N/A: Hej!Oto ja. Niestety nim przejdę do samego rozdziału muszę trochę sobie pogadać.
Bardzo, bardzo Wam wszystkim dziękuję za wsparcie i cierpliwość. Nie było mnie prawie dwa miesiące i naprawdę strasznie żałuję. Ale teraz już wróciłam i zamierzam dodawać rozdziały regularnie. Z tym, że jutro zaczyna się szkoła, a to mój rok maturalny, więc...mam trochę rozdziałów napisanych do przodu, więc przez kilak tygodni możecie się spodziewać cotygodniowego update'u. Potem...zobaczy się.
Największe podziękowania należą się wspaniałej Trisomii, która poświęciła czas by skomentować wszystkie rozdziały, które wstawiłam ostatnio. Jesteś wielka i mam nadzieję, że miesiąc czekania Cię nie zmęczył i usłyszę od Ciebie po tym rozdziale.
Co do komentarzy od gości:
wera: Hmm, nie do końca. To by było super, ale Remus dalej jest przekonany o tym, że Bryony nie żyje. Poza tym...nie za wcześnie? A gdzie cały dramatyzm?
Jeśli chodzi o piosenki z rozdziału 14:
-Baby please come home (nic dziwnego, że Bryony straciła humor)
-Jingle Bells
-Rudolph the red nosed reindeer (ach, piosenka mojego dzieciństwa)
-All I want for Christmas.
Tym co zgadli gratuluję, pozostali niech się nie martwią. Mam w planach użycie jeszcze kilku piosenek, więc będzie możliwość jeszcze się pobawić.
No, a teraz już nie zajmuję więcej czasu. Miłego czytania i...komentowania? Proszę?
Rozdział 15
Londyn nie spał w noc sylwestrową. Zazwyczaj spokojne miasto, na ten jeden wieczór zapominało o swoim dystyngowanym charakterze by stać się centrum imprezowym całej Wielkiej Brytanii. Times Square, Picadilli Circus i Trafalgar Square rozbrzmiewały echem głośnych piosenek i tysięcy śpiewających razem z wykonawcami głosów. Nie miało znaczenia, czy byłeś czarodziejem, czy mugolem, tej jednej nocy, wszyscy bawili się tak samo. Co z tego, że magiczne fajerwerki przyciągały więcej spojrzeń, dzięki swym niezwykłym kształtom i kolorom. Co z tego, że czarodzieje lepiej znosili kaca dzięki szerokiej gamie prostych eliksirów o różnej skuteczności. Wszyscy cieszyli się razem z nadejścia nowego, Bóg da, lepszego roku. Nierzadko zdarzało się, że odziany w pelerynę czarodziej szalał razem z mugolami na wielkich ulicznych imprezach odbywających się w całym mieście.
Ale tak było kiedyś, kiedy groźba Sami-Wiecie-Kogo i jego zamaskowanych popleczników nie wisiała tak nisko nad magicznym społeczeństwem. Mało kto miał tyle odwagi by publicznie pokazywać się z mugolami. A jeśli nawet, to pewnie dawno już nie żył, zamordowany z zimną krwią przez fanatycznych wyznawców idei czystej krwi. Niestety, Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać atakował nie tylko czarodziei, którzy mieli szansę, niewielką, to prawda, ale zawsze, uratować się. Mugole, których wziął sobie za cel nie mogli się bronić. Nie wiedzieli nawet co ich zaatakowało. Ginęli nim zdążyli pojąć, że coś im zagraża. Lub gorzej, pozwalano im umrzeć dopiero po kilkudniowych torturach.
To sprawiało, że Biuro Aurorów miało masę pracy w sylwestrową noc. Jeszcze przed zachodem słońca na miasto wyruszały pierwsze patrole, a ostatnie wracały do bazy dopiero następnego dnia rano. Dwuosobowe zespoły miały krążyć po mieście przez całą noc i pilnować spokoju i bezpieczeństwa świętujących, czy to magicznych czy też nie. W większości przypadków było to zadanie wyjątkowo nudne, gdyż w ilu miejscach zaatakować mógł na raz Sami-Wiecie-Kto? Dwóch, trzech jeśli były to duże akcje. A takowe zdarzały się tylko przy dużych skupiskach ludzkich. W związku z tym przedmieścia były w miarę bezpieczne. I nudne.
