Jesteście cudowni! Kiedy wczoraj obiecywałam, że wstawię kolejny rozdział, kiedy pojawi się 50 komentarz nie liczyłam na tak wspaniałą odpowiedź. W efekcie w tym momencie dysponuję 51 komentarzami i uwierzcie, nie ma na Ziemi szczęśliwszej autorki ode mnie! Kocham Was wszystkich, ściskam i zapraszam na rozdział 19.
A oto odpowiedzi, dla gości, którzy pozostawili po sobie ślad:
Teraw: Dzięki wielkie za komentarz (jak każdy autor uwielbiam takie), mam nadzieję, że spodoba Ci się następny rozdział. Co do błędów, to ich brak zawdzięczam wspaniałej Becie, która nie poddaje się tylko brnie przez mroczne odmęty mojej twórczości.
Guest: Wielkie dzięki za wsparcie!
Finflon: Dziękuję! Szczególnie, że jestem ze mną od takiego czasu i twoje komentarze podnoszą mnie na duchu.
Wera: Och, Bryony jest bardziej przerażona niż zła. W końcu jej maleństwu coś się stało…Matki już tak mają, że ciężko im się wściekać na dziecko, które wróciło do nich poobijane.
Svietlana: Cóż, Remusa na razie za wiele nie będzie (chociaż wkrótce pojawi się rozdział całkowicie mu poświęcony.) Szczerze powiedziawszy jestem na niego nieco obrażona za to co zrobił Bryony. Ale oczywiście, wszystko się wyjaśni i jeśli dobrze pójdzie skończy szczęśliwie.
Marie Brewster: Hmm, ja bym tego nie nazwała mobilizacją, tylko szantażem, ale w Twojej wersji lepiej brzmi. Dzięki za wsparcie i mam nadzieję, że jeszcze od Ciebie usłyszę. Co do bohaterów drugoplanowych, to wkrótce otrzymają swoje rozdziały, trzeba tylko cierpliwie poczekać.
Szalona: Witaj na pokładzie i dzięki za komentarz.
Rozdział 19
Stwierdzenie, że Bryony się denerwowała było niedopowiedzeniem. W drugiej klasie pozbyła się nałogu obgryzania paznokci, ale obecna sytuacja na powrót wpychała ją w jego szpony. Nie mogła spać. Przez pół nocy chodziła w kółko po Skrzydle Szpitalnym, modląc się i czekając. Nerwy miała napięte jak struny. Płynnie przechodziła od przerażenia do wściekłości i z powrotem, zależnie od tego gdzie akurat zawędrowały jej myśli.
Bała się jak diabli. Zabiłaby za jakąkolwiek wieść na temat Harry'ego i Hermiony. Cokolwiek… Ale mijały godziny, a Hogwart buzował codzienną aktywnością, lecz ona wiedziała tyle samo co na początku. Czyli nic. I wariowała z nerwów. Z początku nie było tak źle, bo zbyt źle się czuła by analizować poruszanie się wskazówek po tarczy zegara. Pani Pomfrey mówiła, że to całkiem normalne przy eliksirach oczyszczających. Ale potem…zdawała sobie sprawę z każdej mijającej godziny, każdej minuty. Tykanie zegara doprowadzało ją do szału, bo z każdą upływającą sekundą jej syn mógł znajdować się bliżej swojej zguby, a ona nic nie mogła z tym zrobić! Bo siedziała tutaj, bezpieczna i chroniona, podczas gdy on znajdował się gdzieś tam, w okrutnym świecie.
