A/N: Hej,rok trzeci przed nami i zdrada Glizdogona.

Rozdział 9

Niestety musiało minąć kilka dni nim ponownie udało im się znaleźć wystarczająco dużo czasu na kolejną opowieść. Powodem tego była głównie relokacja zarządzona przez Hermionę, przebywali bowiem za długo w tym samym miejscu. Na szczęście dziewczyna miała już przygotowaną listę miejsc, gdzie mogli się schronić, więc wystarczyło się spakować (czyli wrzucić wszystko do torebki panny Granger, powiększonej magicznie), teleportować się razem tam gdzie trzeba i rzucić odpowiednie zaklęcia. Temu ostatniemu Bree przyglądała się z niemałym zainteresowaniem. Mimo, że bardzo lubiła Zaklęcia jako przedmiot i zawsze była dobra w tej dziedzinie, niektórych, używanych przez młodych podróżników w czasie, nawet ona nie znała. Ba, wydawało jej się że Lily i Huncwoci też mieliby z nimi problem. W końcu Hermiona zlitowała się nad Evansówną i obiecała, że nauczy ją wszystkiego co sama wie. Harry się dołączył i także przyrzekł, że pokaże jej kilka ciekawych rzeczy, tak na przyszłość. Wiedzieli, że niedługo mogą im się przydać wszystkie zaklęcia jakie się da.

Na tym i na ponownym meblowaniu namiotu zszedł im dzień drugi. Oczywiście nauka nie była jeszcze skończona, ale Bryony już czuła się lepsza niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Z każdym dniem czuła się też silniejsza. Ślady ran dawno zniknęły, a na jej policzki powróciły rumieńce. Wkrótce miała być gotowa do pracy, a nie tylko siedzenia w namiocie i okazjonalnych spacerów. Ale i ten czas młodzi ludzie chcieli wykorzystać jak najlepiej. Zawalając ją informacjami. Ona nie broniła się zbytnio, za bardzo chciała poznać swojego syna by odmówić wysłuchania historii jego życia. Szczególnie, że i jemu dobrze to robiło. W jakiś sposób opowiadanie tego wszystkiego miało na niego terapeutyczny wpływ.

Dlatego dwudziestego pierwszego grudnia, pod wieczór zasiedli naprzeciw siebie na krzesłach, z kubkami herbaty w rękach, gotowi na dalszą część. Hermiona krzątała się niedaleko, choć para nie mogła jej widzieć za kotarą oddzielającą ich od sypialni. Bryony podejrzewała, że dziewczyna chce być blisko nich, a w szczególności Harry'ego, jednocześnie dając im przestrzeń. Doceniała to.

-Trzeci rok – zaczął chłopak z wahaniem – to okres głównie niewiedzy. Przez prawie rok nie miałem pojęcia co się wokół mnie dzieje, a jak już to odkryłem to tylko po to by wszystko okazało się kłamstwem. Nie zamierzam kazać ci też przez to przechodzić. Zacznę więc od początku, czyli znowu od 1981 roku.

Poczekał aż Bree przytaknie i odstawił swój kubek na stół by spokojnie oprzeć ręce na kolanach. Westchnął.

-Lily i James wiedzieli, że Voldemort chce ich dopaść – wyjaśnił smutno. – Dumbledore zaproponował im niezwykły sposób ukrycia się. Zaklęcie Fideliusa. Pozwala…

-Wiem – przerwała mu Bryony z delikatnym, smutnym uśmiechem – Znam to zaklęcie. Zakon już od jakiegoś czasu zabezpiecza tak swoje kwatery. Poza tym, Wybitny z Zaklęć, nie?

-Więc wiesz, że z odpowiednim Strażnikiem nic by im nie groziło – Harry był wdzięczny, że przynajmniej tego nie musi tłumaczyć. Chciał jak najszybciej zakończyć tę rozmowę. – Sam Dumbledore zaproponował im siebie. Podejrzewał, że w najbliższym otoczeniu Potterów jest zdrajca. Ale James odmówił. Był ktoś inny komu ufał ponad wszystko.

Na wzmiankę o zdrajcy Bree zamarła. Oto miała się dowiedzieć kto doprowadził do śmierci jej najbliższych. Nagle coś ją tknęło. Straszliwe podejrzenie chwyciło ją za serce. Jej ciałem rzucały drgawki, w oczach zalśniły łzy.

