Rozdział 14

Dni w namiocie mijały jak z bicza strzelił. Właściwie, już wkrótce Bryony straciła rachubę ile ich minęło. Każdy wyglądał tam samo. Wstawali wcześnie i jedli lekkie śniadanie. Potem ćwiczyli. Znaczy, Harry i Hermiona ćwiczyli, a ona nadrabiała zaległości. Zdumiewało ją jak wielkie miała braki w porównaniu z dwojgiem nastolatków, którzy już zakosztowali wojny. Jak się okazało Hogwart nie potrafił do końca przygotować uczniów do regularnej walki. Uczono ich jak się pojedynkować, to prawda. Ale zapomniano, że w prawdziwej walce Śmierciożerca nie poczeka aż się ukłonią tylko zaatakuje. Reguły z sali ćwiczeń nie dotyczyły bitw i starć, jakie ich czekały w obecnych czasach. Lekcje Zaklęć nie przygotowywały odpowiednio do rzucania uroków w nerwowej atmosferze.

W ogóle, wiele było rzeczy, które Bryony czuła że powinna umieć, ale szkoła jej tego nie nauczyła. Całe szczęście, że miała do dyspozycji dwoje genialnych czarodziejów. Hermiona po prawdzie nie potrafiła tłumaczyć i bardzo szybko się denerwowała. Harry za to okazał się świetnym nauczycielem. Cierpliwy i opanowany potrafił powtarzać instrukcje do znudzenia, aż wreszcie Bree udawało się poprawnie rzucić czar. Tłumaczył wszystko prosto i tyle razy ile wymagała sytuacja. Cały czas przypominał jej tym swojego ojca, ale zagryzała zęby i nie komentowała. Żadne z nich nie chciało się teraz zagłębiać w czcze dyskusje.

Po kilku godzinach ćwiczeń jedli coś w stylu obiadu. Ciężko się gotowało przy ograniczonych składnikach, ale przynajmniej kuchnia była normalnych rozmiarów. Bree bała się pomyśleć co by było gdyby okupowali zwykły, mugolski namiot i musieli zadowolić się kuchenką przenośną. Nigdy w życiu nie była na biwaku, ale wystarczająco dużo o nich słyszała by wiedzieć, że wytrzymanie w takich warunkach na dłuższą metę mogłoby sprawić jej trudności. Na szczęście czary dawały im możliwości o jakich mugolskim firmom produkującym ekwipunek do pieszych wycieczek się nie śniło. O ile więc, ich namiocik z zewnątrz nie różnił się od mugolskich, to w środku zachwycał wolną przestrzenią. Część sypialna była nieco ciasna, to prawda, ale już w głównej (szczególnie gdy Bree pozbyła się uprzednio wyczarowanych foteli) można było tańczyć. Harry przyznał jej się nawet, że podczas pierwszego polowania rzeczywiście wyciągnął Hermionę na parkiet, żeby ją pocieszyć, gdy Ron od nich odszedł. Rumienił się przy tym tak, że Bryony wyciągnęła z tej opowieści własne wnioski, choć oczywiście nic nie powiedziała.

O ich siódmym roku, wiedziała całkiem sporo, bowiem Harry poczuł się w obowiązku o tym też jej opowiedzieć, by miała się czego spodziewać. Czekała ich misja pełna niebezpieczeństw, z której mogli nie wrócić. Dopiero teraz to do niej dotarło. Zupełnie inaczej brzmiała lista artefaktów jakie zdobyli niż szczegółowa opowieść jak tego dokonali. Przy historii o włamaniu do Banku Gringotta o mało nie dostała zawału. Ledwo zdążyła się uspokoić, już Harry informował ją, że ma zamiar powtórzyć wybryk by po raz kolejny zwinąć ze skarbca Lastrangów czarkę Huffepuff. I tak oto zawał numer dwa pokazał swój koszmarny łeb. Włamać się. Do najlepiej strzeżonego banku na świecie. Do skrytki na najniższym poziomie. Nie, no wspaniale. Wprost cudownie. Już nie mogła się doczekać. Nie mówiąc już o wtargnięciu do opanowanego przez Śmierciożerców Ministerstwa. Czasem miała wrażenie, że jej syn postradał rozum. Może i była to prawda? Trzeba było mieć nie po kolei by wybrać się na taką misję. A coś jej mówiło, że nie słyszała jeszcze wszystkiego. Coś przemilczał i nic nie wskazywało na to by miał w ogóle się z nią tym podzielić. Co oznaczało, że będzie musiała wypytać o to Hermionę. Oby tylko to podziałało.

