N/A: Jak obiecałam po tygodniu wstawiam kolejny rozdział. Tym razem będzie się działo, nasi bohaterowie wyruszają po Medalion Salazara. I tu chciałabym straszliwie przeprosić za gigantyczny błąd jaki pojawił się w poprzednim rozdziale. Dzięki wielkie za pokazanie mi go w waszych komentarzach, wszyscy jesteście wspaniali.


Rozdział 16

Z pewnym smutkiem Bryony patrzyła na leżące na ziemi płótno namiotu. Stelaż został już złożony, teraz trzeba było tylko zwinąć sam materiał i schować go tam, gdzie trafiła już cała reszta ich dobytku, do magicznej torebki Hermiony. Byli prawie gotowi do drogi, a ona czuła, że oto kończy się pierwszy, najspokojniejszy etap ich podróży. Owszem, obfitował w dramaty i dawno tak się nie zdenerwowała jak wtedy, gdy Harry opowiadał jej o swoich przygodach w czasach szkolnych, ale przynajmniej nikt nie próbował ich zabić. Dziś to miało się zmienić.

Z początku, gdy patronus Dumbledore'a dostarczył im informację o śmierci młodego Blacka, nie rozumiała skąd cały ten raban. Po prawdzie pamiętała chłopaka z Hogwartu. Był od niej starszy o rok i dość popularny w swoim domu. Wysoki i przystojny, bardzo przypominał Syriusza. Tylko zachowywał się zupełnie inaczej. Duma i arogancja, którą u jego starszego brata nieco utemperowano, czyniła z niego stereotypowego dziedzica starego, czystokrwistego rodu. Ale co miał Regulus Black, nadęty Ślizgon i Śmierciożerca do ich poszukiwań? Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Harry, gdy szok mu minął opowiedział jej o podmienionym horkruksie w jaskini. O tajemniczej osobie, która podpisała się inicjałami R.A.B. Regulus Arkturus Black. O młodym Śmierciożercy, który zrozumiał do czego przyłożył rękę i postanowił się wycofać, w wielkim stylu. I o tym, jak stracił życie, próbując pokonać Voldemorta.

Płakała gdy skończył. Może i go nie znała, ale wiedziała, że Syriusz go kochał. Nie mówił o tym, nie przyznawał się i nigdy w życiu nie okazałby tych uczuć, ale taka była prawda. Płakała nad chłopcem, któremu nigdy nie pozwolono być dzieckiem. W tak młodym wieku musiał przejąć odpowiedzialność związaną z dziedziczeniem pozycji Lorda Blacka, pod nieobecność buntowniczego brata.

-W naszej czasoprzestrzeni ciała Regulusa nigdy nie znaleziono – mówił dalej chłopak, odczekawszy chwilę by się uspokoiła. – zabiły go inferiusy w jaskini, a Stworek zabrał medalion na Grimmauld Place. Ale tym razem, ciało pojawiło się na schodach jego rodzinnego domu. Nigdy nie zdążył pójść po horkruks. Może to planował, może nie, nie wiemy tego. Ale na pewno tego nie zrobił. Co oznacza…

-Że medalion dalej tam jest – wtrąciła Hermiona z triumfalnym uśmiechem. – A my znamy drogę i zaklęcia ochronne. Wystarczy tylko tam pójść i pierwszy horkruks będzie nasz!

Od razu zaczęli planować wyprawę, co zajęło im prawie dwa dni. Bree pełna była obaw, nigdy jeszcze nie robiła niczego takiego. Czuła się taka…nieprzygotowana w porównaniu z Harrym i Hermioną. Jej dotychczasowe życie to szkoła, nauka, odrabianie pracy domowych. Żadnych przygód ani walk ze złymi czarnoksiężnikami, a przynajmniej nie na większą skalę. Walia była przecież jej pierwszą misją dla Zakonu. Ale najbardziej bała się samej siebie i swoich reakcji. Co jeśli nie da rady? Jeśli ich zawiedzie? Jeśli w sytuacji zagrożenia życie nie będzie potrafiła zachować się jak na Gryfonkę przystało? Przerażała ją taka możliwość.

