Hej! Witam w najnowszym rozdziale! Mam nadzieję, że Wam się spodoba i że jak zwykle nie zabraknie wsparcia z Waszej strony ( i komentarzy, jeśli się da). Co do komentarzy od gości:
finflon: cieszę się, że ci się podoba, zapraszam na następny rozdział, który przy odrobinie szczęścia poda odpowiedzi na twoje pytania.
A teraz, bez dłuższych wstępów, miłego czytania!
Rozdział 18
Harry Lupin czuł się paskudnie zostawiając swoją matkę samą w Skrzydle Szpitalnym, szczególnie po tym co przeszła. Serce mu się krajało gdy całował jej spocone czoło po raz ostatni i wychodził z sali by udać się na kolejną misję. Leżała w szpitalnym łóżku, taka mała i bezbronna. Od kilku godzin walczyła z gorączką, ale Pani Pomfrey była pewna, że potrafi ją wyleczyć. Wkrótce miała być całkiem zdrowa i chłopak bardzo chciał doczekać momentu, gdy się wreszcie obudzi. Niestety nie dano mu tego przywileju.
Rozumiał czemu Hermiona chciała załatwić wizytę u Gringotta jak najszybciej. W pewien sposób cieszył się też, że Bryony tam nie będzie i w ten sposób nie zostanie narażona na niebezpieczeństwo. Ale nie mógł zaprzeczyć, że jego serce zostało w Hogwarcie, przy jej łóżku. Dalej nie mógł uwierzyć, że pozwolił jej wypić eliksir pozostawiony przez Voldemorta. Powinien był coś wymyślić, przygotować się na to wcześniej…Zrobić cokolwiek. Ale on tylko stał jak ten osioł i patrzył jak jego matka się męczy. Nigdy nie miał sobie tego wybaczyć. Jednocześnie nie mógł znieść bezczynnego siedzenia u jej boku, gdy gorączkowała. Chciał coś zrobić, jakoś jej pomóc. Wiedział jednak, że to wykraczało poza jego kompetencje. Obojętnie ile czasu by nie spędził desperując w Skrzydle Szpitalnym nie mógł oszczędzić jej cierpień. Dlatego przystał na propozycję Hermiony i zaczął szykować się na powtórzenie wyczynu z innej czasoprzestrzeni. To nadało jakiś sens oczekiwaniu.
A potem byli już w drodze, zbyt nastawieni na akcję by myśleć o czymkolwiek innym. Tak znaleźli się tutaj, w niewielkiej uliczce, prostopadłej do Pokątnej, naprzeciwko banku Gringotta.
-Mam złe przeczucia – mruknął do Hermiony, która w głębi alejki przygotowywała się do wypicia Eliksiru Wielosokowego z włosem Lily Potter.
-Kto ich nie ma?! – parsknęła dziewczyna przyglądając się niepewnie flakonikowi z czerwonym płynem, który przyjął taki kolor po wrzuceniu rudego włosa, znalezionego tak jak mówiła Bryony, w naszyjniku pozostawionym u Dumbledore'a. – Włamujemy się do najlepiej strzeżonego banku na świecie. Drugi raz! Zdziwiłabym się gdyby wszystko poszło jak po maśle.
-Powinniśmy byli poczekać na mamę – westchnął pod nosem chłopak, wyglądając na główną aleję. Bryony wiedziałaby jak się podszyć pod swoją siostrę. Znała jej sposób bycia, mówienia, poruszania się. Nikt lepiej nie nadawałby się do tej roli. Ale panna Evans leżała nieprzytomna w Hogwarcie, walcząc o życie, a oni byli na Pokątnej.