Nie potrafiła sobie wybaczyć, że przespała ich wyjazd. Powinna przy tym być! Powinna z nimi iść! Powinna…powinna ich zatrzymać. Wiedziała, że to musiało zostać zrobione, rozmawiali o tym nawet. Ale…tak hipotetycznie. Ani jej przez myśl nie przeszło, że za trzy dni od tamtej pogawędki młodzi podróżnicy w czasie wyciągnął do Dumbledore'a klucz, upoważnienie i medalion z kosmykiem włosów Lily i tak po prostu wybiorą się na Pokątną. I to jeszcze bez niej. To z kolei wprawiało ją we wściekłość. Jak śmieli ją zostawić?! Skąd w ogóle przyszło im to do głowy?! Myślała, że na samym początku wyraziła się wystarczająco jasno i dała im do zrozumienia, że nie pozwoli zostawić się z tyłu, gdy oni będą narażać życia. A tu proszę! Wystarczyło by raz straciła przytomność a oni wyparowali, nie zostawiając jej nawet pożegnalnego liściku. Niby Dumbledore zapewniał ją, że mieli w planach wrócić, kiedy tylko zdobędą czarkę Helgi Hufflepuff, ale z tą parą nic nie było pewne.
No więc właśnie, Dumbledore. Na niego też była zła. I nie chodziło już tylko o jego zachowanie w innej rzeczywistości, o której opowiadał jej Harry. W końcu nie mogła mieć do niego żalu za coś czego jeszcze nie uczynił. Co prawda bardzo chciała się wściekać, ale potrafiła dostrzec nielogiczność takiego zachowania. Czuła…żal. Niewyobrażalny żal, że człowiek któremu ufała tak potraktował jej największy skarb. A coś jej mówiło, że jeszcze nie wiedziała wszystkiego. Coś strasznego kryło się we wspólnej historii Harry'ego i Dumbledore'a. Coś o czym jeszcze jej nie powiedziano. Ale, szczerze powiedziawszy, na tym etapie nie potrafiła się nad tym zastanawiać. Jak, skoro myśli przesłaniała jej nie do końca uzasadniona złość na dyrektora, za to że pozwolił parze nastolatków tak po prostu iść i włamać się do najpilniej strzeżonego banku na świecie. I nie było tu wymówką, że już raz tego dokonali! To przecież tylko dzieci!
Logiczne argumenty nie docierały do niej, gdy popadała w taki nastrój i kłótnia z nią nie miała sensu. Najgorsze było to, że wiedziała o tym i po piętnastominutowej tyradzie (przerywanej momentami gdy bardziej interesowała ją miska podana jej przez panią Pomfrey niż wrzeszczenie na dyrektora) po prostu umilkła i zamknęła się w sobie. Co ciekawe Dumbledore nie powiedział nic w swojej obronie. Wysłuchał tylko tego co ona miała mu do zakomunikowania, życzył zdrowia i obiecał, że powróci gdy tylko się czegoś dowie. A potem zostawił ją w Skrzydle Szpitalnym z pielęgniarką i zatroskaną profesor McGonagall. Z jego zachowania Bryony wysnuła wniosek, że świetnie zdawał sobie sprawę z popełnionych błędów i także martwił się o Harry'ego i Hermionę. To ją na chwilę udobruchało. Ale w miarę jak mijał czas a oni się nie pojawiali znów stała się kłębkiem nerwów.
Ta sytuacja nie zmieniła się, gdy minęła noc i poranek zaczął wstawać nad Hogwartem. Było jeszcze na tyle cicho by grube mury stanowiły odpowiednią obronę przed gwarem, zwykle panującym w szkole. Zegar na ścianie powiedział Bree, że dopiero zaczęło się śniadanie, więc na korytarzach pojawiali się tylko nieliczni uczniowie, których coś przedwcześnie wygoniło z łóżek. Ona nigdy się do takich nie zaliczała, przypomniała sobie z melancholią. Rzadko miała okazję obejrzeć wschód słońca, bo zwykle wtedy jeszcze smacznie spała. Słabość do późnego wstawania miała po ojcu.
Cisza działa uspakajająco. W spokojnych murach Hogwartu Bryony czuła się bezpiecznie. Mogła nie lubić tego, że jej syn i Hermiona gdzieś przepadli, ale doceniała chwilę odpoczynku po straszliwych przeżyciach w jaskini. Dalej się po nich nie otrząsnęła, choć cała trucizna została usunięta z jej organizmu. Wspomnienie widziadeł, wywołanych przez eliksir długo jeszcze miało ją prześladować. Szczególnie dopóki w jej posiadaniu znajdował się Medalion Slytherina.