Na razie nie próbowała wyciągać większej ilości informacji? Po co, skoro jej synowi usta się nie zamykały. Gdy raz pojął, że kiedy już wszystko z siebie wyrzuci czuje się lepiej, nie mógł przestać. W związku z czym Bryony poznała nawet takie szczegóły, na których wcale jej nie zależało. Oczywiście, nie zamierzała Harry'emu przerywać. Po prawdzie sądziła, że z problemami takimi jak zakochania, czy konflikty z rówieśnikami pojawią się dopiero za parę lat, no ale nic w jej życiu nie miało być normalne. Dlatego cierpliwie wysłuchiwała swojego syna, który powinien mieć pól roku, a oto siedział przed nią całkiem dorosły. I szczerze powiedziawszy, ta sytuacja wcale jej już nie dziwiła. To było…naturalne. Dziwne, ale odpowiednie i pasujące do nich obojga.

Po obiedzie każdy zajmował się swoimi sprawami. Hermiona na przykład zasiadała do ważenia niezbędnych im eliksirów. Od dwóch dni był to eliksir wielosokowy, w którym miała już niezłą praktykę. Po prawdzie słynął jako niezwykle trudny i Bryony nigdy go nie robiła, ale wierzyła, że dziewczynie z przyszłości nie sprawi to problemów. Skoro udało jej się w szkolnej łazience, to czemu nie w lesie? Tu przynajmniej nie musieli się bać, że odkryje ich nauczyciel. W ogóle nie musieli się bać, że ktokolwiek ich znajdzie, ponieważ nikt ich nie szukał. Zakon myślał, że Bryony nie żyje, zdrajca miał przekazać tę informację dalej, do Voldemorta. Poprzednim razem musiało być o wiele niebezpieczniej, ponieważ zarówno Śmierciożercy jak i Ministerstwo postawiło sobie za cel schwytać Harry'go Pottera. W dwóch mniejszych kociołkach bulgotały inne eliksiry, które nie wymagały aż takiej uwagi. To nadawało siedzącej na ziemi Hermionie bardzo profesjonalny wygląd.

Kidy panna Granger ważyła eliksir, Harry oddalał się jak najdalej mógł. Wyznał Bryony, że jego obecność mogła tylko coś popsuć. Nigdy nie był dobry w tej dziedzinie magii. Eliksiry go po prostu przerażały. Wszystkich to dziwiło, bo jako syn Lily Evans powinien odziedziczyć po niej niezwykłe umiejętności. Kiedy Bree to usłyszała parsknęła śmiechem. Może i dziecko jej siostry byłoby geniuszem w tej dziedzinie, ale Harry nie miał na to szans. Jego ojciec miał dwie lewe ręce nad kociołkiem, a ona ledwo sobie radziła. Wystarczało by zaliczyć SUMa i OWUTema. Nie wiedziała po prawdzie po co jej to, jako że nie miała pojęcia co będzie robiła po szkole, ale egzaminy napisała. Ale wracając do Harry'ego. Ponieważ wolał nie przebywać w bezpośrednim towarzystwie jakiegokolwiek eliksiru zaszywał się najczęściej w sypialni gdzie głównie czytał. Hermiona przywiozła ze sobą niezwykłą ilość fascynujących książek. Część była całkiem normalna i łatwo dostepna. Inne przyprawiały ją o dreszcze. Wypełniała je magia ciemniejsza niż wszystko co kiedykolwiek widziała. Książki o horkuksach. Te zainteresowały ją najbardziej. Jej nowi przyjaciele już raz spotkali się z tym typem zaklęć, ale dla niej było to coś nowego. Jeśli miała zmierzyć się z tak mroczną magią, chciała wiedzieć o niej wszystko co tylko się dało.

