Hej! Oto i kolejny rozdział. Miłego czytania!


Rozdział 17

Ból nie do opisania opanował jej ciało w tej samej chwili, gdy przełknęła pierwszy łyk przeklętego eliksiru. Ledwo powstrzymała się przed zgięciem się w pół i zwinięciem w kłębek na podłodze jaskini. Wytrzymała jednak. Harry mówił o bólu, a ona się na to zgodziła. Wiedziała, czego się spodziewać i nie zawahała się ani na moment. Nie mogła się więc też wycofać. Wybór był prosty, ona albo jej syn. Jaka matka podjęłaby inną decyzję? Jaka skazałaby swoje dziecko na ból? Nie ona. Bez słowa na powrót zanurzyła kielich w misie i wychyliła go. Ból przeszył ją jak tysiące noży. Ale nie to było najgorsze.

Pojawił się nagle, tam gdzie jeszcze przed sekundą była tylko ciemność. Wysoki i przystojny, wyglądał dokładnie tak samo jak tamtego dnia, kiedy wszystko się skończyło. Nawet ubrania nosił te same. Jasna koszula, obszarpane dżinsy, długi, beżowy płaszcz. Blond włosy opadały mu na oczy, twarz przecinały znajome blizny. W złotych oczach czaiło się coś, czego nie potrafiła rozpoznać.

Musimy porozmawiać. Jego głos docierał do niej jakby z oddali. Był nieco przytłumiony i odbijał się echem do niewidocznych ścian.

-Bree? – gdzieś z daleka, z prawdziwego świata dobiegł ją głos Harry'ego. Potrząsnęła głową i zmusiła się do ponownego nabrania eliksiru. Wypiła. Znów obezwładnił ją ból.

Wyjeżdżam. Dumbledore wysyła mnie na misję. Odezwało się widziadło, słowami, które już kiedyś zostały wypowiedziane. Bryony odmówiła spojrzenia na istotę. I tak widziała jaką będzie miała minę, jaki język ciała. Z całych sił walczyła by wrócić do rzeczywistości. Z daleka od zjaw. Tylko to co naprawdę.

Misa była prawdziwa. Kielich też. A w nim eliksir, kolejna dawka. Ręka jej drżała gdy unosiła go do ust, ale nie zawahała się. Jej kolana zadygotały, ale ktoś, dopiero po chwili zorientowała się, że to Harry, chwycił się za ramiona i utrzymał w pionie.

Było fajnie, muszę to przyznać. Na twarzy Remusa-widziadła odmalowało się lekceważenie. Bree poczuła łzy na swojej twarzy, chociaż nie wiedziała kiedy zaczęła płakać.

-Mamo? – głos Harry'ego brzmiał słabiej z każdą chwilą, w tym samym tempie z jakim wzmacniał się szept widziadła. Gdyby Bryony była choć odrobinę przytomniejsza szalałby z radości, że tak ją nazwał, ale w obecnej sytuacji wszystko jej było jedno. W jej głowie tułało się tylko jedno. To przez eliksir pojawiło się widziadło. To wszystko wina eliksiru. Och, jakże wspaniale byłoby przestać. Najgorsze było to, że wiedziała co zostanie powiedziane i tak bardzo nie chciała tego słuchać.

-Nie…nie! – wysapała, pomiędzy falami bólu. Mimowolnie jej wzrok powędrował do mężczyzny, który stał w tym samym miejscu co przed chwilą i uśmiechał się kpiąco. Nie mogła znieść, że patrzył na nią w takim stanie. – Odejdź! Idź sobie!

-Mamo? Już dobrze. To ci pomoże – cichy szept Harry'ego przedarł się przez otaczającą jej umysł mgłę. Do jej ust przyciśnięto kielich. Nie chciała pić. Wiedziała, że jeśli wychyli choć łyk więcej, zjawa nigdy nie zniknie. A jednocześnie nie miała siły walczyć z chłopakiem. Z trudem przełknęła płyn.

Ale to koniec. Załkała, gdy zabrzmiały te słowa. Nawet nie zauważyła kiedy ugięły się pod nią kolana i uderzyła o ziemię. Harry nie zdążył jej złapać.

-N…nie! – wyjąkała, wyciągając ku niemu ręce. – Proszę nie! Nie rób tego! Prze…przecież wszystko między nami dobrze!

-Ćśś, jestem tu. – rozległ się głos w oddali. Jej usta znów dotknęły brzegu pucharu. – Nie zostawię cię. Nigdy. A…Ale musisz to wypić. Proszę mamo…

Tak żałosna była to prośba, że Bree przełknęła kolejny kielich. To co wydobyło się z jej ust przypominało bardziej wycie dzikiego zwierzęcia niż ludzki krzyk. Objęła się ramionami i skuliła tam gdzie leżała, modląc się by przynajmniej zjawa zostawiła ją w spokoju. Ból odbierał jej zdolność racjonalnego myślenia.