Miała go tu, blisko. Leżał w niczym się nie wyróżniającej szkatule, gdzie umieścił go Dumbledore. Bree za bardzo się bała by go wyciągnąć i obejrzeć. Rozumiała argumenty Hermiony, ale i tak wolałaby od razu go zniszczyć, a nie czekać na wszystkie horkruksy razem. Niby racja, że powinni uniknąć odkrycia swoich poczynań, a Voldemort musiał poczuć jak ginie część jego duszy, ale…zła magia promieniowała od tego medalionu. Na szczęście, tym razem mieli magiczną szkatułę pomysłu Dumbledore'a. Oprócz tego, że została magicznie powiększona i wyłożona czarnym atłasem rzucono też na nią masę zaklęć, o których Bree nigdy nawet nie słyszała. Dzięki nim całe zło zawarte w horkruksie zostało zamknięte w szkatule i nie mogło ingerować w poczynania ludzi dookoła. Dziewczyna zadrżała. Harry opowiadał jej o tym co działo się z nim, Ronem i Hermioną, gdy na zmianę nosili medalion. Naprawdę, wolałaby przez to nie przechodzić.
Krzyki w korytarzu wyrwały ją z zamyślenia. Obróciła się od okna, za którym powoli wstawało słońce i zmarszczyła brwi. Co się stało? Czy ktoś był ranny? Czy powinna się schować? W każdej chwili ktoś mógł wparować do Skrzydła Szpitalnego. Trzasnęły drzwi, otwarte za pomocą magii. Bree wyszarpnęła z kieszeni różdżkę, jako ostatnią linię obrony. Niepotrzebnie. Do sali, szybkim krokiem wparowała McGonagall, podtrzymująca słaniającego się Harry'ego. Za nimi dreptała nerwowo Hermiona w za wąskich szatach. Ale wzrok Bryony nie zatrzymał się na dziewczynie, tylko powędrował do jej towarzysza.
-Co się stało?! – krzyknęła rzucając się do syna. Jej początkowym zamysłem było podparcie go z drugiej strony (w ogóle, czemu Hermiona wcześniej tego nie zrobiła?), ale zatrzymała się w ostatniej chwili, ledwo powstrzymując krzyk przestrachu. Na pierwszy rzut oka z chłopakiem było wszystko w porządku. To znaczy, dopóki nie spojrzało się na jego ubrudzoną sadzą twarz. Cała lewa strona było potwornie poparzona, pokryta zaczerwienionymi bąblami poparzeń.
-Poppy! – zagrzmiała McGonagall nie szczędząc płuc. Bryony różdżka wypadła z ręki i potoczyła się po podłodze, zapomniana na rzecz obejrzenia Harry'ego od stóp do głów, w poszukiwaniu innych obrażeń. Ubranie musiało się na chłopaku palić i teraz przylegało zbyt ciasno do uszkodzonej skóry., sprawiając mu z pewnością ból.
-S…s…smok. Grin…Gringott – wyjąkała, trzęsąc się Hermiona, wpadając bezsilnie w ramiona Bryony, która nie miała serca jej odtrącić, tylko przygarnęła do siebie i pogładziła uspokajająco po włosach, jednocześnie śledząc wzrokiem nauczycielkę transmutacji, pomagającą właśnie półprzytomnemu Harry'emu usiąść na najbliższym, szpitalnym łóżku.
Zbyt wstrząśnięta by coś powiedzieć Bryony mogła tylko przytulić ją do siebie i prawie siłą przeciągnąć w pobliże syna, wokół którego już krzątała się przybyła nie wiadomo skąd pani Pomfrey. Z całych sił pragnęła jakoś mu pomóc, zrobić cokolwiek, ale Hermiona właśnie łkała w jej koszulę. Mogła tylko patrzeć jak cierpi jej dziecko, a i to niedługo, bo po chwili pielęgniarka bezceremonialnie wyrzuciła wszystkich postronnych i odgrodziła rannego za pomocą parawanu. W ciszy jaka zapadła w Skrzydle Szpitalnym wyraźnie słychać było rozpaczliwy szloch Hermiony.