I tak mijały im dni. Daty przestały mieć znaczenie. Na pewnym etapie Bryony nie wiedziała już nawet czy dalej jest grudzień, czy też może zaczął się już nowy rok. Aż pewnego słonecznego popołudnia, Hermiona zerwała się na równe nogi, prawie przewracając kociołek z eliksirem. Harry aż podskoczył, Bryony podniosła wzrok znad ogromnej księgi, którą czytała leżąc na swoim łóżku.

-Rany, Hermiono! – zawołał chłopak chwytając się za koszulę. Choć brzmiał na oburzonego, na jego ustach igrał uśmiech. – Chcesz przyprawić nas o zawał?

-Wiesz co dzisiaj jest? – spytała dziewczyna przeciągając palcami przez dziko splątane, kasztanowe włosy. Jej usta wygięły się w grymasie wyrażającym irytację. – Nie mogę uwierzyć, że zapomniałam!

-Zapomniałaś? – zdziwiła się Bryony, zamykając swoją książkę. To było znacznie ciekawsze, jak by nie patrzyć. – O czym?

Ale ona już nie słuchała tylko biegła do swojej torebki i wyciągała z niej własnoręcznie wykonany kalendarza. Chyba nie wszyscy poddali się z liczeniem dni. Przez chwilę patrzyli jak dziewczyna przerzuca kartki i na koniec przeciąga ręką po twarzy.

-No oczywiście! – jęknęła żałośnie – Dziś Boże Narodzenie! Jak mogłam nie sprawdzić?!

Harry i Bryony wymienili porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechnęli się do siebie. Oboje tak samo bawiło zachowanie dziewczyny. Choć Bree musiała przyznać, że było jej trochę smutno i głupio. Jak mogła zapomnieć o Świętach Bożego Narodzenia? Przecież…to miały być ich pierwsze wspólne… Ale nie będą, zdała sobie sprawę. Mały Harry spędzi swoje pierwsze święta z Lily i Jamesem, a nie z nią. Oto pierwsze ważne wydarzenie w jego życiu, w którym nie może wziąć udziału. Chciało jej się płakać.

-Musimy coś zrobić! – gorączkowała się Hermiona, a jej włosy podskakiwały zabawnie, gdy miotała się po namiocie, to coś podnosząc to odkładając na inne miejsce. – To przecież Gwiazdka!

-Tym razem nie idziemy do Doliny Godryka – mruknął Harry, ponownie pochylając się nad własną książką. Hermiona uśmiechnęła się pod nosem. Bryony za to przechyliła nieco głowę. Tej historii jeszcze nie słyszała i chętnie by to naprawiła. Ale coś jej mówiło, że to nie do końca pasowało do świątecznej atmosfery, więc nic nie powiedziała.

-To był twój pomysł! – obruszyła się Hermiona, zakładając ręce na piersi – Ale przyznasz, że coś zrobić musimy.

-Jesteśmy w namiocie – wtrąciła Bryony z niedowierzaniem – Co niby zamierzasz zrobić? Znaczy, mogę wyczarować świąteczny stół, ale z potrawami będzie problem. No i nie mamy ozdób choinkowych, nie mówiąc już o samym drzewku, które Harry musiałby przynieść z lasu.

-Oj tak – dziewczyna machnęła lekceważąco ręką – Coś się na pewno znajdzie.

To powiedziawszy zanurzyła całą rękę w swojej maleńkiej torebce. Wyglądało to przekomicznie i Bree nie spuszczała z niej wzroku. Skrzywiła się, gdy do jej uszu dobiegł dźwięk spadającego, ciężkiego urządzenia. Po chwili daremnego szukania zirytowana Hermiona przestała się cackać i zaczęła wyrzucać zawartość na wierzch. Już po chwili połowa podłogi zasłana była rzeczami wszelkiego pochodzenia i celu. Były tam książki, ubrania, prowiant, koce i wiele, wiele innych rzeczy. Jedna z nich, którą od razu przejął Harry, przykuła uwagę Bryony. Zachichotała radośnie i zerwała się z łóżka, by przyjrzeć się z bliska prostopadłościennemu urządzeniu, mniejszemu niż jego odpowiedniki w tym czasie, ale rozpoznawalnemu.