Mogłaś mnie źle zrozumieć, ale…

-Nie! Nie mów tak! – nie wiedziała nawet kto krzyczy. Znała skądś ten głos, ale skąd? Kto krzyczał? – Nie mów! To niemożliwe! Nie wydawało mi się!

-Jeszcze tylko ten jeden raz – powiedział gdzieś daleko Harry. Jego jeszcze pamiętała, ale ledwo. Przytknął jej do ust kielich z kolejną porcją. Gdyby nie otworzyła ust wszystko wylałoby się na nią. Gardło paliło, gdy przełykała.

Wilk ma swoje potrzeby, myślałem że wiesz.

Złote oczy Remusa były zimne, zupełnie nie jak wtedy, gdy byli razem. Nie, przez te cudownych kilka miesięcy patrzył na nią całkiem inaczej. Nie mogła sobie tego wyobrazić. Po prostu nie mogła!

-N…nie! Proszę nie! – błagała Bryony, wyciągając do niego ręce. Własny głos był dla niej obcy i ledwo słyszalny. Powoli traciła rozeznanie gdzie się znajduje. – To nie może być prawda. Bła…błagam!

-Niedługo koniec mamo. – szepnął ktoś w oddali, nie wiedziała kto – Jeszcze tylko troszkę, wytrzymaj. To już ostatnie.

Do ust wlano jej kolejną dawkę eliksiru. Ból sparaliżował ją gdy tylko płyn dotknął jej warg. Załkała boleśnie i znów spojrzała na Remusa. Nie poruszył się wcale, choć wzrokiem prosiła go by do niej podszedł i wziął ją w ramiona, lecz daremnie.

Nie sądziłaś chyba, że będę z kimś takim jak ty.

Okropny grymas wykrzywił jego usta, oczy błysnęły złowrogo. To nie był Remus jakiego znała. A może i był, ale ona nigdy go nie dostrzegła? Może jej zaślepienie nie pozwalało ujrzeć jego prawdziwego oblicza?

-To nieprawda! – załkała żałośnie, czołgając się w jego stronę. Kilkakrotnie jej dłoń muskała jego spodnie, ale za każdym razem odsuwał się zaledwie o krok, ale wystarczająco by jej palce zacisnęły się na niczym. – Nie zostawiaj mnie! To tak bardzo boli…

-Zaraz koniec – powtarzał niestrudzenie Głos, przystawiając jej do ust chłodny puchar. Zacisnęła wargi najmocniej jak potrafiła i odwróciła głowę. Nie chciała już pić…Tak bardzo nie chciała! – Musisz wypić. Pamiętasz…sama podjęłaś tą decyzję. Jeszcze tylko kilka łyków. Zaraz będzie po wszystkim

Odrobinę rozchyliła usta, a płyn wypełnił jej gardło. Wypiła, krztusząc się i opadła na kamienne podłoże jaskini. Twarz miała mokrą od łez, które skapywały na ziemię. Drgawki szarpały jej ciałem, a uszy wypełniało dziwne szczękanie. Dopiero po chwili zorientowała się, że to uderzają o siebie jej własne zęby.

Naprawdę sądziłaś, że to przetrwa? Zaszydził mężczyzna, uśmiechając się szyderczo. Ale z ciebie dziecko!

-Remusie proszę! – z jej ust wydobył się tylko żałosny szept. Obok ktoś głośno wciągnął powietrze, ale nie miała siły by unieść głowę i na niego spojrzeć. Wstrząsnął nią szloch.

-Mamo spójrz na mnie! – krzyknął Głos tuż obok niej. Ktoś przewrócił ją na plecy, choć walczyła z nim, bo w nowej pozycji nie mogła patrzeć na Remusa. – Spójrz na mnie. Wszystko jest dobrze. Nikogo tu nie ma oprócz nas. Pij, proszę!

Nie potrafiła skupić się na osobie, która do niej mówiła, całkiem jakby jej oczy zasnuła mgła nie do rozgonienia. Ale przełknęła, gdy podano jej kolejną porcję płynu, mimo że ból znów ją obezwładnił. Przez długi moment mogła tylko leżeć na twardym podłożu i z trudem łapać oddech, podczas gdy zjawa zbliżała się do niej powoli.

Wydawało ci się, że zwiążę się z młodszą siostrą szkolnej koleżanki? Niby czemu skoro na świecie jest tyle lepszych kobiet.

