A/N: Uff, rok czwarty i Turniej Trójmagiczny. Mam nadzieje, że jeszcze ze mną jesteście. Na etapie pisania tego rozdzialłu odliczałam już czas do końca tej serii.
Rozdział 10
-W lato 1994 odbędzie się w Wielkiej Brytanii Puchar Świata w Quiddichu – oznajmił z dumą Harry. Szczerze powiedziawszy Bree nie rozumiała jego podekscytowania. Quiddich, czarodziejski odpowiednik piłki nożnej jakoś nigdy jej nie fascynował. Owszem lubiła latać, miała do tego nawet dryg, ale ganienie za piłkami uważała, za dość nudne. No, ale Harry był facetem. Mogła się spodziewać, że załapie sportowego bakcyla. – Tata Rona dostał bilety i zaprosił mnie i Hermionę. Grała Irlandia z Bułgarią. Mecz bomba, mówię ci!
-Nie wątpię – zaśmiała się Bryony – Ale może bez szczegółów, hmm? Jestem pewna, że Jim i Syriusz o wiele chętniej tego posłuchają. Quiddich nigdy nie był moją dobrą stroną.
-A…no dobra – stropił się odrobinę chłopak. Najwidoczniej chciał jej opowiedzieć wszystko ze szczegółami. A ona może by i nawet posłuchała gdyby nie to, że bardzo chciała poznać jego pełną historię, aż do cofnięcia się w czasie – Po meczu doszło do ataku. Na niebie pojawił się Mroczny Znak. Pojawiło się kilku Śmierciożerców, którzy dorwali paru mugoli i zaczęli ich lewitować. Pan Weasley kazał nam uciekać do lasu. Na koniec złapano skrzatkę domową, z różdżką, z której rzucono zaklęcie.
-Skrzatka? Używająca różdżki? A skąd ją niby wzięła? Nie to żebym miała coś przeciw skrzatom! – zastrzegła od razu.
-Ukradła – mruknął Harry – Siedziała za nami na trybunie, pilnowała miejsca dla swojego pana Bartemiusza Croucha. No i umm…tak jakby…ukradła mi różdżkę?
-Skrzatka domowa ukradła ci różdżkę? – powtórzyła powoli Bryony – Tobie? Harry, niczego nie nauczyłeś się przez poprzednie trzy lata?
Harry zaśmiał się nerwowo.
-Bo tak w sumie, to nie ona. Ale o tym później – odparł trąc kark. – Już w wakacje wiedzieliśmy, że coś się szykuje, ale nikt nie chciał nic nam powiedzieć. Dopiero Dumbledore, na Uczcie Powitalnej poinformował całą szkołę, że w Hogwarcie odbędzie się Turniej Trójmagiczny.
-TURNIEJ TRÓJMAGICZNY! – pisnęła podekscytowana Bree. Och, świetnie wiedziała o co chodziło. Turniej Trójmagiczny, no proszę. Ileż by dała by w czymś takim uczestniczyć. Albo przynajmniej być świadkiem. A James i Syriusz… Zabiliby by zostać czempionami Hogwartu. Oczywiście, cały turniej był niezwykle niebezpieczny, dlatego ustalono wiele zasad wstępu. Pierwsza i najważniejsza stanowiła, że tylko siedemnastoletni uczniowie mogą przystąpić do zmagań. Oczy jej świeciły, aż cała uniosła się na krześle. Harry roześmiał się i przytaknął.
-No tak. Mieli do nas przylecieć reprezentanci dwóch zaprzyjaźnionych szkół Durmstrangu i Bauxbatons. – wyjaśnił wesoło chłopak – Gdy się pojawili Dumbledore wystawił w Sali Wejściowej specjalną czarę, nazywaną Czarą Ognia, do której pełnoletni uczniowie mogli wrzucać swoje nazwiska. Dookoła została narysowana specjalna Linia Wieku, która miała udaremnić złamanie zasad. A podczas Uczty Halloweenowej Czara miała wypluć trzy nazwiska, po jednym z każdej szkoły. No i wypluła. Wiktor Krum, słynny szukający grający dla reprezentacji Bułgarii, z Durmstrangu. Fleur Delacour z Bauxbatons. I Cedrik Diggory, Puchon i szukający Hufflepuffu od nas.
Przez jego twarz przemknął dziwny cień i Bryony zdecydowała na razie nie pytać. A potem dokończył:
-No a potem, wyrzuciła i trzecie.
-Niech zgadnę – Bree przysłoniła twarz ręką. Kto inny mógłby zostać wpakowany w takie bagno. – ciebie.
