N/A: No, pisałam że miałam dość opowieści Harry'ego. I miałam, dlatego powstał ten rozdział. Tu swoje pięc minut przeżywają Albus i Minerwa. A także, co ważniejsze, trzecia z naszej trójki, Hermiona. Dawno juz powinna móc coś powiedzieć od siebie. Powitajmy ich brawami.

Rozdział 11

Ciemna noc zapadła już nad Szkołą Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie i większość uczniów zapewne spała w swoich miękkich łóżkach, zupełnie nieświadoma zła czyhającego na nich za murami potężnego zamku. Wojna, trwająca od kilku lat właściwie ich nie dotyczyła. Sprowadzała się do rzadkich doniesień zamieszczonych w Proroku Codziennym. Tu byli bezpieczni. Nic nie mogło im się stać pod czujnym okiem Albusa Dumbledore'a, nie bez przesady określanego mianem najpotężniejszego czarodzieja w dziejach.

Kiedy więc młodzież wypoczywała po zwykłych trudach szkolnego życia, ich dyrektor przebywał dalej w swoim okrągłym gabinecie. Uważnym spojrzeniem niebieskich oczy przebiegał po szkolnych błoniach, jednocześnie mimochodem głaszcząc długą, białą brodą. Ogromna odpowiedzialność, nie tylko za ukochaną szkołę, ale i za Zakon Feniksa, ciążyła na ramionach sędziwego mędrca. Odczuwał to tym boleśniej teraz, gdy dwoje młodych ludzi ukazało mu straszliwą prawdę o przyszłości. W ciągu kilkunastu minut rozmowy, Albus dowiedział się o wrogu więcej niż od początku wojny. Dzięki tym informacjom, pojawiła się szansa na zakończenie cierpień magicznego społeczeństwa. Niestety, tyle samo dowiedział się Dumbledore o sobie samym.

Po obejrzeniu wspomnień tego chłopaka czuł do siebie odrazę. Jego winy nie zmniejszało to, że wszystko to uczynił dla dobra świata. Słowa ze wspomnienia, wypowiedziane przez Severusa Snape'a, czy też tego kim kiedyś się stał, przyszły Dumbledorowi do głowy. „Hodowałeś go jak prosiaka na rzeź!" Czy naprawdę? W najgłębszych odstępach swego serca szukał Albus odpowiedzi na pytanie, czy byłby na to gotów. Opiekować się osieroconym dzieckiem, pomagać mu przez prawie całe jego życie, cały czas wiedząc, że nadejdzie taki dzień, gdy ów chłopiec musi umrzeć by Voldemort zginął. To co znalazł nie spodobało mu się. Czy naprawdę potrafiłby skazać Harry'ego na coś takiego? Chłopca, dziecko zaledwie, wystawić do walki ze złem większym niż jakiekolwiek wcześniej?

Co jednak zdumiewało go najbardziej to to, że młodzieniec bez chwili wahania, ponownie wziął na siebie zadanie, które już za pierwszym razem sprawiło mu tyle bólu. Ani przez moment nie zapragnął przekazać misji komuś innemu, jakby to było całkiem oczywiste, że to właśnie on musi powtórzyć ten wyczyn. Dzielny, dzielny Harry Potter. Nie, w tym świecie miał nosić inne miano. Dzielny Harry Evans, kuzyn słynnych sióstr.

-Albusie – odezwała się dotychczas milcząca profesor McGonagall. Dumbledore odwrócił się od okna i spojrzał na swoją zastępczynię i długoletnią przyjaciółkę, której postanowił zdradzić szczegóły spotkania z podróżnikami w czasie. – Czy jesteś pewien? Nic nie wiemy o tej dwójce.

-Wiemy aż nadto – sprzeciwił się dyrektor. Od samego początki zdawał sobie sprawę, że jeszcze ktoś w Zakonie musi wiedzieć o ich sekretnych przyjaciołach. Długo rozważał komu powiedzieć, ale na koniec odrzucił Szalonookiego, za względu na jego nieufności i…problemy z komunikacją z cywilami i Charlusa Pottera, z powodu bezpośredniego zaangażowania jego rodziny w sprawę. Minerwa pozostała jedyną kandydatką. – Wiemy, że nie kłamią. Wiemy, że pochodzą z przyszłości. Nawet gdyby chcieli, nie daliby rady podrobić magicznej więzi łączącej matkę i jej dziecko.