-Syriusz – szepnęła rozdzierająco, z całej siły zaciskając palce na metalowym kubku – Boże nie, to nie może być on. Nigdy on! On by nas nie zdradził! Proszę, powiedz, że to nie on!

-Hej, hej spójrz na mnie! – zawołał Harry, pochylając się nad stolikiem i chwytając jej dłonie w swoje. – Spokojnie, tylko spokojnie. To nie był Syriusz. Masz pełną rację, nigdy by was nie zdradził.

-Więc kto? – głos Bryony był tak cichy, że chłopak ledwo ją usłyszał. Uśmiechnął się do niej odważnie, masując jej kurczowo zaciśnięte dłonie.

-James chciał by Strażnikiem Tajemnicy został Syriusz – przyznał z powagą – ale on się nie zgodził. Wiedział, że jego wybór będzie najbardziej oczywisty i dlatego akurat tego powinni unikać. Na swoje miejsce zaproponował ostatnią osobę, którą Śmierciożercy mieli podejrzewać. Kogoś kto nie był ani uzdolniony, ani odważny. Kogoś całkiem niepozornego.

-Peter – wymknęło się z jej ust, jeszcze nim zrozumiała sens tego słowa. Kubek wypadł jej z rąk, którymi pospiesznie zasłoniła twarz. Herbata rozlała się po podłodze. Dziewczyną wstrząsnął nią szloch. – Peter. Boże Miłosierny!

-Tak. – mruknął Harry, ruchem różdżki usuwając rozlany napój. Jego oczy raziły gromy, gdy wpatrywał się w dywan – Peter Pettigrew. Nie wiemy jak długo był agentem, ale prawdą jest, że od razu po rzuceniu zaklęcia Fideliusa poszedł do swojego pana i wydał mu Potterów. Syriusz…chciał sprawdzić czy wszystko u niego w porządku. Pojechał do jego mieszkania i znalazł je puste. Żadnych śladów walki. Coś go tknęło i udał się do Doliny Godryka, tylko po to by znaleźć gruzy. Moi ro…oni już nie żyli. Hagrid nie oddał mu mnie, więc Syriusz postanowił się zemścić.

-Nie! – jęknęła boleśnie Bryony, delikatnie kręcąc głową – Błagam, nic mu się nie stało prawda? Proszę…

Próbowała spojrzeć mu w oczy, ale Harry unikał jej, spuszczając głowę. Słyszał jak nerwowo łapie powietrze i zanosi się płaczem. Nienawidził się za to, co miał jej teraz powiedzieć.

-Wytropił Pettigrewa w mugolskim Londynie. – powiedział nie podnosząc wzroku – Ale nie zdążył nic zrobić. Zdrajca ryknął na całą ulicę, że to Syriusz zabił, odciął sobie palec i wypalił z różdżki ukrytej za plecami, zabijając kilkunastu mugoli dookoła. A potem… - zawahał się, nie wiedząc czy Bryony zdaje sobie sprawę z tego, że Huncwoci opanowali animagię.

-Uciekł – szepnęła dziewczyna, a jej usta wykrzywił grymas. – Pewnie jako szczur.

-Czyli wiesz – Harry odetchnął z ulgą. Przytaknęła. – Już wcześniej wszyscy myśleli, że to Syriusz był Strażnikiem Tajemnicy. Po oświadczeniu Pettigrew…byli świadkowie. Nawet nie miał procesu. Od razu go skazali. Dożywocie.

-Boże – powtórzyła nie wiadomo który raz Bryony. Łzy swobodnie płynęły po jej twarzy. Ukryła twarz w dłoniach i przymknęła oczy. Mężczyzna…nie chłopiec, którego znała i kochała…ten chłopiec w Azkabanie…na zawsze. Obwiniający się za śmierć Lily i Jamesa. Sam i przerażony. Pośród dementorów. Nigdy żadnego nie spotkała, ale świetnie zdawała sobie sprawę z tego jak działają. - Boże, Boże, Boże.

Harry podniósł się ze swojego miejsca i ukląkł przed nią. Twarz miała taka drobną, gdy ujmował ją w dłonie!

-Cicho – szepnął miękko, ściągając na sobie jej spojrzenie. – Jest lepiej. Było lepiej. Uciekł stamtąd. Jako pierwszy w historii. Udało mu się pozostać sobą, bo stale myślał o tym, że jest niewinny. A kiedy, w dwanaście lat później zobaczył zdjęcie na którym Pettigrew w szczurzej postaci siedział na ramieniu Rona i dowiedział się, że we wrześniu obaj wrócą do Hogwartu, tam gdzie ja, zamienił się w Łapę i przecisnął między prętami kiedy przynosili mu jedzenie. Był wolny i nastawiony tylko na jedno.