-No ba. – prychnął Harry – Po raz kolejny świat uwziął się na mnie. Oprócz Hermiony nikt nie wierzył w to, że sam się nie zgłosiłem. Jedna reporterka, Rita Skeeter uwzięła się na mnie wypisując same bzdury. No, co jakiś czas dorzuciła coś kretyńskiego o Hermionie i jej przyjaźni ze mną i z Krumem. Świetnie wiesz, że czternastolatek nie ma zbyt wielkich szans w takim turnieju.
-No ale żyjesz – wtrąciła Bryony podciągając pod siebie nogi i obejmując się ramionami – Jak żeś to zrobił?
-Z dużą pomocą Hermiony – przyznał z uśmiechem – I Rona, potem. Jak mnie zobaczył w pierwszym zadaniu od razu stwierdził, że nikt nie jest tak głupi żeby próbować się zabić w taki sposób.
-Dobra, dobra – zaśmiała się Bree – to teraz powiedz, jakie było pierwsze zadanie?
-Huh – prychnął chłopak – Zabójcze. Każdy czempion losował smoka. A potem trzeba było takiemu smokowi odebrać specjalne złote jajo, ze wskazówką do zadania drugiego w środku. A udało mi się to przeżyć, tylko dlatego, że Hagrid wcześniej pokazał mi namiot ze smokami.
-A pozostali? Wiedzieli? – dopytała się gorączkowo Bryony. Harry przytaknął.
-Karkaroff, dyrektor Durmstrangu i Madame Maxime z Bauxbatons też tam byli – wyjaśnił spokojnie – A Diggoremu powiedziałem sam. Chciałbym się teraz porozwodzić nad tym jak wpadłem na to jak pokonać smoka, ale nie mogę. Bo bez Moody'ego nie dałbym rady.
-Moody? Szalonooki Moody? Ten auror? – zdziwiła się dziewczyna –Co on tam robił?
-Zależy jak na to spojrzysz – parsknął krótkim śmiechem chłopak – Teoretycznie uczył nas Obrony Przed Czarną Magią. W praktyce…no, ale na to przyjdzie czas. Moody podpowiedział mi, żebym wykorzystał to w czym jestem dobry. Dodał jeszcze, że przecież mogę mieć ze sobą różdżkę. No i od tego Hermiona doszła do najprostszego pomysłu jaki mógł być. Accio.
-Miotła, prawda? – domyśliła się Bryony ze śmiechem. – Wezwałeś swoją miotłę i rozwaliłeś ich wszystkich, założę się!
-Tak bym tego nie ujął, ale…w sumie masz rację – odparł z figlarnym uśmiechem chłopak. Zachichotała i wesoło klasnęła w ręce. Przepełniała ją duma i żałowała, że nigdy tego nie zobaczy. Chyba, że poprosi Hermionę o wspomnienie, kiedyś jak już posprzątają ten koszmarny bałagan. – Zostałem ze złotym jajem, które po otwarciu straszliwie skrzeczało. Nigdy bym nie wpadł na to jak odczytać wskazówkę, gdyby nie Cedrik. To on podsunął mi pomysł otworzenia skrytki pod wodą. Skrzeki zamieniły się w zagadkę. Chyba do dziś ją pamiętam.
Tu przymknął oczy i zmarszczył czoło, przywołując słowa rymowanki sprzed lat. Bree poprawiła się na krześle.
-Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos,
Nad woda˛ nie śpiewamy, taki już nasz los,
A kiedy będziesz szukał, zaśpiewamy tak:
To my mamy to, czego tobie tak brak.
Aby to odzyskać, masz tylko godzinę,
Której nie przedłużymy choćby i o krztynę.
Po godzinie nadzieję przyjdzie ci porzucić.
A to, czego tak szukasz, nigdy już nie wróci.
-Hmm – mruknęła pod nosem – Mowa o wodzie. Że masz godzinę na odzyskanie czegoś pod wodą. A w naszym szkolnym jeziorze mieszka cała kolonia trytonów, które mają całkiem niezłe kontakty z Dumbledorem.
Harry patrzył na nią z nabożną czcią. Było to tak zabawne, że Bryony parsknęła krótkim śmiechem. Dopiero po chwili otrząsnął się na tyle by się odezwać.
-Nie wiem jak to robisz – powiedział z wahaniem – Ale to przerażające. Mnie rozgryzienie tego zajęło masę czasu. Ty rozwaliłaś ją w kilka minut!