-Więc zamierzasz im zaufać? – spytała z niedowierzaniem kobieta, przygryzając lekko wargę. Albus westchnął. Też nie do końca podobała mu się ta sytuacja, lecz jeśli mogli w ten sposób ocalić dziesiątki, jeśli nie setki istnień, to czy nie było warto?

-A mam powód by tego nie uczynić? – odparł pytaniem dyrektor. – Pokazali mi swoje wspomnienia, dostarczyli listę tych, których stracilibyśmy w najbliższych miesiącach, a tak możemy ocalić. I drugą z nazwiskami Śmierciożerców, obecnych i przyszłych. Uratowali Bryony Evans. Czy to nie wystarczające dowody ich dobrej woli?

-Skoro są po naszej stronie, to czemu się nie ujawnią? Nie wejdą w ścisłą współpracę z Zakonem? – zastanowiła się na głos Minerwa, dłonie składając schludnie na podołku, jak to miała w zwyczaju. – Czemu nie chcą poznać tych, którym mają zamiar uratować życie?

-Ponieważ – Dumbledore uśmiechnął się tajemniczo – sądzą, a ja się z nimi zgadzam, że tak będzie lepiej. Jaką mają gwarancję, że Zakon im uwierzy? Żadnej. A wszystkim nie zdążą i może nie chcą dać dostępu do swoich wspomnień i myśli. Nie można ich za to winić. Bez dowodu…byłbym zawiedziony gdyby w obecnych czasach moi byli uczniowie zaufali komuś, ot tak z ulicy. Podejrzewam też, że nasi przyjaciele z przyszłości najpierw chcą wypełnić swoje zadanie, a dopiero potem, wreszcie odnaleźć spokój. Przybyli do nas przecież prosto z pola bitwy…

Nie dodał nic o przeraźliwej tęsknocie jaką odnalazł przez przypadek w umyśle młodego Harry'ego, a którą właściciel rozpaczliwie próbował ukryć. Młodzieniec ponad wszystko pragnął poznać tych, których zawsze uważał za swoich rodziców. A jednocześnie bał się tego marzenia, bo zdawał sobie sprawę jak ciężko by mu było ich zostawić by ruszyć na misję, która przecież musiała zostać wypełniona, bez względu na wszystko.

-Wolą też utrzymać wszystko w jak największej tajemnicy – zaznaczył szybko, siadając na swoim miejscu przy ogromnym, dyrektorskim biurku, naprzeciw McGonagall. – Voldemort nie może się pod żadnym pozorem dowiedzieć, że znamy jego sekret i jesteś na dobrej drodze do pokonania go. A nie zapominajmy, że w naszych szeregach jest zdrajca. To nim powinniśmy zająć się w pierwszej kolejności.

Oblicze kobiety stało się chmurne i na moment nawet Dumbledore się jej bał. Wspomnienie wychowanka jej domu, który tak ją zawiódł sprawiało jej ból, wiedział o tym. Zdawał sobie też sprawę, że koleżanka po fachu długo nie wybaczy sobie tego, co z pewnością uznała za osobistą porażkę. A przecież nie miała wpływu na to kim stanie się kilka lat po szkole mały, nierzucający się w oczy Peter Pettigrew.

-Jesteś pewien, że to on? – spytała McGonagall, sztywno unosząc głowę. Wiele by dała by ta informacja okazała się tylko okrutną potwarzą. – Może jednak Fletcher?

-Nie – Dumbledore ze smutkiem pokręcił głową. Zawsze lubił tych chłopców, Jamesa Pottera, Syriusza Blacka, Remusa Lupina i Petera Pettigrew. Huncwotów, jak sami się nazywali. Żal mu było patrzeć jak umiera przyjaźń, tych co jeszcze trzy lata wcześniej uchodzili za nierozłącznych. Bo pewnych rzeczy nie wybaczą, nawet bratu. – Mundungus wie zbyt mało by mógł przydać się na coś Voldemortowi. A Alastor zbyt dobrze go pilnuje. Ale Pettigrew zawsze był blisko Potterów. – urwał i zamyślił się na moment, przypominając sobie ostatnie tygodnie i co jeszcze zdrajca mógł przekazać swemu prawdziwemu panu. – Weź też pod uwagę, kto był obecny na tamtym obiedzie u Potterów, dwa tygodnie temu. Wtedy kiedy omawiałem z Bryony szczegóły jej misji.

