Hej! Oto i ja po dłuższej przerwie. Właśnie jestem w Gdańsku, który dziś zwiedzałam i jutro wracam na moją kochaną, działkę, gdzie nie mam dostępu do internetu. Ale póki go mam zamierzam wstawić wszystko co napisałam przez ostatnie kilka dni. Potem kolejna przerwa, chyba że znowu trafi się okazja.

Co do komentarzy (krórych niestety było mniej niż zwykle):

finflon: hmm, Regulus jest nieco zagubionym nastolatkiem, który nie może szukać oparcia w rodzinie i z początku próbuje się wykaraskać z tej sytuacji. Potem natomiast zdobywa się na iście gryfońską odwagę, bo zdaje sobie sprawę, że i tak zginie z rąk Voldemorta. W tej jednej chwili może być zupełnie sobą i uczynić swego brata dumnym.

Chciałabym też bardzo podziękować wszystkim którzy przeczytali i/lub dodali mnie i moja historię do ulubionych i/lub obserwowanych.

N/A: Uwaga! W tym rozdziale (i przez kilka kolejnych) Harry opowiada Bryony o swoim życiu. Jeśli nie interesuje was jak dziewczyna zareaguje, po prostu pomińcie tej rozdział

Rozdział 7

-Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się 31 października 1980 roku – powiedział Harry po chwili milczenia. Bryony usadowiła się wygodniej przewidując dłuższą opowieść, i zachęciła chłopaka do zrobienia tego samego. Dopiero gdy zajmowali już miejsca naprzeciw siebie Harry rozpoczął opowieść. Jego głos pełen był emocji, często załamywał się gdy chłopak dochodził do wyjątkowo bolesnych fragmentów.

-Postaram się opowiedzieć wszystko w takiej samej kolejności w jakiej sam się tego dowiedziałem, więc nie zdziw się, że pewne rzeczy wyjaśnią się dopiero później. Przez wiele lat nie miałem o tych wydarzeniach pojęcia. W każdym razie, trzydziestego pierwszego października Lord Voldemort przybył do Doliny Godryka gdzie schroniła się rodzina Potterów. Nie byli na to przygotowani. Ta…James – uwadze Bryony nie umknęło to potknięcie, zagryzła jednak zęby i nic nie powiedziała. Nie mogła wymagać by z dnia na dzień zapomniał o tym w co wierzył przez siedemnaście lat. Harry przełknął ślinę i kontynuował:

-Krzyknął do Lily żeby zabrała mnie i uciekała, a sam stawił czoło napastnikowi. Zginął nim zdążył wyciągnąć różdżkę. A potem…potem Voldemort udał się na górę. Mam…Lily miała wybór. Chciał by się odsunęła. Mówił, że chce tylko mnie. Ale ona się nie poruszyła. Błagała go by zabił ją zamiast mnie.

Przerwał mu rozpaczliwy szloch. Bryony obejmowała się ramionami i płakała, po jej policzkach płynęły łzy. Ale Harry wiedział, że jeśli teraz przystanie nie dokończy tego nigdy.

-Zrobił to. – wydusił przez zaciśnięte gardło. – A potem wycelował różdżkę we mnie i rzucił zaklęcie uśmiercające. Tyle tylko, że nie osiągnął celu, bo odbiło się ode mnie i uderzyło w niego, zostawiając mi tylko to. A Voldemort…zniknął.

To powiedziawszy odsunął włosy i pokazał Bree bliznę w kształcie błyskawicy, której wcześniej nie zauważyła. Dziewczyna zachłystnęła się powietrzem.

-Mój Boże – szepnęła prawie niedosłyszalnie, powoli wyciągając rękę by dotknąć jego czoła. Harry uśmiechnął się mimowolnie. Rozbawiony tym jak podobna była jej reakcja do tego jak zachowywał się Ron przy ich pierwszym spotkaniu. – Nie ma sposobu by obronić się przed tą klątwą! I to dziecko, roczne dziecko!