-NIE! – ryknęła, a jej krzyk odbił się echem od ścian jaskini. Zrobiło jej się niedobrze na samą myśl o mężczyźnie, którego kochała, z inną kobietą. – Błagam, nie opuszczaj mnie! Daj mi jeszcze jedną szansę! Nigdy cię nie zawiodę, przysięgam!

-Już kończymy. Już kończymy – powtarzał gorączkowo Głos podając jej kielich. Przez przypadek chwyciła go za trzęsącą się rękę – To pomoże. Nikt cię nie zostawi.

Wypiła łapczywie, modląc się by Głos miał rację. Płyn palił jej gardło i gdy tylko go przełknęła opanował ją napad kaszlu. Długo charczała wijąc się na podłodze, a zjawa śmiała się nad nią okrutnie.

Dlaczego miałbym z tobą zostać? Nie możesz mi nic zaoferować.

-Proszę cię! Proszę! – mamrotała jak w gorączce, rozglądając się prędko, bo zniknął jej z oczu. – Nasze dziecko…nasz syn! Prze…przecież to musi coś znaczyć…mamy synka! Ha…Harry, ma na imię Harry!

To mnie nie przekonuje. Jeśli już to odrzuca. Czy mówiłem ci kiedyś, że chciałbym mieć dzieci?! Nie, tacy jak ja się nie rozmnażają. Specjalnie cię ostrzegałem. Miałaś uważać. Ale nawet tego nie możesz zrobić dobrze. Jesteś porażką!

-Nie…nie! On jest wspaniały! – broniła syna Bryony, szarpiąc się w uścisku nieznajomego, który podtykał jej puchar, znowu pełny. – Nie możesz…nie możesz tak myśleć! Nie możesz! To nasze dziecko…nie opuszczaj nas!

-Mamo, to już ostatni – odezwał się Głos miękko, słychać w nim było łzy. – musisz go wypić. Potem będzie po wszystkim, przyrzekam. Tylko wypij.

Tylko siłą woli zmusiła się do uchylenia ust i wykonania polecenia. Gdy tylko przełknęła świat zniknął pod naporem bólu nie do wytrzymania. Zjawa ryknęła z wściekłości, a jej wrzask rozerwał bębenki dziewczyny. A potem…tak po prostu zniknęła pozostawiając po sobie tylko echa potępieńczego krzyku. Bryony pozostała na ziemi, tak wyczerpana, że nie miała nawet siły jęczeć, jej ciało było jak sparaliżowane. Nie wiedziała ile tak leżała w objęciu tego z kim tu przyszła. Z opóźnieniem przypomniała sobie, że był to Harry. Jak mogła o tym zapomnieć? Jak mogła zapomnieć czego się podjęła? Co dokładnie zrobił jej ten eliksir? Nie potrafiła się nad tym zastanawiać, była zbyt wyczerpana. Jej gardło paliło żywym ogniem, który musiał zostać ugaszony, bo inaczej wiedziała, że oszaleje.

-Wody – wychrypiała, głosem ledwo podobnym do swojego. Gdyby nie to, że czuła jak ruszają się jej mięśnie nigdy nie podejrzewałaby, że to ona mówi.

-Już. Już ci daję wody – odparł szybko Harry, odgarniając włosy z jej spoconego czoła. A może to łzy tak zmoczyły jej twarz? Niczego już nie była pewna. W sekundę później znów przytknięto do jej ust ten sam puchar, ale tym razem wypełniała go najprawdziwsza woda. Bree piła łapczywie, sama łapiąc za kielich. Gdy skończyła spojrzała w górę, na twarz swojego syna.

Płakał, po jego policzkach płynęły łzy. Jedną ręką ją podtrzymywał, drugą celował w coś różdżką, nie wiedziała w co. Wyglądał na zmęczonego, ale uśmiechał się. Wyczerpana, ledwo odwzajemniła gest.

-Udało się – szepnęła ledwo dosłyszalnie. Przytaknął. Wiedziała, że nie powinna zasypiać, ale powieki same jej opadały. Była taka zmęczona! Przyszło jej do głowy, że już drugi raz znaleźli się w takiej sytuacji, ale nie miała siły by się tym przejąć. Nim zdołała coś jeszcze powiedzieć jej ciało odmówiło posłuszeństwa i osunęła się w ciemność.