-Na brodę Merlina! – szepnęła ze zgrozą profesor McGonagall, doszedłszy do tego samego wniosku co sędziwy dyrektor.

Pamiętny posiłek odbył się w Dworze Potterów, gdzie od jakiegoś czasu spotykał się Zakon. Tuż po zebraniu Dorea zaprosiła wszystkich na późny obiad, czy też raczej kolację. Ale duża część członków miała w domach własne rodziny, które wyczekiwały ich powrotu, dlatego szybko się pożegnali i deportowali. Ale zarówno Dumbledore jak i McGonagall, Syriusz i Peter postanowili zostać, skuszeni wizją domowego obiadu u pani Potter, która słynęła z przepysznej kuchni. Lily i Jamesowi, a wraz z nimi też małemu Harry'emu i Bryony nie zostawiono pola na decyzję. Dorea poinformowała ich po prostu, że zostają. Warto też dodać, że ostatnimi czasy Potterowie nie spuszczali panny Evans z oczu, w efekcie czego częściej sypiała u siostry niż we własnym, wynajętym mieszkanku. Tamtego wieczora też miała zostać na noc. Przy stole ustalała z Dumbledorem ostatnie szczegóły zbliżającego się wyjazdu do Walii. To był jedyny raz, gdy w towarzystwie padła nazwa docelowego miasteczka.

-Sama widzisz – powiedział cicho Albus. McGonagall wyglądała na wściekłą do granic możliwości.

-Mój uczeń! – wycedziła przez zęby, z taką złością, że dyrektor zaczął się bać o sprzęty w swoim gabinecie. Fawkes, dotychczas uśpiony, obudził się i zaskrzeczał niespokojnie. Dyrektor pogłaskał go uspakajająco. – I on ośmielał się nosić czerwono-złote kolory! Co za…co za…!

Zabrakło jej słów i Dumbledore z rozbawieniem pomyślał, że to chyba pierwszy raz. Nie potrafił powstrzymać lekkiego uśmiechu przed wypłynięciem na pomarszczoną przez czas twarz.

-Co z nim zrobimy Albusie?

-Niestety – westchnął dyrektor, splatając palce przed sobą i opierając się na łokciach – nie mamy dowodów przeciw niemu. Tylko słowa dwojga nieistniejących nastolatków i nasze podejrzenia. Nie możemy go publicznie oskarżyć. A nawet gdybyśmy to zrobili, przyjaciele staną za nim murem i będą bronić, choćby musieli zwrócić się przeciw Zakonowi. Nie zaprzeczaj – wtrącił gdy tylko ujrzał jak Minerwa otwiera usta by się z nim kłócić – Znasz tych chłopców lepiej niż ja i wiesz jacy są. Póki na własne oczy nie zobaczą jego zdrady nie uwierzą.

-Więc jakie masz plany? – spytała kobieta. Dumbledore westchnął ciężko.

-Nie możemy całkowicie odsunąć go od ważnych informacji ponieważ, po pierwsze i tak nic to nie da bo pozostali szybko wszystko mu powtórzą, a po drugie, tylko wzbudzimy tym podejrzenia. Ale możemy wykorzystać to, że wiemy kim jest szpieg.

-Chcesz prowadzić wojnę wywiadów z Vol-Voldemortem? – Minerwa zająknęła się odrobinę na imieniu wroga.

-Prowadzić i wygrać – uśmiechnął się tajemniczo dyrektor. – Nie zapominaj, że dysponujemy wiedzą, o jakiej naszym przeciwnikom się nie śniło.

-Ależ Albusie! – zawołała McGonagall – Jak masz zamiar to zrobić? Skąd będziesz wiedział, czy twój plan się powiódł? Przecież nie mamy nikogo po tamtej stronie!

-Jeszcze droga Minerwo – odparł Dumbledore z błyskiem w oku, wygodniej rozsiadając się na fotelu – Jeszcze. Oczekuję, że na dniach się do mnie zgłosi.

