż poprzednim razem – dodał poważnie Harry, a w jego oczach błysnęła stal. Bryony przyjrzała mu się uważnie. A potem, gdy zobaczyła to czego szukała od początku rozmowy, przytaknęła.

-Możecie na mnie liczyć.


Bryony kręciło się w głowie od nadmiaru informacji. Wysłuchała właśnie najbardziej nieprawdopodobnej historii w swoim życiu i co najważniejsze nie mogła jej zakwestionować. Musiała wierzyć, że była prawdziwa, bo nie dało się znaleźć argumentów przeciwko. To był jej syn Harry. I jego przyjaciółka Hermiona. Mieli po osiemnaście lat. Inaczej niż podróżą w czasie nie można było tego wytłumaczyć. W to, że po drodze do 1980 roku odwiedzili zamek między światami, miała problem uwierzyć. Ale czemu mieliby kłamać? Nie widziała powodu. Nie zastanawiając się nad tym kręciła w dłoni różdżką, kolejnym dowodem na prawdziwość ich słów.

Gdy tak stała na zewnątrz, przed wejściem do namiotu i patrzyła na obsypany śniegiem las czuła się niezwykle spokojnie. Po raz pierwszy od bardzo dawna miała czas po prostu poobserwować świat w ciszy. Najpierw był Hogwart, potem mieszkanie w tym samym domu co James Potter, a na koniec wojna. Jej życie pozbawione było ciszy. Aż do teraz. Obozowali w lesie, między drzewami wyższymi nawet niż te w Zakazanym Lesie. Otaczały ją grube pnie porośnięte szarym mchem. Na ziemi leżał śnieg, gęsty i świeży. Z bólem w sercu uświadomiła sobie, że musiał spaść tej samej nocy, której została zaatakowana. To miejsce nie było wcale tak daleko od Cardigan jak by chciała. Hermiona jednak zapewniała ją, że przy takich zaklęciach ochronnych nikt nie mógł ich tu znaleźć. Ani Śmierciożercy, ani nawet sam Voldemort. Nie mogła przyzwyczaić się do tego, że podróżnicy tak po prostu wymawiają imię najstraszliwszego czarodzieja wszechczasów. Jej nie potrafiło przejść przez gardło, choć Harry obiecywał, że się tym zajmą.

Westchnęła. Wspomnienia lat dawno minionych zdawały się ją dziś prześladować. Czasami wydawało jej się, że już nie potrafiła być tamtą wesołą, młodą dziewczyną sprzed narodzin Harry'ego. Dorosłe życie, choć takie krótkie, zmieniło ją nie do poznania. A najbliższe miesiące mogły przynieść jeszcze większą odmianę. Nie wiedziała nic na pewno, ale zauważyła jakieś tajemne spojrzenia między jej synem i jego przyjaciółką. Coś było na rzeczy, ale na razie nie chcieli jej o tym powiedzieć.

Zadrżała gdy powiew zimnego wiatru przeniknął przez jej sweter. Nosiła ubrania Hermiony, nieco niepasujące, mimo że usilnie próbowały je odpowiednio przetransmutować. Zwykłe dżinsy o dziwnym kroju i rozciągnięty, wełniany sweter narzucony w pośpiechu na koszulkę Harry'ego, której zwrotu odmówiła. Ale była zima i w tym rejonie, gdziekolwiek się znajdowali, temperatura spadała poniżej zera.

Ciepły koc opadł na jej ramiona i Bryony aż podskoczyła. Harry stał za nią i uśmiechał się nieśmiało. Musiało minąć sporo czasu by przyzwyczaiła się do jego nowych, rudych włosów i nieznajomych rysów. Gdy wyobrażała sobie jak będzie wyglądał jako dorosły, widziała drugiego Remusa, tylko z zielonymi oczami i jej uśmiechem. Obiecał jej, że kiedyś pokaże jej tą wersję zaklęcia.