-Ma się ten talent – zęby Bryony błysnęły w szerokim uśmiechu – A na serio, wybacz ale chyba wiem nieco więcej o Hogwarcie niż ty. Nie na darmo tyle razy przeczytałam Historię Hogwartu.
- Ty też! – jęknął chłopak żałośnie – Hermiona zadręcza mnie tą książką od wieków!
-Bo to bardzo pożyteczna lektura – odparła mentorskim tonem Bree. Harry uniósł ręce w geście poddania.
-Nie będę się z tobą kłócił – oznajmił. – Fakt faktem, musiałem znaleźć sposób na przeżycie pod wodą przez pełną godzinę. I…to kolejny moment gdzie ocaliła mnie tylko pomoc przyjaciół. A dokładnie zainteresowanie Nevilla Longbottoma dziwnymi roślinami.
-Longbottom? Syn Franka i Alicji? – spytała Bryony z delikatnym uśmiechem. – Słodki dzieciak. Trochę ospały, ale uroczy.
-Taa, to wcale nie jest dziwne – mruknął do siebie Harry. A potem potrząsnął głową i powrócił do porzuconej opowieści. – Neville zasugerował mi skrzeloziele, a ja namówiłem Zgredka, który teraz pracował w kuchni Hogwartu żeby zwinął go trochę ze składziku Snape'a. Tylko dzięki temu się nie utopiłem, wtedy w jeziorze. W sumie, poszło mi nie najgorzej. Na dnie, gdzie na każdego zawodnika czekał jeden zakładnik, byłem jako pierwszy. Gdybym nie czekał aż pozostali zostaną zabrani pewnie bym wygrał. Tak wróciłem ostatni.
-Ale wykazałeś się szlachetnością – zauważyła Bree, delikatnie kładąc dłoń na jego ramieniu. Harry zaśmiał się.
-Za to dostałem dodatkowe punkty – wyznał. – Mieliśmy z Cedrikiem po tyle samo punktów, więc do labiryntu, który był ostatnim zadaniem, wbiegliśmy w tym samym czasie. Nie byłem równie dobry co on. To był jego puchar. I zawsze o tym wiedziałem. Ale ktoś mi pomagał, z zewnątrz. Nie to, żebym wtedy o tym wiedział. Na swojej drodze nie napotykałem żadnych przeszkód. Zupełnie nic. Korytarze, które wybierałem zawsze wiodły w spokojne i puste miejsca. Podczas gdy kawałek dalej pozostali zawodnicy rzucali się sobie do gardeł pod działaniem Imperiusa.
-Zawodnik rzucił na kogoś Imperiusa? – zdumiała się Bryony. Jej palce mimowolnie zacisnęły się na ramieniu chłopaka. Harry energicznie pokręcił głową. Na jego policzkach coś błysnęło. Zbyt późno zorientowała się, że to łzy.
-Ktoś z zewnątrz - odparł głosem ciężkim od emocji. – chodziło o to bym dotarł do pucharu. Tylko, że nie podejrzewał, że pomogę Cedrikowi. Razem dotarliśmy na środek labiryntu. Chciał bym to ja wziął puchar. Mówił, że zasłużyłem. Pomogłem mu ze smokami, czekałem w jeziorze. Ale ja się uparłem, że powinniśmy chwycić za puchar razem. W tym samym czasie. I w końcu się zgodził.
To już było dla chłopaka za dużo. Całkiem się załamał i ukrywszy twarz w dłoniach zaczął płakać otwarcie. Nie myśląc Bree rzuciła się do niego. Ściągnięcie go na podłogę nie wymagało wiele siły. Po chwili już siedzieli oboje na podłodze, ona z tyłu, on oparty o nią. Przycisnęła jego głowę do swojej piersi i przez pewien czas pozwoliła mu po prostu się wypłakać, bo tego właśnie potrzebował.
-Ćśśś – szepnęła, prosto do jego ucha – Cokolwiek się wtedy stało, nie było twoją winą, mały. Zrobiłeś wszystko tak jak należało. Jesteś dzielny, szlachetny i utalentowany. Nie zrobiłeś nic złego.
-On go zabił – odparł chłopak z bólem. Po jego policzkach płynęły łzy, które wsiąkały w jej sweter. – Puchar był świetoklikiem, który przeniósł nas na cmentarz, gdzie czekał już na nas Glizdogon z tym co pozostało z Voldemorta. Związał mnie, a potem…zabił Cerika. Chodziło im o mnie, gdybym przybył sam nic by się nie stało!