-Kto? – spytała kobieta, nic nie rozumiejąc. Dyrektor uśmiechnął się, gładząc dwoją bujną brodę. Jaka to by była zabawa gdyby od razu powiedział jej wszystko? Wbrew pozorom lubił wiedzieć więcej niż pozostali, taka jego mała słabość.

-Nasz szpieg – odparł po prostu, zachowując wokół tego aspektu wspomnień Harry'ego Evansa aurę tajemniczości. – Śmierciożerca, który oprócz honoru ma też serce.

-Za bardzo opierasz plany na słowach tej dwójki – Minerwa pokręciła głową – Wyjaśnij mi, czemu nie chcą powiedzieć członkom Zakonu o tym, że Bryony przeżyła? A jeśli nie wszystkim to przynajmniej Lily! Przecież widziałeś przez co ta biedna dziewczyna przechodzi!

-Też ciężko mi się z tym pogodzić – przyznał Dumbledore – Ale bezpieczeństwo dziewczyny jest najważniejsze. Voldemort nie może mieć choćby cienia podejrzenia, że Bryony żyje. Potwierdzić to musi Pettigrew. A on zbyt dobrze zna Lily i Jamesa by mogli go oszukać. Poza tym, pewnie nawet by nie próbowali, ufają mu przecież bezgranicznie. Nie Minerwo, panna Evans musi pozostać martwa, przynajmniej na czas swojej misji. Tylko tak wszystko może się udać.

-Martwa dziewczyna i dwoje nieistniejących nastolatków – mruknęła pod nosem McGonagall, lekko kręcąc głową – Może i rzeczywiście są najlepszymi kandydatami do tej roli.

-Nie może, ale na pewno – zaśmiał się Dumbledore – Zapamiętaj moje słowa, jeszcze przed wakacjami wszyscy będą powtarzać ich imiona.


Hermiona Granger padała z nóg. Jej warta dobiegała już końca i wkrótce dziewczyna miała się położyć, ale jeszcze nie teraz. Noc była cicha i spokojna, choć mroźna. Śnieg padał nieprzerwanie od kilku dni pokrywając drzewa i ziemię delikatnym, czystym puchem lśniącym, gdy odbijało się od niego światło księżyca w pełni. Dziewczyna uniosła głowę by spojrzeć na jasną tarczę, ledwo widoczną między koronami drzew. Zadrżała na myśl o wszystkich, których noce jak ta zmieniały w potwory. Biedny Remus… Biedny Harry. Dalej nie wiedziała co myśleć o tym, że jej najlepszy przyjaciel jest tak naprawdę półwilkołakiem, nieślubnym dzieckiem profesora Lupina i tej niepozornej dziewczyny, która spała teraz spokojnie w namiocie. Lubiła mieć wszystko uporządkowane, tak by nie dopuścić do niemiłych niespodzianek. Może dlatego ta sytuacja nieco ją przerastała.

Lepiej by się czuła gdyby o tej podróży pozwolono jej się przygotować. Nie potrafiła sobie też wybaczyć, że odczytała wtedy tamto zaklęcie i uruchomiła zwierciadło. Można się było zastanowić, spakować, poczytać. Ale nie, wypowiedziała tamto przeklęte zdanie i nim się zorientowała byli już w Marmurowym Zamku i rozmawiali z Założycielami Hogwartu. Jakby podróż w czasie nie wystarczała by całkiem ją skonfundować! Dalej kręciło jej się w głowie gdy pomyślała o tamtej konwersacji. Nie potrafiła uwierzyć że poznała Godryka Gryffindora, Salazara Slytherina, Helgę Hufflepuff i Rowenę Ravenclaw. Ale Ron by miał minę…

Ron. Ron. Irytujący, tępy Ronald, na którego pomstowała przez siedem lat znajomości. I którego kochała od prawie trzech. Ron, który poświęcił się dla nich w meczu szachowym. Ron, który poszedł za Harrym do Komnaty Tajemnic. Ron, z którym kłóciła się przez całą trzecią klasę. Ron, zazdrosny o nią w czwartej. Ron, walczący wtedy, w Departamencie Tajemnic. Ron, gwiazda Quiddicha. Ron używający języka wężów by wejść do Komnaty podczas ostatniej bitwy. Ron, Ron, Ron. Jej Ron. Pierwszy chłopak, któremu oddała swoje serce. Już nigdy go nie zobaczy. A jeśli nawet, dzieliło ich teraz prawie siedemnaście lat. Był niemowlęciem, a ona dorosłą kobietą. Nigdy nie pójdą na pierwszą randkę, nie zaręczą się. Nie wezmą ślubu. Nie będzie panią Weasley, jej miejsce zajmie ktoś inny. Kto wie, może nawet ona sama, z tego świata?

