N/A: Uff, to już ostatni. Zarówno ja jak i Bryony jesteśmy z tego powodu szalenie zadowolone. Przetrzymajcie więc tylko ten ostatni i będzie z głowy.
A na pocieszenie odrobina Remusa, którego wszyscy znamy i kochamy. Wreszcie okaże się gdzie to się wybrał po stracie Bree.
Rozdział 13
Nie potrafili tak od razu kontynuować tej rozmowy. Oboje byli zbyt roztrzęsieni by zrobić cokolwiek, oprócz skulenia się razem na jednym fotelu i po prostu spędzenia odrobiny czasu razem. Hermiona taktownie się ulotniła, jak sama twierdziła po to, by poszukać czegoś do jedzenia. W tej czasoprzestrzeni, gdzie nikt ich nie szukał, a Śmierciożercy nie wiedzieli, że istnieją, mogli spokojnie kupować prowiant w mugolskich wioskach, przynajmniej póki starczy im pieniędzy. A ponieważ torebka Hermiony zawierała masę różnych rzeczy, w tym walutę, o to nie musieli się bać.
Zostali sami. Długo żadne z nich się nie odzywało. Zadowalali się po prostu obecnością tego drugiego, szczęśliwi, że nie muszą przechodzić przez to sami. Bryony nieświadomie bawiła się włosami syna. Cały czas zdumiewało jaki był wspaniały.
-Czy mógłbyś…pokazałbyś mi, jak wyglądasz naprawdę? – poprosiła cicho, spuszczając wzrok. Jej policzki zaróżowiły się nieco. – No wiesz, blond włosy i tak dalej?
-A, to – usta Harry'ego wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu – Pewnie. Zastanawiałem się, kiedy zapytasz.
-Zapytałabym już dawno, ale jakoś było mi głupio – wyznała, wbijając spojrzenie w rudą czuprynę. Gdy siedziała na podłokietniku jego fotela, jego włosy znajdowały się dokładnie na wysokości jej wzroku.
-Niepotrzebnie. Masz pełne prawo zobaczyć kogo urodziłaś. – chłopak głośno wypuścił powietrze z płuc. – Harry Lupin.
Bryony nie mogła zliczyć ile już razy widziała tą przemianę. Wymuszała ją zawsze, kiedy zostawała z małym Harrym sama, potrzebując potwierdzenia, że to naprawdę ten sam bobas, którego wydała na świat. Ale tym razem było inaczej. Po pierwsze nie zmieniało się niemowlę, ale młody mężczyzna, więc wszystko było bardziej widoczne. Po drugie, nigdy nie widziała zdjęć Remusa z dzieciństwa, ale jako osiemnastolatka pamiętała go aż nazbyt dobrze. Gdy więc, stanął przed nią właściwie jego bliźniak, o mało jej serce nie pękło.
Harry pewnie sam nie zdawał sobie sprawy ze swojego podobieństwa do ojca. Nie wiedziała jak Remus wyglądał za siedemnaście lat, ale podejrzewała, że niezbyt dobrze. Życie nie traktowało go zbyt łaskawie. Stracił wszystko, co miesiąc przemieniał się w bestię, co go wyczerpywało zarówno psychicznie jak i fizycznie. Mogła sobie tylko wyobrazić jakim spotkał go Harry. Ale teraz był przystojnym mimo blizn, młodym mężczyzną. Syn wiele po nim odziedziczył. Te same mocne rysy, niczym wyciosane w marmurze przez renesansowego artystę. Ten sam prosty nos, to samo wysokie czoło. Nawet jasne włosy identycznie opadały mu na oczy. No właśnie, oczy. Tylko one się nie zmieniły, bo i nie było potrzeby ich korygować zaklęciem. Miały przecież z Lily takie same. Kiedyś żałowała, że i ich nie odziedziczył po ojcu. Remus miał najpiękniejsze w świecie oczy. Ale teraz…cieszyła się, że chociaż to jedno oznacza go jako jej syna.
-Och Harry – szepnęła ze wzruszeniem – Jesteś taki przystojny!