-Macie tu radio? – ucieszyła się kucając przy odbiorniku i szybko odbierając Harry'emu panowanie nad pokrętłami. Chłopak przytaknął.

-No tak, ale nie włączaliśmy go, bo nie było po co – wyznał wzruszając ramionami – W tym czasie nie ma Potterwarty.

-Ale są audycje świąteczne – wytłumaczyła wesoło, manipulując przy gałce częstotliwości. Jej entuzjazm był zaraźliwy i oboje skupili się wokół niej i radia – Nie muszą być nawet czarodziejskie. Nawet wolałabym mugolską, bo mają fajniejsze piosenki.

Nagle z głośników popłynęła muzyka nieznanego im kawałka. Bryony zbladła.

They're singing „Deck the Hall"

But it's not like Christmas at all

'Cause I remember when you were here

And all the fun we had last year

-Może to nie najlepszy przykład – mruknęła, szybko wyciszając radio. Jej uśmiech był dość wymuszony. Harry westchnął i przysiadł się do niej, przykrywając jej dłoń własną, na gałce odbiornika. Ich spojrzenia spotkały się i chłopak posłał jej łobuzerski uśmiech.

-Daj, teraz ja spróbuję – zaproponował wesoło. Nie mogła się nie roześmiać. Pomanewrował przez chwilę przy radiu i nagle z głośników popłynęła znacznie weselsza melodia, która sprawiła, że Bryony od razu się roześmiała.

All the weather outside is frightful

But the fire is so delightful

And since we have no place to go

Let it snow, let it snow, let it snow

Hermiona nie wiedziała co ją opanowało. Nie myślała, tylko zerwała się na równe nogi i chwyciła drugą dziewczynę za rękę. Bree zdążyła tylko spojrzeć na nią bez zrozumienia, nim została porwana do tańca. Teoretycznie, nie były to piosenki to dzikich wygibasów na parkiecie, ale uśmiech rudowłosej czarownicy sprawił, że panna Granger zapomniała o tym co odpowiednie, a co nie i zachichotała.

It doesn't show signs of stopping

And I've brought some corn for popping

The lights are turned way down low

Let it snow! Let it snow! Let it snow!

Bryony nawet nie zauważyła kiedy zaczęła śpiewać razem z artystą w radiu. Uwielbiała wszelkie świąteczne melodie, a ta była chyba jedną z najweselszych i najbardziej zachęcających do zabawy. Dlatego nie zawahała się i pociągnęła Harry'ego na parkiet. Chłopak był tak zdumiony, że nawet nie zaprotestował. Szybko stało się jasne, że żadne z podróżników w czasie, na dobrą sprawę nie umie tańczyć. Bryony, jako jedyna, która uczęszczała na lekcje (po prawdzie było to przed weselem i uczyła się tego, co miało jej się przydać właśnie tam, ale co z tego) miała z tego powodu niezwykły ubaw.

When we finally kiss goodnight

How I hate going out in the storm

But if you really hold me tight

All the way home I'll be warm

Evansówna śmiała się tak głośno, że brakowało jej tchu by śpiewać. Ale i tak najwięcej roboty miał Harry, który jako jedyny chłopak czuł się w obowiązku tańczyć z oboma dziewczynami na raz. Dzięki temu, obie, w tym samym czasie robiły obroty, a potem były przyciągane do niego. Ta sytuacja groziła katastrofą i wszyscy zdawali sobie sprawę, że zaraz się wywrócą.

The fire is slowly dyeing

And, my dear we're still goodbyeing

As long as you love me so

Let it snow! Let it snow! Let it snow!

No i stało się. Ktoś źle postawił nogę, ktoś inny się o nią potknął, podcinając kolejną osobę i nim się zorientowali runęli na ziemię w stercie poplątanych ciał. W tym samym czasie wszyscy ryknęli śmiechem. Harry, który leżał na samym dole, objął ramionami swoje dwie dziewczyny i pomyślał, że lepszych Świąt Bożego Narodzenia nie mógł sobie wymarzyć. A kiedy spojrzenia jego i chichoczącej Bryony się spotkały poczuł, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Rudolph the Red-Nosed Reindeer

Had a very shiny nose

And if you ever saw him,

You would even say it glows.