-Może i tak – przytaknęła Hermiona, która już przełknęła napój i teraz zaczynała przyjmować wygląd Lily. Włosy jej zrudziały, ciało zmalało o kilka cali. Kolor oczy płynnie zmienił się z brązu na jasną zieleń. Nim się zorientował stała przed nim, nie zaniedbana osiemnastolatka, która jeszcze niedawno walczyła w bitwie o Hogwart, ale zadbana, uroczo uśmiechnięta pani Potter. Jego pierwszą reakcją była chęć rzucenia jej się w ramiona i musiał sobie kilkakrotnie przypomnieć, że to tak naprawdę jego przyjaciółka Hermiona, a nie kobieta, którą przez całe swoje życie uważał za matkę.
-Jak wyglądam? – spytała nieśmiało Hermiona-Lily, obracając się na pięcie i prezentując się mu w całej okazałości.
-Ślicznie – odparł zgodnie z prawdą Harry, wyciągając rękę by delikatnie pociągnąć za kosmyk aksamitnych, płomiennorudych włosów. – Ale lepiej ci normalnie.
Policzki dziewczyny poczerwieniały, ale szybko się opanowała i odchrząknęła. To było takie w jej stylu. Nawet jeśli coś ją peszyło, ignorowała to wprawnie i zajmowała się tematem, który łatwiej jej przychodził. Obecnie chodziło o czekające ich włamanie.
-Idziemy – zakomenderowała odważnie, wysoko unosząc głowę. Z braku innych pomysłów Harry przytaknął i narzucił na siebie pelerynę niewidkę. Prawdziwa Lily Potter poszłaby do Gringotta sama, szczególnie, że upoważnienie było na nią.
Nikogo nie dziwiło, gdy szła Pokątną w stronę banku. Harry podążał za nią, bezpiecznie niewidzialny. Wyglądała na spokojną, ale on, który znał ją od tylu lat dobrze wiedział, że denerwuje się tak samo jak poprzednim razem. Szczerze powiedziawszy on też czuł się niepewnie kiedy stawali u stóp wspaniałych, marmurowych schodów prowadzących do Gringotta. Hermiona-Lily nie zawahała się na szczęście i ruszyła w górę. Goblin przy drzwiach ukłonił się na jej widok i otworzył jej srebrne drzwi. Wygrawerowany napis zalśnił w południowym słońcu.
Wejdź tu, przybyszu, lecz pomnij na los
Tych, którzy dybią na cudzy trzos.
Bo ci, którzy biorą, co nie jest ich,
Wnet pożałują˛ żądz niskich swych.
Więc jeśli wchodzisz, by zwiedzić loch
I wykraść złoto, obrócisz się w proch.
Złodzieju, strzeż się, usłyszałeś dzwon
Co ci zwiastuje pewny, szybki zgon.
Jeśli zagarniesz cudzy trzos,
Znajdziesz nie złoto, lecz marny los
Niepewność nie opuszczało go, gdy po raz kolejny czytał słowa, które tak zapadły mu w pamięć podczas pierwszej wizyty, jeszcze zanim zaczął uczęszczać do Hogwartu. Hagrid powiedział mu wtedy, że trzeba być wariatem by się tu włamać. W najśmielszych snach Harry nie podejrzewać, że kiedyś przyjdzie mu to zrobić. I to dwa razy.
. Po przejściu przez srebrne drzwi znaleźli się w wielkiej marmurowej sali. Na wysokich stołkach, za długim kontuarem, siedziało ze stu goblinów, skrobiąc piórami w wielkich księgach rachunkowych, odważając monety na mosiężnych wagach, badając drogie kamienie przez lupy. W ścianach było mnóstwo drzwi, a przy każdych stało dwóch goblinów, którzy wskazywali drogę wchodzącym i wychodzącym klientom, kłaniając im się uprzejmie. Hermiona-Lily podeszła do kontuaru. Harry postanowił trzymać się kilka stóp za nią.