-Cieszę się, że wierzysz w moje zdolności – parsknął chłopak, a Bree zaśmiała się krótko, bez humoru.

-Wybacz, ale…to dość niespotykane. – wytłumaczyła wzruszając delikatnie ramionami.

-Wiem – skinął głową. – Nikt nie potrafił odpowiedzieć na pytanie jak to było możliwe. Nawet Dumbledore dopiero po latach opracował koncepcję, ale o tym później, bo i mnie przekazał ją dopiero pod koniec pierwszego roku w Hogwarcie. W każdym razie, w ruinach domu znalazł mnie Hagrid i na polecenie Dumbledore'a zabrał tam gdzie miałem spędzić najbliższe kilkanaście lat. Na Privet Drive 4.

-Co?! – ryknęła Bryony zrywając się równe nogi. Nie mogła uwierzyć w to co usłyszała! Jej syn, jej maleństwo…u tych mugoli? U Petunii i jej obrzydliwego mężulka, od których ona uciekła jak tylko nadarzyła się okazja by przenieść się do Potterów? Czy Dumbledore zwariował?! - Wiek wreszcie rzucił mu się na mózg?! Naprawdę nie było innego miejsca, gdzie mógłby cię umieścić?! A twój oj…

Zbyt późno przypomniała sobie, że przecież dyrektor nie miał pojęcia o tym czyim synem naprawdę był Harry. Prawda umarła razem z Lily. Bree westchnęła i opadła na łóżko, jednocześnie skrywając twarz w dłoniach.

-Powinnam tam być – szepnęła z bólem – powinnam się tobą opiekować. Petunia…nawet nie wyobrażam sobie przez co musiałeś przechodzić mieszkając u niej i jej prosiakowatego męża.

Chłopak położył jej dłoń na ramieniu.

-To nie była twoja wina – oznajmił z przekonaniem, a gdy spojrzała na niego wzruszył ramionami – To nie była niczyja wina. Dumbledore miał swoje powody. Przez pewien czas byłem na niego wściekły…ale potem zrozumiałem. Ty też zrozumiesz, niedługo.

-Kontynuuj więc – westchnęła, siadając na powrót po turecku i szykując się na dalszą część opowieści, która wcale nie miała jej się podobać.

-Przez dziesięć lat mieszkałem u Dursleyów, nie wiedząc nic o swoim pochodzeniu. O rodzicach powiedziano mi tyle, że zginęli w wypadku samochodowym – przerażone spojrzenie Bryony mówiło samo za siebie i Harry musiał uciszyć ją gestem nim znów zaczęła się miotać. – O twoim istnieniu nie wiedziałem zupełnie nic. Od wczesnego dzieciństwa działy się wokół mnie dziwne rzeczy. Teraz już wiem, że to moja magia dawała o siebie znać, ale wtedy byłem przerażony. Ciotka Petunia i wuj Vernon nienawidzili tych wypadków. Chyba się ich bali. W każdym razie wybitnie nie byłem im na rękę. Raz nawet, w zoo udało mi się zamknąć mojego kuzyna, Dudleya w terrarium węża, którego przez przypadek wypuściłem. Wiodłem dość nędzne życie i pewnie nic by się w nim nie zmieniło gdyby nie to, że pewnego dnia, tuż przed moimi jedenastymi urodzinami, przyszedł do mnie list.

Bree uśmiechnęła się z dumą, świetnie wiedząc o jakim liście mówił. Dobrze pamiętała dzień gdy dostała własny. I reakcję Petunii gdy pojęła, że jej ukochana siostrzyczka też jest „dziwolągiem" jak Lily. Zadrżała, gdy zrozumiała co mogli uczynić wujostwo Harry'ego na widok listu z Hogwartu. Chłopak odgadł jej myśli i roześmiał się.

-Reakcji Durleyów nie da się opisać – wspomniał wesoło – Wuj był wściekły, oczywiście zabrał mi list, ale to nic nie pomogło, bo następnego dnia przyszły kolejne i kolejne. Bez względu na to co robił dalej pojawiały się nowe w zastraszającej ilości. Zabił szparę w drzwiach, pojawiły się w jajkach, które kupiła ciotka. Na dachu siadały dziesiątki sów, listy wlatywały kominem. Szaleństwo.