-Gotowa? – spytał Harry, stając obok niej i zakładając ręce na piersi. Ubrany był w wyświechtane dżinsy, ciężkie buty do chodzenia po górach, koszulę z długim rękawem i drelichową kurtkę.

Bryony wzruszyła ramionami i wcisnęła ręce do kieszeni pożyczonych spodni. Dzięki Bogu za magię, bo gdyby nie ona dżinsy Hermiony za nic by na nią nie pasowały. A i teraz ciężko jej się było przyzwyczaić do nowego kroju. Co to się porobiło z tą modą w latach dziewięćdziesiątych! Tęskniła za swoimi ubraniami. No i głupio jej było podbierać ciuchy przyjaciółce syna, skoro i tak miała ich niewiele i w niezbyt dobrym stanie po roku spędzonym w dziczy. Obecnie wszystko co nosiła pochodziło od Hermiony, oprócz może butów na grubej podeszwie, jej własnych. Flanelowa koszula była zbyt luźna, szczególnie w okolicy klatki piersiowej, rękawy swetra musiała podwinąć. Panna Granger może i była bardzo szczupła, ale także wyższa od Bryony i bardziej umięśniona.

-Nie – mruknęła, patrząc się na czubki butów – Ale czy to coś zmienia? Obiecałam, że z wami pójdę i dotrzymam słowa.

To powiedziawszy wyciągnęła różdżkę ze specjalnego pokrowca mocowanego na prawym udzie i machnęła nią. Pokrowiec ten Bree dostała na siedemnaste urodziny od Jamesa i Syriusza. Młodzi aurorzy, pomni na jej wieczne problemy ze schowaniem różdżki w łatwo dostępnym miejscu sami zaprojektowali i stworzyli podłużny pokrowiec, na którzy rzucili zaklęcie Kameleona. W ten sposób nikt nie mógł go zobaczyć, a dziewczyna zawsze mogła sięgnąć po swoją wierną towarzyszkę.

Płótno natychmiast się złożyło i poszybowało w stronę Hermiony.

-Skoro jesteś pewna – westchnął chłopak, podając jej ramię. Po jego drugiej stronie ustawiła się już Hermiona, z zapakowaną torebką. Po raz ostatni spojrzeli wszyscy na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał ich namiot.

-Idziemy? – spytała panna Granger. Harry skinął głową. Obie wzięły go pod ramiona. Bree przymknęła oczy, szykując się na aportację. Jakoś nie mogła się do niej przyzwyczaić. Głównie dlatego, że bardzo rzadko to robiła. Nigdy nie było jej to potrzebne. W ciąży i tak nie mogła się aportować, przyprawiało ją to o mdłości i zawroty głowy. Tym razem było tak samo paskudnie jak zwykle. Natychmiast ogarnęło ją okropne poczucie, jakby była przeciągana przez gumową rurę. Nie mogła oddychać, całe jej ciało było ściskane aż do granic wytrzymałości, a potem, kiedy już myślała, że się udusi, niewidzialne więzy zniknęły i stała pośród chłodnego poranka, wdychając świeże, morskie powietrze.

Pachniało solą. Bryony słyszała rozbijające się fale, delikatna, chłodna bryza targała jej włosy, związane w gruby warkocz, gdy spoglądała w dal na oświetlone pierwszymi promieniami słońca morze. Stali na wysokim, ciemnym nawisie skalnym, a woda pieniła się i kotłowała pod nimi. Bree spojrzała przez ramię. Za nimi piętrzyła się pionowa, czarna faleza. Szerokie półki skalne, takie jak ta, na której stali wyglądały, jakby przed wiekami ktoś wyrąbał je w gładkiej ścianie.

-No tak, można się było spodziewać – mruknęła Bryony rozglądając się dookoła. Był to ponury, surowy widok, tylko morze i nagie skały, bez śladu drzew, trawy, czy choćby piasku.

-Kilka mil stąd jest niewielka osada na klifie. – powiedział Harry wskazując palcem na skały na zachodzie. – Dumbledore sądził, że przywożono tam dzieci z sierocińca, żeby spędziły parę dni nad morzem. Tylko Tom Riddle i jego małe ofiary dotarły aż tutaj. Pamiętacie, opowiadałem wam o tych dzieciakach, które po spacerze z nim nigdy nie były takie same jak kiedyś. Żaden mugol nie dostałby się tutaj, chyba, że byłby nad wyraz utalentowanym alpinistą. Nawet łodzie tu nie podpływają, te wody są zbyt niebezpieczne.