-Jest zimno, a ty jesteś jeszcze słaba – zauważył, ciaśniej otulając ją kocem. Uśmiechnęła się w podzięce, wtulając się w ciepły materiał. Harry stanął obok niej i schował dłonie w kieszeniach. Po raz kolejny ciekawie przyjrzała się bliźnie w kształcie błyskawicy, widniejącej na jego czole. Kusiło ją by zapytać skąd się wzięła, ale podejrzewała, że odpowiedź będzie taka jak zawsze. Że to historia na później. Pozostawiła więc na razie tę sprawę w spokoju.

-Nie jestem ze szkła – odparła z delikatnym uśmiechem. – Twój wujek przekonał się o tym na własnej skórze.

-Wujek? – Harry chyba nie zrozumiał. Bryony roześmiała się na wspomnienie tamtych dni.

-James – wyjaśniła, zerkając na niego. Tylko dzięki temu zauważyła jak delikatnie potrząsa głową, jakby pozbywając się natarczywych myśli. – Pewnie już to wiesz, ale spędziłam w domu Lily i Jamesa ostatnie miesiące ciąży. Jim był bardzo podekscytowany, jeszcze nigdy nie miał kontaktu z ciężarną kobietą. Przez pierwsze tygodnie próbował wszystko za mnie robić. Gdyby mógł przywiązałby mnie do łóżka i nie pozwalał wychodzić!

Zachichotała. Harry dołączył do niej ze swoim głębokim, pięknym śmiechem, tak podobnym do śmiechu jego ojca. Na samą myśl o Nim mina Bryony zrzedła, a ramiona opadły nieco. Po raz kolejny spojrzała na swojego syna. Nawet z tymi nowymi rysami twarzy bardzo przypominał jej Remusa. Taka sama szczęka, identyczne, wysokie czoło.

Wiedziała, że prędzej czy później musi poruszyć ten temat z Harrym. A skoro odmawiano jej możliwości rozmów na inne tematy, takie jak wojna, pokonanie Sami-Wiecie-Kogo, czy Zakon. Odetchnęła głęboko.

-Harry – zaczęła z wahaniem. – Jeśli obejrzałeś wspomnienia, to wiesz… Musisz wiedzieć…Ja i twój ojciec…

-Wiem – chłopak skinął głową. Przez jego twarz przemknął dziwny grymas. – Moim ojcem jest Remus Lupin. Wilkołak. I jeden z najlepszych ludzi jakich znałem. Nauczył mnie więcej niż wszyscy profesorowie Obrony Przez Czarną Magią razem wzięci, a uwierz, miałem ich całkiem sporo.

Uśmiechał się gdy o tym mówił. Był to bardzo ładny uśmiech, choć niestety rzadki, jak jej się wydawało. Powinien częściej się uśmiechać. Postanowiła sprawić by tak się stał. W tym celu potrzebna jej była rozmowa sam na sam z Hermioną, może ona miała jakieś pomysły.

-Znałeś go? – spytała delikatnie. Podniósł na nią wzrok. W jego oczach zobaczyła smutek. Jakaś mroczna historia kryła się za tym spojrzeniem, ale Bryony była zbyt zmęczona by dziś się o to dopytywać.

-Znałem – przytaknął zakładając ręce na piersi. Schylił głowę, głęboko zamyślony. – Mniej niż bym chciał, ale znałem. Nigdy nie dowiedział się, że jestem jego synem.

-Czy mógłbyś…opowiedzieć mi? – poprosiła ostrożnie, bojąc się, że odmówi – Nie tylko o Remusie. O całym swoim życiu. Chciałabym cię poznać... Jeśli mi pozwolisz oczywiście.

-Nie widzę przeszkód – odparł wzruszając ramionami – Ale może kiedy indziej. Teraz musisz odpocząć. I wejść do środka. Hermiona chyba by mnie zamordowała gdybym pozwolił ci się przeziębić.

-Hermiona co? – delikatnie szturchnęła go w bok. – Jesteście dość blisko.

To jak Harry się zarumienił znowu przypomniało jej Remusa. Chłopak zrobił się czerwony na całej twarzy, łącznie z uszami i Bryony nie mogła się powstrzymać przed wybuchem śmiechu.

