A/N: Hej, oto znowu ja. W tym rozdziale rok drugi...i troche uroczych państwa Potter. Jeśli nudzą was przeżywane jeszcze raz perypetie Harry'ego przerzućcie na dół, do cienkiej linii i czytajcie od niej.

Rozdział 8

-Następne lato było dla mnie wyjątkowo ciężkie. Wiedziałem już, że magia istnieje, ale nie mogłem jej używać, ani o niej mówić, ze względu na Durlseyów. Moja sowa, Hedwiga musiała być cały czas zamknięta w klatce bo tak chciał wuj, a i ja jak najwięcej czasu miałem spędzać u siebie. Chyba, że podpadłem bo wtedy trafiały mi się obowiązki. Ale wszystko byłoby dobrze gdyby pewnego bardzo ważnego dnia, dokładnie wtedy kiedy do wujostwa przychodził jakiś ważny kontrahent z żoną, pojawił się u mnie skrzat domowy imieniem Zgredek. I stwierdził, że w Hogwarcie nie będę bezpieczny, dlatego nie mogę tam jechać. Żeby mnie przed tym powstrzymać sprawił, że wujostwo tak się wściekli, że uwięzili mnie w pokoju.

Bree wydała okrzyk oburzenia. Nie mogła uwierzyć, że Petunia, jej starsza siostra, którą kiedyś tak bardzo kochała, była zdolna do takich okrucieństw. I to jeszcze względem własnego siostrzeńca.

-Na szczęście Ron, któremu nie odpisywałem na listy, bo przejmował je Zgredek postanowił sprawdzić co ze mną i w środku nocy pojawił się na Privet Drive ze swoimi braćmi. Przybyli latającym Fordem Anglią, nad którym pracował ich ojciec i odbili mnie. Resztę wakacji spędziłem w Norze, domu rodziny Weasley i były to najlepsze wakacje mojego życia.

Po raz kolejny oczy dziewczyny wypełniły się łzami. Znów była na siebie zła i tylko myśl, że tym razem nie dopuści do tego wszystkiego pozwalała jej zachować jaki taki spokój.

-Ale już pierwszego września na powrót zaczęły się kłopoty. Otóż bramka wiodąca na peron zacięła się nim ja i Ron zdążyliśmy przez nią przejść. Cała rodzina Weasleyów już przeszła i zostaliśmy sami. Pociąg zaraz odjeżdżał i byliśmy pewni, że nie zdążymy. No i Ron wpadł na pomysł, że moglibyśmy polecieć do Hogwartu tym Fordem…

-Co?! – krzyknęła, nie wiadomo już który raz tego wieczora. – Ja…jak?! Jak dwóch dwunastolatków mogło wpaść na tak idiotyczny pomysł?! Mogliście zginąć! Znowu…

-Nie myśleliśmy o tym wtedy – Harry wzruszył ramionami – Po prostu wsiedliśmy do samochodu i w drogę. Skończyło się to, w każdym razie lądowaniem na Wierzbie Bijącej, co niezbyt jej się spodobało. Na dodatek przyłapał nas Snape i o mało nie wylecieliśmy ze szkoły. Uratował nas tylko Dumbledore, choć dostaliśmy po szlabanie.

-To i tak niewiele – prychnęła Bree, z wściekłością godną matki, której dziecko wpakowało się w niezłe tarapaty. – Och gdybym wtedy żyła to by ci się dostało!

-Cóż – Harry nerwowo potarł kark – Ron dostał wyjca.

-Wyjec – w głosie Bree słychać było pogardę – Sama bym się pofatygowała do Hogwartu, żeby urządzić ci scenę w Sali Wejściowej. A twój ojciec…

Urwała, sama chyba nie wiedząc jak dokończyć to zdanie. Co zrobiłby jego ojciec?

-Co on by powiedział? – spytał Harry, z wahaniem. Zaśmiała się sztywno.

-Martwiłby się, to oczywiste. – odparła – I próbował mnie powstrzymać. Ale w pewien sposób byłby z ciebie dumny. Nie mówiąc już o Jamesie i Syriuszu, ci zazdrościliby ci, bo sami nigdy nie wpadli na tak szaloną psotę i jak grzeczni chłopcy każdą podróż do Hogwartu odbyli pociągiem.