-Zemstę – dokończyła za niego Bree – Po dwunastu latach…Boże, Syriusz. Co…co ci powiedzieli? Kiedy seryjny morderca uciekł z Azkabanu?

-Na początku nic – przyznał chłopak, wzruszając ramionami – Potem pan Wesley stwierdził, że powinienem wiedzieć i nim wróciliśmy wszyscy do szkoły powiedział, że Syriusz Black chce mnie dorwać. I kazał obiecać, że nie będę go szukać. Obiecałem bo nic poza tym, że zamordował trzynastu mugoli nie wiedziałem. Dopiero potem, jakoś tak przed świętami, podsłuchaliśmy z Ronem i Hermioną rozmowę kilku nauczycieli z Madame Rosmertą i Korneliuszem Knotem, Ministrem Magii. Mówili o tym jak Black zdradził mojego ojca i że…że był moim ojcem chrzestnym.

-Byłeś wściekły, prawda? – szepnęła dziewczyna. Zastanowił się przez chwilę czy to jego znała tak dobrze, czy też może zachowywał się jak ktoś z jej przeszłości? Nie odważył się pomyśleć, że może jest podobny do ojca. – Proszę, powiedz że nie poszedłeś go szukać! Wiem, że nic by ci nie zrobił, ale…to by było wyjątkowo tępe.

-Nie zrobiłem tego. Nie musiałem – odparł Harry z westchnieniem. – Ale zanim, do tego dojdę, powinnaś wiedzieć, że od tamtego roku Opieki nad Magicznymi Stworzeniami uczył nas Hagrid. Na jednych z pierwszych zajęć postanowił pokazać nam hipogryfy. Dokładnie jednego, imieniem Hardodziob. Skracając bardzo długą historię – tu zarumienił się lekko i Bree postanowiła zapamiętać ten moment i zapytać potem Hermionę. – Malfoy oberwał od wściekłego hipogryfa, na własne życzenie z resztą. A jego ojciec się wkurzył i wytoczył Hagridowi sprawę. Staraliśmy się mu pomóc, znaleźć jakieś dokumenty, uniewinnić Hardodzioba, ale nam się nie udało. Skazali go na śmierć.

-Biedny Hagrid – westchnęła Bryony ściskając dłonie Harry'ego. – Zawsze bardzo kochał swoje zwierzątka.

-Zanim…zanim przejdę do ostatecznej konfrontacji, musisz coś jeszcze wiedzieć – mruknął chłopak, nerwowo pocierając kark, nim ponownie ujął jej ręce. – Obrony przed Czarną Magią uczył nas…Remus. Dumbledore go przyjął. I wiesz, nigdy nie miałem lepszego nauczyciela!

-Ta – odparła melancholijnie. Jej oczy zaszły mgłą, gdy powracała myślami do innych czasów. Szybko się otrząsnęła. – na tym to on się zna.

-Wieczorem, w dniu egzekucji, wybraliśmy się pod Peleryną Niewidką do Hagrida, by go wesprzeć moralnie – zaczął, poprawiając się na podłodze.

-Jak na człowieka, którego podobno ściga seryjny morderca, bardzo mało dbasz o swoje życie. – zauważyła z przekąsem. Harry wzruszył ramionami.

-Praktyka czyni mistrza – odparł z rozbrajającym uśmiechem. – A skoro i tak dwa razy udało mu się dostać do zamku, to co za różnica? Nauczyciele mieli niezłą zagwozdkę, jak to zrobił. Ale ciebie to pewnie nie dziwi…

-Huncwot? – prychnęła. Z radością Harry zauważył, że już się uspokoiła i łzy przestały jej płynąć z lekko napuchniętych oczu. – Proszę! Zdziwiłabym się gdyby siedział spokojnie w Zakazanym Lesie i nie spróbował odnaleźć Petera.

-W każdym razie, u Hagrida znaleźliśmy Parszywka, Ronowego szczura, no wiesz. – zaciął się chłopak – Ale jak wracaliśmy, zaczął nam się dziko wyrywać i w końcu uciekł. Ron pobiegł za nim. Dokładnie pod Wierzbę Bijącą. Nagle z ciemności wypadł Łapa i rzucił się na niego, a potem zaciągnął do tunelu pod drzewem, prowadzącego do Wrzeszczącej Chaty. Pobiegliśmy za nim i w ten sposób wszystko się zaczęło.