-Dzień dobry – powiedziała z miłym uśmiechem do siedzącego za ladą pracownika, w którym Harry ze zdumieniem rozpoznał Gryfka, chociaż młodszego i mniej wyczerpanego życiem. Jeśli Hermiona zdała sobie sprawę z kim rozmawia to nie dała tego po sobie poznać. Uśmiechała się tylko uroczo. – Chciałabym dostać się do skrytki Syriusza Blacka.
Mówiła pewnie, jakby naprawdę miała prawo tu być i tego żądać. Harry błagał w myślach by to przeszło. Na szczęście goblin chyba nie zauważył w tym nic dziwnego, bo spytał:
-Czy szanowna pani ma upoważnienie?
-Tak, oczywiście – odparła wesoło Hermiona, sięgając do torebki. Po chwili szukania (niezwykle krótkiej, biorąc pod uwagę ile rzeczy tak naprawdę znajdowało się w środku) wyciągnęła stamtąd schludnie złożoną kartkę, którą wręczył im Dumbledore, gdy opowiedzieli mu o swoich planach. Mrugając niewinnie podała ją goblinowi. Stwór długo przyglądał się postawionym arystokratyczną ręką dziedzica fortuny Blacków literom i marszczył czoło. Harry'emu pot spływał obficie z czoła, mimo że prawdziwości upoważnienia nie dało się zakwestionować.
-Chyba jest w porządku – mruknął w końcu goblin, składając kartkę na powrót i chowając do wewnętrznej kieszeni – A klucz?
-A tak! – zawołała ze śmiechem Hermiona-Lily, znów zaglądając do torebki i prędko wyciągając z niej spory, złoty klucz, kolejną rzecz powierzoną im przed dyrektora Hogwartu. – Zapewniam, jest autentyczny.
Mimo to goblin poczuł się w obowiązku sprawdzić. Nadeszły kolejne nerwowe minuty, kiedy to dwoje przyjaciół czekało niecierpliwie na werdykt. Nareszcie goblin skinął głową i zaklaskał w dłonie. Natychmiast pojawił się jakiś młodszy.
- Będą mi potrzebne Brzękadła - powiedział Gryfek swojemu koledze, który pobiegł gdzieś i po chwili wrócił ze skórzaną, pobrzękującą metalem torbą. - Wspaniale! Bardzo proszę, pani Potter - powiedział, zeskakując z wysokiego stołka i znikając za ladą – zaraz panią zaprowadzę do skarbca.
Wyłonił się zza końca lady i podbiegł do nich truchtem, podzwaniając skórzaną torbą. Wolnym krokiem udał się ku jednym z wielu drzwi, podzwaniając torbą, i wyprowadził ich z sali. Harry zerknął przez ramię na hol i przełknął ślinę. „Raz kozie śmierć" pomyślał z wisielczym humorem i ruszył za Hermioną-Lily przez drzwi, za którymi ciągnął się mroczny korytarz oświetlony pochodniami tkwiącymi w kamiennych ścianach. Przez chwilę myślał czy nie zrzucić peleryny, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Wolał uniknąć rzucania Imperiusa na Gryfka.
Goblin gwizdnął i z ciemności pomknął ku nim po szynach mały wózek. Harry był pewny, że z głównej sali banku dochodzą podniesione głosy i krzyki, gdy wszyscy wgramolili się do wózka Gryfek z przodu, razem z Hermioną, Harry z tyłu, trzymając się kurczowo. Wózek szarpnął i ruszył z miejsca, nabierając prędkości. Pomknęli labiryntem mrocznych korytarzy, co jakiś czas skręcając w lewo lub w prawo, ale wciąż zjeżdżając w dół. Harry słyszał tylko dudnienie kół po szynach, włosy fruwały mu za plecami, gdy pędzili między stalaktytami, zagłębiając się coraz bardziej pod ziemię. Wciąż zerkał za siebie. Był pewny, że pozostawili po sobie bardzo czytelne ślady, ale naprawdę nie wiedział jak mogliby zrobić to inaczej, jeśli chcieli wszystko utrzymać w tajemnicy. A to było przecież najważniejsze. Voldemort nie mógł się dowiedzieć, że ktoś próbował włamać się do skarbca Lastrange'ów.