Młodszemu Aurorowi Albertowi Wilkinsowi bardzo to odpowiadało. Dołączył do brygady dopiero niedawno (egzaminy udało mu się zdać dopiero za drugim podejściem) i naprawdę nie spieszyło mu się do brania czynnego udziału w wojnie. Miał dopiero dwadzieścia pięć lat, płowe włosy, schludnie zaczesane do tyłu i szare oczy. Jego brwi dawno już ustawiły się w jednej pozycji, zmarszczone nisko na czole, przez co młodzieniec wyglądał na stale niezadowolonego. Został Aurorem głównie dla rodziców, którym zależało by ich syn w jakiś sposób przydał się społeczeństwu. Do dziś nie wiedział, czemu miałby to robić akurat ścigając złych czarnoksiężników, ale nigdy nie potrafił postawić się swemu ojcu. Tak więc zamiast pracować gdzieś w Ministerstwie, za bezpiecznym biurkiem był tutaj, w środku nocy. Gdyby nie to, że patrolował ze swoim starszym kolegą Robertem Lewisem, ponad trzydziestoletnim asem brygady pewnie, nie potrafiłby zachować profesjonalnej miny i niewzruszonego spokoju.
Co do Lewisa, to tyle lat już spędził na służbie, że chyba nic nie mogło go zaskoczyć. Dobrze wiedział czego można się spodziewać po takim patrolu i był gotowy, nawet gdyby nagle mieli się przed nim pojawić Śmierciożercy. Ten czarnowłosy trzydziestopięciolatek widział już w życiu wiele i słynął w Biurze z zachowywania stoickiego spokoju, nawet wtedy gdy wszyscy inni tracili głowy. W odróżnieniu od swojego kolegi został Aurorem z własnej woli, by pomagać ludziom, a walka nie była dla niego pierwszyzną. Dlatego na Alberta spoglądał z odrobiną pogardy, szczególnie gdy chłopak wzdrygał się co jakiś czas, na przykład przy mocniejszym powiewie wiatru.
Młodemu Wilkinsowi okolica wcale się nie podobała. Brudne fronty otaczających go budynków nie były przyjemne. Niektóre miały zbite okna, odbijające światło ulicznych latarni, z wielu drzwi odchodziła farba, a przy wejściowych schodach leżały stosy śmieci. Ulica którą kroczyli nazywała się Grimmauld Place, co idealnie oddawało panującą tu aurę. Było ponuro, zimno i dość przerażająco, choć jak okiem sięgnąć nie widzieli żywej duszy. Okolica wyglądała na częściowo wymarłą, a w jeszcze zamieszkałych budynkach rzadko świeciły się lampy. Ale w tym akurat nie było nic dziwnego. Ludzie mogli wybrać się do znajomych, lub na którąś z ulicznych zabaw.
Aurorzy mijali właśnie dom numer dwadzieścia, gdy straszliwy krzyk przeciął ciszę spokojnej uliczki. Obaj, jak na komendę skierowali wzrok tam skąd doszedł wrzask i jak na komendę rzucili się biegiem przed siebie. Kilkaset stóp dzielących ich od źródła dźwięku pokonali w godnym pochwały tempie (opłacały się dodatkowe treningi jakie Ministerstwo zaleciło wszystkim stróżom prawa, gdy Sami-Wiecie-Kto zaczął stanowić poważne zagrożenie). Nie przystając wbiegli na schodki prowadzące do domu z numerem 12. U ich szczytu, w otwartych drzwiach stała potężna jejmość i krzyczała w niebogłosy. Miała na sobie staromodną koszulę nocną, obramowaną koronką, na głowie czepiec. Złote pierścienie na palcach błyskały raz po raz, w świetle padającym z korytarza.
-Ludzie ratujcie! – wrzeszczała kobieta, rwąc włosy z głowy. – Mój syn! Mój syn! Regulus! Regulus!