Teraz uśmiechali się już oboje, a Bree chwilami nawet chichotała, mimo łez jakie pozostały na jej policzkach po poprzedniej opowieści.

-Na koniec postanowił wyjechać. Zabrał nas do niewielkiej, walącej się chatki na skalistej wysepce. Była burza, fala waliły o ściany. A ja nie spałem. To były w końcu moje urodziny. Wtedy nie podejrzewałem wcale, że zaraz moje życie zmieni się na zawsze. Dokładnie o północy drzwi zostały wyrwane z zawiasów i stanął w nich nikt inny tylko Hagrid. Szczerze powiedziawszy przeraził mnie tamtej nocy. Szczególnie jak się wściekł na Dursleyów, gdy wyszło na jaw, że nie zamierzali informować mnie o świecie czarów.

-Oj porozmawiam ja sobie z Petunią jak to wszystko się skończy – warknęła przez zaciśnięte zęby Bryony. Harry z rozbawieniem pokręcił głową.

-To się jeszcze nie wydarzyło. – odparł – I nie wydarzy jeśli ja będę miał tu coś do powiedzenia. Ale wracając…Hagrid zabrał mnie stamtąd i razem odwiedziliśmy Pokątną. Od tego dnia wszystko było inaczej. Dudley nie dokuczał mi tak, bo się mnie bał, z komórki pod schodami przeniosłem się do najmniejszej sypialni w domu. A w miesiąc później Dursleyowie podrzucili mnie na dworzec King's Cross i odjechali śmiejąc się wrednie gdy wyjawiłem im, że mój pociąg odchodzi z peronu 9 i ¾. Zostałem sam, bez żadnego pomysłu jak dostać się na miejsce.

-Zaraz zaraz – przerwała mu Bryony – Petunia ci nie powiedziała? Przecież co najmniej cztery razy była tam z nami, jak Lily i ja chodziłyśmy do Hogwartu!

Harry wzruszył ramionami.

-Nic mi nie powiedziała. Ale na szczęście wpadłem na panią Wealsey z dziećmi. Podsłuchałem jak rozmawiają o „mugolach" i już wiedziałem, że mam do czynienia z ludźmi, którzy mogą mi pomóc. I tak trafiłem na peron i poznałem Rona, mojego najlepszego przyjaciela.

Cień przebiegł przez twarz chłopaka i Bree w pełni to rozumiała. Nigdy już nie miał zobaczyć Rona Weasleya, a jeśli nawet to młodszego od siebie o siedemnaście lat. Uniemożliwiało to niestety dziecięcą przyjaźń. Bez wahania położyła dłoń na ręce Harry'ego i ścisnęła. Przechodzi przez to razem, a ona zawsze miała już być u jego boku.

-Obaj trafiliście do Gryffindoru? – spytała, a on przytaknął. –No dobra, to co było potem?

-Potem zaczęliśmy naukę. I jak to na naszą dwójkę przystało od razu narobiliśmy sobie wrogów. Na czele z niejakim Draconem Malfoyem, synem Lucjusza i wyjątkowo podłym Ślizgonem. – kontynuował chłopak krzywiąc się nieco przy wypowiadaniu imienia swojego rówieśnika. Bree rozumiała go. Sama nigdy nie poznała żadnego Malfoya, ale dużo o nich słyszała. Kuzynka Syriusza chyba wyszła za jakiegoś, może i nazywał się Lucjusz…

-No i na pierwszej lekcji latania na miotle, zwinął chłopakowi, który spadł i musiał być zabrany do skrzydła szpitalnego, przypominajkę. A potem zaczął mnie prowokować. Wsiadł na miotłę i stwierdził, że ukryje przedmiot gdzieś wysoko by właściciel nie mógł jej odzyskać. No to poleciałem za nim i złapałem ją nim dotknęła ziemi. Pech chciał że zobaczyła mnie McGonagall. I tak zostałem szukającym drużyny Gryffindoru.

