N/A: I tak po ciekawszym rozdziale wracamy do serii "Opowieści Harry'ego". Oto rok piąty. Jak Bryony zareaguje na przepowiednię, o której nic nie wiedziała?


Rozdział 12

Następnego poranka wszyscy byli w lepszych nastrojach. I to do tego stopnia, że tuż po późnym śniadaniu, przygotowanym przez Bryony, która pierwsza była na nogach, zasiedli wszyscy dookoła stołu by kontynuować opowieść. Panna Evans, nie mogąc znieść niewygodnych krzesełek, jedynego umeblowania głównej części namiotu wyczarowała bez trudu zestaw miękkich, czerwonych foteli, wykończonych złotą nicią. Zwinęła się w kłębek na jednym z nich, ujmując w obie dłonie kubek z parującą herbatą. Harry usiadł obok niej, Hermiona, którą zaprosili do kompanii zajęła miejsce naprzeciw niej.

-Piąty rok – mruknął chłopak, trąc nerwowo kark – po raz pierwszy usłyszeliśmy wtedy o Zakonie Feniksa. Znaczy, Ron i Hermiona usłyszeli bo mnie przez większość wakacji nikt nic nie mówił. Dopiero gdy trafiłem do Kwatery Głównej, po tym jak mnie i Dudleya zaatakowali pod domem dementorzy, prawda wyszła na jaw.

-Dementorzy? – wydusiła z szeroko otwartymi oczami Bryony – W Little Whinging? Dzieciaku, czy ty nie potrafisz przeżyć nawet dwóch miesięcy w spokoju?

-Już ci mówiłem, że nie szukam kłopotów – powtórzył ze śmiechem Harry – To one znajdują mnie. Co miałem robić, wyczarowałem patronusa. No, tyle że Ministerstwo od razu się dowiedziało i w trybie natychmiastowym przysłało pismo informujące mnie, że zostałem wydalony z Hogwartu, wkrótce pojawią się pracownicy Ministerstwa by złamać moją różdżkę, a ja mam się pojawić tego a tego dnia na przesłuchaniu. Nie będę cytować wszystkich listów jakie dostałem tamtej nocy, ważne że skończyło się na zabraniu mnie na Grimmauld Place 12, do Kwatery Głównej Zakonu. Możesz nie kojarzyć tego miejsca, ale to dom rodzinny Syriusza.

-Okropne miejsce – mruknęła Hermiona, ujmując dłoń Harry'ego. Uwadze Bryony nie umknęło, że chłopak uścisnął ją delikatnie. Uniosła brew, ale nic nie powiedziała. – Syriusz go nienawidził.

-Wyobrażam sobie – Bree uśmiechnęła się znacząco, próbując napotkać spojrzenie Harry'ego. Daremnie. Zauważyła, że policzki chłopaka pociemniały. – I co, tam Zakon urządził sobie kwaterę? Nie było lepszego miejsca?

-Raczej nie – odparł Harry – Pamiętaj, że w naszych czasach Zakon działa zupełnie potajemnie, a liczba jego członków znacznie zeszczuplała. – Gdzie teraz się spotykacie?

-Hmm – zastanowiła się dziewczyna, stukając palcem wskazującym w brodę – Często w Dworze Potterów. Albo Longbottomów. Zdarzyło nam się też wpaść do McKinnonów. To zależy ile osób się spotyka i kiedy.

-Dwór Potterów? Gdzie to jest? – zainteresował się Harry. Bree zmierzyła go zdziwionym spojrzeniem. Czyżby naprawdę nic nie wiedział?

-Nigdy ci nie powiedzieli? – spytała, lekko przekrzywiając głowę. – To siedziba rodowa, ogromna posiadłość na wsi, z willą, ogrodami i wszystkim. Mają nawet własne boisko do Quddicha, normalnej wielkości.

-Mieszkałem tam? Znaczy, mieszkam tam? Teraz?

-Z tego co wiem, to tak – przytaknęła dziewczyna. – Po ślubie Lily i James chcieli się usamodzielnić i wyprowadzili się na kilka miesięcy, ale jak Sami-Wiecie-Kto zaczął ich ścigać, wrócili do Dworu, bo nie ma bezpieczniejszego miejsca. Co mnie dziwi, to to że nikt ci nie powiedział… Znaczy, jako syn Jima powinieneś odziedziczyć dom.