-To nie tak! – zaprzeczył szybko jej syn, instynktownie sięgając ręką do włosów, gest jakże podobny do Jamesowego czochrania sobie czupryny by przyciągnąć uwagę Lily. – Hermiona to moja przyjaciółka. Jestem…byłem z Ginny.

-Ginny? – zdziwiła się Bree, przeszukując pamięć w poszukiwaniu dziecka znajomych, o takim imieniu. Sfrustrowała się nieco, gdy nikogo takiego nie znalazła.

-Jeszcze się nie urodziła – mruknął Harry pod nosem, cały czas trąc kark z zakłopotaniem. Bardzo nie odpowiadał mu ten temat i to sprawiało, że Bryony czerpała z niego podwójną satysfakcję. Czy nie to robią matki? Zadręczają swoje pociechy? Miała za mało praktyki, musiała się podciągnąć. Ale cóż, nikt nie mógł jej za to winić, była święcie przekonana, że do problemów damsko-męskich Harry'ego ma jeszcze czas. – Ginewra Weasley.

-Weasley?! – Bryony dobrze pamiętała opowieści braci Prewett o ich siostrze Molly, która wyszła za Artura Weasleya i doczekała się już sześciu synów. A ostatnio, podobno była w ciąży z kolejnym dzieckiem i cały czas błagała świat by tym razem urodziła się dziewczynka. Panna Evans zachichotała. – Najmłodsze Molly i Artura to dziewczynka?

Harry przytaknął nerwowo. Dopiero wtedy do Bryony dotarł pełen sens jego słów. Dziewczyna, którą kochał, jeszcze się nie narodziła! Jeśli kiedyś się spotkają będzie między nimi przepaść nie do pokonania. Gdy jest się młodym osiemnaście lat to ogromna różnica. Harry musiałby czekać na nią wiele lat, patrzeć jak dorasta, z dziewczynki stając się młodą kobietą. To stawiało go w jakim dziwnym świetle. Zakładając oczywiście, że jej syn chciał kontynuować tę znajomość.

-Och Harry – szepnęła, przysuwając się do niego i obejmując go ramieniem, tak że koc okrył ich oboje. – Strasznie mi przykro! Gdybym tylko wiedziała… Nie zaczynałabym tego tematu!

-To nie twoja wina – mruknął chłopak, unosząc lekko kącik ust w cieniu uśmiechu. – Skąd miałaś wiedzieć? A Ginny i ja… dopóki jest szczęśliwa, nie przeszkadza mi to.

Zaśmiał się krótko widząc jej sceptyczną minę.

- Naprawdę. Już w naszym czasie nie było między nami tak jak być powinno. Wiele straciła podczas wojny, a ja… nie potrafiłem jej pomóc. Patrzenie na jej szczęście wynagrodzi mi wszystko, nawet jeśli nigdy się nie zejdziemy.

Wystarczyły te dwa zdania by szacunek jakim Bryony darzyła tego prawie obcego chłopca znacznie wzrósł. Teraz była już pewna, że ten młody człowiek wiele przetrzymał i z całego serca pragnęła zostać, jeśli nie jego matką, to przynajmniej przyjaciółką. Bóg tylko raczył wiedzieć jak bardzo teraz potrzebował prawdziwych przyjaciół.

-Zmarzłaś – zauważył nagle, ujmując jej lodowato zimną dłoń w swoje ciepłe ręce – Chodź do środka. Hermiona powinna już kończyć z jedzeniem.

To powiedziawszy pociągnął ją za sobą do wnętrza namiotu. Nim jednak przekroczyli próg zatrzymał się na moment i odwrócił do niej. Obarczony problemami całego świata młody mężczyzna, zniknął na chwilę, ustępując miejsca psotnemu nastolatkowi, którym pewnie by był gdyby nie wojna. Teraz przypominał jej niezmiernie swego przybranego ojca. Gdyby nie rude włosy Bryony mogłaby przysiąc, że James Potter zajął miejsce poważnego Harry'ego. Oczy chłopaka lśniły od humoru.

-Tylko ostrzegam, jej kuchnia…nie zawsze nadaje się do jedzenia.