-Ale my idziemy dalej, prawda? – spytała Bryony, pełna najgorszych przeczuć. Chłopak przytaknął.

-Sądzę, że ktoś powinien tu zostać – wtrąciła Hermiona – Tak dla bezpieczeństwa. Mógłby powiadomić pozostałych, gdyby pojawiło się niebezpieczeństwo.

-Dobry pomysł – przytaknął Harry. – W łódce są i tak tylko dwa miejsca. Trzecia osoba musiałaby poczekać na brzegu jeziora.

-Hermiona powinna zostać – wyrzuciła nagle z siebie Bree. Oboje spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Spuściła wzrok. Bała się tam iść, ale wiedziała, że nie ma wyboru. To była najlepsza opcja. A za nic nie puściłaby Harry'ego samego.

-Nawet mowy nie ma! – prychnęła Hermiona, buntowniczo podpierając się pod boki. Chłopak uniósł brwi.

-To jedyne logiczne rozwiązanie – odparła smutno Bryony.

-Wcale że nie! – warknęła Granger wściekle – Znam więcej zaklęć niż ty! Byłam z nim poprzednim razem!

-Racja – przytaknęła rudowłosa czarownica. Jej oczy lśniły smutno. – Harry musi iść, co do tego się zgadzamy. A ty rzeczywiście jesteś lepsza. W zaklęciach obronnych. I dlatego powinnaś tu zostać. Jeśli pojawią się Śmierciożercy powstrzymasz ich dostatecznie długo byśmy mogli wrócić. Ja nie dam rady.

-Hermiono – odezwał się Harry – ona ma rację. To ty powinnaś zostać.

W jednej chwili dziewczyna nagle poczerwieniała, a potem zbladła przeraźliwie. Wargi jej drżały, oczy ciskały gromy. Wyglądała strasznie. Ale trwało to tylko moment, bo zaraz spuściła głowę i prawie niedostrzegalnie przytaknęła. Bree uśmiechnęła się.

-No przecież przyprowadzę go z powrotem – mruknęła, szturchając lekko drugą dziewczynę w bok. To jednak nie wystarczyło by przywołać uśmiech na twarz Hermiony. Nie powiedziała też nic gdy Harry i Bryony zbliżali się do krawędzi i rozpoczynali trudne zejście z klifu.

Nim uczynili pierwszy krok spojrzeli na siebie. „Kocham go" pomyślała Bree. Nie wiedziała co sprowadziło takie myśli, może strach przed tym co mieli zrobić? „To mój syn i kocham go. Jeśli coś pójdzie nie tak zginę za niego." Nie miała wątpliwości, że tak będzie. Dla tego chłopaka zrobiłaby wszystko. Mimochodem wzięli się za ręce.

Postrzępione załomki skalne tworzyły strome stopnie prowadzące na wielkie głazy, częściowo już zanurzone w morzu. Było to zdradzieckie zejście i oboje wielokrotnie się potykali. Ich stopy ślizgały się na oblodzonych stopniach poniżej. Tylko pewny chwyt tego drugiego uchronił ich przed spadnięciem z dużej wysokości. Bree czuła na twarzy słoną mgiełkę.

-Lumos – mruknął Harry, stanąwszy na bloku skalnym położonym najbliżej ściany klifu. Parę stóp pod nimi czarna powierzchnia wody zafalowała tysiącem iskier, ale blask różdżki oświetlał przede wszystkim ciemną ścianę skalną, gdzie nie docierało światło wschodzącego słońca. - Widzisz? – zapytał cicho, unosząc różdżkę wyżej. Bree dojrzała szczelinę w klifie, w której kotłowały się fale. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko małej kąpieli?

-Nie. – zaśmiała się raźno, choć tak naprawdę straszliwie się bała.

-No to hop – uśmiech chłopaka był nieco wymuszony, ale doceniła ten gest i odpowiedziała uśmiechem. - Na trzy?