Hermiona pociągnęła nosem i mocniej opatuliła się kocem. Chmura przysłoniła księżyc, który schodził już coraz niżej. Wkrótce noc dobiegnie końca. Dla niej oznaczało to tylko tyle, że zaraz skończy się jej warta i będzie mogła wrócić do środka i iść spać. Chociaż wątpiła by udało jej się usnąć, zbyt wiele myśli kotłowało się w jej głowie. Wspomnienia, marzenia zlewały się w jedno, tworząc karuzelę obrazów, które łączyło tylko jedno. Wszystkie sprawiały jej ból. Wiedza ile straciła nie pozwalała jej spokojnie odpocząć. Pocieszać się mogła tylko jednym. Stworzą nowy, lepszy świat. Neville będzie miał rodziców. Fred nie zginie. Nikt nie zginie, poprawiła się szybko. Harry odzyska mamę. Już ją odzyskał w pewnym sensie. Serce jej rosło gdy obserwowała jak matka i syn poznają się coraz lepiej z każdym dniem. Bryony była…nie taka jak Hermiona się spodziewała. Smutna. Jedyna fotografia na jakiej ją widziała, pokazywała dziewczynę szczęśliwą, zakochaną w swoim dziecku. Ta skorupa kobiety, którą uratowali w Walii wcale jej nie przypominała. O sobie nie mówiła prawie nic. O swoich przyjaciołach sporo, Harry na pewno chciałby usłyszeć więcej. A imię Remusa sprawiało, że zamykała się w sobie. Wielokrotnie Hermiona zastanawiała się, co się między nimi wydarzyło by spowodować taką reakcję.

Harry szarpnął się w pościeli. Nie dziwiło jej to. Od bitwy nie przespał ani jednej nocy spokojnie. Koszmary męczyły go właściwie od zaśnięcia, aż do rana, chyba że ktoś wybudził go wcześniej. Mówił, że się przyzwyczaił i po obudzeniu w czasie nocy po prostu obracał się na drugi bok i spał dalej. Hermiona jednak wiedziała, że zamiast zasnąć leżał długimi godzinami na łóżku, myśląc. Albo po prostu wstawał i brał się do roboty. Dlatego podczas naprawy Hogwartu, zawsze gdy wstawała jego już dawno nie było. Ale pełnie były najgorsze. Bryony twierdziła, że to właśnie z powodu wilkołaczych genów.

Stłumiony jęk wydobył się z ust chłopaka. Serce jej się krajało, gdy tego słuchała. Lecz nim zdążyła wstać i wyruszyć mu na ratunek, jak to robiła zawsze, gdy miał koszmary usłyszała czyjeś ciche kroki w środku. Tupot bosych stóp na drewnianej podłodze. Harry jęknął znowu, nie potrafiła rozróżnić słów. A potem…

-Szszsz – cichy szept Bryony dobiegł jej uszu. Bezszelestnie przysunęła się do klapy namiotu i odsunęła ją lekko by zajrzeć do środka. Rudowłosa dziewczyna klęczała u wezgłowia, oparta o materac na wysokości ramion Harry'ego. – Już dobrze maleńki. Już dobrze. Mamusia tu jest.

Hermiona zastygła. Nie mogła się zdecydować czy zostać i podejrzeć co się będzie działo do czego ciągnęła ją wrodzona ciekawość, czy też się wycofać i dać matce i synowi zasłużoną przestrzeń. Gdy Bryony zaczęła nucić, decyzja podjęła się sama i dziewczyna usadowiła się wygodniej, tam gdzie była.