-O Boże – mogła tylko westchnąć Bryony. Żaden inny komentarz nie przychodził jej do głowy. – Mogłeś zginąć! Pierwszy raz w życiu siedziałeś na miotle! A co gdybyś spadł i skręcił sobie kark?!

Harry machnął ręką, co dało Bree powód by myśleć, że podczas swojej edukacji zmierzył się z większymi przeciwnościami. Bała się coraz bardziej.

-Ale nie skręciłem – zauważył trzeźwo. – A Quiddich stał się miłością mojego życia. Do końca szkoły, choć z przerwami grałem w drużynie, a w szóstej klasie byłem nawet kapitanem.

-Jak Jim – szepnęła melancholijnie Bree – choć on był ścigającym. Wiedziałam, że te lekcje w dzieciństwie spaczą cię na całe życie. A powiedz mi, gdzie się tu plasuje Hermiona?

-Hermiona? – zaśmiał się Harry – Denerwowała nas jak nikt inny. Panna Wiem-To-Wszystko. To nie moje słowa, od razu mówię. Na każdej lekcji musiała być najlepsza, poprawiała nas bez skrupułów, no wiesz…

-No wiem – zachichotała Bree – Bo my z Lily też się tak zachowywałyśmy na samym początku naszej edukacji w Hogwarcie. Lily w sumie bardziej. Ja zbyt szybko dostałam się pod wpływ Huncwotów. Ale mów dalej, nie przerywaj sobie.

-Zaprzyjaźniliśmy się z nią dopiero po incydencie z trollem. – wyjawił chłopak. Bree pobielała. Zabrakło jej tchu by dać upust swemu szokowi i przerażeniu. Troll? Troje jedenastolatków weszło w kontakt z trollem? Jej syn spotkał trolla w takim wieku?! Była bliska hiperwentylacji. – Ktoś wpuścił do szkoły trolla, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy kto. Profesor Quirell, jąkający się nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią wbiegł podczas uczty halloweenowej i oświadczył, że troll jest w lochach. Prefekci mieli nas zaprowadzić do dormitoriów, ale przypomnieliśmy sobie o Hermionie, która wtedy płakała w łazience po wyjątkowo złośliwym komentarzu Rona i nic nie wiedziała o trollu.

-Więc olaliście nauczycieli i pobiegliście jej szukać, co? – zakończyła za niego Bryony, ze zrozumieniem kiwając głową. Huncwoci zrobiliby to samo, a on przecież był synem jednego z nich.

-Dokładnie – przytaknął Harry. – Tyle że troll zdążył już opuścić lochy. Znalazł ją przed nami. Co mieliśmy robić, trzeba było jej pomóc.

-I tak troje pierwszaków pokonało trolla. – westchnęła Bree, nie bez podziwu. Chociaż było to niezwykle głupie i niebezpieczne to także dość imponujące. – Tak z ciekawości, ile punktów straciliście.

-Nie pamiętam – odparł Harry po chwili zamyślenia – Ale spytaj Hermiony, ona przechowuje w pamięci każdy stracony przez naszą trójkę punkt. A to był dopiero początek. Na moim pierwszym meczu Quddicha na przykład, ktoś przejął kontrolę nad moją miotłą i próbował mnie z niej zwalić. Na początku myśleliśmy, że to Snape…

-Chwila moment – zawołała Bree unosząc rękę by wstrzymać opowieść – Snape? Co on ma z tym wspólnego?

-Cóż, uczył nas. – odparł Harry wzruszając ramionami – Eliksirów. Jeden z najbardziej antypatycznych nauczycieli jakich miałem. Od początku mnie nienawidził, chyba ze względu na Jamesa Pottera. I dawał mi to odczuć. Nic więc dziwnego, że gdy Ron i Hermiona zobaczyli jak wpatruje się w moją miotłę i mruczy coś pod nosem założyli, że próbuje mnie zabić. Żeby go powstrzymać Hermiona przekradła się na trybuny dla nauczycieli i podpaliła mu skraj szaty, zrywając w ten sposób zaklęcie. Złapałem znicza i wygraliśmy mecz. Ale kłopoty dopiero się zaczynały. Wiedzieliśmy, że w Hogwarcie jest coś ukryte, coś bardzo ważnego, czego strzegł ogromny, trzygłowy pies imieniem Puszek.