Roześmiał się, naprawdę się roześmiał jakby nic o czym mówili przed chwilą nie miało miejsca. Tak ją to ucieszyło, że też odchyliła głowę do tyłu i dołączyła do niego. I tak siedzieli i się śmiali, długo, długo aż łzy wesołości zaczęły im płynąc po twarzach. Bryony zsunęła się z podłokietnika i wylądowała na fotelu obok chłopca. Albo oni byli tak chudzi, albo mebel tak szeroki, dość że zmieścili się bez problemu. Harry objął ją ramieniem i dziewczyna ukryła twarz w jego bluzie. Nie był swoim ojcem, wiedziała o tym. Ale jakże łatwo byłoby udawać, że to Remus tu siedzi, a nie on.
Potrząsnęła głową by odegnać tę myśl. Nie mogła się tym zajmować, mieli ważniejsze zadania. Spojrzała na twarz swojego syna i poprawiła mu blond czuprynę. Harry westchnął.
-Jeśli mamy to załatwić to teraz – mruknął, nie wiedziała do siebie czy do niej.
-Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz – odparła szybko. Zerknął na nią i zmusił się do uśmiechu.
-Jeśli nie zacznę teraz, nigdy tego z siebie nie wyduszę – wyznał, przyciskając ją do swojego boku. – Spróbuj mi nie przerywać, zgoda? Ten raz daj mi powiedzieć wszystko i dopiero potem zadawaj pytania. Inaczej się zatnę i nigdy nie skończę.
-Masz moje słowo – powiedziała poważnie Bryony. Harry przytaknął i na chwilę przymknął oczy. Gdy je otworzył ślepo patrzyły w przestrzeń, podczas gdy on wspominał dni minione.
-Niewiele dobrych rzeczy wydarzyło się w tamtym roku – rozpoczął, a dziewczyna ułożyła głowę na jego piersi i wsłuchała się w bicie jego serca, idealnie komponujące się z głosem chłopaka – Ale to, że Dumbledore zabrał mnie od Durleyów już po dwóch tygodniach wakacji, na pewno się do nich zaliczało. Miał mnie podrzucić do Nory, ale po drodze zahaczyliśmy jeszcze o jedno miejsce. Budleigh Babberton, o ile dobrze pamiętam. Mieszkał tam niejaki Horacy Slughorn, którego Dumbledore chciał przekonać by przyjął pozycję w Hogwarcie.
Bryony bardzo chciała dorzucić, że Slughorn uczył ją przez siedem lat i że rozumie ból Harry'ego i jego kolegów, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.
-Byłem mu do tego potrzebny, bo jak pewnie wiesz Slughorn lubi zbierać słynnych uczniów i chwalić się nimi. No i nam się udało. Kiedy tylko skończyliśmy tę sprawę aportowaliśmy się do Nory, gdzie miałem spędzić resztę wakacji. Dumbledore szybko się pożegnał, ale i tak zdążyłem zwrócić uwagę na jego rękę, która wyglądała jak spalona, czy coś w tym stylu. W każdym razie musiał w nią dostać niezłą klątwa. Pytałem go o to wielokrotnie na przestrzeni tamtego roku, ale nigdy nie chciał mi wyjaśnić co się stało. Teraz już wiem i wcale mnie ta wiedza nie cieszy. No, ale Nora. Przybyliśmy tam późno w nocy, ale pani Weasley nie była sama. Odwiedziła ją osoba, którą…powinnaś zapamiętać. Nimfadora Tonks, auror i członek Zakonu. Świetnia czarownica i metamorfomag, choć potykała się o własne nogi. Rok wcześniej, bawiła nas przy stole w Kwaterze Głównej zmieniając swoją twarz na życzenie, teraz była dziwnie przygaszona.
Bree nie miała bladego pojęcia po co Harry zwraca jej uwagę na tę młodą dziewczynę, ale straszliwe, nienazwane przeczucie chwyciło ją za gardło.