Położyła nacisk na ostatnie słowo i chłopak skrzywił się pod jej karcącym spojrzeniem. A jednocześnie, w środku cieszył się jak wariat bo wreszcie ktoś się o niego martwił. Odchrząknął.

-No nic, ten rok był w pewien sposób straszliwszy od wszystkich innych. Bo otaczało nas niebezpieczeństwo, o którym wiedzieliśmy, ale nie mieliśmy pojęcia skąd go oczekiwać. Już na samym początku roku szkolnego w Hogwarcie zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Różne istoty zostały…zaatakowane. Spetryfikowane – ostatnie słowo dodał po pytającym spojrzeniu Bryony. – Idiota, który uczył nas wtedy Obrony Przed Czarną Magią, niejaki Gilderoy Lockhart

-Znam Lockharta! – zawołała Bryony, przerywając mu. – Był ode mnie dwa lata niżej w Hogwarcie. Puchon i kompletna łamaga. Ale jak Huncwoci skończyli szkołę, panienki skupiły swoją uwagę na nim. Nie powiem, żeby mu to przeszkadzało. Sądził, że jest darem niebios dla kobiet. – tu zarumieniła się wściekle, a w jej oczach błysnęła złość. – Na siódmym roku próbował zaprosić mnie do Hogsmeade, ale ja już byłam z twoim ojcem, więc kazałam mu spadać na szczaw.

-Mniejsza – Harry naprawdę nie chciał o tym słuchać, jego policzki płonęły z zażenowania. Bree zachichotała – Dobrze wiesz, że Lockhart do niczego się nie nadaje. No, ale w naszych czasach wydał całą serię książek traktujących o tym czego dokonał. I cały świat czarodziejski w to wierzył, choć oczywiście to jedna wielka ściema. Dowiedzieliśmy się potem, że odnalazł po prostu prawdziwych bohaterów, wypytał ich o szczegóły i usunął im pamięć, ale to inna sprawa. W każdym razie, on nie miał szans na rozwiązanie tej zagadki.

-Ale wy tak – westchnęła Bryony zakrywając oczy dłonią i masując skronie. Nie wiedziała ile tego jeszcze wytrzyma nim wścieknie się kompletnie. A Harry twierdził, że nie szuka kłopotów…

-No cóż, mieliśmy wprawę. Napisy przy pierwszej ofierze, kotce Filcha imieniem Pani Norris, głosiły, że Komnata Tajemnic została otwarta.

-Komnata Tajemnic, ale to przecież…tylko taki mit – zdziwiła się Bree, która swego czasu chłonęła wszelkie książki, łącznie z Historią Hogwartu.

-Otóż nie. – Harry ze smutkiem pokręcił głową – Chciałbym żeby tak było. Nie będę cię zanudzał szczegółami takimi jak magiczny tłuczek próbujący mnie zabić czy ważenie eliksiru Wielosokowego, dość że na koniec Hermionę spetryfikowano, a Ginny została porwana. Tylko ja i Ron mogliśmy ją ocalić, bo nie dość że podejrzewaliśmy gdzie znajduje się wejście, to jeszcze mieliśmy spore szanse je otworzyć. Bo widzisz, ja…jestem wężousty. Całkiem jak Salazar Slytherin. I Lord Voldemort, ale o tym dowiedziałem się później.

Po raz kolejny Bryony zabrakło tchu. Jak jej synek mógł być wężousty? Przecież…to jeden z najrzadszych czarodziejskich darów i z pewnością najbardziej znienawidzony.

-Z resztą to sprowadziło na mnie podejrzenia – kontynuował niezrażony Harry – Poza tym, dzięki Hermionie zdawaliśmy sobie sprawę z tego co czeka wewnątrz i jak dostaje się do szkoły. Był to bazyliszek i jak to wydedukowała poruszał się rurami. Więc zgarnęliśmy Lockharta, bo myśleliśmy, że się na coś spyta i zeszliśmy na dół. Tylko, że coś poszło nie tak i Lockhart dorwał się do złamanej różdżki Rona. Jego Oblivate strzeliło do tyłu, uderzając jego samego i powodując zawalenie się korytarza. W ten sposób rozdzieliliśmy się. Ja poszedłem dalej, a Ron został by usunąć gruz. W środku…w środku znalazłem Ginny. Nieprzytomna leżała na posadzce u stóp ogromnego posągu Slytherina. I poznałem tego, który przez cały rok sprawił mi tyle problemów. Który zaatakował moich przyjaciół i zmanipulował mnie by rzucić podejrzenie na Hagrida. A raczej jego wspomnienie zawarte w dzienniku.