-Harry? – zawołała cicho Bryony, powoli odsuwając jedno skrzydło parawanu, by dostać się do łóżka swojego syna. Nie było odpowiedzi, ale dziewczyna nie zraziła się i podeszła do leżącego nieruchomo chłopaka. Pani Pomfrey powiedziała, że jeszcze nie spał. Powoli, bez gwałtownych ruchów dziewczyna przysiadła na zydelku przy posłaniu, czując na sobie spojrzenie zielonych oczu rannego. – Nie wyglądasz najlepiej.
Jej komentarz wywołał pożądany efekt, czyli słaby uśmiech. A właściwie prawie niedostrzegalne wygięcie warg, które zinterpretowała jako wyraz rozbawienia. Mówiła prawdę. Chłopiec był czarny na twarzy, od sadzy i dalej poparzony, choć słabiej niż jeszcze pół godziny wcześniej. Wszystko dzięki pani Pomfrey i jej wiedzy medycznej. Obrażenia, których leczenie normalnie zajęłoby miesiące, może lata i w świecie mugoli wymagały przeszczepów, genialna pielęgniarka naprawiała w ciągu kwadransa. No, może trochę dłużej, ale za dwa dni Harry miał być całkowicie zdrowy, a jego ciało wolne od blizn po bliższym spotkaniu ze smokiem.
Na razie jednak był chory i gorączkował, a Bryony poczuła jak odzywa się w niej instynkt macierzyński. Leżąc w łóżku, nieprzytomny i bezbronny niczym niemowlę, które urodziła pół roku wcześniej wydawał jej się taki słaby i potrzebujący obrony.
-Szszsz moje maleństwo – szepnęła odgarniając mu włosy ze spoconego czoła. Miał temperaturę, ale pani Pomfrey twierdziła, że to normalne, przy takich obrażeniach. - Wszystko już dobrze. Teraz możesz odpocząć.
-Ma…mo – wydusił z siebie ledwo. Uśmiechnęła się do niego i pocałowała go w czoło, na znak, że nigdy go nie opuści. W oczach zbierały jej się łzy, ale walczyła z nimi dzielnie, byle tylko wytrzymać jeszcze chwilę. Po raz pierwszy tak ją nazwał. Szkoda tylko, że potrzebna do tego była gorączka.
-Udało wam się – uspokoiła go, nie wiedząc czy pamięta końcówkę akcji. Delikatnie otarła sadzę z jego pokiereszowanej twarzy - Śpij teraz. Jutro rano poczujesz się lepiej.
-Her…mio…na. – wyjąkał, z trudem przełykając ślinę.
-Nic jej nie jest. – Bryony uśmiechnęła się. To urocze jak troszczył się o swoją „przyjaciółkę", choć sam ledwo się ruszał. Tu musiało być coś na rzeczy. Serio. Ale to nie temat na teraz, zdecydowała.
Musiało minąć jeszcze trochę czasu nim zaczną działać eliksiry podane mu przez panią Pomfrey. A do tego czasu Bree miała zamiar siedzieć przy nim i dotrzymywać mu towarzystwa, jeśli nic innego nie mogła zrobić. Mimo że serce jej się krajało, gdy go takim widziała. Od pierwszego spotkania Harry wydawał jej się skałą, na której wszyscy mogli się oprzeć. Ona, Hermiona, cały magiczny świat. Jedynym wyjątkiem była tamta noc, kiedy śpiewała mu do snu. Ale to nie trwało długo i następnego ranka wstał z posłania tak samo silny jak poprzedniego wieczoru. Teraz jednak, gdy leżał w szpitalnym łóżku i patrzył na nią spod półotwartych powiek, tak bezbronny i niewinny jak dziecko nie potrafiła pamiętać, że ten chłopak już kilkakrotnie uratował świat. Widziała przed sobą tylko swojego synka, małego i chorego, który potrzebował jej opieki i miłości. Dlatego uśmiechnęła się i zanuciła:
Try not to get worried, try not to turn on to
Problems that upset you, oh.