-Szybko wyszła. – kontynuował chłopak - Dumbledore też się pożegnał. Ja zostałem wysłany do łóżka. I tak zaczęły się kolejne piękne wakacje u Weasleyów. Nie wszystkim podobało się tak jak mi. Ginny szczególnie chodził nabzdyczona, a wszystko z powodu Flegmy, czyli innymi słowy Fleur Delacour, tej samej, która brała udział w Turnieju. Zaręczyła się z najstarszym bratem Rona i Ginny, Billem. Ani pani Weasley, ani Ginny nie potrafiły jej znieść. Panowie za to byli oczarowani. W końcu jest w ¼ wilą. W każdym razie było fajnie. Pociąg do Hogwartu natomiast nieco mnie zawiódł. Ron i Hermiona poszli do przedziału dla prefektów, Ginny znaleźć swojego chłopaka i zostałem z Nevillem i Luną, naszą koleżanką z Ravenclawu, która też była w GD. Nieco dziwna, ale świetna przyjaciółka. Nagle okazało się, że jestem bardzo popularny, szczególnie wśród dziewcząt, a wszystko przez walkę w Departamencie Tajemnic i kilka artykułów w Proroku, w których nazwano mnie Wybrańcem. Nie to, żeby mnie to jakoś ruszyło. Profesor Slughorn też chciał mnie dołączyć do swojej kolekcji, ale ja wolałem szpiegować Malfoya, o którym wiedziałem, że coś kombinuje. Niestety nie dowiedziałem się nic, a skończyłem z rozkwaszonym nosem, unieruchomiony i pod peleryną niewidką. A pociąg ruszył z powrotem do Londynu. Gdyby nie Tonks, która mnie tam znalazła nie wiem co by się stało. A tak tylko straciłem siedemdziesiąt punktów i musiałem wkroczyć do Wielkiej Sali z zakrwawioną twarzą, bo o ile Tonks nastawiła mi złamany nos, to nie posprzątała po tym. Z Uczty Powitalnej to chyba wszystko, a no jeszcze taki mały szczegół. Slughorn dostał posadę nauczyciela Eliksirów, a Obrona Przed Czarną Magią po długim oczekiwaniu trafiła do Snape'a. I tak zaczął się kolejny rok. Dla mnie oznaczał masę obowiązków, bo zostałem kapitanem drużyny Gryffindoru i dodatkowe zajęcia z Dumbledorem, na których zgłębialiśmy przeszłość Voldemorta. Poza tym nagle zostałem asem na Eliksirach, a to tylko dlatego, że miałem pożyczoną książkę, w której ktoś notował własne instrukcje, lepsze od tych oficjalnych, jak je nazywała Hermiona. Czas mijał, a ja miałem coraz więcej roboty. Dostałem też delikatnej obsesji na punkcie Malfoya. Ja po prostu wiedziałem, że coś kombinuje. I miałem cholera rację, ale nikt mnie nie słuchał. W poprzednie wakacje Draco został Śmierciożercą i otrzymał od swojego pana bardzo ważne zadanie. Miał zabić Dumbledora.
Bryony zamarła. Nie wyobrażała sobie jak można zlecić coś takiego szesnastolatkowi. Pomijając fakt, że trzeba być bez serca, to jest to po prostu bezcelowe. Przecież taki dzieciak nikogo nie zabije, a już na pewno nie takiego czarodzieja jak Dumbledore! Zerknęła na twarz Harry'ego by z niej odczytać odpowiedź. Ale oblicze chłopca było kamienne i nie wyrażało zupełnie nic.
-Oczywiście nikt nie wierzył, że tego dokona – powiedział tonem wyjaśnienia – Miała to być po prostu kara dla jego rodziców, bo nie dali rady zdobyć przepowiedni. Ale Draco o tym nie wiedział. Najpierw próbował osiągnąć swój cel podrzucając dyrektorowi zaklęty naszyjnik, ale dziewczyna, która miała dostarczyć prezent, pod wpływem Imperiusa przez przypadek go dotknęła i trafiła do św. Munga. Potem chciał go otruć miodem podrzuconym Slughornowi, który ten miał dać Dumbledorowi na Święta. Tak się złożyło, że poczęstował nim mnie i Rona w jego urodziny. Ron o mało nie umarł. Dlatego wymyślił co innego. Plan tak inteligentny, że nawet dyrektor na to nie wpadł. Są dwie takie szafy, jedna u Borkina i Burkesa, druga w Hogwarcie, między którymi jest przejście. Kiedyś nie działały, ale Malfoy je naprawił. I wpuścił Śmierciożerców do szkoły. Kiedy zaatakowali mnie i Dumledora nie było w Hogwarcie, gdzie się znajdowaliśmy opowiem później. Ważne, że gdy wróciliśmy dyrektor był osłabiony. Kazał mi się ukryć, a sam stawił czoło napastnikom. Byliśmy na szczycie Wieży Astronomicznej. Najpierw przyszedł Malfoy. Potem czterech innych. Carrowowie, Greyback i ktoś jeszcze. A na koniec przyszedł Snape. Wtedy nie rozumiałem, nawet teraz ciężko mi przyjąć to co zobaczyłem. Dlatego proszę, nie osądzaj go. Wszystko co uczynił zrobił z rozkazu Dumbledora. Wiem też na pewno, że tego nie chciał.