-Puszek? – prychnęła Bryony –Puszek. Kto nazywa trójgłową bestię Puszek. Nie, nie podpowiadaj mi, założę się że Hagrid.

-I masz rację – zaśmiał się chłopak – Ale i tak, to nie było najdziwniejsze stworzenie jakie sprowadził to szkoły. Wyobraź sobie, że udało mu się zdobyć smocze jajo.

Mina Bryony była wprost komiczna, tak wielkie niedowierzanie malowało się na jej twarzy.

-No właśnie – mruknął chłopak – Szybko wyjaśniliśmy mu, że Norbert, bo tak brzmiało imię smoczątka nie jest zwierzęciem domowym i musi trafić do rezerwatu gdzie pracował brat Rona, Charlie. Mieliśmy podrzucić smoczka przyjaciołom Charliego, jak będą przelatywać przez Szkocję i nawet nam się udało, ale ponieważ przez przypadek zostawiliśmy Pelerynę Niewidkę, którą dostałem na Święta na Wieży Astronomicznej, przyłapał nad Malfoy i doniósł profesor McGonagall. Skończyło się to dla nas szlabanem w Zakazanym Lesie, z Hagridem. Jedyna pociecha w tym, że Malfoy miał iść z nami, bo też był poza dormitorium po ciszy nocnej.

-Wtedy w lesie…po raz drugi spotkałem Voldemorta. Rozdzieliliśmy się. Ja byłem z Malfoyem, który szybko uciekł i Kłem, psem Hagrida. Nagle ujrzeliśmy zgarbioną postać okrytą czarnym płaszczem, pochylającą się nad trupem jednorożca. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to Voldemort. Był tylko cieniem siebie, by przetrwać żywił się krwią jednorożca. Ale kara jest bardzo surowa. Zabicie istoty tak czystej, to największa zbrodnia. To jak, pozbycie się własnej duszy. Chciał mnie zaatakować, ale obronił mnie centaur, Firenzo i odwiózł do Hagrida. Na tym etapie wiedzieliśmy już czego szuka Voldemort. Chodziło o Kamień Filozoficzny, który dałby mu nieśmiertelność. Nie mogliśmy dopuścić by go znalazł. Dlatego postanowiliśmy znaleźć go pierwsi.

-Co was opętało? – wyszeptała zszokowana Bree. – Jak mogliście wpaść na równie chory pomysł? Przecież to pewna śmierć! Nie można było iść do Dumbledore'a?

-Nie było go w szkole – westchnął Harry – Dlatego postanowiliśmy wziąć los we własne ręce. Hagrid podpowiedział nam jak przejść koło Puszka. Wystarczyło uśpić go muzyką. Tyle tylko, że gdy weszliśmy do sali, gdzie go trzymano grała tam zaczarowana harfa. Ktoś już się tam dostał przed nami. Stwierdziliśmy od razu, że to Snape i oczywiście ruszyliśmy w pogoń.

-Następną przeszkodą jaką napotkaliśmy były Diabelskie Sidła. Zadusiłyby nas, gdyby nie Hermiona i jej wiedza. Przypomniała sobie, że nie lubią światła i załatwiła je prostym Lumos. Przeszliśmy dalej.

-Tu czekało nas zadanie dla mnie. Do drzwi prowadzących do następnej komnaty pasował jeden z setek latających kluczy, trzeba było go złapać. Ponieważ osoba, która zrobiła to wcześniej nieco uszkodziła jego skrzydełka, nie było to specjalnie trudne.