Don't you know
Everything's alright, yes, everything's fine.
And we want you to sleep well tonight.
Let the world turn without you tonight.
If we try, we'll get by, so forget all about us tonight
Piosenka była dość prosta, z łatwym do zapamiętania refrenem i ujmującą melodią. Bree kiedyś słyszała ją w radiu, potem oglądała film gdzie jej użyto i to w podobnym celu, w jakim teraz sama ją przywołała. Harry miał zasnąć, spokojnie i najlepiej bez snów, tak by naprawdę odpoczął i zapomniał o wszelkich troskach i bólu. Przecież przez jeden dzień świat mógł sobie poradzić bez swojego zbawcy, prawda? A jeśli nie…Cóż, do diabła z takim światem. Jej synek potrzebował spokoju i tylko to się dla niej liczyło. W końcu była matką.
Uśmiechnęła się delikatnie i musnęła palcami jego czoło. Ogromne, zielone oczy patrzyły prosto na nią, ale coraz mniej przytomnie. Nie wiedziała czy to działanie eliksirów, czy po prostu Harry był tak wyczerpany, ale zasypiał. Kontynuowała piosenkę, mając nadzieję, że pomoże mu ona usnąć spokojnie.
Sleep and I shall soothe you, calm you, and anoint you.
Myrrh for your hot forehead, oh.
Then you'll feel
Everything's alright, yes, everything's fine.
And it's cool, and the ointment's sweet
For the fire in your head and feet.
Close your eyes, close your eyes
And relax, think of nothing tonight.
Powieki chłopaka opadały ciężko, lecz on walczył z sennością ile mu sił starczyło. Kilkakrotnie wyglądało to jakby chciał coś powiedzieć, ale był zbyt zmęczony by przeprowadzić swój zamysł. Za każdym razem gdy oczy mu się zamykały dłużej trwało nim otworzył je ponownie. Bryony bawiła ta walka, ale nic nie mówiła, tylko nuciła dalej, cały czas delikatnie przeczesując palcami jego zmierzwione, rude włosy.
-Śpij kochanie, śpij – szepnęła pochylając się nad nim i całując go w gorące czoło. – Jak się obudzisz wszystko będzie już dobrze
Try not to get worried, try not to turn on to
Problems that upset you, oh.
Don't you know
Everything's alright, yes, everything's fine.
And we want you to sleep well tonight.
Let the world turn without you tonight.
If we try, we'll get by, so forget all about us tonight
Zielone oczy zamknęły się by już się nie otworzyć, przynajmniej przez następne kilka godzin. Ale Bryony nie przestała śpiewać ani głaskać włosów swojego dorosłego dziecka. Może i nie była przy nim, gdy dorastał. Może i przegapiła bardzo ważną część jego życia, ale teraz nie zamierzała go opuścić. Już nigdy.
Close your eyes, close your eyes and relax
Z każdym wersem śpiewała trochę ciszej, nie chcąc jeszcze zakończyć piosenki, a jednocześnie bojąc się, że obudzi Harry'ego. Ale chłopak tylko westchnął i odrobinę obrócił głowę, wtulając się głębiej w poduszki. Wyglądał uroczo. Nawet z zadrapaniami i czerwoną od oparzeń skórą. Tak niegroźnie.
Close your eyes, close your eyes and relax
-Śpij maluszku – szepnęła między wersami, całując go po raz kolejny – Mamusia tu jest. Już nigdy nie będziesz sam. Przysięgam.
Wstała bezszelestnie Zaczęła się powoli cofać, cały czas nucąc. Śpiący chłopak nie zareagował, a ona się uśmiechnęła.
-Kocham cię synku.