-Czy nie mówiłeś, że dziennik to jeden…jeden z horkruksów? – wydusiła po krótkim wahaniu Bryony. Harry przytaknął.

-Kiedy przestawisz litery w nazwisku Tom Marvolo Riddle otrzymasz imię jakie sam dla siebie wymyślił by nie używać tego odziedziczonego po ojcu, mugolu. I am Lord Voldemort. Tamtej nocy zmierzyliśmy się po raz kolejny. Tyle, że on miał po swojej stronie potwora, który o mały włos mnie nie zabił. Przeżyłem tylko dzięki Fawkesowi, feniksowi Dumbledore'a i Tiarze Przydziału, z której wyciągnąłem Miecz Godryka Gryffindora. Ostatecznie pokonałem Bazyliszka, a jego kłem przebiłem dziennik, w ten sposób nieświadomie niszcząc pierwszy horkruks.

Na moment zapadła cisza, gdy Bree siedziała naprzeciw niego ściskając jego dłoń i myśląc. Nie wiedział czy to, że nie się nie odzywa to dobry, czy też zły znak, ale nie zamierzał nic mówić pierwszy. Przyglądał jej się tylko. Brwi miała zmarszczone, czoło chmurne. Żałował, że nie potrafi odgadnąć jej myśli, że tak niewiele ją zna.

-Jak masz zamiar zniszczyć je tym razem? – spytała w końcu, patrząc się w koc, którym przykryte było łóżko. Skrzywił się nieco.

-Jest na to kilka sposobów – wyznał – Sprawdziliśmy trzy. Kieł Bazyliszka. Miecz Gryffindora zanurzony w jadzie bazyliszka, albo sam jad. No i Szatańska Pożoga. Hermiona twierdzi, że zadziała wszystko co uniemożliwi mu magiczne naprawienie się. Ale nie mamy pomysłu.

Bree mocniej ścisnęła jego rękę by go pocieszyć.

-Razem coś wymyślimy – obiecała z uśmiechem. – A teraz wyjaśnij mi z łaski swojej o co chodzi z tym Eliksirem Wielosokowym, hmm?

Harry'emu z miejsca poczerwieniały uszy. Uśmiechając się głupkowato, potarł kark.

-Taak, bo widzisz – zająknął się, a potem zaśmiał nerwowo – Podejrzewaliśmy, że Malfoy jest Dziedzicem Slytherina. Żeby to sprawdzić postanowiliśmy użyć eliksiru by podszyć się pod jego dwóch goryli i koleżankę. Od razu mówię, to był pomysł Hermiony.

-Jakoś mnie to nie dziwi – odparła ze śmiechem, gdy uniósł ręce w obronnym geście. – Coś wątpię, żebyście z Ronem mieli pojęcie o istnieniu takiego eliksiru, gdyby wam o nim nie powiedziała. Ale nie przejmuj się – dodała na widok grymasu na jego twarzy - Z Jimem i Syriuszem było to samo. Póki nie nauczyli się, że czasem muszą dawać sobie radę bez Remusa.

-W każdym razie - Harry odchrząknął. – zaczęliśmy zbierać składniki i ważyć eliksir w opuszczonej toalecie dla dziewczyn, tak zwanej Toalecie Jęczącej Marty. To czego nam brakowało ukradliśmy ze składziku Snape'a.

-No ładnie! – Bree parsknęła śmiechem – Huncwoci byliby dumni jak cholera! Nie dość, że zwinęliście coś nauczycielowi, to jeszcze był to Snape!

-Mówisz? – zainteresował się Harry – Bo myśmy tak o tym nie myśleli. Chodziło nam głównie o powstrzymanie ataków. Bez względu na środki.

-I to wam się chwali – odparła już poważniej. – Ale i tak… No nic, powiedz lepiej czy wam się udało.

-Udało nam się, a jakże – parsknął chłopak – Po prawdzie były małe kłopoty przy dodawaniu włosów, ale wszystko dobrze się skończyło i to najważniejsze. Oczywiście Malfoy nie był dziedzicem, a my po prostu zmarnowaliśmy miesiąc, ale…doświadczenie się nie zmarnowało.