Pędzili dziko podziemnymi korytarzami. Wzięli ostry zakręt, prawie o sto osiemdziesiąt stopni, i zobaczył daleko przed sobą zbliżający się błyskawicznie wodospad. Harry wiedział, że nadeszła chwila prawdy. Zaraz mieli zostać odkryci i nie zamierzali nic, ale to nic z tym zrobić. W końcu prasa musiała o czymś pisać. Jak pozorować włamanie, to pozorować.
Wózek nie zahamował i z pełną prędkością wpadli w ścianę wody. Strumień zalał Harry'emu oczy i usta, nic nie widział i nie mógł oddychać, a po chwili wózek zachybotał się niebezpiecznie, podskoczył, i wszyscy wylecieli w powietrze. Usłyszał łoskot, z jakim wózek uderzył o ścianę korytarza, krzyk Hermiony i poczuł, że spada powoli, jakby został nagle pozbawiony ciężaru własnego, lądując bezboleśnie na skalistym dnie korytarza.
-Cholera - zaklęła Hermiona, gdy Harry stawiał ją na nogi. Pewnie zastanawiała się, czemu się na to zdecydowali i to drugi raz, szczególnie jeśli mogli po prostu rzucić zaklęcie tarczy, jak poprzednio. Powróciła już do swojej własnej postaci i ociekała wodą.
-Złodzieje! – wykrzyknął Gryfek patrząc na nich z przerażeniem i zrywając się do ucieczki. Nie zdążył jednak zbytnio się oddalić gdyż Harry był szybszy i miał po swojej stronie element zaskoczenia.
- Imperio! - zawołał, a jego głos potoczył się echem po kamiennym korytarzu. Poczuł, jak energia spływa mu z głowy do różdżki. Gryfek od razu podporządkował się jego woli. Na twarzy goblina pojawił się wyraz uprzejmej obojętności. Hermiona szybko złapała leżącą opodal skórzaną torbę.
Ponieważ i tak zostali rozpoznani, Harry ściągnął z siebie pelerynę i pospiesznie wepchnął ją do kieszeni.
-Harry, ktoś chyba idzie! – powiedziała spokojnie Hermiona, po czym wycelowała różdżką w wodospad i krzyknęła: - Protego!
Tak jak poprzednio Zaklęcie Tarczy rozdzieliło wodny strumień. Szybko przeszli pod stworzonym w ten sposób łukiem, a za nimi podarzył wiernie Gryfek. Co kilka kroków Hermiona przystawała by poprawić swoje odrobinę za małe szaty, które zmuszona była włożyć by odpowiednio udawać Lily Potter.
Minęli zakręt i ujrzeli przed sobą coś, na co Harry był przygotowany, ale i tak oboje zatrzymali się przerażeni. Nawet poprzednie spotkanie z tym potworem nie mogło uodpornić ich na strach jaki poczuli na jego widok. Smok przykuty był dokładnie w tym samym miejscu co za siedemnaście lat. Wyglądał nieco lepiej i jeszcze bardziej przerażająco. Oczy miał mlecznoróżowe, obie tylne nogi przykute łańcuchami do potężnych kołków wbitych głęboko w skałę. Wielkie, ostro zakończone skrzydła, ciasno złożone przy bokach wypełniłyby całą podziemną komorę, gdyby je rozwinął, a kiedy zwrócił ku nim obrzydliwy łeb, zaryczał tak, że zadygotały kamienne ściany, i rzygnął w ich stronę strumieniem ognia.
Odbiegli w głąb korytarza. Harry nie mógł uwierzyć, że wszystko dzieje się dokładnie tak samo jak za pierwszym razem, gdy tu byli. No może oprócz tego, że nie było z nimi Rona Bogroda. Świat z pewnością miał poczucie humoru. I to dość chore.
