Wera: Cóż, może nie przez przypadek, ale spotkają się na pewno. A, i historię zna na razie nie całą, bo jak na razie Harry opowiedział jej tylko o Zwierciadle i Marmurowym Zamku. Opowieść o jego życiu i przygodach dopiero przed nią ;)
Humanożerca: Tempo staram się utrzymywać. Od ponad tygodnia w mojej szkole nic się nie działo, więc prosto po powrocie do domu siadałam do komputera. Inna historia Neville'a. Cóż, na tym etapie historii nie możemy wiedzieć, jakie są dokładnie zasady podróży przez Zwierciadło. Dopiero Założyciele wyjaśniają Harry'emu i Hermionie jak to dokładnie działa. Jeśli chodzi o rozdział z punktu widzenia Voldemorta…nie myślałam o tym. Ale spróbuję.
Finflon: Dziękuję za komentarz. Harry i Hermiona na razie są zakochani w swoich odpowiednich Weasleyach. Ale ponieważ zostali w pewien sposób sami, w przeszłości nawzajem podtrzymują się na duchu. Co z tego wyniknie? Cóż, nie będę spoilerować.
Rozdział 5
Niestety miał rację. Hermiona nie potrafiłaby nic ugotować nawet gdyby od tego zależało jej życie. Bryony uważała to za niezwykle zabawne, szczególnie, że z ważeniem eliksirów panna Granger nie miała żądnych problemów. W każdym razie posiłek był okropny. Ale Bree i tak pochłonęła swoją porcję w zastraszającym tempie. Nie jadła w końcu od kilku dni, więc jej żarłoczność była uzasadniona, jeśli nie oczywista. Oprócz szybkiego wypełnienia żołądka, pospieszne jedzenie miało tę inne plusy. Krócej czuła tet okropny smak. Harry natomiast, który nie był nawet w połowie tak głodny jak ona, męczył się ze swoją częścią jeszcze długo po tym jak ona skończyła i umyła misję. Bryony nie mogła patrzeć na cierpienia chłopaka, dlatego postanowiła sobie, że od jutra sama zajmie się gotowaniem.
W końcu Hermiona zlitowała się nad nim i odebrała mu w połowie opróżnioną miskę, ignorując jego słabe protesty. Wyraz ulgi na jego twarzy, gdy tylko odwróciła się by odstawić naczynia mówił sam za siebie. Po chwili dziewczyna wróciła z herbatą dla wszystkich, na lewitującej grzecznie tacy. Przez jakiś czas siedzieli wszyscy w kompletnej ciszy, sącząc powoli gorący napój. Każdy zatopił się we własnych myślach.
Bryony wędrowała świadomości po dalekich miejscach, tam gdzie była jej rodzina. Harry, jej mały Harry. Jakże inny niż ten dorosły chłopak. Do Lily i Jamesa, na których spadła odpowiedzialność za jej syna. Do Syriusza, pełnego chęci zemsty. Do Remusa…nie potrafiła wyobrazić sobie jego reakcji. Czy żałował jej? Chociaż trochę? A może Lunatyk już znalazł jej następczynię? Myślenie o tym bolało, ale wiedziała, że musi być realistką. Wyraził się wystarczająco jasno by straciła wszelkie złudzenia. „I żyli długo i szczęśliwie" po prostu się do nich nie odnosiło.
Nie, nie mogła teraz o tym myśleć. Przez tyle miesięcy udawało jej się tego uniknąć i teraz nie zamierzała ulec. Nie w tym momencie. Potrząsnęła głową by się przebudzić i powrócić do rzeczywistości. Musiała się czymś zająć i to teraz, już. A jak lepiej zapomnieć o złamanym sercu niż udać się na niebezpieczną misję? Mogła się założyć, że właśnie coś takiego planowali Harry i Hermiona. Zignorowała cichutki głosik, który przypominał jej jak się skończyła ostatnia próba zagłuszenia bólu adrenaliną. Odchrząknęła.
-No i co teraz? – spytała patrząc w oczy swego syna. Para wymieniła spojrzenia. – Wiem, że macie jakiś plan.
-Chcemy – odezwała się w końcu dziewczyna z westchnieniem – żebyś skontaktowała się z Dumbledorem. Myśleliśmy, że poradzimy sobie bez jego pomocy, ale nie mamy pojęcia jak to zrobić. Nam by nie uwierzył gdybyśmy zaproponowali mu spotkanie, ale ciebie posłucha. Wystarczy, że wyślesz do niego patronusa.
„Nieprawda" pomyślała Bryony. „Mój patronus o niczym nie świadczy i Dumbledore będzie o tym wiedział. Mogłam być przecież pod działaniem Imperiusa." Przez krótką chwilę przemknęło jej przez głowę, że to wszystko mogło stanowić część jakiegoś szalonego spisku mającego na celu wyciagnięcie dyrektora Hogwartu ze szkoły i w jakieś ustronne miejsce. Ale potem spojrzenia jej i Harry'ego spotkały się i wszelkie jej lęki wyparowały. To był jej syn, czuła to. Magia w jego krwi przemawiała do jej własnej, jak tylko u członków tej samej rodziny potrafi. Więź między nimi była silniejsza nawet niż między nią, a Lily. Dlatego na głos powiedziała tylko:
-Nawet jeśli mnie wysłucha i zdecyduje się z wami spotkać, nie możemy mieć pewności, że wam uwierzy.
-Nie jeśli – tu Harry uśmiechnął się szelmowsko, całkiem jak jego ojciec po zaplanowaniu szczególnie zmyślnego dowcipu – tylko gdy. Bo na pewno przyjdzie jeśli powiesz mu, że tego by chciała Ariana.
Po raz kolejny przy rozmowie z tą dwójką Bryony poczuła się zagubiona. Kim do cholery była Ariana i co miała wspólnego z Albusem Dubledorem?
-Kolejna skomplikowana historia – wyjaśnił Harry, widząc pewnie wyraz jej twarzy. Nic jej to nie pomogło, ale dało nadzieję, że kiedyś uda jej się wyciągnąć od niego prawdę.
-Dubledore będzie chciał się dowiedzieć skąd o niej wiemy i przyjdzie – dokończyła Hermiona z triumfalnym uśmiechem. – A wtedy pokażemy mu swoje wspomnienia i jeśli po tym na m nie uwierzy, to już nie wiem kiedy.
Bryony przytaknęła. Plan brzmiał sensownie. Coś jej mówiło, że panna Granger tworzyła tylko takie.
-Dobrze. – zgodziła się - Wyślę do niego patronusa. Ale co mam powiedzieć? – spytała spoglądając po nich.- I do czego potrzebujecie jego pomocy? Znaczy, domyślam się, żę zamierzacie wykorzystać informacje z przyszłości do pokonania Sami-Wiecie-Kogo. Ale jak? Zakon walczy z nim ponad dwa lata i właściwie nie ma efektów!
Jej towarzysze zerknęli na siebie. Hermiona położyła dłoń na kolanie Harry'ego, który westchnął. Bree zrozumiała, że to dla niego bardzo trudny temat i prawie pożałowała swego pytania. Ale było już za późno by je cofnąć, zachowała więc milczenie.
-Voldemort, czy raczej Tom Marvolo Riddle, bo tak się naprawdę nazywa, zawsze był opętany pragnieniem osiągnięcia nieśmiertelności – zaczął chłopak, tępo wpatrując się w podłogę – I by ją osiągnąć sięgnął do najczarniejszej magii. Istnieje sposób na oderwanie części swojej duszy i umieszczenie jej w jakimś przedmiocie, albo nawet…w osobie.
Zadrżał cały, a Hermiona objęła go troskliwie. Bryony, która sama chciałaby to zrobić, siedziała jak skamieniała.
-To bardzo bolesny proces, wymagający mordu z zimną krwią. Ale spełnia swoje zadanie. Nawet jeśli sam czarodziej zginie, jego część pozostanie w tym artefakcie, zwanym horkruksem.
-Sami-Wiecie-Kto ma horkuks – zrozumiała Bree z przerażeniem. Nie potrafiła sobie wyobrazić jak można zniżyć się do czegoś takiego. Potworność…
-Pięć – poprawił ja ponuro Harry. Zamarła i zakryła usta dłonią. Pięć. Pięć morderstw. Pięciu niewinnych ludzi, martwych by szaleniec mógł przeprowadzić swój chory zamysł. – A w naszym czasie było ich siedem, nie licząc samego Voldemorta. Z nim, osiem części tej samej osoby. By go pokonać trzeba zniszczyć wszystkie.
Determinacja zmieszana z bólem w jego głosie powiedziała jej wszystko co chciał pozostawić dla siebie. Nic nie mogło go powstrzymać przed wykonaniem tej misji, ani Śmierciożercy, ani nawet sam Voldemort. Był gotowy za to umrzeć.
Nie podejrzewała nawet jak blisko prawdy trafiła.
-Już raz to zrobiliście – stwierdziła, przypatrując się twarzy swego syna. Harry przytaknął powoli.
-Pierwszy to dziennik. – powiedział spokojnie – zwykła, czarna książeczka, w której zapisywał swoje przeżycia jeszcze w szkole. Stworzył go w wieku szesnastu lat, przy swoim pierwszym zabójstwie, popełnionym po prawdzie nie swoimi rękami, ale z jego rozkazu. W tym momencie powinien znajdować się w Dworze Malfoyów.
-Drugi, pierścień Marvolo Gaunta, jego dziadka. Historia rodu jest zbyt długa bym ją teraz przytoczył, ale spokojnie, przy najbliższej okazji wszystko ci wyjaśnię. W każdym razie Voldemort uczynił go horkruksem po zabiciu swego ojca, który porzucił go przed narodzeniem i dzadków. W naszych czasach ukryty był w chacie należącej do Marvola, teraz chyba też się tam znajduje.
-Pozostałe horkursy mają związek z Założycielami Hogwartu. Medalion Salazara Slytherina, ukryty w jaskini nad morzem. Czarka Helgi Hufflepuff, w posiadaniu rodu Lastrange i Diadem Roweny Ravenclaw, schowany w Hogwarcie, w Pokoju Życzeń. Chciał też zdobyć coś należącego do Gryffindora, ale mu się nie udało. Wszystko to potężne przedmioty, każdy miał wielką moc jeszcze zanim skażono je kawałkami duszy Voldemorta. Dlatego tak trudno je zniszczyć.
-Medalion? Czarka? Diadem? – zdziwiła się Bryony – Ale przecież mówiliście, że każdy z Założycieli w Marmurowym Zamku miał przy sobie charakterystyczny artefakt. Jak to możliwe, skoro Voldemort użył wszystkich do stworzenia horkruksów?
Hermiona zaśmiała się wesoło, prawie rozlewając swoją herbatę.
-Właśnie o to samo spytałam podczas uczty na naszą cześć! – odparła posyłając Bryony szeroki uśmiech. – Ravenclaw mi wyjaśniła, że prawdziwe przedmioty zabrali ze sobą do Zamku Między Światami, a na ziemi pozostały ich…odbicia. Nie tyle imitacje co nieco gorsze kopie. Mają podobne własności, ale nie są równie potężne co oryginały. Co nie zmienia faktu, że wprost promieniują potężną magią.
-Ale macie plan? – spytała Bryony, gdy Hermiona skończyła. Wytłumaczenie zaskoczyło ją, ale gdy tak o tym pomyślała to nawet się zgadzało. Inna sprawa, że przyswojenie tych wszystkich wiadomości miało jej jeszcze trochę zająć. Wszystkie te przedmioty, miejsca. Jak to wszystko pojąć? Jak zrozumieć?
-Tak – Hermiona skinęła głową. – Ale potrzebujemy Dumbledore'a, jeśli chcemy utrzymać nasze poszukiwania w tajemnicy. Voldemort nie może wiedzieć, że poznaliśmy jego tajemnicę i z każdym dniem zbliżamy się do pokonania go. Na razie mamy przewagę, bo nie zdaje sobie sprawy z naszego istnienia, ale z każdym horkruksem coraz silniej będzie odczuwał niepokój. Może nie domyśli się, że to akurat z tego powodu, ale coś będzie nie tak.
-Poza tym mamy dla niego informacje. – dodał Harry - Zebraliśmy wszystko, co wiemy o pierwszej wojnie i przekażemy mu to gdy tylko się zjawi. Może w ten sposób uda nam się kogoś uratować.
-Może? – prychnęła z niedowierzaniem Bree – Na pewno! To niesamowite! Właściwie znacie przyszłość! Tylu katastrofom możecie zapobiec…
-A tyle wywołać – wtrąciła Hermiona ze smutkiem. Bree uniosła brwi, wielce zdziwiona – Każda zmiana jaką wprowadzamy ma swoje konsekwencje. Historia się zmienia, a my nie wiemy, w którą stronę dąży.
-Dlatego na razie, chcemy ograniczyć ilość zmian. – dodał Harry. – To jeden z powodów dlaczego nikt nie może wiedzieć o tym, że żyjesz.
-W ten sposób zachowujecie pozory, że wszystko potoczyło się tak samo jak ostatnio. – zrozumiała Bryony. – Ale ze Śmierciożercami to nie przejdzie. Przecież wiedzą, że tylko dostałam klątwą.
-Tak – przytaknęła Hermiona – tnącą. Widzieli krew, byli świadkami jak mdlejesz. Równie dobrze mogłaś umrzeć zanim otrzymałaś pomoc.
-Ale tak się nie stało.
-Ale tak się nie stało – powtórzył ponuro Harry zerkając krótko na swoją towarzyszkę, która w odpowiedzi wzięła go za rękę i ścisnęła – I w związku z tym chcielibyśmy cię spytać czy ruszysz z nami na poszukiwania. Od razu ostrzegam, że nie będzie łatwo. Do dyspozycji mamy ten namiot i w sumie nic więcej. Będzie nam zimno, czasem głód zajrzy nam w oczy. Możemy zginąć. Jeśli odmówisz, załatwimy z Dumbledorem żeby umieścił cię w bezpiecznym miejscu, jeśli się da pod Zaklęciem Fideliusa.
Bryony zaczęła energicznie kręcić głową. Nie mogła uwierzyć w to co słyszała. Musiało jej się coś pomylić! Przecież to niemożliwe by właśnie proponowano jej ukrycie się podczas gdy dwoje nastolatków będzie ratowało świat! Więcej, jednym z tych nastolatków był jej syn! Czy naprawdę oczekiwali, że wycofa się i będzie biernie czekać na rozwój wypadków? Czy gdyby tak zamierzała spędzić wojnę przystąpiłaby do Zakonu Feniksa.
Zerwała się na równe nogi, a jej furia nie miała sobie równych. Harry miał właśnie odczuć pełnię temperamentu, który rodzina Evansów miała we krwi.
-Młody człowieku – wysyczała przez zaciśnięte zęby, zauważając z satysfakcją, że Harry skurczył się nieco w sobie – Jeśli wydaje ci się, że was tam po prostu zostawię, to bardzo się mylisz! Niech ci nawet nie przejdzie przez myśl, że cię teraz zostawię!
-Jestem w twoim wieku – poczuł się zobowiązany dodać Harry. W odpowiedzi obdarzyła go wspomnieniem tak wściekłym, że od razu zamilkł.
-Siedzę w tym tak samo głęboko jak wy dwoje – powiedziała, prostując się dumnie – Może i nie wiem wszystkiego, ale mam nadzieję, że szybko to nadrobicie i opowiecie mi swoją historię. Może i nie mam waszego doświadczenia, ale jestem gotowa nauczyć się, jeśli tylko, któreś z was zostanie moim nauczycielem. I na pewno, nie wątpcie w to ani chwili nie zostawię własnego dziecka w takiej sytuacji.
Nikt nie odważył się wypomnieć jej, że Harry jest już pełnoprawnym dorosłym i może podejmować własne decyzje. Przez chwilę panowała cisza, gdy matka i syn mierzyli się wspomnieniami, oboje nieugięci. Bryony dyszała ciężko po swoim wybuchu. W końcu Harry schylił głowę, na znak poddania się. Dziewczyna odetchnęła z ulgą. W głębi serca nie była wcale pewna czy zostanie wysłuchana.
-Przekaż Dumbledore'owi, że spotkasz się z nim jutro z samego rana, na skraju lasu Pengelli, od stronu Farmy Courtów. – powiedział cicho. Powinien znaleźć.
-Dobrze. – skinęła głową – Zawiadomić go teraz?
-Jeśli możesz – odparła Hermiona przytakując kilkakrotnie – powinien być już sam w swoim gabinecie.
-To akurat nie ma większego znaczenia – uśmiechnęła się Bryony – żadne z was nigdy nie wysyłało mówiącego patronusa, co?
Gdy oboje przecząco pokręcili głowami, zachichotała. Tacy doświadczeni, a nigdy nie robili tego, co ona opanowała jeszcze w szkole, żeby wysyłać poufne wiadomości do...w różne miejsca.
-Mogę kazać mu wyjawić wiadomość tylko i wyłącznie osobie, którą wymienię. W cztery oczy – wyjaśniła. – W ten sposób, nawet jeśli zastanie Dumbledore'a w towarzystwie, poczeka aż zostanie sam nim wyjawi mu treść wiadomości.
Oboje wyglądali na zadziwionych i podekscytowanych. Nie mogła się nie zaśmiać na widok ich min. Szczególnie Hermiona przypominała dziecko w Wigilię Bożego Narodzenia. Uczenie się czegoś nowego musiało mieć na nią taki wpływ. Całkiem jak Lily. Bryony nigdy nie zapomniała tamtego lata, zanim jej siostra poszła do Hogwartu. Przez całe lato Lily pochłaniała książki, zadręczała Severusa pytaniami, a gdy dowiadywała się czegoś nowego, cała promieniowała radością. O, to były dobre czasy.
Wyciągnęła różdżkę i przymknęła oczy. Od jakiegoś czasu rzucanie zaklęcia patronusa stało się trudniejsze niż kiedyś, nim TO się stało. Miała problemy ze znalezieniem odpowiedniego wspomnienia. W pewnym momencie zorientowała się, że tylko jedno działa. Odetchnęła głęboko. I po chwili znów była w szpitalnej sali, zmęczona i spocona, a w jej objęciach spał najwspanialszy cud świata. Jej synek. Jej Harry. Mały i bezbronny z kępkami jasnych włosków odstających w różne strony.
-Expecto Patronum – szepnęła. Wiedziała, że jej patronus będzie tak samo silny jak zawsze. Nigdy nie czuła potrzeby darcia się podczas rzucania zaklęć, wolała robić to po cichu, najlepiej niewerbalnie.
Z jej różdżki wyskoczył znajomy kształt. Na pierwszy rzut oka można było uznać, że to wilk, ale ten kto przykładał się do zajęć Obrony Przed Czarną Magią bez problemu rozpoznałby wilkołaka. Różnice były dość niewielkie. Miał bardzo krótką sierść, długi pysk wyposażony w ostre jak brzytwa zęby. Poza tym był też większy niż normalny wilk.
-Lunatyk – westchnął Harry. Bree zerknęła na niego szybko. Wolała nie pytać skąd chłopak tak dobrze zna wilczą postać Remusa, podejrzewała bowiem, że odpowiedź wcale jej się nie spodoba. Przytaknęła więc tylko.
-Piękny – szepnęła Hermiona.
-Prawda? – Bryony wyciągnęła dłoń do wilka, który podszedł do niej i powąchał – Witaj.
-Taki sam jak patronus mojego taty. – bardziej stwierdził niż zapytał Harry. Przez twarz kobiety przemknął grymas, który wystarczył za odpowiedź. Nie mogła teraz stracić koncentracji. Nie miała też siły na załamanie nerwowe.
-To do roboty, nie? – rzuciła prawie wesoło, pod maską kryjąc cały ból jaki wydobyło oświadczenie chłopaka. Nadszedł czas na rozmowę z Profesorem Dumbledorem.
Dwór Potterów był jednym z ostatnich bezpiecznych miejsc w Wielkiej Brytanii. Chroniony nieskończoną ilością zaklęć, stanowił prawdziwą twierdzę, która oparłaby się nawet frontalnemu atakowi wroga. Dlatego tu właśnie znaleźli schronienie ci, których Śmierciożercy szukali wyjątkowo usilnie.
Lily Potter cicho przemierzała korytarze posiadłości swoich teściów. James był na dole, razem z Harrym. Jego ojciec, Charlus w pracy. Matka zaś, Dorea w ogrodzie. To oznaczało, że na tym piętrze została już tylko ona i gość, który spędził z nimi ostatni tydzień. Dziś natomiast wyjeżdżał. Znowu.
-Remus – szepnęła Lily stając w progu. Mężczyzna nie zareagował, tylko dalej wpychał rzeczy do worka marynarskiego. Powtórzyła jego imię, a gdy i wtedy nie zareagował weszła do środka. Przez chwilę się wahała nim powoli wyciągnęła rękę i musnęła palcami jego ramię. – Nie rób nic głupiego.
-Nigdy nie robię nic głupiego Lily – prychnął. Gdyby mniej go znała może nie zwróciłaby na to uwagi. Ale Lily spędziła z nim prawie dziesięć lat, w tym dziesięć w tej samej szkole, w tym samym domu i na tym samym roku. Świetnie wiedziała, że coś jest nie tak i miała całkiem niezłe podejrzenia co dokładnie. Długo już zbierała się do rozmowy z nim, a teraz nastała jej ostatnia szansa. Niedługo miał wrócić tam, gdzie wysyłał go Dumbledore i nie wiedziała kiedy znów się zobaczą.
-Mówię poważnie Remus – odparła. Bała się o niego. Nie mogli z Jamesem cały czas go kontrolować, a nikt inny nie zdawał sobie sprawy, że wilkołak przechodzi ciężki okres. Nawet Syriusz i Peter się nie zorientowali, chociaż od tylu lat byli jego najlepszymi przyjaciółmi. James też nie wiedział wszystkiego, tylko tyle ile niezbędne.
-Ja też Lily. – warknął mężczyzna odwracając się na pięcie. Spojrzała w oczy wilkołaka w ludzkiej skórze. Pełnia była za dwa dni i Lunatyk coraz częściej przejmował nad nim kontrolę. Wyglądało to tak jakby sam Remus nagle gdzieś znikał, a jego miejsce zajmował osobnik o wiele niebezpieczniejszy i bardziej popędliwy. Czasem Lily się go bała. Ale potem zaraz przypominała sobie, że to tak naprawdę jej przyjaciel i nigdy by jej nie skrzywdził. Żeby nie wiem co. – Zostaw mnie w spokoju!
To powiedziawszy powrócił do pakowania. Ale nie docenił Lily. To że ostatnio głównie przesiadywała z noworodkiem nie znaczyło, że nie potrafiła walczyć. Chociaż teraz akurat walką nic by tu nie wskórała. Musiała go podejść inteligentnie. Dlatego powiedziała:
-Nie chciałaby żeby coś ci się stało.
Remus zamarł. Gdy znowu się odezwał to co wydobyło się z jego krtani przypominało bardziej warkot wściekłego zwierzęcia niż normalny, ludzki głos.
-Bryony nie chciała wielu rzeczy. Nie chciała dorastać. Kończyć szkoły. Wojny. A już na pewno nie chciała umierać. Ale oni ją zabili. Nie zamierzam puścić im tego płazem.
-Nikt cię o to nie prosi – zaprzeczyła szybko, chwytając pierwszą szansę nawiązania z nim kontaktu, jaka się trafiła. Przez ostatnie kilka dni nie odzywał się wcale. – Ale twoja śmierć nic tu nie pomoże. Bryony za bardzo na tobie zależało…
-A mi zależy na niej – mruknął. W sercu Lily błysnął promyczek nadziei. Może jeszcze uda jej się go przekonać do racjonalnego myślenia? – I właśnie dlatego nie mogę siedzieć bezczynnie gdy jej mordercy działają dalej, bezkarnie.
Zamknął torbę i zarzucił na ramię. Nie miała odwagi go zatrzymać, tak straszny był wyraz jego twarzy gdy kroczył ku drzwiom. A nawet gdyby miała…chyba by tego nie zrobiła. Bo tak naprawdę chętnie by do niego dołączyła i z zimną krwią zemściła się na tych, którzy skrzywdzili jej małą siostrzyczkę. Ale Lily nie mogła tego zrobić. James i Harry trzymali ją tutaj, gdzie bezpiecznie i dobrze. Harry…
-Remus – wymknęło jej się na moment przed tym jak przekroczył próg. Zatrzymał się i zerknął pytająco przez ramię. Przez nieznośnie długą chwilę rozważała wyznanie mu całej prawdy. O ciąży, o narodzinach Harry'ego, o zaklęciu zmieniającym wygląd. Ale w ostatniej chwili…zrezygnowała. Nie potrafiła tego zrobić. To nigdy nie miało być jej zadanie. Nigdy. Bryony nie chciała by…- Trzymaj się.
-Ty też Lily. Do zobaczenia.
Dun dun dun. Więc Remus jest cały i zdrowy. Gdzie sie wybiera? Co planuje? Trzeba będzie zobaczyć.
N/A: Kolejny rozdział może pojawić się znacznie później, ponieważ nie mam kiedy go napisać. Postaram się wstawić coś do poniedziałku, ale nic nie obiecuję.