-Już dobrze proszę pani – odezwał się z profesjonalną miną Albert, podczas gdy jego kolega klękał nad ciemnym kształtem złożonym u stóp kobiety. – Aurorzy Wilkins i Lewis, wszystkim się zajmiemy.
Ale ona chyba go nie zauważyła, bo zawodziła dalej, błagając o pomoc i wołając syna. Czujne oczy Alberta dojrzały skrzata domowego czającego się za jej nogami. Stworzenie wyglądało na wyjątkowo złośliwe, ale nieszkodliwe.
Szybko zerknął w dół, gdzie Robert właśnie odsuwał czarny materiał, odkrywając twarz młodego chłopaka, który nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat. Długie, czarne włosy rozsypywały się na marmurowych schodach. Szare oczy miał otwarte, na twarzy zastygł mu upór i duma. Obaj w mig pojęli, że to właśnie był ów Regulus. Albertowi zrobiło się niedobrze. Bardzo cieszył się teraz, że to jego kolega pierwszy rzucił się do trupa. Nie tracąc czasu, Lewis przycisnął dłoń do szyi młodzieńca i odczekał chwilę, szukając pulsu. Po minucie podniósł głowę i napotkał spojrzenie partnera. Pokręcił głową.
-Przyczyna śmierci? – spytał Albert, głośno przełykając ślinę. Lewis prędko rzucił kilka zaklęć diagnostycznych na ciało chłopaka.
-Mój syn! Mój syn! – zawodziła cały czas nieszczęsna kobieta . Nawet gdyby Albert nie był kiedyś w Ravenclawie szybko by zrozumiał, że nie otrzymają od niej żadnych informacji. Była w szoku.– Mój biedny Regulus! Całe życie przed nim!
-Zaklęcie uśmiercające – brzmiała ponura odpowiedź, na wcześniejsze pytanie młodego Aurora. – Chłopak nie miał szans. Wysyłaj wiadomość do Moody'ego. Będzie chciał o tym usłyszeć.
Albert skrzywił się, ale wykonał polecenie. Jeszcze rozmowy z szalonym pryncypałem mu brakowało tego wieczora. A miał nadzieję na spokojny powrót do domu i świętowanie Nowego Roku. No cóż, taka praca. Po raz tysięczny obiecał sobie, że jutro składa rezygnację. Albo przynajmniej prośbę o przeniesienie do pracy biurowej.
Nastał nowy, słoneczny poranek. Śnieg iskrzył w promieniach słońca prześwitujących między koronami drzew. Nauczeni doświadczeniem pilnowali już kalendarza i dobrze wiedzieli, że oto zaświtał ostatni dzień roku. Od samego rana Harry i Hermiona chodzili poddenerwowani, zbliżał się bowiem termin ataku na dom McKinnonów. A przynajmniej tak im się wydawało. Od zrobienia zdjęcia członków Zakonu Feniksa, które pokazali Bree minęło równo dwa tygodnie, a w ich czasoprzestrzeni Alastor Moody wspominał coś, że Marlena zginęła w dwa tygodnie po pozowaniu do tej właśnie fotografii. Jej dom mógł zostać zaatakowany w każdej chwili. Oczywiście poinformowali o tym Dumbledore'a, a on zapewnił, że wszystkim się zajmie, ale oni i tak żyli w ciągłym strachu, że coś pójdzie nie tak. Bryony mogła ich tylko pocieszać, a i to nieudolnie. Sama bowiem też się denerwowała.
Znała Marlenę i to całkiem dobrze, głównie dzięki jej przyjaźni z Lily. Panna McKinnon uczyła się na tym samym roku co siostra Bree i przez siedem lat spały w jednym dormitorium. To zbliża ludzi. Marlena była żywiołowa, pewna siebie i zadziorna, niczym personifikacja gryfońskiego ducha, a jednocześnie oddana przyjaciołom, dla których zrobiłaby dokładnie wszystko. Wyczynów na miotle Bryony zawsze jej zazdrościła. Nie było dla nikogo tajemnicą, że McKinnon marzyła o profesjonalnej grze w Quiddicha i gdyby nie wojna już dawno grałaby w jakiejś drużynie i zdobywała z nią Mistrzostwo. Strasznie byłoby szkoda gdyby coś jej się stało.