-Sądzisz, że teraz też jest ślepy? – mruknął Harry, napotykając przestraszone spojrzenie Hermiony.
-Oby – szepnęła, przyciskając się do ściany i otwierając skórzaną torbę, zabraną Gryfkowi. Metalowe przyrządy błysnęły w świetle pochodni. – Cała nadzieja w Brzękadłach.
Podała mu jeden zestaw, drugi posłusznie przyjął Gryfek Znowu obeszli róg korytarza, potrząsając Brzękadłami, a odbijające się od kamiennych ścian echo zwielokrotniało te dziwne dźwięki, tak że Harry czuł, jak wibrują mu w czaszce.
Smok ryknął ochrypłe i cofnął się. Widać było, że cały drży, a kiedy podeszli bliżej, Harry zobaczył na jego łbie blizny po okrutnych cięciach i domyślił się, że bestię nauczono bać się rozpalonych do czerwoności mieczy, kiedy usłyszy Brzękadła. Wycelował różdżkę w starego goblina, a ten go usłuchał, przyciskając dłoń do drewnianych drzwi, które rozpłynęły się w powietrzu, ukazując pieczarę, zawaloną aż po sklepienie złotymi monetami, pucharami, srebrnymi zbrojami, skórami dziwnych zwierząt o długich grzbietach lub opadających skrzydłach, połyskującymi blaskiem drogich kamieni flaszkami eliksirów. Była też czaszka w koronie.
Nim zdążyli się rozejrzeć, za ich plecami rozległ się stłumiony szczęk. Ponownie pojawiły się drzwi, zamykając ich w skarbcu pogrążonym w całkowitej ciemności. Harry zaklął pod nosem.
-Lumos! – krzyknęła Hermiona. Poświeciła swoją różdżką po pieczarze. Światło zamigotało w klejnotach i Harry dojrzał kopię miecza Gryffindora, leżącą na wysokiej półce pośród kłębowiska łańcuchów. Też zapalił swoją różdżkę i zaczął badać stosy różnych przedmiotów wokół siebie.
-Sądzisz, że rzucili już zaklęcia? – spytał zerkając na przyjaciółką przez ramię. Wzruszyła ramionami.
-Przekonajmy się – zaproponowała jednym palcem dotykając leżącego na podłodze, nabitego drogimi kamieniami talerza. Chwilę później podłogę pokryło mnóstwo identycznych naczyń, które z donośnym grzechotem i podzwanianiem toczyły się w różne strony, tak że niemożliwe było rozpoznać wśród nich ten prawdziwy.
-Taak – mruknęła pod nosem dziewczyna – zaklęcia na miejscu.
-W takim razie, może puchar też jest tam gdzie poprzednio – Harry uśmiechnął się zawadiacko i od razu skierował różdżkę na samą górę półek zastawionych bogactwem wszelkiej maści. Była tam wykuta przez gobliny broń i zbroje, całe góry galeonów, złote i platynowe naczynia. Słowem, wszystko o czym można tylko zamarzyć.
Nagle Hermiona zaśmiała się głośno, triumfalnie.
-Jest tam gdzie wtedy! Przez siedemnaście lat nie ruszyli go ani o cal! – zawołała, rozkoszując się zwycięstwem.
Harry szybko skierowali światło swojej różdżki w dobrze znane miejsce. I oto jego oczom ukazał się mały złoty puchar, który kiedyś należał do Helgi Hufflepuff, a po wiekach stał się własnością Chefsiby Smith, której zrabował go Tom Riddle.
-Rękawice – wyciągnął dłoń do Hermiony, która prędko podała mu parę grubych rękawic ochronnych ze smoczej skóry. Nie mieli pewności, ale podejrzewali, że to wystarczająca ochrona przed działaniem zaklęć strzegących puchar. Z miecza Gryffindora niestety nie mogli tym razem skorzystać. – Podróba.