Bree pisnęła wesoło i zaczęła spychać z siebie Hermionę, która wylądowała na samej górze. W swoim pośpiechu by dostać się do radia nie zauważyła nawet, że postawiła swoich towarzyszy w dość krępującej sytuacji. Panna Granger bowiem wylądowała dokładnie na Harrym i uderzyła głową o jego tors. Zarumienili się oboje w tym samym momencie, nie wiedzieli nawet dlaczego. W końcu mieszkali razem od roku, zdarzało im się nawet sypiać w jednym łóżku, gdy było wyjątkowo zimno, lub gdy dręczyły ich koszmary. Ale teraz coś się zmieniło, nie wiadomo kiedy. Chłopak próbował chyba coś powiedzieć, ale zająknął się na pierwszym słowie. Twarz Hermiony przypominała dojrzałego pomidora.

-To moja najukochańsza piosenka! – zawołała do nich Bryony, zwiększając głośność energicznie i podrygując radośnie w miejscu. – Mam nadzieje, że ktoś kiedyś zrobi na podstawie tej historii film dla dzieci, to by było ekstra!

All of the other reindeer

Used to laugh and call him names.

They never let poor Rudolph

Join in any reindeer games.

Ponieważ już nie tańczyła jej głos był równie ładny jak zwykle, gdy śpiewała razem z radiem. Harry roześmiał się, na moment zapominając o swojej pozycji. Bryony wesoło wyciągnęła różdżkę i zaczęła nią radośnie wymachiwać. W try mi ga, na środku pojawił się duży, drewniany stół, a na nim śnieżnobiały obrus z wyhaftowanymi na brzegach gałązkami jemioły. Jednym ruchem nadgarstka uprzątnęła bałagan panujący na podłodze i odesłała wszystkie rzeczy z powrotem do magicznej torebki, a ją samą na łóżko Hermiony.

-No dalej! – zawołała radośnie, wirując po namiocie w wesołych piruetach – Sama wszystkiego nie przygotuję!

Harry i Hermiona podnieśli się jakoś, choć chwilę to trwało, bo cały czas śmiali się dziko i zataczali. Oboje poszli w ślady Bryony i zabrali się za świąteczne przygotowania. Dziewczyna wzięła na siebie dekoracje świąteczne i zaraz na rusztowaniu podtrzymującym materiał pojawiły się zielone wiązanki, a namiot wypełnił zapach igieł. Obok nic zawisły kolorowe skarpety, dzwoneczki i wszystkie ozdoby jakie można sobie wyobrazić. Harry natomiast rzeczywiście postarał się o choinkę, po czym rozpoczął żmudny proces przystrajania jej świeczkami i łańcuchami, z bombkami czekając na swoje dziewczyny.

Then one foggy Christmas Eve

Santa came to said:

"Rudolph with your nose so bright

Won't you guide my sleigh

Tonight?"

Wesoły głos Bryony brzmiał głośniej niż śpiew artysty dochodzący z odbiornika, ale pozostałym to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, gdy tylko podłapali melodię, starali się dołączyć do śpiewania, nawet jeśli piosenka była im nieznana. Hermiona kiedyś ją słyszała i nawet kojarzyła zwrotkę czy dwie, ale Harry, który Święta spędzał albo u Durlseyów, którzy nie tolerowali tego typu idiotyzmów, albo w Hogwarcie gdzie rozbrzmiewały całkiem inne piosenki.

Nie wiadomo kiedy, zwykły, nieco zabałaganiony namiot przekształcił się w wypucowany do granic możliwości (gdyby wyczyścili coś jeszcze, mogłoby stać się przeźroczyste) świąteczny raj. Wyglądał jak scena z amerykańskiego filmu sezonowego. A oni nie mogli zaprzeczyć, że przy tych pospiesznych przygotowaniach nieźle się bawili. Oczywiście, wiele ich kreacjom brakowało i gdy tylko powiał mocniejszy wiatr i szarpnął ścianami namiotu wszyscy przypomnieli sobie gdzie się tak naprawdę znajdują, ale mimo to było super.