Ale oni nie mieli na to żadnego wpływu. Zrobili co mogli. Przekazali co wiedzieli profesorowi Dumbledore'owi. Teraz wszystko w rękach Zakonu. Dyrektor przekazał im, że ma już plan jak dyskretnie (by Voldemort nie zorientował się jak wieloma informacjami dysponują) ochronić McKinnonów. A Bryony mu ufała. Niestety, jakieś resztki niepewności pozostały. Jadąc do Walii też nie kwestionowała jego danych i jak to się skończyło?
Wreszcie, nie mogąc już znieść panującego w namiocie nastroju ani nosów zwieszonych na kwintę, postanowiła odwrócić uwagę swoich towarzyszy tematem, który zwykle sprawiał, że się ożywiali. Mianowicie czekającą ich misją.
-To jak? – zagadnęła, siadając naprzeciw pogrążonej w myślach pary i podając każemu kubek z parującą herbatą. – Od czego zaczynamy?
Oboje spojrzeli na nią jak wyrwani z długiego snu i Bryony uśmiechnęła się szeroko, z triumfem.
-Polowanie – wyjaśniła, lekko przekrzywiając głowę. Bardzo chciało jej się śmiać, ale powstrzymywała się. – Musieliście poczynić jakieś plany…
-Jakieś tak…- odparła z wahaniem Hermiona, delikatnie mieszając bursztynowy płyn w swoim kubku. – Ale to jedna, wielka niewiadoma.
-Poprzednim razem zbieraliśmy horkruksy w takiej kolejności, w jakiej się o nich dowiadywaliśmy. – dodał zapatrzony w podłogę Harry. – Teraz mniej więcej wiemy gdzie są. Pytanie tylko jak się do nich dostać?
-No dziennik na przykład – odezwała się Bryony – powiedzieliście, że znajduje się w Dworze Malfoyów. Jak zamierzacie się tam zakraść? Taka rodzina na pewno przygotowała się na wypadek napadu.
-Nie wiemy – przyznała ze wstydem Hermiona. Wyglądała przy tym jak zbity pies i Bryony pomyślała, że chyba pierwszy raz w życiu panna Granger doświadczyła braku pomysłów na taką skalę. Prawie się zaśmiała.
-Zastanawialiśmy się nad różnymi opcjami – wtrącił Harry – Ale nie mamy pojęcia czego się spodziewać. Może Dumbledore mógłby zdobyć nam plan posiadłości, czy coś, ale nawet w takim wypadku brakuje nam podstawowych informacji na temat zaklęć ochronnych dookoła posesji i samego domu, a bez tego ani rusz.
-Od razu możecie go poprosić o pożyczenie Profesor McGonagall – zażartowała Bryony z nieco kpiącym uśmiechem. – Mogłaby wejść do Dworu jako kot i wynieść dziennik.
Harry i Hermiona spojrzeli na nią szeroko otwartymi oczami. Wyglądali jakby im, kolokwialnie ujmując, szczęki opadły. Bree stropiła się. Czyżby potraktowali jej sugestię poważnie? Ale przecież…tylko żartowała. Wizja surowej profesorki, w kociej postaci włamującej się do domu jednej z najbogatszych rodzin na świecie wydała jej się tak komiczna, że po prostu musiała się nią podzielić. Ani jej przez głowę nie przeszło, że mogą to wziąć na serio!
-Pomysł nie jest taki głupi – powiedziała w końcu Hermiona sprawiając, że Bryony oniemiała.
-Ale ja tylko… - wymamrotała, nie do końca wiedząc co ze sobą zrobić. Nie wierzyła w to co słyszy – To tylko taki…żart!
-Ale nie pozbawiony sensu – zaśmiał się Harry – Jeśli nic innego nie przyjdzie nam do głowy to chyba rzeczywiście trzeba będzie ją o to poprosić! Jestem prawie pewien, że się zgodzi.
To już było poza kontrolą Bryony. Gdy tylko wyobraziła sobie zadawanie takiego pytania poważnej pani profesor, parsknęła dzikim śmiechem, a pozostali szybko do niej dołączyli.