Ironicznie, obudziły ją mdłości. W odróżnieniu od czasów ciąży, tym razem nie zdążyła do łazienki. Ba, nie zdążyła nawet opuścić łóżka. Ku swemu przerażeniu zwymiotowała prosto na śnieżnobiałą, szpitalną pościel, na samą siebie i odrobinę na lśniącą czystością podłogę. Otoczył ją obrzydliwy zapach nie do końca strawionego jedzenia i Bryony jęknęła, na powrót opadając na poduszki. Jej głowa pulsowała tępym, przytłumionym bólem. Gardło paliło po wymiocinach. Na dodatek dziewczyna nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Choć…sufit wyglądał dość znajomo. Tak samo parawan otaczający jej proste, metalowe łóżko. Gdyby nie wiedziała, że to niemożliwe, powiedziałaby że znalazła się w Skrzydle Szpitalnym, w Hogwarcie. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo. Oczywiście nie widziała zbyt wiele, gdyż skutecznie oddzielono ją od reszty świata. Nawet atmosfera była taka sama jak w jej ukochanej szkole. Niedorzeczność! Nie mogła być w Hogwarcie, to zbyt niebezpieczne. Tylu ludzi mogłoby ją zobaczyć!

I pewnie długo zastanawiałaby się, gdzie w takim razie trafiła gdyby nie szybkie kroki tuż za białym, płóciennym parawanem, odgradzającym jej łóżko od pozostałych na sali, jak w każdym szpitalu. Jedno jego skrzydło odsunęło się i do enklawy wkroczyła jedyna w swoim rodzaju Poppy Pomfrey, niosąca tacę z niewielkimi buteleczkami. Bree opadła szczęka. I to nie w przenośni.

-Ach, obudziła się pani nareszcie panno Evans – zauważyła pielęgniarka, jakby to że leżała przed nią dziewczyna uznana za martwą wcale jej nie dziwiło.

Pani Pomfrey była dość niską, szczupłą kobietą, która pracowała w Hogwarcie od wielu lat. Miała popielate włosy, zazwyczaj spięte nad karkiem i ukryte pod pielęgniarskim czepcem i uważne, niebieskie oczy. Znano ją jako osobę nie znoszącą sprzeciwu, która samego profesora Dumbledore'a potrafiła zrugać, jeśli na szali leżało dobro pacjentów. Podobno dopracowała do perfekcji Zaklęcie Przylepca by niepokornych gości Skrzydła Szpitalnego przytwierdzać do łóżek. Bryony po prawdzie nigdy jej nie podpadła, ale James i Syriusz opowiedzieli jej wystarczająco dużo by uwierzyła w prawdziwość tych plotek.

-No tak – westchnęła pielęgniarka, nie zwracając uwagi na zdziwioną minę swojej oszołomionej pacjentki, tylko wyciągając różdżki. Jedno machnięcie wystarczyło by usunąć śmierdzące plamy. – To było do przewidzenia biorąc pod uwagę ilości eliksirów oczyszczających jakie pani ostatnio podałam.

-Co ja…- wyjąkała przez zaciśnięte gardło. Przełknięcie śliny pomogło, ale nie do końca. Chciało jej się pić, a gardło piekło ją jak diabli. – Co ja tu robię?

-Dochodzi pani do siebie – prychnęła Pomfrey, stawiając tacę na stoliku przy łóżku. – Naszła panią chęć na dość paskudny eliksir. Prawie dwa dni walczyłam z efektami ubocznymi. Poszło by mi szybciej, ale nie wiedziałam z czym pracuję, bo młodzi ludzie, którzy panią przynieśli nie potrafili mi powiedzieć co też pani wypiła.

Bryony bardzo chciała spytać co się stało z Harrym, ale nie zdążyła, bo znowu zebrało jej się na mdłości. Tym razem jednak Pani Pomfrey okazała się szybsza niż organizm dziewczyny i zdołała wyczarować odpowiednie naczynie.

-Oj tak – ze zrozumieniem pokiwała głową, gdy Bree znów opadła na poduszki – Niezbyt to przyjemny proces, ale pani ciało musi pozbyć się tego świństwa. Trochę to potrwa. Ale do wieczora powinno być w porządku. Do tego czasu musi pani dużo pić.

Bez słowa Bryony przyjęła od niej puchar z wodą i wychyliłaby go jednym haustem gdyby nie pielęgniarka, która zmusiła ją do powolnego przełykania niewielkich porcji. Od razu dziewczyna poczuła się lepiej, choć tylko trochę. Potem nadszedł czas na niezliczoną ilość eliksirów (odkryła z przerażeniem, że wszystko co znajdowało się na tacy było dla niej). Podając jej każdy pielęgniarka tłumaczyła do czego służy, ale Bree była na tyle otumaniona po ostatnich przejściach, że niewiele zapamiętała. Ponad wszystko chciała teraz umyć zęby, albo przynajmniej rzucić na siebie zaklęcie odświerzające. Nie była jednak pewna, czy utrzymałaby w ręku różdżkę, leżącą w zasięgu jej wzroku, na stoliku.