-Możliwe, że w naszych czasach nie ma już Dworu Potterów – wtrąciła Hermiona. – Nigdy się tym nie interesowaliśmy, ale mógł zostać zniszczony podczas Pierwszej Wojny.

-To trochę straszne, gdy mówicie o Pierwszej Wojnie – wyznała Bryony kładąc nacisk na numer, a ciarki przeszły jej po plecach. – Jakby nie dało się zapobiec rozpętaniu Drugiej.

Uśmiech Harry'ego był nieco wymuszony, gdy chłopak pochylał się by ująć jej dłoń i uścisnąć lekko, nim ją puścił.

-Wracając do tematu – oświadczyła Hermiona, odchrząkując. – Na dom przy Grimmauld Place rzucono taką ilość zaklęć ochronnych, że nawet mysz się nie prześlizgnie. Zakon był tam całkowicie bezpieczny. No i nikt, ani Ministerstwo, z którym na tym etapie byliśmy na bakier, ani Śmierciożercy nie mógł przypuszczać, że tam się ukryjemy.

-Spędziliśmy w Kwaterze całe wakacje – dodał Harry – właściwie się stamtąd nie ruszając. No może oprócz mnie, bo po drodze wybrałem się na przesłuchanie do Ministerstwa, gdzie mnie uniewinniono dzięki zeznaniom charłaczki, pani Figg, której Dumbledore nakazał mnie pilnować. Mieszkała w pobliżu i widziała cały atak. Głównie sprzątaliśmy, bo dom był w tragicznym stanie. W przerwach wysłuchiwaliśmy jak portret matki Syriusza drze się na wszystkich po kolei, albo jak robi to Molly Weasley. Podsumowując, całkiem niezłe wakacje.

-Tak z ciekawości, kogo Dumbledore zrobił prefektami Gryffindoru? – spytała Bryony pochylając się ku nim. – Was może? Tyle razy uratowaliście tę szkołę…

-Nie – Hermiona zarumieniła się wściekle. – Znaczy, mnie tak, ale Harry…

-Uznał, że i tak mam masę na głowie – odparł Harry z delikatnym uśmiechem – Więc prefektem zrobił Rona. Pani Weasley szalała ze szczęścia. On w sumie też, bo w nagrodę dostał nową miotłę.

-Na pewno sobie poradził – powiedziała wesoło Bryony, dmuchnęła lekko by przesunąć włosy z czoła gdzie zasłaniały jej oczy. – Dumbledore nie myli się co do prefektów. No, prawie nigdy. – zachichotała, ale nie powiedziała już nic, a Harry nie miał odwagi spytać. Dlatego odchrząknął i postanowił kontynuować opowieść.

-Od poprzedniego roku, kiedy to Minister Knot pokłócił się z Dumbledorem, jasne było, że Ministerstwo zrobi wszystko by podporządkować sobie Hogwart. – powiedział opierając się na podłokietniku - Wszystko ograniczyło się do przysłania swojego kandydata na miejsce nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. Profesor Dolores Umbridge okazała się przerażająca i szybko zyskała uroczy przydomek Ropuchy. Na jej lekcjach nie wolno nam było wyciągać różdżek i uczyliśmy się tylko podręcznika na pamięć.

-Durnego podręcznika, trzeba dodać – prychnęła Hermiona. Harry zaśmiał się krótko.

-Racja. – odparł, uspokoiwszy się. - Ja z każdym razie już w pierwszym tygodniu zajęć dostałem od niej szlaban. Za powiedzenie w klasie, że Voldemort powrócił. Oczywiście, jak to w Hogwarcie, już tego samego dnia wszyscy o tym wiedzieli i wątpili w moje zdrowie psychiczne. Taki był początek wyjątkowo fatalnego roku. A potem było tylko gorzej.

-No dalej Mały – Bryony założyła ręce na piersi – wypróbuj mnie.