-Potem natrafiliśmy na ogromną szachownicę, z kilkoma brakującymi figurami. Zajęliśmy ich miejsca i Ron, który był z nas najlepszy w te klocki poprowadził grę. Wkrótce stało się jasne, że wygrać możemy tylko poprzez poświęcenie jego figury. Nie chcieliśmy się na to zgodzić, ale nie było innego wyjścia. Dalej poszliśmy sami, Hermiona i ja.

-Kolejne zadanie rozwiązaliśmy tylko dzięki niej. Była to zagadka. Pośród dziewięciu butelek trzeba było znaleźć dwie odpowiednie, stosując się do wskazówek. Wiedziałem, że w kolejnej sali czeka na mnie Voldemort i dlatego nie mogłem pozwolić Hermionie iść ze mną. Wysłałem ją więc po Rona i przykazałem by poinformowała Dumbledore'a. A sam poszedłem dalej.

-To co wydarzyło się w tamtej sali…nigdy nie było mi łatwo o tym mówić. – urwał na chwilę. – Voldemort był tam rzeczywiście. Ale to nie Snape mu pomagał, ale Quirell. Miał go z tyłu głowy, dlatego stale nosił turban. Nie miałem z nimi szans. Ale oni mnie potrzebowali. Bo drogę do Kamienia stanowiło lustro Ain Eingarp, które pokazuje tylko najbardziej skryte pragnienia serca. Quirell nie potrafił go używać. A ja…już wcześniej na nie wpadłem, uciekając kiedyś przed kotką Filcha. Zobaczyłem w nim siebie, jak chowam Kamień do kieszeni. Chociaż próbowałem ukryć to przed nimi, Voldemort mnie przejrzał. Kazał Quirellowi odebrać mi Kamień. Ale…on nie mógł mnie dotknąć. Moja skóra sprawiała, że płonął. To był jego koniec. A ja straciłem przytomność.

-Obudziłem się w Skrzydle Szpitalnym, a u mego boku był już Dumbledore. Wszystko skończyło się dobrze. Kamień nie trafił w niepowołane ręce i został zniszczony by już nigdy nic takiego się nie zdarzyło. Quirell zginął, po Voldemorcie nie został ślad. A mnie, Ronowi i Hermionie dyrektor dodał tyle punktów, że Gryffindor wygrał Puchar Domów.

-Dowiedziałeś się dlaczego nie mogli cię dotknąć? – spytała Bryony ściskając jego ręce. Harry przytaknął.

-Poświęcenie mam…Lily – poprawił się szybko. Bree nie mogła powstrzymać grymasu. Bolało to, że miał takie nawyki. Ale jednocześnie cieszyło ją to, że próbował się ich pozbyć. Nadzieja płynęła stąd, że jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, jej mały synek ją będzie nazywał mamą. I nie spędzi tych wszystkich lat u Dursleyów. – Jej miłość mnie chroniła. Jeszcze wiele razy miało mi to uratować życie.

Bree głośno wypuściła powietrze z płuc.

-Jeśli to był twój pierwszy rok, to boję się spytać co się działo potem – westchnęła. Harry zaśmiał się.

-Z każdym rokiem było coraz dziwniej, to akurat prawda. – odparł wesoło.

-Nie wiem, czy teraz to zniosę. – wyznała skrywając twarz w dłoniach. – Nie wyobrażasz sobie ile mnie to kosztuje. Słuchać o tym jak znajdowałeś się w tak niebezpiecznych sytuacjach…i wiedzieć, że gdybym nie dała się wtedy złapać…nic z tego by się nie wydarzyło!

-Nie wiesz tego – pokręcił żywiołowo głową. – Wiesz co, spróbujmy dziś przejść jeszcze przez drugi rok. Resztę zostawimy na później.

-Zgoda, ale mam nadzieję, że tym razem nie szukałeś kłopotów.

-Ja nigdy nie szukam kłopotów – uśmiechnął się Harry – To one znajdują mnie.


N/A: Sorry, to znowu ja. Wiem, że zaraz pojawi si e następny rozdział, ale poświęćcie chwile i skomentujcie ten, proszę... To naprawdę dla mnie bardzo ważne.