-Mhm – przytaknęła dziewczyna – Raz.

Ścisnęli się za ręce. Jeśli mieli to zrobić to tylko razem. Nie było innej opcji. Osobno...nie znaczyli nic. Razem mogli zmienić świat.

-Dwa.

Jak na zawołanie zerknęli w dół, gdzie fale dziko uderzały o skały. Piana wzbijana przez nie ochlapywała półkę, na której stały.

-Trzy!

W tym samym momencie uderzyli o wodę. Chłód przeniknął ciało Bryony niczym nóż. Morze było lodowate, przemoczone ubranie było o wiele za ciężkie i ciągnęło ją w dół. Zapach soli i wodorostów drażnił ją w nos. Harry ruszył przed siebie, z różdżką w zębach. Bree nie pozostało nic, tylko za nim podążyć. Oddychała głęboko, posuwając się w stronę skały za migoczącym światełkiem. Dawno już nie miała możliwości dopracować swoich umiejętności pływackich i teraz bardzo tego żałowała. Gdyby miała większą praktykę może nie męczyłaby się aż tak.

Szczelina okazała się ciemnym tunelem, który przy wysokiej fali musiał być całkowicie wypełniony wodą. Strome ściany tworzące ciasny korytarz były od siebie oddalone może o trzy stopy, w świetle padającym z różdżki Harry'ego błyszczały jak wilgotna smoła. Po pewnym czasie korytarz skręcił w lewo. Bree zauważyła, że ciągnie się on jeszcze daleko w głąb skały. Płynęła dalej w ślad za chłopakiem, czubkami przemarzniętych palców dotykając szorstkiej, mokrej skały. W końcu zobaczyła swojego syna wychodzącego na brzeg, rude włosy i ubranie ociekały wodą. Dopłynąwszy do właściwego miejsca, znalazła schody prowadzące do dużej jaskini. Wspięła się na nie. Kiedy dygocąc z zimna znalazła się na lodowatym powietrzu woda lała się z niej strumieniami.

-Mam nadzieję, że to tutaj – wysapała stając koło chłopaka i obejmując się ramionami. Było jej niezwykle zimno, jak jeszcze nigdy. Drżącą dłonią wyciągnęła różdżkę i rzuciła proste zaklęcie osuszające i jeszcze jedno, ocieplające. Potem powtórzyła cały proces na Harrym.

-Tak, to tutaj – odparł z delikatnym uśmiechem, dziękując jej spojrzeniem. - To korytarz wejściowy. Coś w rodzaju przedpokoju. Musimy dostać się do właściwej komnaty

-I tu już nie natura stanie nam na drodze, prawda? – spytała rozglądając się po mrocznej jaskini. - Ale sam Vol…Voldemort?

Była z siebie bardzo dumna bo jej głos, zadrżał tylko odrobinę. Miała nadzieję, że wkrótce wyeliminuje i to drżenie.

-Tak – skinął głową chłopak, ruszając przed siebie aż wyciągniętą dłonią dotknął kamiennej ściany przed sobą. Przez pewien czas błądził rękami po chropowatej skale, szukając wejścia do jaskini aż wreszcie na jego twarzy wykwitł triumfalny uśmiech. – To tutaj. Chyba.

-Chyba? Czy na pewno? – zastanowiła się Bryony z całej siły starając się używać lekkiego, wesołego tonu. Nie do końca jej się udało.

-Zaraz się przekonamy – mruknął Harry i nim dziewczyna zdążyła zareagować skierował różdżkę na swoją lewą rękę i rzucił zaklęcie tnące. Krzyknęła gdy niewidzialny nóż przeciął jego skórę, ale chłopak tylko się uśmiechnął i przytknął krwawiącą dłoń do ściany. Nie wiadomo skąd, tam gdzie czerwona ciecz dotknęła kamienia pojawił się niewyraźny zarys łuku, płonący ognistą bielą, jakby z drugiej strony biło silne źródło światła. A potem zakrwawiona skała wypełniająca łuk po prostu rozpłynęła się w powietrzu, tworząc przejście, za którym ziała absolutna ciemność. – By wejść trzeba zapłacić – wyjaśnił ponuro, świecąc różdżką do środka – Dumbledore sądził, że wzięło się to z próby osłabienia tego, który próbuje dostać się do horkruksa.