-Jak chcesz. – chłopak wzruszył ramionami. – Przez prawie cały rok bolała mnie blizna. A już wcześniej mieliśmy szansę zrozumieć, że to nic dobrego. Zwykle się uaktywniała gdy Voldemort był w pobliżu, lub miał wyjątkowo złe zamiary. Dlaczego, zrozumieliśmy dopiero później. Nasze życie było ciągiem beznadziejnych dni wypełnionych pracami domowymi i kiepskimi ocenami. Wybacz Hermiono, ale w moim przypadku to prawda!

Ostatnie zdanie wyrzucił z siebie w na jednym oddechu, jednocześnie zasłaniając głowę ramionami by uniknąć ciosu do jakiego się zamierzała. Bryony parsknęła śmiechem.

-Rok SUM-ów, co? – ze zrozumieniem pokiwała głową – Znam ten ból. Z tym, że ja miałam do pomocy Lily i chłopaków. Koło grudnia opracowałam nawet sposób na wyciąganie z Lily tego czego nie wiedziałam, tak żeby nawet nie zauważyła. Jak się usiadło obok mojej siostry, gdy myślała o Jamesie, można było pytać o wszystko. A ona tylko wzdychała i wyrzucała z siebie odpowiedzi, wzdychając co jakiś czas.

-Na serio? – nie mógł uwierzyć Harry – Słynna Lily Evans? Naprawdę?

-Przecież bym ci nie skłamała – prychnęła dziewczyna. – Była w nim zakochana bez pamięci. Ale nie robiłam tego zbyt często. Zwykle jakoś dawałam sobie radę. No, ale ja nie miałam treningów Quiddicha, ani szlabanów, więc to uzasadnione. Ale ty mnie tu nie zagaduj, tylko opowiadaj. Co z tą blizną?

-Z początku nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Mieliśmy większe problemy. – odparła za niego Hermiona – Umbridge została Wielkim Inkwizytorem Hogwartu i dostała nowe uprawnienia. Stało się jasne, że Knot chce się pozbyć Dumbledora. Latała po Hogwarcie jak szalona, kontrolując nauczycieli, zbierając sobie szajkę donosicieli, głównie Ślizgonów.

-Później powstała Gwardia Dumbledora – wtrącił Harry, z chytrym uśmiechem. Hermiona spłoniła się i zatopiła w fotelu.

-Gwardia Dumbledora? – zdziwiła się Bryony, skacząc spojrzeniem od jednego do drugiego i uśmiechając się pod nosem. – Co to i czemu coś mi mówi, że oboje znowu wpakowaliście się w jakieś kłopoty.

-Bo w pewien sposób się wpakowaliśmy. – odparł chłopak – Ale dopiero kiedy wszystko się udało. Widzisz, Hermiona wpadła na pomysł, że ja mógłbym uczyć wszystkich chętnych Obrony Przed Czarną Magią. No wiesz, tyle już przeżyłem, że na pewno wiem więcej niż oni. Długo mnie przekonywali, aż wreszcie się zgodziłem. Tak powstała Gwardia Dumbledora. Ginny wymyśliła nazwę. Spotykaliśmy się w Pokoju Życzeń, co kilka dni, albo co tydzień, to zależało od okoliczności i uczyliśmy czego się dało.

-Umbridge szalała – Hermiona nieco się otrząsnęła – rozwiązała wszelkie kluby uczniowskie, ale nas to nie ruszyło. Postanowiliśmy i tak się spotykać.

-Czekaj, czekaj! – przerwała im Bryony – Co to Pokój Życzeń? Nigdy o nim nie słyszałam.

-A no tak – Harry i Hermiona wymienili rozbawione spojrzenia, a potem chłopak wytłumaczył. – Pokój Życzeń, nazywany też Pokojem Przychodź i Wychodź to specjalna sala, która dostarcza tego czego tylko dana osoba w tym momencie potrzebuje. Może być łazienką, składzikiem na środki czystości, pomieszczeniem do ćwiczeń, schronieniem, czymkolwiek tylko zechcesz. Nam pasowała idealnie. Szczególnie, że niewielu o niej wie. Chyba nawet Huncwoci nigdy jej nie rozgryźli.

-W każdym razie na mapie go nie ma – dodała Hermiona. Bryony uśmiechnęła się półgębkiem. Dobrze było wiedzieć, że ta banda nie wiedziała o wszystkim.