-A tłuczek? – nie mogła się powstrzymać Bree.

-A tłuczek – tym razem Harry się nie stropił – został nasłany przez domowego skrzata, Zgredka, który zresztą należał do Malfoyów, jak się potem okazało. Zgredek bardzo chciał mnie odesłać z Hogwartu, gdzie jak sam twierdził byłem w niebezpieczeństwie. No i skończyło się tym, że zleciałem z miotły i złamałem rękę. Pani Pomfrey naprawiłaby mi ją w pięć minut, ale wmieszał się Lockhart. I w ten sposób spędziłem noc w Skrzydle Szpitalnym, podczas gdy odrastała mi kość.

-Odrastała?! – pisnęła Bryony – to co on ci zrobił?!

-Użył nie tego zaklęcia co trzeba – zaśmiał się Harry, bez humoru. – Mówiłem, że to kretyn.

-A wracając do Zgredka, co się z nim później stało? – zaciekawiła się dziewczyna. – Jego pan nie mógł się ucieszyć z takiego obrotu spraw. Szczególnie, że jest Śmierciożercą i w ogóle.

-Udało mi się doprowadzić do jego uwolnienia – chłopak wzruszył ramionami – Dumbledore dał mu pracę w kuchni, w Hogwarcie i to nie był ostatni raz gdy się spotkaliśmy. Ale o tym może później.

-Racja – przytaknęła Bree – powiedz mi tylko, jakim cudem Riddle zdziałał to wszystko skoro był tylko wspomnieniem?

-Jeszcze w wakacje, gdy spotkaliśmy go w Esach i Floresach, Lucjusz Malfoy podrzucił dziennik Ginny –wyjaśnił Harry - Przez cały rok pisała w nim i nieświadomie stała się narzędziem w rękach Riddle'a. Dopiero zniszczenie dziennika wyzwoliło ją spod jego wpływu.

-Okay, więcej nie chcę wiedzieć – Bryony uniosła ręce, poddając się – Reszta jutro.


W pomalowanym na niebiesko pokoiku, w kołysce pod ścianą spało małe dziecko. Nad jego główką kręciła się powoli karuzela, z której zwieszały się miniatury różnych piłek do Quddicha i miotły wyścigowej. Pozytywka umieszczona powyżej wygrywała cichutką melodyjkę. Tuż obok kołyski stał obszerny niebieski fotel, dla mamy lub taty. Dalej stół do przewijania i komoda. A pod przeciwległą ścianą leżały całe stosy wszelkiego rodzaju zabawek. Na niskim stoliku obok fotela paliła się pojedyncza świeca, jedyne oświetlenie pomieszczenia.

Niemowlę poruszyło się niespokojnie we śnie i wierzgnęło pulchną nóżką. Nie mogło mieć więcej niż pół roku. Czarne włoski opadały na blade czółko, a pod powiekami kryły się śliczne, zielone oczy, takie same jak jego matki. Dziecko ubrane w czerwoną pidżamkę w znicze wyglądało przeuroczo, gdy tak spało pośród kolorowej pościeli i pluszowych zwierząt. Najbliżej niego leżał oczywiście czarny piesek, prezent od ojca chrzestnego i ulubieniec chłopczyka.

-Ćśś kochanie – szepnęła kobieta stojąca przy jego kołysce dotykając maleńkiej stópki. – Już dobrze. Jestem tu.

Szloch odebrał jej głos. Drugą ręką otarła łzy płynące po twarzy. Tylko pulchna twarzyczka śpiącego chłopca nie pozwalała jej poddać się rozpaczy, która ogarniała ją od tamtego okropnego dnia gdy Dumbledore przyniósł wieść o śmierci…o zaginięciu Bryony. Kobieta nie mogła uwierzyć, że jej siostra naprawdę zginęła. To było po prostu niemożliwe! Bree zbyt dobrze znała się na czarach, miała za silną motywację, by tak po prostu nie wrócić. Nie mogła zostawić Harry'ego, po prostu nie mogła!