-No to dziennik mamy już załatwiony – skwitowała na koniec rudowłosa czarodziejka, kiedy już wszyscy się uspokoili (a musiało minąć sporo czasu by udało im się zahamować chichoty). – Co z pierścieniem?
-Cóż – odparł Harry – wiemy, że Voldemort ukrył go gdzieś w domu swojego dziadka Marvola. Chata Gauntów znajduje się blisko małej wioski Little Hangleton. Problem polega na tym, że żadne z nas tam nie było. Nie znamy lokalizacji samej wioski. No i nie wiemy jak przedostać się przez zaklęcia ochronne. Poprzednim razem Dumbledore zdobył tego horkruksa i miał z tym duże problemy.
-Ale chyba możemy poprosić go o pomoc przy znalezieniu wioski, nie? – zasugerowała Bree.
-Zrobiliśmy to – zapewniła szybko Hermiona – pośród notatek jakie mu przekazaliśmy była też kartka z prośbami jakie do niego mamy.
-Niech zgadnę, oprócz tego znalazło się tam też zamówienie na jak najlepsze kopie horkruksów? – zorientowała się w mig Bryony – najlepiej wykonane przez gobliny. Tak by nikt, łącznie z twórcą nie zorientował się, że oryginały zniknęły? Nie to żebym nie ufała twoim zaklęciom dublującym Hermiono – dodała prędko, spodziewając się jak może zareagować ambitna czarownica na znieważenie jej zdolności.
-Spokojnie – roześmiała się jednak panna Granger – Zaklęcie Geminio jest dobre, ale nie do tak starych i potężnych artefaktów. Może odtworzyć wygląd przedmiotu, ale nie jego magiczną aurę. Zbyt wiele byśmy ryzykowali podkładając takie fałszywki.
-A że tym razem z góry wiemy czego szukamy – wtrącił Harry – możemy się wcześniej przygotować.
-No dobra. – Bryony przytaknęła – Czyli Dumbledore dowiaduje się gdzie jest pierścień, a my go zgarniamy. W porządku. A co z pozostałymi trzema?
-Tu zaczynają się schody – westchnął chłopak, a Hermiona uśmiechnęła się pod nosem, gotowa na wyzwanie. – Medalion może być albo w jaskini, gdzie ukrył go Voldemort, albo na Grimmauld, jeśli już go przechwycono. Nam chyba bardziej odpowiadałaby opcja numer jeden. Sami moglibyśmy pójść po horkruks, jednocześnie ratując komuś życie. Z tym, że znowu potrzebujemy informacji! Bez nich nic nie zrobimy…
-Mamy nadzieję, że nie dojdzie do konieczności włamania się na Grimmauld – dodała Hermiona – Biorąc pod uwagę ilość zaklęć rzuconych na dom i to, że jest nienanoszalny mogłyby pojawić się problemy z dostaniem się do środka.
-Mogłoby być trudniej niż z Gringottem – przyznał niedbale Harry. Bree zamarła, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki, gdy ze zdumieniem wpatrywała się w syna. O włamaniu do Gringotta nie było dotychczas mowy!
-Co proszę?! – zdołała w końcu wykrzyknąć, nieco histerycznie. Harry i Hermiona wymienili porozumiewawcze spojrzenia, które umknęły jej uwadze. Na twarzach obojga pojawiły się prawie identyczne miny winowajców, które przypomniały jej o Huncwotach. Nie wróżyło to zbyt dobrze.
-Nie mówiliśmy ci? – udał ignorancję chłopak. Bree jakoś wcale to nie uspokoiło.
-Jakoś wam umknęło – mruknęła sarkastycznie – podejrzewam, że ma to coś wspólnego z lokalizacją kolejnego horkuksa? Bo jeśli włamaliście się do banku goblinów, tym samym praktycznie wypowiadając im wojnę, tylko dla zabawy, to nie ręczę za siebie.
To powiedziawszy podparła się pod boki, przez co wyglądała dość groźnie. Dzieciaki przełknęły ślinę.