-Ale o ile z Gwardią szło niczego sobie, to pozostałe aspekty szkolnego życia cierpiały. Na przykład udało mi się wylecieć z drużyny – westchnął smutno Harry. – A dokładnie mi, Georgowi i Fredowi Weasleyom. Przylaliśmy Malfoyowi, bo obrażał nasze rodziny. Wplatała się Umbridge i dała nam dożywotni zakaz. Angelina, nasz kapitan, była zrozpaczona.

-Dożywotni?! – warknęła Bryony, szeroko otwierając oczy. – To ona miała takie prawo? Co za czasy! – zauważywszy zbolałą minę Harry'ego uspokoiła się od razu i położyła dłoń na jego własnej – Hej, to nie twoja wina. Każdy by tak zrobił. Z twoim ojcem na czele.

-Moim…moim ojcem? – zdziwił się chłopak, podnosząc głowę. Bree przytaknęła.

-Co, znałeś go jako opanowanego profesora Lupina, nie? – zachichotała. – Kochany, może za siedemnaście lat twój ojciec trochę się uspokoi, ale teraz, szczególnie blisko pełni…To by się ładnie nie skończyło. Szczególnie gdyby obrażono kogoś na kim bardzo mu zależy. Tylko uchodzi za opanowanego, w porównaniu z Jimem i Syriuszem. No, ale dość o tym. Powiedz mi lepiej coście zrobili tej małpie. Bo nie uwierzę, że syn Huncwota i chrześniak drugiego, puścił coś takiego płazem.

-E nie – parsknął Harry – Zrobili to za mnie Fred i George. Ci dwaj to mieli talent. Ja skupiałem się na lekcjach i GD, czyli oczywiście Gwardii Dumbledora. I tak dojechaliśmy do Świąt Bożego Narodzenia.

Harry nagle zamilkł i oblał się czerwienią. Hermiona zaśmiała się. Bryony mogła tylko unieść brwi i spoglądać raz na jedno, raz na drugie, bez zrozumienia.

-No Harry przyznaj się – dziewczyna szturchnęła go lekko – Czyżbyś wstydził się swojej przyjaciółki Cho?

-Och daj spokój! – skrzywił się Harry – Ważniejsze rzeczy się wtedy wydarzyły. Na przykład tamta nocna wizja.

Bryony pomyślała, że ona chętnie posłuchałaby o dziewczynie imieniem Cho, ale postanowiła na razie nie zadawać pytań. Szczególnie, że wizja, jak to określił Harry rzeczywiście była ważniejsza niż romantycznie przygody piętnastolatka. Nawet jeśli ten piętnastolatek był jej synem.

-Więc wizja – mruknął pod nosem. – Dopiero lata później zrozumieliśmy czemu widywałem takie rzeczy. W nocy, przyśniło mi się jak Artur Weasley został zaatakowany gdzieś w Ministerstwie Magii. Widziałem węża…nie, ja byłem tym wężem, który rzucił się na niego i o mało nie zabił. Moje krzyki obudziły wszystkich dookoła. Ktoś zawołał profesor McGonagall, wylądowaliśmy u dyrektora. Potem się okazało, że wszystko co widziałem to była prawda.

-Tylko to, że poinformował Dumbledora uratowało panu Weasleyowi życie – wtrąciła Hermiona ściskając dłoń chłopaka. – Był bardzo dzielny.

-Nie byłem i dobrze o tym wiesz – burknął Harry, zwieszając głowę. – Byłem przerażony. A cała afera skutkowała w dodatkowych lekcjach ze Snapem. Nie pytaj jakim cudem, ale on będzie po naszej stronie, może jeszcze nie teraz, ale niedługo. Uczył mnie oklumencji. Dumbledore stwierdził, że Voldemort musi mieć jakiś sposób na zaglądanie do mojego umysłu. Że między nami jest więź, o której może nie zdaje sobie sprawy. Oby.

-Więź, która powstała kiedy jego zaklęcie odbiło się od ciebie, tak? – domyśliła się dziewczyna. Harry przytaknął.