-Gdybyś przybył sam – mruknęła Bryony, delikatnie całując jego rudą czuprynę. – nie byłbyś Harrym. Zaproponowałeś Cedrikowi podział nagrody, to bardzo szlachetne kochanie. Chciałeś dobrze.
-Ale doprowadziłem do jego śmierci. – brzmiał tak słabo, tak…inaczej niż zwykle. Serce jej się krajało gdy go słuchała. Ale cóż mogła powiedzieć? Zaprzeczyć? Niby jak?
-Co się stało potem? – spytała więc tylko.
-Voldemort się odrodził – odparł Harry beznamiętnie, nie czyniąc nic by uwolnić się z jej objęć. – Z kości swojego ojca, pochowanego na tym cmentarzu, z ręki Glizdogona i mojej krwi, łamiąc w ten sposób tarczę ochronną jaką obdarzyła mnie Lily, tamtej pamiętnej nocy. Z takiej pokraki karmionej przez ogromnego węża, jednego z horkruksów z resztą, stał się prawie normalnym człowiekiem.
-Nigdy nie słyszałam o tak czarnej magii – szepnęła Bree. – To straszne. Musimy go zabić. Tak na stałe. Żeby już nigdy nic takiego nie zrobił.
-Pokonamy go. – zapewnił Harry - Jak mi się udało w wieku niecałych piętnastu lat to co zrobimy wszyscy troje?
-Pokonałeś go wtedy?
-Zatrzymałem – poprawił ją – I to tylko przez przypadek. Mieliśmy i teraz dzięki tej całej akcji z czasem też mamy, różdżki o bliźniaczych rdzeniach. Pióro Fawkesa, feniksa należącego do Dumbledore'a. Od swoją kupił ponad trzydzieści lat temu. Moja…pewnie jeszcze nie została zrobiona. Ale mam ją, a on o tym nie wie. Kiedy się zmierzą, powstanie magiczna więź między nimi. Priori Incantatem.
-Efekt cofnięcia zaklęć. – szepnęła do siebie Bryony. Chłopiec przytaknął i przełknąwszy ślinę kontynuował, jakby chciał to zakończyć jak najszybciej się dało.
-Przestaną działać jak powinny i nie zwrócą się przeciw sobie. – głos miał słaby i Bree po raz kolejny pochyliła się i musnęła wargami jego głowę. Nie zaprzestała też delikatnego przeczesywania palcami jego płomiennorudych włosów. - Ale jeśli i tak zmusimy je do walki…dochodzi do bardzo dziwnego efektu. Jedna z różdżek zmusza druga˛ do odtworzenia zaklęć, które wykonała…w odwrotnej kolejności, rzecz jasna. Najpierw ostatnie...potem te, które je poprzedzały…Wtedy na cmentarzu, to były duchy tych, których zabił. Cedrik, jeden starzec, niejaka Berta Jorkins, no i oni. Lily i James. Powiedzieli, że gdy połączenie zostanie zerwane zostaną jeszcze na moment by dać mi czas na chwycenie świstoklika i ucieczkę. Cedrik poprosił żebym zabrał jego ciało. I tak wróciłem do Hogwartu.
-Ćśś. Nie musisz mówić nic więcej – mruknęła w jego włosy Bree, kołysząc delikatnie ich oboje.
-Muszę – szepnął Harry – Muszę, bo to jeszcze nie koniec. Jak wróciłem profesor Moody odciągnął mnie od zbiegowiska i do szkoły. Zabrał mnie do swojego gabinetu. Nie wiem, wtedy mnie to nie dziwiło, byłem w ranny, w szoku. Ale jak zaczął się o wszystko pytać…Jak Voldemort przywitał swoich Śmierciożerców, gdy przyszli mu się pokłonić? A potem sam się przyznał. To on wrzucił moje nazwisko do Czary Ognia. To on, wtedy po Mistrzostwach wystrzelił Mroczny Znak. On skłonił Hagrida by mi powiedział o smokach Podpowiedział Cedrikowi zamoczenie jaja. Dał Nevillowi książkę o roślinach wodnych. Pomagał mi w labiryncie. I wreszcie to on podmienił puchar.
-Moody?! – szepnęła zszokowana Bryony. Jej myśli wirowały. Znała Alastora Moody'ego. Z opowiadań i osobiście. Syriuszowi i Jamesowi usta się nie zamykały jak pod nim pracowali. Według nich był najwspanialszym (i najbardziej szurniętym) aurorem świata. Oczywiście nie wspominali o tym przy Charlusie Potterze, który sam pracował w Biurze Aurorów i to na dość wysokim stanowisku.