-Natychmiast pokaż mi tę rękę! – zażądała ostro Bryony, a gdy podał jej dłoń od razu machnęła różdżką i niewerbalnie zaleczyła skaleczenie. Nie uspokoiło to jej nerwów, ale przynajmniej pomogło Harry'emu.

-To co? Idziemy? – spytał chłopak, gdy skończyła. Bree spojrzała w ciemność i przełknęła ślinę. Chyba jeszcze nigdy się tak nie bała, nawet w Walii, ale wtedy nie miała czasu na strach. Teraz, z pełną świadomością co napotka wchodziła do gniazda węża i wiedziała, że nie może się wycofać. Powoli przytaknęła. Chłopak wziął ją za rękę i ścisnął, sprawiając że poczuła się odrobinę lepiej. Na tyle by rzucić zaklęcie oświetlające i ramię w ramię ze swoim synem wkroczyć w ciemność.

Oczom ich ukazał się upiorny widok. Stali na skraju czarnego, podziemnego jeziora, tak rozległego, że nie mogła dostrzec przeciwległego brzegu, sklepienie jaskini również ginęło w mroku, który rozjaśniały tylko ich różdżki i przedziwna, zielonkawa poświata, emanująca jakby ze środka jeziora, odbijająca się w nieruchomej wodzie. Jednak, ku rozczarowaniu dziewczny, blask nie sięgał tak daleko, by objąć całą grotę. Aksamitna ciemność poza granicą światła była jeszcze intensywniejsza.

-Chodźmy – powiedział cicho Harry. -Pamiętaj, nie wolno dotykać wody.

Ruszyli brzegiem jeziora, dalej trzymając się za ręce. Bree cieszyła się teraz, że leworęczność pozwala jej dalej dzierżyć różdżkę w lepszym ręku, jednocześnie ściskając dłoń syna. Szli po wąskim pasie kamieni tuż przy linii wody, echo kroków odbijało się od ścian. Maszerowali już dobrą chwilę, ale nic się nie zmieniło. Po jednej stronie mieli surową ścianę skalną, po drugiej niezmierzoną, gładką czerń, pośrodku której jaśniała tajemnicza, zielonkawa poświata. Bryony przechodziły dreszcze i wiele by oddała by jak najszybciej się stąd wydostać. Nie zatrzymywała się jednak, wiedząc ile zależy od powodzenia ich misji.

-Horkruks jest na wyspie, na środku jeziora – powiedział szeptem Harry, wskazując miejsce, gdzie łuna była najjaśniejsza. – Tu gdzieś blisko ukryty jest łańcuch trzymający łódź, którą tam popłyniemy. Jest niewidzialny, dlatego szukaj śladów magii.

Jak powiedział, tak uczyniła. Przymknęła oczy, licząc na to, że ją poprowadzi i spróbowała nastawić się na delikatne pulsowanie pozostałości zaklęć w atmosferze. To co wyczuła, sprawiło, iż nerwowo wciągnęła powietrze. Zamiast miłych impulsów, całą jaskinię wypełniała mroczna mgła czarnej magii, tak obrzydliwa, że dziewczynie zebrało się na wymioty. Szybko zasłoniła usta ręką. I wtedy, pośród wszechobecnego zła poczuła nowy ślad.

-Tam! – szepnęła, ciągnąc Harry'ego w stronę, z którego doszedł ją cichy szept dawno rzuconego czaru. Puściła go i wyciągnęła przed siebie obie ręce by schwytać łańcuch, o którym jej opowiadał. Nie szukała długo, już po chwili jej skóra napotkała oślizgły metal, spokojnie leżący na ścieżce. – Mam go!

Nie marnując czasu, Harry stuknął różdżką w jej zaciśniętą pięść i ich oczom ukazał się gruby łańcuch. Kolejne zaklęcie sprawiło, że zaczął się wolno zwijać, z głośnym brzdękiem opadając na ziemię. Odgłos odbijał się echem od ścian jaskini. Nie trzeba było długo czekać by widmowa łódeczka wynurzyła się spod powierzchni, emanując tym samym, zielonkawym blaskiem i powoli podpłynęła, nie mącąc idealnie gładkiej powierzchni, w kierunku miejsca, w którym stali.