Close your eyes, close your eyes and relax
-Mów sługo! – zasyczał drapieżnie Lord Voldemort, rozsiadając się na swoim czarnym tronie. Jak zwykle nie był w dobrym humorze. Po szlamie, która tydzień wcześniej wymknęła się jego ludziom ślad zaginął. Śmierciożercy nie potrafili nawet upewnić się, że zginęła, zabierając sekrety Potterów do grobu, czy też wróciła do swoich i została gdzieś ukryta. Och, Czarny Pan nie wątpił, że jego słudzy odnaleźliby ją gdziekolwiek by się nie skryła, ale to zajęło by im nieznośnie dużo czasu, a on pragnął informacji teraz.
Od chwili gdy powtórzono mu przepowiednię dotyczącą chłopca, który będzie w stanie go pokonać Tom Riddle odczuwał coś na kształt niepokoju. Nie bał się, oczywiście, że nie. Co za idiotyczny pomysł! On, Lord Voldemort nie lękał się niczego. A już na pewno nie jakiegoś smarkacza. Był przecież najpotężniejszym czarodziejem w dziejach. Sam, własnymi rękami zapewnił sobie nieśmiertelność i żaden bachor nie mógł mu jej odebrać. Ale chciał skończyć z tym szczeniakiem nim zdąży dorosnąć i wziąć różdżkę w rękę. Tak dla pewności. Rozkazał więc swoim Śmierciożercom szukać dziecka i wkrótce znaleźli dwóch chłopców, którzy pasowali do przepowiedni. Pierwszym był Neville Longbottom, syn pary czystokrwistych Aurorów. Drugim Harry Potter, dziecko zdrajcy krwi i szlamy. Przed nikim, nawet przed sobą Lord Voldemort nie przyznałby się czemu wybrał młodego Pottera. Mógł powtarzać swoim sługom, że to w nim wyczuł godnego sobie przeciwnika, że dzieciak miał większą moc niż Longbottom. Ale prawda była całkiem inna i skryta głęboko w skale, która pełniła rolę serca Czarnego Pana. W jakiś przedziwny sposób Voldemort ujrzał w szczeniaku Potterów samego siebie sprzed lat. Dlatego Harry Potter musiał zginąć. I to teraz.
Ale oni wiedzieli. Przeklęty Zakon Feniksa poznał jego plany i ukrył swoich, na tyle skutecznie, że Śmierciożercom nie udało się ich jeszcze odnaleźć. Riddle był wściekły i ci co zawiedli odczuli to na własnej skórze. Klątwy latały na prawo i lewo całymi tygodniami. Dopóki jego szpieg nie opowiedział mu o Bryony Evans, jednej z nielicznych osób bliskich Potterom, która z pewnością wiedziała gdzie się zaszyli. Wystarczyło dorwać dziewczynę by trafić do dzieciaka. Bo, że usłyszy od niej wszystko czego by chciał, Voldemort nie wątpił. Ale ci idioci pozwolili jej odejść! Ukaranie winowajcy nie poprawiło czarodziejowi nastroju. A teraz cały jego gniew skupiał się na nieudolnym szpiegu.
Mężczyzna u stóp podwyższenia jakby skulił się w sobie, starając się stać się jak najmniejszy i niedostrzegalny. Był naprawdę żałosnym człowiekiem i Czarny Pan ze wszech miar nim pogardzał. Niestety, zabicie go nie wchodziło na razie w grę, nie póki dostarczał informacji na temat Zakonu Feniksa. Chociaż jak mu się to udawało, stanowiło tajemnicę. Voldemorta zdumiewało jak mogli go nie podejrzewać. Peter Pettigrew był najbardziej oczywistym szpiegiem świata. A jednak nikt go nie podejrzewał. Jego „przyjaciele" ufali mu bezgranicznie. Gdy o tym pomyślał, Riddle miał ochotę się roześmiać.
-Pa…panie mój – wyjąkał Pettigrew, ledwo słyszalnym głosem. – Bry…Bryony Evans nie…nie żyje. Jej śmie…śmierć została ogłoszona na spotkaniu Za…Zakonu, się…siedemnastego gru…grudnia, w domu Longbottomów.