-Harry Lupin – szepnęła bardzo cicho, rozejrzawszy się uprzednio czy nikt nie idzie. Przemiana była natychmiastowa. Ciemne włosy pojaśniały, kształt twarzy, zmienił się diametralnie. Wiedziała, że tylko oczy dziecka pozostały dokładnie takie same. – Och Harry. Co się z tobą stanie?

Zupełnie jakby ją usłyszał, chłopczyk poruszył się i kopnął ponownie, jednocześnie głośno wzdychając. Jego małe usteczka otworzyły się mimowolnie. Kobieta zerknęła za okno, gdzie panowała ciemna noc, bez księżyca, który schował się za chmurami. Dla jej siostrzeńca to lepiej, nie mówiąc już o jego nieszczęsnym tacie. Dalej ciężko jej było uwierzyć w to, że Remus był ojcem dziecka jej siostry. I że tak się skończyło to co dzielili. Przez pewien czas była na niego wściekła, teraz gdy zobaczyła jego reakcję na wiadomość o Bryony…współczuła mu. Ona nie musiała ukrywać swojego bólu. O tym, że on cierpi nie wiedział nikt. A przecież oboje byli najbliżsi Bree.

-Lily? – rozległ się zaspany głos od drzwi do pokoju. Stał tam jej mąż, rozczochrany jeszcze bardziej niż normalnie. – Kochanie, co tu robisz? Harry znów się obudził?

Obróciła się napięcie i szybkim ruchem otarła łzy. Nie chciała by James je zobaczył. Przed nim musiała być silna, jak zawsze. Ale on zbyt dobrze ją znał by dać się nabrać. Podszedł do niej szybkimi krokami i objął ją od tyłu, przyciągając do swojego umięśnionego torsu. Przez chwilę razem patrzyli na śpiące w kołysce dziecko. James nie skomentował jasnych włosków Harry'ego, choć Lily wiedziała, że lubił gdy mały wyglądał tak jak on.

-Zobacz jak spokojnie śpi – szepnęła opierając głowę o jego ramię. Wymruczał swoją zgodę w jej włosy i pocałował czubek jej głowy. Delikatnie głaskał ją po brzuchu. Podejrzewała, że zastanawiał się jakby to było gdyby Harry naprawdę był ich synem. Marzenie, które nigdy nie miało się spełnić.

-Wiesz – odezwał się James – kiedy jeszcze tu mieszkała, Bree powiedziała mi coś…Ze gdyby coś jej się stało, mamy się nim zająć. Jakby był naszym własnym synem.

-Nie potrafię tak Jim – westchnęła z bólem – Ma nie znać własnej matki? Nie wiedzieć co dla niego zrobiła? Jak wiele poświęciła?

-Kiedyś się dowie – odparł, ponownie muskając jej rude włosy ustami – Gdy będzie wystarczająco dorosły. Wtedy mu powiemy jak cudowną osobą była jego biologiczna mama. I opowiemy mu o niej, tyle ile tylko będzie chciał. Pokażemy nasze wspomnienia. Ale na razie…na razie niech będzie po prostu Harrym Potterem.

Znowu zmiana zaszła błyskawicznie i już po chwili w kołysce leżał na powrót ciemnowłosy aniołek, tak bardzo podobny do Jamesa. Lily uśmiechnęła się i delikatnie przygładziła czuprynę dziecka. Może i tak miało być lepiej? Po co mieszcząc dziecku w głowie. A kiedyś, za kilkanaście lat, usiądą razem i powiedzą mu całą prawdę.

-Bardzo cię kocham wiesz – wyznała, obracając się w jego ramionach i całując go delikatnie. James zaśmiał się i oddał pocałunek.

-Kto by się tego spodziewał jeszcze parę lat temu, co Lily-kwiatuszku? – zażartował, przez co musiała go delikatnie uderzyć w ramię, co wcale nie odebrało mu animuszu. Szczerze powiedziawszy Lily sama nie mogła uwierzyć w to jak szybko zmieniło się jej podejście do chłopaka, którego kiedyś nienawidziła, a teraz nie mogła bez niego żyć.

-Och, zamknij się Potter! – prychnęła, choć uśmiech ani na chwilę nie zniknął z jej twarzy. Wydostała się z jego objęć i pociągnęła go w stronę drzwi. Gdy delikatnie zamknęły się za nimi dziecko wydało jeszcze jedno długie westchnięcie i obróciło główkę. Nic nie mogło zakłócić jego snu.