Teraz z kolei w jego dłoni znalazła się idealna kopia pucharu, w którą na wcześniejsze życzenie zaopatrzył ich Dumbledore. Harry jednak nie miał czasu podziwiać jej misternego wykonania, bowiem zza ściany dochodziło ich już na razie ciche podzwanianie Brzękadeł. Gobliny były coraz bliżej.
- Levicorpus. – Hermiona uniosła różdżkę, wycelowała w swojego przyjaciela i szepnęła.
Tym razem, kołysząc się do góry nogami w powietrzu, Harry nie uderzył w nic. Może dlatego, że Hermiona nie była tak roztrzęsiona jak ostatnio. A może dzięki temu, że tym razem zdążył się psychicznie przygotować do zawiśnięcia głową w dół. Dość, że w miarę szybko udało mu się chwycić maleńki puchar. Jeśli przedmiot chciał go poparzyć, to chłopak nic nie poczuł dzięki rękawicom.
-Mam! – zawołał z dumą. Z dołu dobiegł go radosny okrzyk Hermiony. Chwilę później Harry był już na własnych nogach i oboje szczerzyli się jak szaleni. Dziewczyna chowała do torebki prawdziwą czarę, a na półce stała dumnie idealna kopia, którą odróżnić od oryginału mógłby tylko goblin. Ale pobrzękiwanie zza drzwi szybko sprowadziło ich na ziemię. Musieli uciekać. I to migiem. Nim zrobili cokolwiek Hermiona rzuciła na każde z nich Zaklęcie Kameleona.
Na polecenie Harry'ego Gryfek otworzył im drzwi i odsunął się na bok z głupawym uśmiechem wymalowanym na brzydkiej twarzy. Jeszcze nim rozwarły się potężne wrota wiedzieli co zastaną po drugiej stronie. A musieli jeszcze przebiec do pobliskiego skarbca Blacków. Zdążyli, ale ledwo ledwo. Nie przybyli na miejsce ani o sekundę za późno. Tłum uzbrojonych goblinów pojawił się przed nimi w sekundę po tym jak ustawili się przed gigantycznymi drzwiami, Gryfek obok nich. Włamywacze spojrzeli po sobie i rzucili się w ciżbę.
-Drętwota! – ryknęli w tym samym momencie, wyciągając przed siebie różdżki. Groty czerwonych promieni ugodziły w tłum goblinów. Niektórzy padli, ale inni wciąż się zbliżali, a Harry zobaczył, jak z korytarza wybiega kilku czarodziejów. W myślach podziękował Hermionie za szybkie myślenie i ukrycie ich. Jeszcze tylko brakowało im wizualizacji ich twarzy na okładce jutrzejszego Proroka.
Smok ryknął i zionął na gobliny pióropuszem ognia. Czarodzieje uciekli, zgięci wpół, z powrotem na korytarz. Harry nie zastanawiał się. Jak już uciekać z Gringotta po włamaniu to z fasonem. Gazety musiały mieć o czym pisać. Wycelował różdżką w łańcuchy przykuwające bestię do skały i ryknął:
- Relashio!
Okowy pękły z hukiem.
-Dalej! - wrzasnął i wciąż prując oszałamiaczami w nadbiegające gobliny, puścił się biegiem w kierunku ślepego smoka, który jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że został uwolniony. Harry odnalazł stopą zgięcie jego tylnej łapy i wspiął się na grzbiet. Łuski były twarde jak stał, smok chyba go nawet nie poczuł. Wyciągnął rękę do Hermiony, pomagając jej wciągnąć się na kościsty grzbiet.