Sleep my child and peace attend thee,

All through the night

Guardian angels God will send thee,

All through the night

Soft the drowsy hours are creeping,

Hill and dale in slumber sleeping,

I my loved ones' watch am keeping,

All through the night

Hermiona od razu rozpoznała melodię jednej z najładniejszych ludowych kołysanek, nieco zmienioną dzięki inwencji twórczej wykonawczyni, ale rozpoznawalną. Bryony miała ładny głos, może nie idealny i nieco zachrypły po kilkugodzinnej drzemce, ale przyjemny. Idealnie nadający się do śpiewania prostych piosenek niespokojnym dzieciom. Zrozumiała, że to musiał być ich rytuał. Kiedy jej synek, źle spał, albo budził się w nocy, Bryony kucała lub klękała przy jego kołysce, może nawet brała go na ręce i kołysząc go śpiewała by się uspokoił. Dorosły Harry mógł tego nie pamiętać, ale ona robiła to zaledwie kilka tygodni temu, więc takie zachowanie było dla niej oczywiste.

I bardzo skuteczne. Już po pierwszych taktach chłopak znacznie się uspokoił. Napięte mięśnie rozluźniły się znacznie i chłopak zapadł się w pościeli, bezwładny. Bree delikatnie głaskała go po włosach, cały czas śpiewając i kołysząc się delikatnie na piętach. Potargane włosy opadały jej na plecy falą ognistej czerwieni, oczy miał przymknięte. Wyglądała tak…spokojnie. Nareszcie. Dotychczas nawet we śnie na jej twarzy pozostawała ta charakterystyczna zmarszczka między brwiami. Ale teraz, gdy śpiewała Harry'emu do snu, wszystkie jej bariery zniknęły. Wyglądała na zupełnie szczęśliwą.

Angels watching, e'er around thee,

All through the night

Midnight slumber close surround thee,

All through the night

Soft the drowsy hours are creeping,

Hill and dale in slumber sleeping

I my loved ones' watch am keeping,

All through the night

Refren powtórzyła kilkakrotnie, aż upewniła się, że zasnął mocno i bez koszmarów. A i kiedy kołysanka dobiegła końca dziewczyna przez pewien czas się nie poruszyła. Z uwielbieniem wypisanym na twarzy spoglądała na swojego dorosłego syna, którego dwa tygodnie wcześniej widziała niemowlęciem uczącym się siadać. Delikatnie, opuszkami palców śledziła rysy jego twarzy, niby ucząc się ich na pamięć. Z taką mamą mógł dorastać gdyby nie wojna, zrozumiała Hermiona. Czułą, kochającą i oddaną mu ponad wszystko. Z taką mamą będzie dorastał mały Harry, jeśli oni będą mieli tu coś do powiedzenia.

Nagle Bryony podniosła spojrzenie na Hermionę i uśmiechnęła się do niej. „Zaraz przyjdę" przekazała jej bezgłośnie. Panna Granger przytaknęła i pospiesznie odwróciła się w stronę lasu, zarumieniona, bo przyłapano ją na podsłuchiwaniu. I rzeczywiście, w chwilę później dołączyła do niej rudowłosa dziewczyna, ubrana we wszystko co było pod ręką.

-Ładnie śpiewasz – szepnęła zawstydzona swoim zachowaniem. Usta Bree wykrzywił wesoły uśmiech.

-Dzięki – wdzięcznie skinęła głową – Idź, się prześpij. Teraz i tak moja kolej.

Rozejrzała się dookoła i odetchnęła głęboko. Przymknęła oczy, a jej twarz znowu stała się spokojna. Po raz pierwszy Hermiona zobaczyła jak jest piękna. Płomiennorude włosy lśniły w blasku księżyca, w kontraście do śnieżnobiałej skóry. Przypominała bardziej nimfę leśną niż człowieka, mimo grubego swetra w miejscu zwiewnej szaty, jakie zwykle noszą czarodziejskie mieszkanki borów.

Tej nocy, gdy Hermiona kładła się do łóżka towarzyszyło jej cichutkie nucenie zza ściany namiotu. To Bryony, raz zacząwszy, czuwała nad snem swojego syna. Dziewczynie to nie przeszkadzało i ona spała lepiej niż przez ostatnie miesiące i obudziła się dopiero gdy słońce stało już wysoko, wypoczęta jak nigdy.


N/A: I teraz zagadka. Kto mi powie jaką piosenkę śpiewa tu Bryony, ten ma szansę na uścisk od Harry'ego (jak Hermiona pozwoli)