-Nie żyje? – warknął wściekle Voldemort, sprawiając że szpieg wzdrygnął się. Czarny Pan nie wątpił, że Pettigrew bardzo chciał uciec z mrocznej sali. Obserwowanie go było nawet zabawne, nawet jeśli szczur nie przynosił żadnych ważnych informacji. – Głupcze! Dumbledore wie aż nazbyt dobrze, że ktoś w tym jego śmiesznym Zakonie jest zdrajcą! Wydaje ci się, że wystawiłby mu jedną ze swoich drogich szlam?!
-N…nie mój panie! – bronił się człowieczek, drżąc na całym ciele. – A…ale powiedział t…tak L…Lily i…i Ja…Jamesowi. O…ona nie żyje. Wy…wykrwawiła się.
Voldemort skrzywił się. Czy naprawdę o wszystkim musiał myśleć sam?! Czy jego słudzy byli aż tacy głupi? Coś mu dalej nie pasowało. Jakby przeczuwał, że pozbycie się Bryony Evans nie mogło być takie proste.
–A ciało? – syknął prędko, z furią. Tylko truchło szlamy mogło stuprocentowo potwierdzić jej śmierć.
-N…nie z…znaleziono go j…jeszcze – wymamrotał Pettigrew kuląc się jeszcze bardziej pod wpływem gniewu swego pana. – A…ale w uli…uliczce było t…tyle krwi… I…i ma…mają jej z…złamaną ró…różdżkę.
-Ach tak – Riddle w zamyśleniu potarł brodę. Może i Pettigrew wreszcie powiedział coś ważnego? Jeśli mówił prawdę, to źródło informacji, na które tak liczył Czarny Pan właśnie wyschło. A to oznaczało, że będzie potrzebował nowego. Tak. Szczur będzie musiał się wysilić i sam dostarczyć mu tą informację. A potem…potem nareszcie będzie można się go pozbyć. To przyniosło mu coś na kształt radości. – Crucio.
Z satysfakcją patrzył jak szpieg zwija się z bólu na marmurowej posadzce. Zasłużył na to. W ogóle nie powinni byli szukać tej szlamy, to Pettigrew miał za zadanie dostarczyć swemu panu informację na temat położenia Potterów. Nie zrobił tego, więc należała mu się kara. Jego krzyki były muzyką dla uszu Czarnego Pana. Och, jakże nienawidził tych żałosnych stworzeń pełzających u jego stóp.
-Odejdź sługo – rozkazał zimno, kończąc zaklęcie. Pettigrew uklęknął, drżąc na całym ciele jak osika. Wąskie usta Voldemorta wykrzywiły się w grymasie przypominającym drapieżny uśmiech. – Oczekuję, że wkrótce podasz mi adres Potterów. Nie zawiedź mnie sługo.
-N…nie p…panie – wyjąkał mężczyzna, w którym nikt nie poznałby teraz pulchnego Gryfona, który zaledwie trzy lata wcześniej siał chaos razem z przyjaciółmi. Tamtego chłopaka już nie było, zastąpił go płaszczący się Śmierciożerca.
Ani Lord Voldemort, ani jego sługa nie zdawali sobie sprawy, że w przyległej sali, ktoś kto nie powinien nawet tam być, osunął się na ziemię, oparty o ścianę i ukrył twarz w dłoniach.
N/A: A teraz dwie zagadki.
1) Jaką piosenkę śpiewa Bryony? Skąd może ją znać? Sama Wam to podpowiedziała!
2) Kto podsłuchiwał pod drzwiami komnaty Voldemorta? Jak sądzicie?
Tym, którzy zgadną posyłam uściski i zapewniam możliwość uściskania dowolnej postaci. Trzymajcie się ciepło! I komentujcie. Jeśli dojdziemy do 100 komentarzu macie jak w banku następny przyspieszony rozdział. Obojętnie kiedy to będzie. W każdym razie widzimy się za tydzień.