Bryony z westchnieniem podparła się pod boki. Kochała magię! W jej wspomnieniach z dzieciństwa mama zwykle poświęcała całe dnie na przygotowanie Świąt, a tu proszę, kilka minut i wszystko gotowe. No, prawie wszystko. Nie znała się na wyczarowywaniu jedzenia, nigdy nie uważała tego za bardzo ważne. Musiała to kiedyś nadrobić. Kto wie, może nawet Hermiona miała jakieś książki na ten temat? Chociaż…nie, biorąc pod uwagę co jadali nim Bree pojawiła się w ich życiu taką bibliografią nie dysponowali. Ale co tam, postanowiła zamiast tradycyjnych potraf zrobić świąteczne naleśniki, takie same jakie co roku serwował jej tata z samego rana, tuż po otwarciu prezentów.

Then all the reindeer loved him

as they shouted out with glee,

Rudolph the Red-Nosed Reindeer,

You'll go down in history

I tak zaczęły się ich pierwsze wspólne Święta. I choć dookoła szumiał las, w promieniu kilku mil nie było żywej duszy, a każde z nich za kimś tęskniło, to wszyscy musieli przyznać, ze to właśnie był idealny sposób na spędzenie Bożego Narodzenia.


Noc była cicha, spokojna. Bryony odetchnęła głęboko świeżym, mroźnym powietrzem, przyjemnym po gorącu jakie panowało w namiocie. Pozostali kładli się już spać i tak później niż zwykle, gdyż było dobrze po północy, ale ona miała wartę. Las roztaczał wszędzie wspaniały zapach igieł. Gdzieś w oddali szemrał wesoło strumyk, w połowie zamarznięty. Wydychane przez dziewczynę powietrze tworzyło białe chmurki przed je nosem. Wsadziła dłonie w kieszenie i postanowiła się kawałek przejść, ot do linii zaklęć ochronnych, nie dalej. Śnieg skrzypiał pod jej buciorami, gdy kroczyła pewnie przed siebie, co chwila zerkając do góry. Nieba prawie nie było widać między drzewami, ale ponieważ widziała całkiem nieźle, wydawało jej się, że tej nocy chmury nie przysłaniały gwiazd. Wkrótce okazało się, że miała rację. Niewielką polankę, z ogromnym głazem na środku zalewało światło księżyca. Wiedziała, że tam nie sięgają już zaklęcia Hermiony, ale widok tak ją przyciągał, że wyszła poza linię drzew i przysiadła na kamieniu. Zerknęła w górę i aż westchnęła na widok rozgwieżdżonego nieba ponad sobą.

-Jakie to piękne – szepnęła, nim udało jej się powstrzymać. Ktoś mógł ją przecież usłyszeć. Szybko zasłoniła dłonią usta. Ale zaraz roześmiała się. Kto mógłby ją tu znaleźć I to jeszcze w noc Bożego Narodzenia? Wszyscy normalni ludzie byli teraz w domach, za swoimi rodzinami. Posmutniała. Ach rodzina… Tak bardzo tęskniła za swoją.

Niechciane myśli o poprzednich świętach przyszły jej do głowy, przywołane tamtą pierwszą piosenką, jaką znaleźli w radiu. Rok wcześniej bała się jadąc na święta do domu. Była przerażona. Na początku grudnia zorientowała się, że jest w ciąży i wiedziała co musi zrobić. Nie potrafiła przewidzieć reakcji Lily. Ona i James tak bardzo chcieli mieć dziecko i nie mogli, a Bryony… No cóż, spokojnie mogłaby poczekać parę lat, najpierw skończyć szkołę, wyjść za mąż, znaleźć pracę. Cała drżała, zaczynając tą najważniejszą w swoim życiu rozmowę. Ale Lily okazała się bardziej wyrozumiała niż dziewczyna mogła marzyć. Wiadomość przyjęła bardzo spokojnie, a potem przytuliła siostrę i pozwoliła jej płakać tak długo, aż zabrakło jej łez. Nie naciskała by Bree wyznała jej całą prawdę, po prostu oświadczyła, że będzie ją wspierać zawsze i wszędzie.