-Miała doprowadzić do jednego z największych błędów mojego życia – dodał ze smutkiem, przeczesując włosy palcami – Bo widzisz, nie przykładałem się zbytnio do lekcji i na koniec Snape mnie z nich wywalił. Oczywiście nikomu o tym nie powiedziałem. Udawałem po prostu, że jestem już na tyle dobry, że nie potrzebuję nauki. Nic bardziej mylnego. Pod koniec roku, podczas SUMa z Historii Magii, którego swoją drogą nie zdałem, miałem kolejną wizję. Tym razem pokazywała Syriusza. Voldemort go torturował, tam w Departamencie Tajemnic. Co miałem robić? Siedzieć na miejscu? Nigdy. Dumbledora dawno już nie było w szkole, Umbridge zajęła jego miejsce.

-Musiałeś go ratować – dopowiedziała Bryony. Zaśmiał się chrapliwie, a Hermiona westchnęła.

-Żeby jeszcze było przed czym. – mruknął ponuro. – Ale to wszystko była pułapka. Nigdy nie złapali Syriusza, chcieli mnie po prostu zwabić do Ministerstwa, bo było tam coś co tylko ja mogłem podnieść z półki, a czego chcieli. Przepowiednia na mój temat.

-Zaraz, jest przepowiednia o tobie? - wydusiła zszokowana Bryony – I nikt nie wpadł na to, żeby mi o tym powiedzieć?! W końcu jestem twoją matką.

-Może zacznę od początku. – zaproponował Harry. - Już jakiś czas przed ich śmiercią wiadomo było, że Voldemort poluje na Potterów, choć niewielu w Zakonie zdawało sobie sprawę dlaczego. Otóż Sybilla Trelawney, wnuczka słynnej wieszczki Kasandry, po raz pierwszy wygłosiła prawdziwą przepowiednię. Na szczęście zrobiła to podczas rozmowy z profesorem Dumbledorem, który mógł ostrzec tych , których dotyczyła. Niestety w Świńskim Łbie był wtedy ktoś jeszcze. Śmierciożerca przekazał treść przepowiedni, tyle ile usłyszał swojemu panu, podpisując tym samym wyrok na dwie rodziny.

-Znasz jej treść, prawda? – spytała Bree, a jej palce boleśnie zacisnęły się na blaszanym kubku. Harry przytaknął.

-Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana... – wyrecytował, przymykając oczy chłopak - Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca... A Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, lecz on będzie miał moc, której Czarny Pan nie zna... i jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, jako że jeden nie może istnieć, gdy drugi przeżyje... Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...

Przez pewien czas nic się nie działo. Harry przyglądał się uważnie swojej matce, która siedziała nieruchomo, a z jej twarzy nic nie można było odczytać. Drżącymi dłońmi odstawiła kubek, a potem ukryła w nich twarz. Jako pierwsze zaczęły jej się trząść ramiona. Chłopak myślał, że płacze. Ale gdy po chwili ich spojrzenia się spotkały nie zauważył w jej oczach łez. Śmiała się. Długo i głośno się śmiała, a para podróżników w czasie mogła tylko patrzeć. Wyglądało to jakby oszalała. I przez pewien czas myśleli, że to było dla niej zbyt wiele, że straciła zmysły. Spojrzeli po sobie, nie wiedząc co teraz robić. Na szczęście właśnie ten moment wybrała sobie Bryony, na uspokojenie się.

-Ta przepowiednia… - powiedziała powoli, a na jej ustach błąkał się kwaśny uśmiech – nie może się sprawdzić. Nie ma prawa. Bo widzisz Harry, ja nigdy nie zdarzyłam trzykrotnie oprzeć się Sam-Wiesz-Komu. Z tego co wiem, twój ojciec tez nie. I gdyby prawda o twoich narodzinach wyszła na jaw, nic by ci nie groziło. A to właśnie planowaliśmy, dopóki nie przybył do mnie Dumbledore i nie przekonał mnie, że będziesz bezpieczniejszy jako Potter. Gdyby nie to…nikt nigdy nie wziąłby ciebie na cel.

Wszyscy zamarli. Słychać było tylko ciężki oddech Bryony, gdy łzy nareszcie dogoniły szok. Harry nie wiedział co myśleć. Po raz kolejny jego lojalność została wystawiona na próbę, jakże trudną. Świat wirował wokół niego, gdy próbował zrozumieć jak to wszystko było możliwe. Nie, nie potrafił. Może kiedyś, może po rozmowie z Dumbledorem. Teraz miał za duży mętlik w głowie.

-A najgorsze jest to – kontynuowała Bree, drżącym głosem – Że nic o tym nie wiedziałam. Chcąc cię chronić skazałam cię na los, o którym mi teraz opowiadasz. Gdybym wtedy powiedziała nie…gdybym odmówiła i przyznała przed światem, że jesteś moim dzieckiem byłbyś bezpieczny.

-Dobrze wiesz, że to nieprawda – westchnął Harry, przerywając jej – Nigdy nie byłbym bezpieczny. Voldemort mógłby się o tym nie dowiedzieć, mógłby i tak chcieć mnie zabić. I tak mógłby przyjść do domu Potterów, jeśli nie po mnie, to po nich. Nie możesz przewidzieć co by się stało. I wiesz, gdyby nie ja, to musiałby być ktoś inny. Przepowiednia pasowała jeszcze do jednego chłopca. Do Nevilla Longbottoma. To na niego by zapolował. I jego by naznaczył. A Neville mógłby sobie nie poradzić. Lubię go bardzo i znam wystarczająco dobrze by zdawać sobie sprawę, że nadaje się do tego mniej niż ja. Może by zginął, może Voldemort by wygrał. Więc widzisz, to musiałem być ja. Mimo wszystko.

-Och Harry – szepnęła z bólem Bryony – Tak mi przykro! Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo…

-To się nie wydarzy – po raz chyba setny odkąd się poznali, powtórzył Harry. – Do tego wszystkiego nie dojdzie. To już przeszłość. Zaczynamy wszystko od nowa. A nawet jeśli by to uczynić musimy powspominać niektóre rzeczy, cóż...taka jest kolej rzeczy.

-Co…co się stało w Departamencie Tajemnic? – wydusiła z siebie Bryony, chcąc najwidoczniej szybko zmienić temat i zapomnieć o przepowiedni, choć na chwilę.

-Przybyliśmy tam, my czyli GD prosto w pułapkę. – chcąc nie chcąc Harry kontynuował opowieść, choć zbliżała się do momentu, który sprawiał mu najwięcej bólu - W środku roiło się od Śmierciożerców. Wszyscy byśmy tam zginęli, gdyby nie Zakon. Nim wyruszyliśmy z Hogwartu udało mi się poinformować Snape'a, o tym co wiedziałem i gdzie się wybieramy. Wszystko oczywiście w formie zagadki, bo rozmowa odbywała się przy Umbridge. On zawiadomił Zakon, który przybył nam na ratunek. Wywiązała się bitwa, zaklęcia śmigały na prawo i lewo. Przepowiednia się stłukła. Nie wiem kiedy trafiliśmy do Sali Śmierci. Nigdy nie zapomnę tamtych kilku minut. Syriusz…

Głos go zawiódł, mógł tylko siedzieć i patrzyć w podłogę. Hermiona wzięła go za rękę, którą nie wiadomo kiedy jej wyrwał i uścisnęła. Bryony zazdrościła jej tej bliskości. Sama chciała ukoić ból swojego syna. Wiedziała jednak, że druga dziewczyna zrobi to lepiej i szybciej, a to raniło.

-Syriusz walczył z Bellatrix Lastrange – powiedziała za niego Hermiona, po chwili ciszy – W tej sali, na środku jest taki łuk, a na nim zasłona. Nikt nie wie do czego dokładnie służy, ale jak się pod nią wpadnie to już się nie wraca. I Syriusz…wpadł.

-Boże – szepnęła Bryony. Nic nie mogło jej powstrzymać, gdy z prędkością światła podnosiła się ze swojego fotela i pokonywała odległość dzielącą ich. Po chwili był już w jej ramionach, a ona przytulała go do siebie najmocniej jak potrafiła i całowała jego włosy. – Boże Harry. Dzieciaku. Syriusz żyje. Nic mu nie jest. Pewnie w tym momencie jest w pracy, albo się z niej urywa żeby wpaść do Lily i Jamesa. Nic mu nie jest. To się nie wydarzyło. To się nie wydarzyło. Nie wydarzy się!

-Hej, wydawało mi się, że to mój tekst – szepnął słabo Harry. Bryony wydała z siebie pół szloch, pół śmiech. Nic innego nie przychodziło jej do głowy.