-No pewnie, że tak! – zapewniła szybko, nieco oburzona Hermiona – To znaczy, w naszej czasoprzestrzeni czarka była ukryta w skarbcu rodziny Lastrange. Teraz też może się tam znajdować.
-Ale żeby się o tym przekonać trzeba się tam włamać – wyjaśnił Harry – Niby już raz to zrobiliśmy, więc zawsze możemy powtórzyć. Tyle, że nie mamy pojęcia jak to zrobić po cichu. Poprzednio nie przejmowaliśmy się kto o tym usłyszy. Ale teraz dyskrecja jest kluczowa.
Chłopak bezradnie rozłożył ręce. I właśnie wtedy Bryony doznała objawienia. W jej głowie, w ciągu sekundy powstał plan tak absurdalny, że żaden pracownik Ministerstwa nie będzie w stanie wydedukować czyja to sprawka. A jednocześnie tak prosty i oczywisty, że praktycznie gwarantował sukces. Musiała się roześmiać. Jej towarzysze patrzyli na nią jak na kompletną wariatkę, ale ona nie zwracała na to uwagi. Jakże mogła, skoro właśnie sama rozgryzła coś, nad czym biedzili się we dwoje od tygodni?
-Chyba mam rozwiązanie waszej zagadki – wyjaśniła wesoło, gdy udało jej się uspokoić oddech – I to całkiem proste.
Odczekała chwilę, napawając się ich zdumionymi spojrzeniami i budując napięcie. Patrzenie jak niecierpliwie oczekują na to co powie było nawet dość zabawne, ale Bree nie należała do osób okrutnych, więc szybko zakończyła ich męczarnie.
-Słyszeliście może o wujaszku Syriusza, imieniem Alphard? – spytała i poczekała aż przytakną nim znów się odezwała. – Nim zmarł kilka lat temu zapisał wszystko co miał Syriuszowi, przez co zresztą został usunięty z drzewa genealogicznego familii. Ale to akurat teraz nie ma znaczenia. Bo widzicie, miły Alphard zapisał swemu ulubionemu krewniakowi skrytkę wraz z zawartością. A muszę dodać, że to bardzo stara skrytka, położona dość głęboko, po prawdzie nie aż tak jak ta Potterów, czy też główna Blacków, ale za to, tak się składa, że całkiem blisko rodzinnego skarbca Lastrange'ów. A Syriuszowi nigdy nie chciało się otwierać własnej i przelewać pieniędzy.
-I jaki to ma związek? – przerwał jej zdziwiony Harry, nim Hermiona zdołała go uciszyć. Bryony skrzywiła się. Nie lubiła gdy wchodzono jej w słowo. Szczególnie, jeśli wykładała właśnie jakiś swój pomysł.
-Jak będziesz cicho to ci powiem – syknęła trochę podirytowana. Zapadła cisza. Zacięta mina Hermiony dowodziła, że nikt już Bree nie przerwie. – Także za każdym razem jak idzie do swojej skrytki, Syriusz mija tą Lastrange'ów. I ponieważ pewnie dalej wydaje wam się to bez związku pozwólcie, że powiem wam jeszcze jedno. Nie zgadniecie kto ma imienne upoważnienie od właściciela i zapasowy klucz do skarbca pana Blacka!
-Potterowie – szepnęła zdumiona Hermiona, trochę psując Bree zabawę. A już myślała, że będzie musiała wszystko tłumaczyć. Po raz kolejny nie doceniła tej młodej dziewczyny. W przyszłości musiała bardziej uważać. Nie pozostało jej nic, tylko przytaknąć.
-Dokładnie Lily Potter, z domu Evans. Moja siostra. – wyjaśniła triumfalnie, z szerokim uśmiechem – Nikt nie jest na tyle głupi, żeby powierzać coś tak ważnego jak klucz od skrytki Jamesowi. Więc dość długo klucz trzymała „Lily". To znaczy, ja kiedy w ciąży z tobą udawałam Lily. A ostatnio rozmawiałyśmy o tym i stwierdziłyśmy, że klucz będzie najbezpieczniejszy u Dumbledore'a. Razem z upoważnieniem.