Chwilę później smok poczuł, że jest wolny. Cofnął się, rycząc straszliwie. Harry wbił w niego kolana, trzymając się ze wszystkich sił ostrych łusek, gdy skrzydła rozwarły się, zmiatając wrzeszczące gobliny jak kręgle, a potworne cielsko uniosło się w powietrze. Ale bestii wcale nie spodobało się to, że jakieś dwie żałośnie małe figurki przywarły do jego grzbietu. Ryk wstrząsnął posadami banku, a smok wygiął w łuk smukłą szyję i obrócił łeb, prosto na parę.
Hermiona krzyknęła. Harry miał akurat tyle czasu by zarejestrować jak wpija się palcami w jego kurtkę, stanowczo zbyt mało by jakoś się ochronić. Zamknął oczy, mając tylko nadzieję, że cały impet pójdzie na niego i minie dziewczynę. Potem jego świat wypełniła agonia. Jego ciało, na szczęście tylko po jednej stronie, od twarzy po lewe udo liznął żywy ogień.
Jakby z daleka słyszał wołanie Hermiony, czuł jak dziewczyna obejmuje go w pasie i podtrzymuje na grzbiecie bestii, która stwierdziła chyba, że nie pozbędzie się pasażerów i rzuciła się w stronę korytarza. Gobliny ciskały w niego sztyletami, które odbijały się od łusek. Smok rozwarł pysk i znowu rzygnął strumieniem ognia, rozwalając ściany i sklepienie tunelu, po czym zaczął wciskać się do środka, rozgarniając pazurami odłamki kamienia i gruzu. Harry zacisnął powieki. Nie był w stanie zrobić nic, gdyby nie to, że Hermiona podtrzymywała go w pozycji siedzącej dawno spadłby z pleców bestii.
- Defodio! – ryknęła za nim dziewczyna, puszczając go jedną ręką. Próbował oprzeć się na prawym ramieniu, tym zdrowym, ale ból paraliżował go przy najdrobniejszym ruchu. Pomagała smokowi powiększyć korytarz, odłupując zaklęciami warstwy skały ze sklepienia. Smok parł naprzód ku świeższemu powietrzu, uciekając od wrzasków goblinów i ogłuszającego wibrowania Brzękadeł.
Minęli podziemne jezioro, a smok jakby dopiero teraz poczuł na dobre smak wolności: pełzł coraz szybciej i tłukł na boki kolczastym ogonem, pozostawiając za sobą gruzowisko odłamków skał i potrzaskane stalaktyty. Za nimi cichło powoli podzwanianie Brzękadeł, a przed nimi buchały z pyska smoka płomienie, oczyszczając drogę do wolności.
-Trzymaj się Harry! – darła się Hermiona w przerwach między rzucaniem potężnych uroków, stale poprawiając chwyt na jego ubraniu. Chłopak ledwo oddychał. Każde wciągnięcie i wypuszczenie powietrza sprawiało mu niewyobrażalny ból. Nie mówiąc już o jakimkolwiek ruchu. W jakiś sposób przyswajał wszystko co się dookoła niego działo, ale jakby działo się to gdzieś daleko, a on był tylko widzem, a nie integralną częścią obrazu.
I w końcu, dzięki połączonym siłom zaklęć i uporowi potężnej bestii, przebili się z mrocznego korytarza do marmurowej sali. Gobliny i czarodzieje rozpierzchli się w popłochu, a smok wreszcie mógł rozwinąć skrzydła; zwróciwszy rogaty łeb w stronę wyjścia, wyczuł woń chłodnego powietrza na zewnątrz i przepchnął się przez metalowe drzwi, wyważając je z zawiasów. A potem wczołgał się na ulicę Pokątną i wzbił w powietrze, ze swoimi pasażerami na grzbiecie.
P.S: W tym momencie ta historia ma 42 komentarze, a on tego całkiem blisko do magicznej liczby 50. Tak więc, jeśli w najbliższym czasie pojawią się kolejne komentarze, dzięki którym ten pułap zostanie osiągnięty, od razu usiądę do komputera (chyba że akurat będę w szkole) i wstawię kolejny rozdział.
No to pa pa!