-To trochę straszne – wyjawiła chłopakowi Bryony. Harry posłał jej łobuzerki uśmiech, a potem podszedł do granicy wody oczekując na transport. Dziewczyna po chwili dołączyła do niego i na powrót ujęła jego dłoń. Zapatrzyli się w mroczną toń u swoich stóp. Było w niej coś takiego, co sprawiało, że Bryony ciarki chodziły po plecach – Co jest w tej wodzie?

-Nic miłego – mruknął Harry, ponuro wpatrując się w łunę na środku jeziora – Ale nie zaatakuje nas póki nie zdobędziemy horkruksa. Według teorii Dumbledore'a, Voldemort tak zaplanował to miejsce by można się było dostać na wyspę. Sam przecież mógł mieć potrzebę odwiedzić swoją duszę, na przykład po to by sprawdzić, że nikt jej nie zabrał.

Nim skończył mówić, mała, chybotliwa łódeczka uderzyła o brzeg i zatrzymała się. Harry wskazał Bryony ręką, że ma wsiadać pierwsza, a ona przełknęła ślinę i ruszyła do przodu. Bardzo ostrożnie weszła do łódki i przysiadła, kuląc się na dziobie. Harry wsiadł zaraz za nią, upuszczając łańcuch na dno łodzi. Mimo, że żadne z nich nie było specjalnie wielkie, ledwie się na niej mieścili. Harry, większy z dwójki, nie mógł usiąść, kulił się, a kolana wystawały mu ponad burtę. Łódka ruszyła natychmiast, bez jakiejkolwiek ingerencji z ich strony, jakby ktoś ciągnął za niewidzialną linę. Kompletną ciszę mącił jedynie delikatny chlupot fal, gdy dziób łodzi ciął czarną, aksamitną toń. Zmierzali w stronę zielonej poświaty, po chwili nie mogli już dojrzeć ścian groty. Gdyby nie to, że woda była idealnie spokojna, Bree mogłaby przysiąc, że znajdują się na środku morza. Pokonując strach spojrzała w wodę.

Widziała złote odbicie światła z różdżki migoczące na błyszczącej, lustrzanej powierzchni. Łódź rozcinała wodę, zostawiając głębokie zmarszczki... I wtedy je zobaczyła. Kredowobiałe, unoszące się tuż po powierzchnią wody. Parę cali od powierzchnią ukazało się martwe ciało mężczyzny, leżące twarzą do góry, z zamglonymi, niewidzącymi oczami, a włosy i szaty unosiły się wokół falując miękko. Nie potrafiła powstrzymać przerażonego, choć na szczęście cichego, pisku, jaki wydobył się z jej zaciśniętego gardła.

-Harry…- zaczęła z wahaniem, a głos o mały włos jej nie zawiódł, tak się bała. – Czy w tej wodzie są…trupy?

-Inferiusy – przytaknął chłopak, ze zrezygnowaniem, a jednocześnie tak spokojnie, jakby wcale się tym nie przejmował. – Jak mówiłem, nie powinny nas zaatakować póki nic nie robimy. Gorsza będzie droga powrotna.

Cała krew odpłynęła jej z twarzy. Z całej siły ścisnęła burtę łódeczki, nagle czując się słabo. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Wiedziała, że powinna być dzielna, nie bez kozery trafiła przecież do Gryffindoru, ale w tej jaskini nie potrafiła się kontrolować.

Tymczasem zielonkawe światło rosło z każdą minutą i chwilę później łódź się zatrzymała, uderzając lekko w coś, o czego istnieniu oboje wiedzieli, a czego żadne z nich dotychczas nie dojrzało. Harry uniósł zapaloną różdżkę oświetlając małą, skalistą wysepkę na środku jeziora.