-Nikogo nie zdziwi jeśli pani Lily Potter pojawi się u Gringotta z wszystkimi wymaganymi papierami i poprosi o zabranie do tej a tej skrytki. – zrozumiała Hermiona. Bree uśmiechnęła się jeszcze szerzej i energicznie pokiwała głową.
-A tak się skała, że nim wyruszyłam na tę feralną misję do Walii oddałam naszemu kochanemu dyrektorowi medalion z włożonymi do środka dwoma kosmykami włosów. Jeden należy do ciebie Harry, drugi do Lily. – zakończyła rozemocjonowana i odetchnęła głęboko. Była z siebie bardzo dumna.
-Eliksir Wielosokowy niedługo będzie gotowy – odparła szybko Hermiona, w lot łapiąc o co chodzi. Harry nie miał takiego szczęścia. Siedział, marszczył czoło i popatrywał to na jedną kobietę swojego życia, to na drugą, kompletnie nic nie rozumiejąc. Po chwili Bryony zrobiło się go żal i już miała dać jeszcze jakieś wskazówki, by sam do tego doszedł, ale uprzedziła ją panna Granger.
-Oj Harry! – zawołała ze śmiechem – Poprosimy Dumbledore'a o klucz, upoważnienie i medalion Bryony. Potem wypiję Eliksir Wielosokowy z włosami Lily i wejdziemy do Gringotta. Wodospad złodzieja wykryje podstęp i zaalarmuje straże. Wszyscy będą wiedzieli, że ktoś próbuje okraść bank, ale my zrobimy włamanie we włamaniu. Tak naprawdę wejdziemy do skarbca Lastrange'ów, ale wszyscy uwierzą, że chcemy okraść skrytkę Syriusza i że bardzo dobrze wszystko zaplanowaliśmy! To genialne!
-I wtedy zostanie już tylko diadem, a to akurat najprostsze – wyszczerzyła się radośnie Bryony. Imponowało jej jak dobrze Hermiona wszystko wydedukowała. – Wystarczy wpaść do Hogwartu, albo po prostu poprosić Dumbledore'a żeby poszedł do Pokoju Życzeń i już.
-Jeśli wszystko pójdzie tak jak zaplanowaliśmy to zakończymy wojnę przed przerwą wielkanocną! – zaśmiała się uradowana Hermiona. Obie panie spojrzały na siebie i wymieniły szerokie uśmiechy. Już wcześniej to podejrzewały, ale teraz otrzymały dowód, że świetnie się dogadają. Ich umysły działały tak samo!
-Nie jestem do końca pewien, że to zadziała – mruknął Harry, jakby bojąc się, że go zagryzą jeśli znajdzie rysę w ich planie. – Znaczy, Syriusz będzie coś podejrzewał. Lily może mieć problemy.
-Dumbledore może się tym zająć – Bryony lekceważąco machnęła ręką. Wiedziała, że jeśli stary dyrektor powie, że to nie wina jej siostry wszyscy mu uwierzą. Młodej pani Potter nic nie groziło.
-Harry, wiemy że plan nie jest idealny – westchnęła Hermiona – Ale na razie nie mamy lepszego. Poza tym…tamten był gorszy. Musisz przyznać.
-Gorszy? – Bree zastrzygła uszami. No, teraz to była strasznie ciekawa. – Bardzo bym chciała usłyszeć o tym gorszym planie.
Popatrzyli po sobie i skrzywili się w tym samym momencie. Ale mimo to zaczęli mówić. I nagle wszyscy zapomnieli, który dzisiaj był i co mogło się wydarzyć. Poszukiwanie horkruksów też stało się jakby mniej ważne. Aż do następnego kryzysu.
Następnego dnia rano, gdy siadali do śniadania, nagle wyczuli nagromadzenie magii w pobliżu. Szybko ją rozpoznali i czekali spokojnie. Już po chwili śnieżnobiały feniks, patronus Dumbledora wylądował przed nimi wdzięcznie i schylił głowę na powitanie. A potem przemówił głosem starego dyrektora:
-Regulus Black nie żyje. Został znaleziony martwy na schodach swojego rodzinnego domu przy Grimmauld Place 12.