-Na miłość boską! - zawołała Bryony, nie wytrzymując napięcia. – Co zrobił Snape?!
-Zabił go – szepnął Harry, spuszczając wzrok – Zabił Dumbledora.
W ciszy jaka zapadła po tym oświadczeniu słychać było łopotanie klapy od namiotu na delikatnym wietrze. Bryony przycisnęła dłoń do ust i zaniosła się niekontrolowanym szlochem. Dumbledore…stary dobry Dumbledore, do którego można było pójść ze wszystkim, a który wysłuchał i znalazł radę. Ten sam, który zgodził się na ich szalony pomysł z Eliksirem Wielosokowym. Nie osądził jej kiedy przyszła do niego, siedemnastoletnia i ciężarna, tylko przeprowadził spokojną rozmowę, wysłuchał. I ten Dumbledore miał zginąć z ręki kogoś komu ufał? I co to miało znaczyć, że Snape zabił go na jego własny rozkaz? Ze zdumieniem wpatrzyła się w twarz swojego syna.
-A potem uciekł razem z innymi Śmierciożercami. – powiedział cicho, z potępieńczą miną chłopak - Zakon, nie potrafił zrobić zupełnie nic. Byliśmy przerażeni, w rozsypce. W walce ucierpiał Bill Weasley, zaatakowany przez Greybacka, mimo że nie było pełni. Nikt nie wiedział co się dzieje. I to by było na tyle. Po tamtym roku nie wróciłem już do Hogwartu by się tam uczyć. Następny rok spędziliśmy z Ronem i Hermioną w namiocie taki jak ten, szukając horkruksów, o których pierwszy raz usłyszałem właśnie na lekcjach z Dumbledorem. Zrobiliśmy to bo tego od nas chciał. Nikt inny nie mógłby tego dokonać.
-I zrobimy to drugi raz – szepnęła Bryony ujmując jego dłoń w obie ręce i ściskając ją by pokazać mu, że nigdy go nie opuści. Łzy, które wylała po Dumbledorze jeszcze nie wyschły, ale nie zwracała na nie uwagi, na rzecz swego syna. Potrzebował jej. – Szczególnie, że teraz jest ich mniej, wiemy czym są i gdzie je ukryto. Tak?
-Tak – przytaknął chłopak ze smutnym uśmiechem – Właśnie to zgłębialiśmy z Dumbledorem na naszych lekcjach. Chyba powinienem ci opowiedzieć, co?
-Przydałoby się – zerknęła na niego, spod rudej grzywki i uśmiechnęła się zachęcająco. Uśmiech też miał po niej i bardzo jej się to podobało – Chciałabym na coś wam się przydać na tej wyprawie. I nie mówię tu o gotowaniu.
-No dobra – parsknął śmiechem chłopak – To chyba zaczniemy od historii rodziny Gauntów, co?