-To nie był Moody – roześmiał się sucho Harry – To nigdy nie był Moody tylko Barty Crouch Junior. Przez cały rok trzymał prawdziwego Moody'ego w kufrze i pił Eliksir Wielosokowy z jego włosami. Dumbledore go dorwał i wycisnął z niego prawdę za pomocą Veritaserum. Ja…wybacz, ale nie widzę sensu w powtarzaniu jego historii. Powinnaś wiedzieć tyle, że Junior jest Śmierciożercą i to zatwardziałym. A Senior tak bardzo kocha zasady, że pakuje ludzi do Azkabanu bez sądu, a na własnego syna rzuca Imperiusa po tym jak go stamtąd wyciąga. Taki fajny facet z tego Croucha.
-Boże… - jęknęła Bree, porażona tą informacją – To on skazał Syriusza, prawda?
-Tak. – Harry przytaknął. Humor powoli mu wracał, ale nie na tyle by dziewczyna rozważyła puszczenie go. A i on nie kwapił się do wyswobodzenia się z jej objęć. – Ale nie uwierzysz, czego świadkiem byłem potem! Dumbledore zebrał dookoła mnie, w Skrzydle Szpitalnym wszystkich członków Zakonu jakich miał na podorędziu. Weasley'ów, którzy przyjechali na trzecie zadanie, profesor McGonagall, Hagrida i madame Maxime, do kontaktów z olbrzymami, Snape'a, no i Syriusza.
-Snape i Syriusz w jednym pomieszczeniu – mruknęła dziewczyna z półuśmiechem – Duża odwaga. Gdyby do kompletu dodać jeszcze Jima…Oj nie byłoby to piękne.
-Dwóch wystarczyło – prychnął Harry. – I wiesz, stoją naprzeciw siebie, obaj najeżeni. A Dumbledore mówi coś takiego: „Nadszedł czas, byście zapomnieli o dawnych urazach i zaufali sobie."
-Nie! – zachichotała Bryony.
-Tak! – Harry dołączył do niej w wesołości. – Gdyby nie to, że ledwo siedziałem chyba parsknąłbym śmiechem i wtedy. Ale to jeszcze nie koniec. Na widok ich min dorzucił jeszcze: „Póki co, zadowolę się brakiem otwartej wrogości".
-Idealista – westchnęła dziewczyna – Co zrobili?
-Podali sobie ręce – przyznał Harry, zerkając na nią. – Chciałabyś to zobaczyć.
-No chciałabym – przytaknęła Bryony. – Hej, a powiedz mi, bo podobno w tradycji Turnieju jest Bal Bożonarodzeniowy, który otwierają zawodnicy. Jak to było u was, hmm?
Harry poczerwieniał tak bardzo i tak szybko, że od razu wiedziała, że trafiła w czuły punkt. Pogratulowała sobie w myślach.
-No dalej, powiedz mamie kogo zaprosiłeś – zaśmiała się wesoło – Hermionę?
-Co? Nie! – Harry brzmiał jakby naprawdę się przestraszył taką myślą – Ona poszła z Krumem. Z resztą pokłócili się o to z Ronem. Ja chciałem…chciałem zaprosić taką jedną z Ravenclawu. Ale…ugh…już miała partnera. Cedrika.
-Oj mój mały – zasmuciła się Bree odgarniając mu włosy z czoła. – Nie ma co się przejmować. To w końcu jedno nie. Jakby dawali mi knuta za każdy raz, kiedy Lily dała Jimowi kosza, byłabym już milionerką. A patrz, wzięli ślub. Syriusz z kolei, na palcach jednej ręki mogę policzyć dziewczyny, które mu odmówiły, a wzorem szczęścia w miłości to on nie jest.
-Czy możemy o podbojach Syriusza porozmawiać kiedy indziej? – spytał słabo Harry. Jego twarz przypominała dojrzałego pomidora. – O podbojach kogokolwiek w ogóle? Proszę!
-No dobra – westchnęła Bryony, z udawanym żalem – Ale nie myśl, że ci odpuszczę. Wyciągnę z ciebie imię tej dziewczyny.
Chyba potraktował to jak groźbę bo uciekł na zewnątrz i nie pokazał się aż do późnej nocy gdy Bryony leżała już w łóżku i udawała, że śpi. Sam jednak nie położył się, nie odgarnąwszy jej wcześniej potarganych włosów z oczu. Gdy odszedł uśmiechnęła się i dopiero wtedy osunęła w objęcia Morfeusza.
