Hej wszystkim! Publikuję w tym tygodniu szybciej, bo dziś wieczorem wyjeżdżam i boję się, że po powrocie w niedzielę nie zdążę zająć się opowiadaniem. A że rozdział był już gotowy...wstawiłam tylko parę poprawek, które zaproponowała mi moja wspaniała Beta.

Przypominam, że czekam na setny komentarz...tuż po jego pojawieniu pojawi się rozdział bonusowy. Na razie ich liczba osiągnęła wynosi 58.

Odpowiedzi na komentarze od gości:

Humanożerca: Chyba aż tak walnięty by wkradać się do tajnej kryjówki Voldemorta to on nie jest. Prawda wyjdzie na jaw wkrótce!

Guest: Cóż, twoja wypowiedź była najbliżej prawdy! Ale tak łatwo nie będzie. Nie wiem dlaczego, ale zwykle bardzo uprzykrzam życie swoim bohaterkom.

K: Okaże się. Ciekawi mnie jak sobie to wyobrażasz. Skąd by się tam wziął. Mnie tu wyobraźnia zawodzi.

Finflon: Cóż, dla Lupina przeznaczyłam cały rozdział, który powinien pojawić się wkrótce. Wiele się w nim wyjaśni.

Odpowiedzi na pytania z końca poprzedniego rozdziału:

Everything's All Right ze wspaniałego musicalu pt. „Jesus Christ Superstar"

Jeszcze trochę będziecie musieli poczekać na odpowiedź, ale niezbyt długo. Tą sceną mam już akurat gotową.

Gratuluję wszystkim, którzy wzięli udział. Wygrała quiz Aga141993, która jako jedyna podała nazwę piosenki. Choć muszę przyznać, że niektóre odpowiedzi na pytanie pierwsze mnie zaskoczyły. Musiałabym przemyśleć takie możliwości.

No to zapraszam do czytania!


Rozdział 20

Na palcach Bree opuściła odgrodzoną część Skrzydła Szpitalnego gdzie odpoczywali Harry i Hermiona i skierowała się w stronę czekającego na nią profesora Dumbledore'a. Starzec był zatroskany i to rzucało się w oczy. Może i Bryony rzuciłaby jakąś uszczypliwą uwagę dotyczącą tego, że sam puścił dzieciaki na tą misję, ale nie miała na to siły. No i żal dyrektora wydawał się dostatecznie szczery.

-Dziękuję, że pan został profesorze – odezwała się ze zmęczonym uśmiechem, przeczesując włosy palcami. Powinna je umyć korzystając z normalnej łazienki, ale…była taka zmęczona. Nie miała siły na nic.

-Puchar to horkruks, co do tego nie mam wątpliwości. – oświadczył Dumbledore, gdy stanęła obok niego. Nerwowo głaskał swoją długą brodę i Bree zrozumiała, że dla niego także bliski kontakt z mrocznym artefaktem był stresujący.

-Czyli mamy już dwa – skwitowała tylko, postanawiając nie komentować zachowania dyrektora. Miał prawo do swoich słabości, jak każdy. Nawet jeśli widok zmęczonego i zdenerwowanego Dumbledore'a był co najmniej dziwny. – Jeszcze trzy.

-Umieściłem go tam gdzie poprzedni – poinformował ją starzec. – Zaklęcia ochronne zdają się działać bez zarzutu.

-Na szczęście – westchnęła dziewczyna, czując że jest bliska omdlenia z wyczerpania. Miałą naprawdę dość tego dnia, mimo że dopiero się zaczął. – Jeszcze konfliktu wewnętrznego wywołanego czarną magią nam tu brakowało. A mamy przecież targać je wszystkie ze sobą póki nie zbierzemy kompletu.

-Profesor Flitwick zapewnia, że póki nie będziecie zbyt często otwierać szkatuły wszystko powinno być w porządku. – odparł na to dyrektor. Hogwarcki Mistrz Zaklęć nie wiedział po prawdzie dla kogo zaczarowuje drewniane pudełko, ale wyjaśniono mu po krótce co ma znajdować się w środku. Bez komentarza zabrał się za rzucanie odpowiednich uroków. Dzięki temu mieli pewność, że nie dało się zrobić tego lepiej. – A jak się ma Harry?

–Nic mu nie będzie. – powiedziała zmęczona Bryony, obejmując się ramionami – Teraz śpi. Dostał taką dawkę eliksirów, że nie podejrzewam by obudził się przed wieczorem.

-Poppy mi mówiła – odparł dyrektor, przytakując. – Wykazali się oboje wielką odwagę idąc tam mimo niebezpieczeństwa. Mniemam, że jeszcze dziś ich wyczyn znajdzie się na pierwszej stronie Proroka.

-I wielką głupotą – prychnęła dziewczyna, patrząc w dal, na parawan, za którym odpoczywał jej pokiereszowany syn. – Sama byłam w Gryffindorze i wiem jak to jest kiedy chęć zrobienia czegoś, czegokolwiek jest silniejsza od nas, ale spodziewałam się, że Hermiona przynajmniej przemyśli ten krok. A nie rzuci się głową naprzód. O takie coś podejrzewałabym raczej Harry'ego.

-Moja droga – na wargach dyrektora zaigrał dobrotliwy uśmiech, gdy ostatnie zdanie wypowiedziała ze słyszalnym podirytowaniem – może tego nie widzisz, ale jesteście do siebie bardzo podobni.

Bree prychnęła, ale uśmiechnęła się, nie bez dumy. Nawet jeśli było to coś tak niebezpiecznego, cieszyła się, że coś ich łączyło. Zaraz jednak przypomniała sobie o pewnej sprawie, jaką chciała z Dumbledorem omówić. Wcześniej nie miała do tego głowy, ale przepowiednia i zachowanie dyrektora po jej usłyszeniu dalej ją męczyło.

-Panie dyrektorze…- zaczęła dość niepewnie. Dalej wahała się, czy to odpowiedni moment. Może lepiej było poczekać aż załatwią pilniejsze sprawy? Takie jak zebranie wszystkich horkruksów i pokonanie Voldemorta? A może jednak nie…może lepiej rozwiązać tę sprawę od razu, najlepiej za jednym zamachem? – Czemu nigdy mi pan nie powiedział o przepowiedni? Czemu namówił mnie pan do ukrywania tożsamości mojego syna, skoro prawda mogła uratować mu życie? Gdyby wszyscy wiedzieli czyim jest dzieckiem, Śmierciożercy nigdy nie wzięliby go na cel!

-Dziecko – westchnął ciężko Dumbledore, a ona z miejsca poczuła się taka młoda nie niedoświadczona w porównaniu z tym wielkim czarodziejem. Walczyła z całych sił by nie dać się onieśmielić i pamiętać o gniewie, który nią powodował. – Chciałem chronić was oboje.

-Nie do końca panu wyszło – syknęła dziewczyna, zakładając ręce na piersi. Dyrektor odetchnął ciężko i rozłożył ramiona, w geście bezradności

-Merlin wie, że o to mi chodziło – odparł – Podejrzewałem, że mamy w naszych szeregach zdrajcę, ale nie przyszło mi do głowy, że mógłby to być ktoś tak bliski twojej rodzinie. Myślałem, że Harry będzie bezpieczny pośród ludzi, którzy go kochają. A poza tym, dwóch chłopców odpowiadało opisowi z przepowiedni.

-Nie – przerwała mu Bryony – Tylko jeden. I nie był nim mój syn. Ja nigdy nie oparłam się Voldemortowi. Gdyby wszyscy dowiedzieli się, że Harry jest moim dzieckiem nie próbowaliby go zabić!

-Ale ty…co by się stało z tobą? – spytał smutno Dumbledore. Bree objęła się ramionami i zerknęła na parawan, za którym spał Harry. Westchnęła.

-Przetrwałabym – mruknęła z cicha – Byłoby ciężko, tak. Ale dla niego wytrzymałabym wszystko.

-Nie ma potęgi większej niż miłość matki do dziecka – powiedział dyrektor, z zamyśleniem gładząc brodę. – Ale ty chyba coś o tym wiesz, prawda?

-Wiem. – uśmiechnęła się dziewczyna, myśląc o przygodach z jaskini pełnej inferiusów. Dalej świetnie pamiętała ból, jaki sprawiał jej eliksir, ale jeśli byłoby to konieczne wypiłaby go ponownie i to bez wahania.. – Niech pan nie próbuje zmieniać tematu dyrektorze. Nie powiem, że rozumiem pana postępowanie, ale postaram się to zrobić. A teraz…a teraz…

-Czy mi się wydaje czy gdzieś się wybierasz? – spytał z uśmiechem starzec.

-Skąd pan wiedział profesorze? – zaśmiała się krótko Bryony, która rzeczywiście miała już pewien plan. Może rzeczywiście nie różniła się tak bardzo od swojego syna? Tak jak on nie potrafiła siedzieć spokojnie, gdy cierpiał ktoś jej bliski. Dlatego zerknęła na dyrektora i uśmiechnęła się figlarnie. – Ma pan ochotę na odwiedzenie zakątków Hogwartu, o których nie wiedzieli nawet Huncwoci?


-Powiem ci moja droga, że nigdy bym nie uwierzył, że panowie Potter, Black, Lupin i Pettigrew nie poznali wszystkich sekretów tego zamku. Ja sam pracuję tu już tyle lat, ale wydaje mi się, że wiem o wiele mniej niż oni. – mówił Dumbledore odnosząc się do jej pytania ze Skrzydła Szpitalnego.

Bryony uśmiechnęła się pod nosem, choć oczywiście dyrektor nie mógł tego zobaczyć, jako że chowała się pod peleryną niewidką należącą do Harry'ego. Stwierdzili oboje, że przechadzanie się tak po prostu po Hogwarcie było dla niej zbyt niebezpieczne. Ale pod peleryną to już co innego. Na szczęście Bree wiedziała jak jej używać. Tyle razy widywała jak robili to Huncwoci! Dużą pomoc stanowiła też stworzona przez nich Mapa, o której tyle słyszała. Z bólem serca przypomniała sobie jak Remus opowiadał jej o swoim największym dziele i co się z nim potem stało. A teraz Bryony ściskała je w rękach i czuła się bliżej swoich przyjaciół niż przez ostatni miesiąc. Dobrze, że nie zapomniał zdradzić jej hasła uruchamiającego niesamowity plan Hogwartu.

Jak na razie droga była czysta. Pobieżny rzut okiem i Bree była już spokojna. Wszyscy uczniowie znajdowali się tam gdzie powinni, czyli w salach lekcyjnych. Filch zajmował się Salą Wejściową, a jego kotka chyba spała (w każdym razie nie poruszała się) w kanciapie swojego właściciela. Nic nie stanowiło przeszkody by dyrektor i jego niewidzialna wspólniczka przedostali się nie zauważeni na górę.

Wędrowali powoli korytarzami Hogwartu, zmierzając w górę, na siódme piętro, gdzie obok gobelinu z tańczącymi trollami znajdował się sławetny Pokój Życzeń, o którym Harry zdążył już matce opowiedzieć. Jeśli już musiała kryć się w bezpiecznej szkole, podczas gdy jej rodzina i przyjaciele walczyli z Voldemortem, to zamierzała wykorzystać ten czas najlepiej jak mogła. To znaczy zdobyć horkruksa numer trzy, akurat będącego pod ręką.

-Ja tam nie jestem żadnym ekspertem – mruknęła, podnosząc wzrok znad Mapy Huncwotów, na której dwie plamki, Albus Dumbledore i Bryony Evans wchodziły właśnie schodami na piąte piętro – Wszystkiego co wiem nauczyła się od nich. Harry rzucił parę nazw, ale to tyle. