Strasznie przepraszam za tak długą przerwę, ale mam na to jak najbardziej logiczne wytłumaczenie. Rozdział miał wejść w poniedziałek, ale się z nim nie wyrobiłam bo czekał mnie wyjazd do Krakowa. Wróciłam wczoraj późnym wieczorem i zasiadłam do kończenia. Zostało mi kilka fragmentów, które sprawiły mi masę kłopotów. W ogóle, cały ten rozdział szedł mi jak po grudzie. No nic, mogę mieć tylko nadzieję, że nie jest koszmarny.
Do moich cudownych komentujących:
wera: mam nadzieję, że spotkanie cię nie zawiedzie. Chciałam by było odrobinę inne niż we wszystkich opowiadaniach jakie czytałam
finflon: cóż, co zrobi Remus okaże się w następnych rozdziałach, sorry. Ale sądzę, że jest zbyt obowiązkowy by rzucić wszystko, zadanie od Zakonu itd. by szukać Bree, którą uważa za zmarłą.
Dziękuję też wszystkim, którzy dodali mnie do obserwowanych i/lub ulubionych. Wasze wsparcie dodaje mi skrzydeł!
Rozdział 6
Następny poranek wstał jasny i mroźny, dlatego nawet opatulona w dwa swetry i kurtkę Harry'ego, Bryony trzęsła się z zimna czekając na przybycie profesora Dumbledore'a. Przez nią roztaczał się przepiękny krajobraz walijskiej wsi przysypanej świeżym śniegiem. W oddali majaczył uroczy domek wraz z zabudowaniami gospodarskimi. Opierając się niedbale o drzewo na skraju lasu miała świetny widok na okolicę i nie było takiej możliwości by przegapiła nadejście dyrektora. Korzystając z wolnego czasu rozglądała się, chłonąc spokojną atmosferę. Tu wojna nie dotarła. Mieszkańcy, głównie mugole nie zdawali sobie sprawy z okrucieństw Sami-Wiecie-Kogo, ani nawet z jego istnienia. Chwilami Bree chciała być taka jak oni. Jak proste byłoby jej życie gdyby nie wojna… Wszystko wyglądałoby inaczej…lepiej.
-Powinniście tu przyjechać, Lily – szepnęła do siebie, pragnąc by siostra mogła ją usłyszeć. Pociągnęła nosem, który prawie jej już zamarzł. – Tu nikt by was nie szukał.
Oczami wyobraźni ujrzała Harry'ego, odrobinę starszego niż obecnie, biegającego radośnie pośród tych pól lub szalejącego na miotle, którą jako przybrany syn Jamesa Pottera musiał w pewnym momencie dostać. Spodobało by mu się tu. Ha, podobało mu się. Sam jej to powiedział. Miała delikatny problem z połączeniem walecznego nastolatka z małym chłopczykiem, którego trzymała w ramionach zaledwie dwa tygodnie wcześniej.
Delikatne pyknięcie aportacji wyrwało ją z zamyślenia.
-Witam profesorze – odezwała się, dalej patrząc w przód, świadoma jego obecności za sobą. Dopiero po chwili powoli się odwróciła.
Dumbledore nic się nie zmienił od ich ostatniego spotkania. Nie było to specjalnie dziwne, jako że widzieli się zaledwie tydzień wcześniej. W rachubie zwykłych ludzi. Bryony bowiem miała wrażenie, że minęło całe milenium odkąd jako zwykła dziewczyna wyruszyła do Walii.
-Bryony – starzec skinął głową i pogładził się po długiej, białej brodzie. – To niezwykłe szczęście widzieć cię żywą.
-Tak wiem. – dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie – zdumiewające prawda? Niech pan pyta profesorze, nie obrażę się.
Oczy Dumbledore'a zalśniły za słynnymi okularami połówkami. Członkowie Zakonu używali specjalnego systemu by upewnić się, że pod nikogo nie podszył się Śmierciożerca. Trzeba było zadać drugiej osobie pytanie, na które tylko ona mogłaby odpowiedzieć poprawnie.
-Bardzo dobrze – mruknął starzec. – Jaka jest największa tajemnica Bryony Evans?
Melancholijny uśmiech przemknął przez twarz dziewczyny. Właśnie takiego pytania się spodziewała. Wiedział, że tego sekretu nigdy przenigdy nie wydałaby Śmierciożercom, nawet gdyby ją torturowano.
-Harry Potter to mój syn. Ostatni semestr siódmej klasy spędziłam w domu mojego szwagra Jamesa, podczas gdy Lily chodziła za mnie do szkoły używając co godzina Eliksiru Wielosokowego. – odparła bez mrugnięcia okiem. Dumbledore przytaknął.
-Skoro to już mamy za sobą, czy moglibyśmy przejść do rzeczy? – spytał – Wyznam, że jestem niezmiernie ciekawy jak udało ci się przetrwać i dlaczego spotykamy się w tak dziwnych okolicznościach. Spodziewałbym się, że najpierw skierujesz się do swojej rodziny…
-To dość długa historia – wyznała Bryony, rumieniąc się nieco – I nie moja, bym miała ją opowiadać. Chciałabym panu kogoś przedstawić. Bez nich nigdy nie dałabym rady.
-A więc prowadź – Dumbledore wskazał ręką w głąb lasu. Bree uśmiechnęła się i wkroczyła w gąszcz, wiodąc go prostą drogą do obozowiska.
Gdy w kilka godzin później wracali tą samą trasą, oboje milczeli, pogrążeni we własnych myślach. Bryony analizowała po raz setny wszystko co wydarzyło się w namiocie podczas długiej rozmowy między obiema stronami. Dumbledore był nieufny, nawet podejrzliwy. Harry i Hermiona, nieco obojętny, choć sam widok dyrektora mocno ich poruszył. Dziewczyna podejrzewała, że w ich czasie coś mu się stało, coś strasznego. Szybko jednak przemogli początkowy szok i zabrali się do pracy. Chociaż w sumie…nie mogła być tego pewna, ponieważ ta „rozmowa" nie wymagała wcale słów. Harry i Dumbledore stali naprzeciw siebie i patrzyli się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Dopiero Hermiona wyjaśniła Bree co się dzieje. Chłopiec wyświetlał swoje wspomnienia w przyśpieszonym tempie, a profesor je oglądał, bez mrugnięcia okiem. Trwało to dość długo, tak że wkrótce Bree przysiadła na krzesełku i razem z Hermioną zaczęła raczyć się świeżo zaparzoną herbatą, od czasu do czasu popatrując na zatopionych w myślach mężczyzn.
Musiało minąć dobre półtorej godziny by zakończyli swoją „rozmowę", a gdy to wreszcie nastąpiło Dumbledore zatoczył się jak pijany i opadł na krzesło. Długo nic nie mówił. Ale gdy spojrzenia jego i Bryony się spotkały dziewczyna zrozumiała, że potraktował podróżników poważnie. A gdy Harry skinął Hermionie głową, a ta podała dyrektorowi ściśle zawinięty zwój pergaminu z wyjaśnieniem, że to wszystkie informacje jakie spamiętali o przebiegu pierwszej wojny, upewniła się, że Dumbledore im uwierzył i był gotów pomóc. Odetchnęła z ulgą.
-Moja droga – odezwał się nagle Dumbledore, nieco zwalniając – Powiedz mi, ufasz tym młodym ludziom?
Zaśmiała się gdy użył tego terminu. Harry i Hermiona byli w końcu w jej wieku. Z resztą, pewnie już o tym wiedział. Przytaknęła.
-Życie bym im powierzyła – odparła. Słowa uciekły z jej ust nim zorientowała się co mówi i parsknęła śmiechem gdy to do niej dotarło. – Już to zrobiłam.
-Historia o podróży w czasie…nie dziwi cię?
Czyli nawet on miał wątpliwości. W sumie nie było to dziwne. Nagle pojawia się dwoje dzieciaków, które twierdzą, że przybyli z przyszłości i wiedzą jak wygrać wojnę, z którą ledwo radzą sobie największe umysły tego świata.
-Nie – zwiesiła głowę w zamyśleniu – Wcale. To tak jakbym…czuła, że on naprawdę jest moim synem. Jeśli pan rozumie o czym mówię.
-Wasza magia reaguje na siebie – zrozumiał stary profesor. Bree przytaknęła.
-Jeszcze nigdy czegoś takiego nie czułam – wyjaśniła z westchnieniem. – Owszem, zawsze zdawałam sobie sprawę z magicznej więzi między mną, a Lily, ale teraz… jeszcze nigdy nie była taka silna! Wiem, że to moje dziecko. I nikogo nie kocham bardziej. Nawet gdybym chciała, nie mogłabym go zostawić.
-Więc wyruszasz z nimi – to nie było pytanie. Dumbledore stwierdził znany obojgu fakt. Bree potwierdziła.
-Nie mogę zrobić nic innego – szepnęła z bólem, gdy pomyślała o ludziach, których musiało zostawić na nie wiadomo jak długo. Starzec chyba pojął gdzie zmierzały jej myśli bo uśmiechnął się smutno, ze zrozumieniem.
-Moja droga, jesteś pewna, że utrzymywanie w tajemnicy twojego ocalenia to dobry pomysł? – spytał z wahaniem – szczególnie przed twoją uroczą siostrą.
Bree nie mogła nic na to poradzić, musiała parsknąć śmiechem, gdy dostrzegła ślady strachu w głosie Dumbledore'a. Lily znana była ze swoich wyjątkowo pomysłowych i ciężkich do zdjęcia klątw. Nawet dyrektor Hogwartu nie lubił myśli o zdenerwowaniu jej. A miała być wściekła, gdy prawda wyjdzie na jaw.
-Nie da się inaczej profesorze – westchnęła dziewczyna z żalem. – Nikt nie może nic podejrzewać. Ja…wiem, że to zabrzmi okrutnie, ale…ból ich wszystkich musi być prawdziwy, żeby zdrajca niczego się nie domyślił.
-Och Brony – odparł niezmiernie smutno Dumbledore – ile bym dał by młodzi ludzie tacy jak ty, czy ta dwójka nie musiała brać na siebie tego brzemienia.
-Nic pan na to nie poradzi – na ustach dziewczyny zaigrał uśmiech. – Ale może pan zrobić co innego. Proszę ich chronić. Muszę wiedzieć, że mam do kogo wracać, gdy już będzie po wszystkim. Proszę zaopiekować się moją siostrą, Jamesem, Syriuszem, Rem…Remusem.
Na ostatnim imieniu zająknęła się wyraźnie.
-Oczywiście – przytaknął starzec. – Z informacjami, których dostarczyli nam nasi młodzi przyjaciele, zapewnienie bezpieczeństwa członkom Zakonu będzie znacznie łatwiejsze.
-Mam nadzieję, że uda nam się zapobiec jak największej ilości tragedii – szepnęła Bree. – Harry nie chce mi na razie nic powiedzieć, ale obiecał, że zrobi to wkrótce. Że tylko po kolei wszystko zrozumiem.
-Ten młodzieniec jest mądry ponad wiek – zgodził się Dumbledore. – I jestem pewien, że zrobi jak obiecał.
-Nie wątpię w to – Bryony szybko potrząsnęła głową – Ale tyle chciałabym wiedzieć! Czasem patrzy na mnie, a jego twarz wygląda tak dziwnie, jakby wiele przeszedł. A ja, mimo że jestem jego matką nie potrafię go rozgryźć.
-Daj sobie czas – poradził dyrektor zatrzymując się, bo oto dotarli na skraj lasu. Bryony z melancholią spojrzała na świat poza linią drzew. Na spokojne, puste pola, na chatkę na horyzoncie.
-Pamiętaj moje dziecko, że Hogwart zawsze stoi dla was otworem – dodał Dumbledore patrząc na nią z powagą, znad okularów połówek. – Nie wahajcie się szukać pomocy w zamku gdyby zaszła taka potrzeba. Jak tylko dowiem się czegoś o poczynaniach Voldemorta dam wam znać.
-I my będziemy w kontakcie – zapewniła Bree. Starzec uśmiechnął się do niej jeszcze raz, a po chwili, już go nie było. Dziewczyna westchnęła i zawróciła do namiotu, pogrążając się w zamyśleniu, z którego nie wyrwało jej nic, nawet pytające spojrzenia tej towarzyszy gdy już weszła do środka i udała się na swoje posłanie.
Siedząc tam, myślała o wielu rzeczach. O Harrym. O Hermionie. O życiu jakie musieli prowadzić w swoim czasie. Tak młodzi, a zrobili tak wiele. Czymże były jej problemy w porównaniu z wieczną walką jaką nazywali życiem? Ona…spędziła siedem wspaniałych lat w Hogwarcie, właściwie bez trosk. Były małe tragedie, które wtedy wydawały się ogromne. Złe oceny, zakochania, złamane serca. Ale to wszystko nikło przy okropnościach, które musieli widzieć oni, a o których Bree nie miała jeszcze pojęcia. Tego nie mogła sobie wybaczyć.
Racjonalna część jej duszy podpowiadała, że przecież nie mogła zapobiec swojej śmierci, ale Bree dalej była na siebie zła. Zostawiła swoje dziecko na pastwę losu. Niby z dobrymi opiekunami, ale coś jej mówiło, że to nie poszło tak dobrze jak się spodziewała. Opuściła swojego syna, musiał przez to wszystko przechodzić całkiem sam…Nie, nie potrafiła przyjąć tego do wiadomości.
Nie wiedziała ile tam siedziała, patrząc się przed siebie, ale z zamyślenia wyrwał ją dopiero głos Harry'ego. Potrząsnęła głową by powrócić do świata żywych.
-Ty…znasz się na patronusach, nie? – spytał chłopiec, z wahaniem, siadając obok niej na łóżku. Wzruszyła ramionami.
-Trochę – mruknęła. Westchnął i potarł kark. Bryony spojrzała na niego z ciekawością. Coś go gryzło, tylko co? Ze smutkiem stwierdziła, że zbyt mało go zna by zgadnąć. Musiała to szybko zmienić. – Na pewno więcej niż w podręczniku.
-Bo widzisz… - zaczął Harry niepewnie – Mój patronus…
-No wyduś to – zachęciła, szturchając go lekko. Zaśmiał się, ale nie odezwał. Zamiast tego wyciągnął różdżkę i bez chwili zwłoki rzucił zaklęcie. Smukły, srebrzysty jeleń zmaterializował się na środku namiotu i zrobił kilka kroków w stronę chłopaka. Wdzięcznie pochylił głowę, ozdobioną imponującym porożem. Był piękny i dziwnie znajomy. Z bólem w sercu zrozumiała, że widzi przed sobą Rogacza we własnej osobie.
-Oto on – mruknął chłopak z zakłopotaniem. Jeleń wstrząsnął łbem i nie odczuwając zagrożenia rozpłynął się w powietrzu.
-Śliczny – skomentowała Bree, nie wiedząc co innego może w tej sytuacji powiedzieć. - Taki sam jak Jamesa.
-Ta – prychnął Harry - Tego właśnie nie rozumiem. Skoro moim ojcem jest Remus… Dlaczego moim patronusem nie jest wilkołak, jak twoim? Czemu jeleń?
-Cóż - Bryony przygryzła wargę. Jak miała odpowiedzieć na to pytanie? Wspomnienie tego, kto nauczył ją wszystkiego co wiedziała na ten temat zabolało. – Nigdy jeszcze nie spotkałam się z taką sytuacją. Ale wydaje mi się, że…Zawsze wszyscy mówili ci, że jesteś podobny do Jamesa…więc się taki stałeś. Upodobniłeś się do niego, więc i twój patronus wygląda jak jego. A Remus…nie wiem jak wyglądały wasze relacje, ale nie utożsamiałeś się z nim, nie? W końcu był tylko przyjacielem twojego taty.
-Niby tak, ale czy nie powinienem…czy ja wiem, czuć z nim jakiejś więzi? – spytał chłopak, zerkając na nią spot rudej grzywki. Roześmiała się.
-Skąd mam wiedzieć? – odparła z uśmiechem – Może. A może nie. Mogłeś czuć coś takiego i wytłumaczyć to sobie jako przywiązanie do jednego z nielicznych ludzi, którzy znali Lily i Jamesa. Albo nie czuć wcale. Nie zdziwiło by mnie to. W końcu nigdy nie został ci przedstawiony jako twój biologiczny ojciec.
-A właściwie dlaczego? – wtrącił niecierpliwie Harry. – Czemu nigdy mu nie powiedziałaś, że ma syna? To by ułatwiło wiele rzeczy.
Bryony zaśmiała się bez humoru.
-Uwierz mi, kiedy planowałam całą tą operację ani mi do głowy nie przyszło, że zginę. Myślałam, - przerwała na moment szukając lepszego słowa - miałam nadzieję, że wyjdę z tego cało i jeszcze kiedyś będę miała szansę…A jeśli nie, to będziesz miał Lily i Jamesa za rodziców. Nie był ci potrzebny ojciec, który o ciebie nie dba.
-Powiedziałabyś mu? Gdybyś wojna skończyła się inaczej? Gdybyś przeżyła. – spytał chłopak wpatrując się uważnie w jej twarz. Bryony skrzywiła się nieco.
-Nie wiem – odparła zgodnie z prawdą.
-Powiesz mu teraz?
-Harry – Bryony uśmiechnęła się do niego z lekkim pobłażaniem – Najpierw wygrajmy tę wojnę, dobrze? Potem będziemy się martwić o twojego ojca. To naprawdę nie jest nas największy problem.
Na twarzy chłopaka zaigrał delikatny uśmiech. Pochylił się ujął dłoń matki ściskając lekko by okazać jej wsparcie. Oddała uścisk z wdzięcznością. A potem przekręciła lekko głowę i uśmiechnęła się psotnie.
-A teraz…czemu nie opowiesz mi o tych niezwykłych przygodach jakie miałeś w szkole, co?
Lord Voldemort nie znosił porażek. Nie swoich oczywiście, bo on przecież nigdy się nie mylił. To jego podwładni stale go zawodzili. Ich ignorancja czasem go porażała. Banda niekompetentnych idiotów, oto kim byli. Jeden gorszy od drugiego. A już najgorsi ci młodzi. Smarkacze, prosto po szkole nie mieli pojęcia o prawdziwym świecie, ani o Sprawie. Dla nich wojna to płatanie figli szlamom i zdrajcom krwi, uszczypliwe uwagi na korytarzach. A on, Lord Voldemort miał o wiele potężniejsze plany, w których nawet Albus Dumbledore nie mógł przeszkodzić. I przeprowadziłby je gdyby nie ta banda kretynów!
Ten, który stał obecnie przed jego obliczem był wyjątkowo żałosny. Z wysokości swego czarnego tronu Voldemort patrzył na skulonego na podłodze młodzieńca. Chłopak nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat. Twarzy nie było widać pod potarganymi, czarnymi włosami. Trzęsąca się galareta u stóp najwspanialszego czarodzieja wszechczasów.
-Panie błagam – szepnął ledwo dosłyszalnie. Któryś z pozostałych Śmierciożerców kopnął go zapobiegawczo, nim zdołała wydusić coś jeszcze.
-Czy prosiłem o zbyt wiele? – rzekł apatycznie Voldemort. Jego głos, cichy i świszczący przeciął niczym nóż ciszę pogrążonego w mroku pomieszczenia. – Była sama, bezbronna.
-Nie…była…sama – wykrztusił młodzieniec nim trafiła go „zbłąkana" klątwa któregoś z kolegów. Nikt z tych, którzy byli razem z nim w walijskim zaułku nie chciał się przyznać, że pokonało ich dwoje dzieciaków. O wiele prościej zwalić wszystko na niekompetencję dowódcy, który tą misją miał dowieść swej wartości.
-Ach tak – Voldemort z powątpiewaniem skinął głową, a potem potoczył spojrzeniem po zebranych. Kilku z nich przestąpiło z nogi na nogę pod badawczym wzrokiem Czarnego Pana. – Więc powiedz mi, jaki czarodziej dał radę siedmiu moim Śmierciożercom i odebrał im łup.
-Chło…chłopak – jęknął z bólem młodzieniec, dysząc ciężko. Efekt uboczny niezliczonych klątw Cruciatus, jakim został poddany. – I dziew…dziewczyna.
-Chłopak i dziewczyna – powtórzył Voldemort kontemplując dźwięk tych słów. – Doprawdy przerażające. Może jeszcze członkowie tej śmiesznej grupy stworzonej przez Dumbledore'a? To wprost śmieszne!
Okrutny grymas wykrzywił szarą twarz Czarnego Pana, gdy ten pochylił się nie wstając z miejsca. Wszyscy Śmierciożercy cofnęli się o krok, w strachu przed gniewem swego przywódcy. Młodzieniec na podłodze nie poruszył się jednak, zbyt wycieńczony długimi torturami. Głupotą było zawieść Voldemorta i każdy kto popełnił ten błąd musiał okupić go w trójnasób. Czasem nawet własnym życiem.
-Jednakowoż… - odezwał się cicho, choć groźnie Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, podnosząc się z tronu i powoli schodząc z podwyższenia by przejść się przed swoimi ludźmi, ustawionymi w półkole dookoła dzisiejszej ofiary. – Jednakowoż, ta szlama zaczyna mnie denerwować. Jakiekolwiek informacje może posiadać, nie obchodzą mnie już. Rozkazuję wam zabić Bryony Evans przy najbliższej okazji. Razem z jej pożałowania godnymi obrońcami. Chcę zobaczyć ich trupy u swoich stóp! A ty…
Voldemort odwrócił się do młodzieńca, który zdążył już podnieść się nieco i klęknąć, podpierając się na drżących rękach.
-Zawiodłeś mnie Regulusie Blacku – wysyczał groźnie, upodabniając się tym samym do ogromnego węża. Eleganckim ruchem wyciągnął spod czarnej, powłóczystej szaty długą różdżkę.– Zhańbiłeś swój ród. Twoje usługi nie będą mi już potrzebne.
To powiedziawszy zwrócił się do swych pozostałych sług by upewnić się, że ma całą ich uwagę. Nie chodziło tylko o ukaranie jednego młodzika, to była nauczka dla nich wszystkich. By nikt nigdy nie odważył się go zawieść. Wyczuwał ich strach w powietrzu.
-Nigdy…nigdy nie wygrasz. – wycharczał nagle młodzieniec, z trudem dźwigając się na równe nogi. Drżał cały, ale walczył by stanąć prosto. - Nigdy słyszysz!
W oczach chłopaka nie było strachu. Wiedział jaki czeka go las i nie miał już nic do stracenia. A mimo to Voldemort poczuł cień respektu dla tego głupiego paniczyka. W końcu co Black to Black. Jak widać starszy brat nie był jedynym zagrożeniem w tej rodzinie.
-Nie wiem jak, - mówił dalej chłopak, unosząc wysoko głową. Chyba pierwszy raz w życiu naprawdę wyglądał jak dziedzic jednego z najstarszych czarodziejskich rodów. Młoda twarz wyrażała dumę i zaciętość. - ale cię pokonają. Będziesz konał w strachu.
Ostatnia obelga przeważyła szalę. Nikt, ale to nikt nie mógł obrażać Lorda Voldemorta. A już na pewno nie przy jego sługach.
-Avada kedavra!
N/A: A teraz będę się kajać. Jutro z samego rana jadę na wieś i zostanę tam do końca sierpnia. Będę miała komputer i mam zamiar napisać tą historię do końca, ale nie wiem jak będzie z publikowaniem, bo tam nie ma internetu. Mój chłopak zaofiarował się, że będzie mi wstawiał rozdziały, ale nie wiem czy to zadziała, bo będę miała problem z wysłaniem mu ich. Tak więc, do zobaczenia. Jeśli wszystko pójdzie dobrze za kilka dni, a jeśli nie...we wrześniu.
Wybaczcie proszę i nie przekreślajcie Zwierciadła Czasu. Na pewno zostanie ukończone.