Ale rok wcześniej…to były piękne święta. Ze szkoły wróciła bardzo podekscytowana, bo na dwudziestego piątego przewidziany był ślub jej siostry. W domu, znaczy w Dworze Potterów, gdzie miało się odbyć wesele, zastała kompletny bałagan. Lily biegała dookoła w amoku, przyszła teściowa i przyjaciółki próbowały ją uspokoić. James chował się po kątach żeby tylko nie wpaść na narzeczoną, której się po prostu bał, gdy była w takim stanie. Ale mimo wzięli ten ślub. A Bryony stała obok swojej siostry, w roli druhny i uśmiechała się najszerzej jak potrafiła. Wiedziała, że nigdy nie zapomni tego dnia. Ani przyjęcia, które odbyło się później, w rozległych ogrodach posiadłości. Kolorowe lampiony unosiły się w powietrzu oświetlając parkiet. Stoły ustawiono w ogromnych, białych namiotach, a na całą przestrzeń udostępnioną gościom rzucono zaklęcia ocieplające, tak że nikt nie czuł zimna, mimo ujemnej temperatury wszędzie poza ogrodem. Ale we wspomnieniach Bryony szczegóły organizacyjne zacierały się, a zastępował je tamten taniec. Przymknęła oczy, przez moment rozpamiętując pierwszą z wielu piosenek, którą spędziła w ramionach chłopaka swoich snów. Nie wiedziała, czy był to figiel Syriusza, czy też zwykły przypadek, ale kiedy Remus podszedł do niej poprosił do tańca, muzyka nagle zwolniła i zabrzmiała ballada. Dziewczyna za nic nie mogła sobie przypomnieć co to była za melodia. Remus podobał się jej już dawno, ale wtedy, gdy stanęli niebezpiecznie blisko siebie jej uczucia stały się nagle bardzo prawdziwe. Już nie dziecięce zauroczenie, ale zakochanie dorastającej, szesnastoletniej panny. Wtedy tego nie wiedziała, ale pół roku później mieli znaleźć się znacznie, znacznie bliżej.

Bryony westchnęła i spojrzała w górę, gdzie błyszczały setki gwiazd. Tęskniła za nim. Prawda bolała ją niezmiernie, ale nie można było jej zaprzeczyć. Mimo jego słów, mimo tego jak ją potraktował nie potrafiła o nim zapomnieć. Zbyt mocno zadomowił się w jej młodym sercu by usunięcie go stamtąd było takie proste. A jednocześnie Bryony wcale tego nie chciała. Pamiętała bardzo dobrze jak to było wtedy kiedy sądziła, że on odwzajemnia jej uczucia. I w głębi serca pragnęła tylko jednego. Słowa piosenki świątecznej, takiej której akurat dzisiaj nie puszczano w radiu, przyszły jej do głowy i nie mogąc się powstrzymać zanuciła cichutko.

I don't want a lot for Christmas

There is just one thing I need

I don't care about the presents

Underneath the Christmas Tree.

I just want you for my own

More than you could ever known

Make my wish come true

All I want for Christmas is you.


N/A: Jakiś czas temu obiecałam zgadywanki. Oto i kolejna. Jakie piosenki zostały zaśpiewane w tym rozdziale? Poproszę cztery tytuły. Dla zwycięzcy, kolacja przy świecach z wybranych bohaterem.

PS. Mam nadzieje, że mi to wybaczycie, ale to koniec przygotowanych rozdziałów. Do pisania następnych siadam jutro wieczorem (15 jest już nawet zaczęty, ale już z nim nie zdążę) i wstawię je jak tylko będzie okazja. Mam nadzięje, że nie opucicie mnie przez ten czas i pozostaniecie z Harrym, Hermioną i Bryony w ich ciężkiej wędrówce. Proszę o komentarze, tylko tak bedę wiedziała, że jeszcze ktoś mnie czyta. (Na telefonie nie moge obejrzeć wykresów wejść, widzę tylko komentarze, dodanie do ulubionych i obserwowanych.)

Jesteście wszyscy wspaniali/ Do usłyszenia.