-Zostawię panią teraz – powiedziała Pani Pomfrey, gdy tylko dziewczyna wypiła wszystko, a flakony powróciły na swoje miejsca na tacy. – Dyrektor prosił bym go zawiadomiła, kiedy tylko odzyska pani przytomność.

I wyszła, nie dając Bree czasu na zadawanie pytań. Dziewczyna została sama. W Skrzydle Szpitalnym panowała nieznośna cisza, chyba oprócz Bryony nikogo tu nie było. Pasowało jej to. Mniejsze zagrożenie, że ktoś ją zobaczy i doniesie komu trzeba. Chociaż wolałaby, gdyby ktoś tu z nią był, najlepiej dwoje ktosiów. Harry i Hermiona. Gdzie oni się podziewali do cholery? Usilnie próbowała sobie przypomnieć coś, co odpowiedziałoby na to pytanie, ale jej umysł był zbyt ospały, a wspomnienia za mgliste by dało się z nich coś wywnioskować.

W jękiem przysłoniła twarz dłonią. Co w ogóle wydarzyło się tam w jaskini? Pamiętała łódź i wyspę z misą pełną eliksiru. Zaproponowała, że go wypije, a Harry się zgodził, choć niechętnie. A potem…Co było potem? Nie potrafiła powiedzieć. Chociaż…jej głowę wypełniały dziwne, zamglone obrazy, między którymi stanowczo zbyt często przewijała się twarz Remusa. Widziała go, zrozumiała nagle. Nie, nie jego. Zjawę, która przyjęła jego postać by sprawić jej największy ból. I która odtworzyła przebieg Tamtego Dnia. Bryony zadrżała. To było okropne. Strasznie było słuchać tych słów już za pierwszym razem, lecz teraz, gdy wiedziała co nastąpi za chwilę agonia tylko wzrosła.

Wejście profesora Dumbledore'a przyniosło jej ulgę. Starszy czarodziej wyglądał na zatroskanego, choć nie tak bardzo jak McGonagall, która prawie biegła za nim i od razu rzuciła się do łóżka Bryony. Przez moment dziewczynie wydawało się, że nauczycielka zaraz chwyci ją w objęcia. Powstrzymał ją chyba tylko żałosny stan panny Evans.

-Dobrze cię widzieć przytomną moja droga – oświadczył dyrektor z delikatnym uśmiechem. Bree z trudem obróciła głowę by na niego spojrzeć i obdarzyła go najlepszą imitacją wesołej miny na jaką było ją stać. Była wyczerpana. A jednak gnębiło ją jedno pytanie.

-Dobrze być przytomną – mruknęła. Jej głos brzmiał całkiem inaczej niż zwykle, słabiej niż by chciała. – Jak…jak długo?

-Mamy piątego stycznia – poinformował ją uczynnie Dumbledore – Nasi młodzi przyjaciele przynieśli cię tu trzeciego pod wieczór.

-Spałam dwa dni? – zdziwiła się ledwo dosłyszalnie. Zaczynała się niepokoić. Na serio, gdzie podział się Harry? Co robił, gdy była nieprzytomna? Czy zdobył ten medalion? Zakręciło jej się w głowie, choć wcale się nie poruszyła.

-Usuwanie toksyn trochę trwa – powiedziała z uśmiechem McGonagall, delikatnie odgarniając dziewczynie włosy z czoła. Gdyby nie była tak zmęczona, Bree pewnie doznałaby szoku, tak nietypowo zachowywała się poważna, ostra opiekunka Gryffindoru.

-Gdzie…- wymamrotała cicho - Gdzie jest mój syn?

-Moja droga…- zająknął się Dumbledore. Profesor McGonagall starała się patrzeć wszędzie, byle nie na Bryony. To sprawiło, że panna Evans naprawdę się zdenerwowała. Skoro opiekunka jej domu nie wiedziała jak jej to powiedzieć, to znaczyło, że informacja wcale jej się nie spodoba. Może nawet gorzej.

-Profesorze – wycedziła przez zęby dziewczyna, ledwo hamując stale rosnący gniew – Gdzie jest Harry? Gdzie mój syn?!


N/A: Uuuu, gdzie jest Harry? Przekonamy się za tydzień, nie? Dzięki za wsparcie, dodawanie tego opowiadania do ulubionych i/lub obserwowanych i komentowanie. Poświęćcie chwilkę na przekazanie mi co myślicie, ładnie proszę.