-Uważaj, by nie dotknąć wody - ostrzegł ponownie, gdy wysiadali z łódki. Wyspa nie była większa niż ich namiot. Naga, czarna skała, na której znajdowało się tylko źródło tajemniczego, zielonego światła, z bliska wydajającego się jeszcze jaśniejszym. Harry zerknął nań. W pierwszej chwili Bryony pomyślał, że to jakaś dziwna lampa, ale po chwili dotarło do niej, że blask wydobywał się ze stojącej na podwyższeniu, kamiennej misy. W milczeniu zbliżyli się do podwyższenia i razem zajrzeli do naczynia. Było pełne szmaragdowej cieczy, emanującej fosforyzującą poświatą.

-No tak – westchnął Harry ze zrezygnowaniem. Bree przyjrzała mu się ciekawie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale w oczach krył się ból, niewątpliwie związany z poprzednią wizytą w tym okropnym miejscu.

-Co to jest? – spytała cicho. Ścisnął jej dłoń, a jego twarz stała się bledsza niż jeszcze przed chwilą.

-Eliksir, który zabił Dumbledore'a – westchnął w końcu, ze smutkiem – By dostać się do horkruksa trzeba go wypić. Nie ma innej drogi. Nie wiem, co dokładnie się po nim dzieje, ale na pewno powoduje ból nie do opisania. Dumbledore najpierw wymógł na mnie przysięgę, że upewnię się, że wypije wszystko, a potem prosił mnie, błagał bym przestał. Kiedy pił wyglądał, jakby miał koszmar, nagle znalazł się w zupełnie innym świecie, gdzie prześladowało go…nie wiem co. Mogę się tylko domyślać.

-Ariana? – upewniła się dziewczyna, wspominając okropną książkę Rity Skeeter, którą pochłonęła w poprzednim tygodniu i wyjaśnienia jakich udzielili jej Harry i Hermiona po lekturze. Dumbledore skrywał wiele tajemnic, masę z nich bardzo bolesnych.

-Może – szepnął chłopak, wyczarowując z powietrza prosty kielich. – Wtedy zabronił mi pić. Ale teraz nadeszła moja kolej.

To powiedziawszy zbliżył naczynie do tafli eliksiru. Wszystko w umyśle Bryony wrzasnęło w tym samym czasie.

-Nie! – jej krzyk odbił się echem od wysokiego sklepienia jaskini, gdy rzuciła się na jego rękę i odciągnęła puchar od misy. Próbowała też wyrwać go z ręki chłopaka, ale trzymał zbyt mocno. – Niech ci się nie wydaje, że na to pozwolę!

-Więc mam pozwolić tobie? – syknął Harry, wpatrując się w nią płomiennym spojrzeniem. Potrząsnął głową. – Może i ciężko mi się do tego przyzwyczaić, bo jesteśmy w tym samym wieku, ale jesteś moją matką!

-To jedyne logiczne wyjście – szepnęła Bryony kładąc dłoń na jego przedramieniu. Wiedziała, że przyznanie jej racji będzie dla niego bardzo trudne, ale nie miał wyboru. – Jeśli coś mi się stanie, możesz przerzucić mnie przez ramię i wywalczyć sobie drogę na zewnątrz. Ale jeśli ty stracisz przytomność, nie uda mi się wyciągnąć cię stąd i potem jeszcze wrócić na klif z twoim bezwładnym ciałem. Jakbyś nie zauważył jestem trochę niższa i nieco szczuplejsza.

Nie proponowała nawet zostawienia rannego towarzysza, bo świetnie wiedziała, że ani ona, ani on nie zgodzili by się na coś takiego nigdy. Tak to już było jak się przebywało z Gryfonami. Harry schylił głowę i przez chwilę nic nie mówił. Wyglądało to jakby się zastanawiał, ale w rzeczywistości po prostu potrzebował czasu na zaakceptowanie rażącej w oczy prawdy. W końcu przytaknął niechętnie.

-Ale to nie znaczy, że ten pomysł musi mi się podobać. – warknął pod nosem. Bree uśmiechnęła się lekko i ścisnęła jego dłoń. Z miną wyrażającą dokładnie co sądził na ten temat podał jej kielich.

Przez moment Bryony obracała w dłoni smukłą nóżkę naczynia. Potem odetchnęła głęboko i szybko, by się nie rozmyślić zanurzyła je w mętnym eliksirze. Wypełniony po brzegi uniosła do góry i wzniosła toast, siląc się na wesołość.

-Na zdrowie.