Remus Lupin kroczył wąską górską ścieżką z determinacją wypisaną na twarzy. Na sobie miał swoje najgorzej wyglądające szaty, które zdaniem Syriusza nie nadawały się już do niczego oprócz wycierania podłóg, a i z tym miałyby problemy. Ich kolor w ogóle nie wskazywał na to, że niegdyś były brązowe i prawie nowe. Teraz składały się głównie z łat lub, w gorszych przypadkach dziur. Nawet Lily odmówiła pomocy z nimi, uznając je za przypadek nie do uratowania. A świetnie znała się na zaklęciach gospodarskich. Właściciel szat też nie prezentował się zbyt dobrze, głównie z powodu pełni, która miała miejsce dwa dni wcześniej. Nowe rany znaczyły jego ciało, pod oczami miał wory, twarz niezwykle bladą. Czuł się paskudnie. Ale najbardziej krwawiło jego serce.
Od prawie tygodnia, kiedy to dowiedział się o...o Jej śmierci, nie potrafił normalnie funkcjonować. Jej piękną twarz miał stale przed oczami. Śmiech rozbrzmiewał mu w uszach. Przeżywał po raz kolejny każdą wspólną chwilę. Nie potrafił się na niczym skupić, bo gdzie on, była i Ona. A jednocześnie nie potrafił wypowiedzieć Jej imienia, gdyż sprowadzało to na niego agonię. Nie mógł patrzeć na ludzi, którzy ją znali bo mu o niej przypominali. Nie mógł przebywać tam gdzie kiedyś bywała bo objawiała mu się Jej zjawa. Półprzezroczysta i milcząca patrzyła na niego z wyrzutem. Świdrowała go spojrzeniem zielonych oczu, a on nie potrafił tego znieść! Bo wiedział, że ma rację, że to wszystko jego wina. I myślał, w jego głowie powstawały tysiące scenariuszy jak mógłby temu zapobiec. Czy gdyby powiedział Jej to o czym zawsze marzył, wróciłaby do niego? Walczyłaby lepiej? Pokonałaby ich? Nie, wiedział że nie. Nie wątpił, że starała się ze wszystkich sił rozwalić tamtych Śmierciożerców. Musiało ich być po prostu zbyt wielu. Nie powinna jechać tam sama. Cholera! Wiedział, że nie powinna.
Ach, gdyby stanęła teraz przed nim cała i zdrowa wyznałby jej całą prawdę. Opowiedział jak walczył ze sobą całymi latami, tylko po to by poddać się na ślubie Lily i Jamesa, w zimie 78. Jak te miesiące z nią były najwspanialszym okresem w jego życiu. I jak straszliwie bolało go to, że musiał ją zostawić. Tak bardzo chciał machnąć ręką na wszystkie logiczne argumenty jakie przychodziły mu o głowy, wziąć ją w ramiona i nie wypuścić nigdy, aż do końca świata, szepcząc jej do ucha jak bardzo ją kocha.
Ale pojechała, a on nie mógł cofnąć czasu. Mógł tylko dopaść tych skurwieli i upewnić się, że nikogo już nie skrzywdzą. I pewnie gdyby był bardziej jak James czy Syriusz wziąłby się za to od razu, nie czekając na rozkaz od Dumbledora. Ale Remus był Remusem i nie potrafił zlekceważyć człowieka, któremu tak wiele zawdzięczał. Dlatego zamiast ruszyć na polowanie, podwinął ogon i udał się tam gdzie go wysłano, tam gdzie mógł coś zdziałać. Do innych wilkołaków, w góry.
Nie wziął ze sobą nic oprócz najgorszych szat jakie mógł znaleźć i różdżki. Oni tam, w watahach mieli jeszcze mniej. Polowali, kradli, nawet zabijali. Upadli najniżej jak się dało. A on musiał stać się jednym z nich by zaskarbić sobie ich zaufanie i przeciągnąć na stronę dobra. Bo gdyby opowiedzieli się za Voldemortem konsekwencje mogły być straszne. Remus rozumiał znaczenie swojej misji. Wiedział też dlaczego tylko on może je wypełnić. Zdawał też sobie sprawę, że wystarczy jeden zły ruch, a wilkołaki rozszarpią go na strzępy. Nie bał się śmierci, gotowy był przywitać ją z otwartymi ramionami. Ale stokrotnie wolałby być teraz gdzie indziej, tropiąc tych, którzy Ją skrzywdzili.