-Niech zgadnę – zaczęła Bryony z delikatnym uśmiechem – rzuciłeś się Syriuszowi do gardła jak tylko go zobaczyłeś, prawda?

-A żebyś wiedziała – chłopak przytaknął z rozbawieniem – Rozbroił mnie, ale to mnie nie powstrzymało. Miałem tylko swoje pięści i wściekłość. Jeszcze nigdy nie byłem tak zły. Pamiętam, że chciałem go powalić, uderzyć, nawet zabić…

Jego głos cichł z każdym słowem i dziewczyna zrozumiała, że wstydził się tego o czym mówił. Położyła dłonie na jego ramionach.

-Spójrz na mnie – nakazała ostrym tonem – Jestem pewna, że nie miał ci tego za złe. To co zrobiłeś było w pełni usprawiedliwione, nie wiedziałeś wszystkiego. A poza tym – na jej ustach pojawił się bardzo smutny uśmiech – powiedz mi, czy to nie była przypadkiem pełnia?

-Była – szepnął Harry podnosząc na nią wzrok. Przytaknęła z żalem.

-Musiałeś zauważyć, że pełnia działa i na ciebie – powiedziała spokojnie – Wtedy też musiała. Może nie odpowiadała za cały twój gniew, ale na pewno do niego dodała. Nie do końca się kontrolowałeś, kochanie.

-Ale i tak. Gdyby Remus mnie nie powstrzymał…

-Zaraz zaraz! – uniosła się Bryony – Mówisz, że była pełnia. A wyście znaleźli się we Wrzeszczącej Chacie. I spotkaliście tam Remusa?!

-Spokojnie Bree – Harry poniewczasie zrozumiał swój błąd. Przecież ona nic nie wiedziała o Eliskirze Tojadowym! Nic dziwnego, że się zdenerwowała. – W naszym czasie jest sposób na kontrolowanie wilka podczas pełni. Remus mógł zwinąć się w kłębek w swoim gabinecie i przespać całość. Oczywiście, myślmy tego nie wiedzieli, mówiono nam tylko, że jest chory. W każdym razie, nagle wpadł do Wrzeszczącej Chaty, rozbroił nas i ogarnął cały ten bałagan. Nie wiem jak by to się skończyło bez niego. Po drodze jeszcze wmieszał się Snape, ale jak dostał paroma zaklęciami na raz, ode mnie, Hermiony i Rona to stracił przytomność. Mam wrażenie, że to spaczyło Hermionę do końca życia. Przez pięć minut powtarzała: „Zaatakowaliśmy nauczyciela. Zaatakowaliśmy nauczyciela".

Oboje parsknęli śmiechem. I na moment nie było straszliwej opowieści, która przecież musiała zostać dokończona, tylko oni. Para nastolatków, tak do siebie podobnych i tak sobie bliskich, a jednocześnie dalekich. Zbyt szybko musieli spoważnieć.

-Wyjaśnili nam wszystko. Z początku nie chcieliśmy wierzyć, ale potem…ich historia miała sens. A szczur zmienił się w mężczyznę… - westchnął chłopak – Nagle wszystko w co wierzyłem się zawaliło. Nagle miałem ojca chrzestnego. Który na dodatek zaproponował, żebym z nim zamieszkał, jeśli oczywiście mam ochotę. Nigdy nie byłem tak szczęśliwy.

Sercem Bryony była z tym trzynastoletnim chłopcem, który nigdy w życiu nie odczuł ludzkiej życzliwości, póki nie poszedł do szkoły. Obcy ludzie byli dla niego milsi niż własna rodzina! Przerażało ją to. Raz po raz obiecywała sobie, że tym razem do tego nie dopuści, za żadne skarby.

-Ale tak samo szybko wszystko się skończyło. Bo księżyc wyszedł zza chmur – Bryony zamarła. Błagała go spojrzeniem, by powiedział, że to tylko żart. Ale on milczał. – Remus się zmienił. Syriusz przekształcił się w Łapę i próbował nas bronić. Pettigrew, którego za moją prośbą mieliśmy zaprowadzić do zamku, uciekł. Z lasu rozległo się wycie. Remus odbiegł, a ja poszedłem szukać Syriusza. Nad jeziorem zaatakowali nas dementorzy. Próbowałem wyczarować patronusa jak mnie uczył Remus, jak tylko się okazało, że dementorzy działają na mnie bardziej niż na innych, ale nie dałem rady. A potem biegł ku nam ogromny, lśniący jeleń, a ja ujrzałem figurę na drugiej stronie. Więcej nie pamiętam. Obudziłem się w Skrzydle Szpitalnym i od razu poinformowano mnie, że wszystko już dobrze bo Blacka złapali i niedługo pocałuje go dementor. I gdyby nie Hermiona i jej Zmieniacz Czasu tak to by się skończyło. Wtedy po raz pierwszy cofnęliśmy się w czasie. Oczywiście uważaliśmy na te wszystkie prawa i tak dalej. – uśmiechnęli się oboje, gdy ją o tym zapewnił – Udało nam się uratować Dziobka, a potem Syriusza, który odleciał na nim ze swojej celi. I wiesz co, ta osoba, którą widziałem, to byłem ja. Pierwszy raz w życiu wyczarowałem cielesnego patronusa, bo wiedziałem że już wcześniej mi się udało!

Przez całą tę opowieść Bryony nie odważyła się poruszyć. Ledwo pozwalała sobie na oddychanie. Wpatrywała się cały czas w przystojną twarz swojego syna, wypatrując w nim dziecka, które tak bardzo kochała, a które było teraz bezpieczne w dworze Pottrów. Ileż musiał przeżyć ten młody chłopak by stać się tym kim był teraz! A ona mogła tylko o tym posłuchać i być dumna z jego czynów!

-Czy ty nie jesteś w stanie przeżyć ani jednego roku spokojnie? – spytała ujmując w dłonie jego twarz, gdy skończył. Zaśmiał się wesoło.

-Nie wydaje mi się – odparł całkowicie poważnie, choć w jego oczach błyszczała tłumiona radość. – Niestety, Snape, który za złapanie Blacka miał dostać Order Merlina strasznie się wkurzył. I następnego dnia przy śniadaniu wymknęło mu się, że Remus jest wilkołakiem. A on złożył rezygnację.

-Ta, to do niego podobne – mruknęła Bree, tonem wyjaśnienia. – Od razu zaczęły przychodzić listy od rodziców, nie?

-A nawet jeśli, to co? – spytał buntowniczo Harry – Zawsze mu to powtarzałem, ale mnie nie słuchał. Nic z nim nie jest nie tak. Był najlepszym nauczycielem jakiego mieliśmy. I jedynym, który nie próbował mnie (świadomie) zabić?

Ostatnie zdanie dodał pod nosem by Bryony go nie usłyszała. Ona jednak nie dała się tak łatwo zbyć i posłała mu badawcze spojrzenie, na które mógł odpowiedzieć tylko wzruszeniem ramion i rozbrajającym uśmiechem. Machnęła na to rękę i postanowiła pozwolić mu na razie zachować ten jeden sekret.

-No bo, on jest genialny! – kontynuował chłopak, nie zauważając jak wiele bólu sprawia jej tymi słowami. – I na serio, kto zwraca uwagę na jakieś tam wilkołactwo…

-Wielu Harry – odparła Bree ze smutnym uśmiechem – Bardzo wielu. Nasz świat jest okrutny i niestety duża część tego okrucieństwa spada na tych, którzy są po prostu inni. Nie gorsi ani słabsi, ale inni. Skrzaty domowe, centaury, wilkołaki, czy po prostu czarodzieje z mugolskich rodzin. Z tego co mówisz wnioskuję, że byłeś w Zakonie. Ludzie, których tam poznałeś są inni niż większość społeczeństwa. Traktują Remusa jak inteligentnego, uzdolnionego czarodzieja, którym przecież jest. Ale bardzo łatwo znaleźć takich, co uznają go za niegodnego jednego spojrzenia, tylko dlatego, że został pogryziony w dzieciństwie. Możesz się tylko cieszyć, że jesteś jednym z ludzi, którzy poznali jego prawdziwą wartość.

-Tak, w końcu jest moim ojcem – mruknął chłopak pod nosem

-Harry – westchnęła Bryony, a głos jej się łamał. – Czy moglibyśmy…nie rozmawiać o tym teraz? Bardzo cię proszę. Wolałabym usłyszeć o twoim czwartym roku w Hogwarcie. Twój ojciec…to drażliwy temat.

-Powiesz mi kiedyś co się między wami stało? – spytał Harry niepewnie. Bree przygryzła wargę.

-Kiedyś. Kiedyś na pewno.