-Stój! Kto idzie?! – ryknął nagle ktoś z jego lewej. Remus zamarł i przeklął się w myśli. Gdyby nie był tak rozproszony myślami o Niej, już dawno wyczułby wilkołaczkę ukrytą w krzakach tuż przy drodze, jej piżmowy zapach wiatr niósł daleko. Ale on zapomniał o wszystkim na rzecz wspominania przeszłości, która nigdy już nie wróci i teraz miał za to odpokutować.
Choć ręce świerzbiły go by wyciągnąć różdżkę z wewnętrznej kieszeni szaty, nie poruszył się. Nie było sposobu by rozpoznać czy zwiadowca jest uzbrojony, a nawet jeśli, dziki wilkołak i bez różdżki mógł mu zagrozić. A Remus nie mógł spalić swojej przykrywki już pierwszego dnia, jeszcze zanim dostał się do samego obozowiska.
-Tylko zbłąkany wędrowiec, poszukujący schronienia między swoimi – odparła wystarczająco głośno by go usłyszano, a jednocześnie dość cicho by nie brzmieć agresywnie. Wszystko zależało od tej chwili.
Nie usłyszał jak się poruszyła, ale nim się zorientował stała tuż za nim, a jej palce o długich paznokciach zacisnęły się na jego szyi. Nie używała różdżki, co wziął za dobry znak. Zmusił się do zachowania spokoju i równego oddechu. Gdzieś w głębi jego umysłu wilk warknął ostrzegawczo. Bardzo powoli Remus uniósł ręce i pokazał jej, że nic w nich nie ma.
-Nie stanowię zagrożenia – powiedział spokojnie, choć Lunatyk nakazywał mu walczyć o dominację z tą samicą, zapewne słabszą od niego. Dużo samokontroli wymagało ignorowanie go.
-Odwróć cię! – warknęła wreszcie, luzując uścisk. Głos miała niski, chrapliwy, jak większość wilkołaków, które powoli stawały się bardziej zwierzętami niż ludźmi. – Bez gwałtownych ruchów!
Uważając na wszystko co robił, mężczyzna wykonał polecenie. Dziewczyna…kobieta, która przed nim stała nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia kilka lat. Wysoka i wyraźnie umięśniona, w każdym calu wyglądała na maszynę do zabijania, jaką w istocie była. Życie w dziczy utwardziło ją, ale jej twarz, szczupła i nieco ciemniejsza niż to zwykle spotykane w Szkocji kryła w sobie ukrytą łagodność. Kobieta miała długie, ciemne włosy związane w warkocz sięgający talii i ciemne oczy, ze złotymi refleksami. Unosiła górną wargę, szczerząc białe kły, dłuższe niż u zwykłego człowieka. Jej dziki wygląd dopełniało to, że zastygła w ofensywnej pozycji. Kolana miała nieco ugięte, ręce wyciągnięte przed siebie, gotowa do ataku, gdyby jakoś jej zagrażał.
-Jestem Remus – przedstawił się całkowicie spokojnie, prostując się do swej pełnej wysokości. Ostrożnie wyciągnął do niej dłoń, jednocześnie zastanawiając się jak zareaguje na ten powszechnie znany gest. Pociągnęła kilkakrotnie nosem, badając jego zapach. Przez chwilę się zastanawiała. A potem jej mięsnie rozluźniły się nieco, a ona przeniosła ciężar ciała na tylną nogę i wyprostowała się.
-Melody – odparła, lekko przechylając głowę, a jej głos nieco się zmienił. Stał się bardziej ludzki, a Remus zrozumiał, że przed chwilą rozmawiał z jej wilkiem. Sama kobieta wydawała się wystarczająco przyjazna, nawet jeśli jej wewnętrzne zwierzę jeszcze mu nie ufało.
N/A: I jak? I jak? Podobało się? Jak Remus? Wystarczająco dziki? Błagam, napiszcie co sądzicie o Melody (która jest moja)! Ogłaszam też mały konkurs. Na przestrzeni przyszłych rozdziałów dowiecie się o niej więcej, kto pierwszy odgadnie na jakiej postaci literackiej/filmowej itd. ten...jeszcze sie zastanowię i czekam na sugestie.
Jak wam sie podobała reakcja Bryony na prawdziwy wygląd Harry'ego?
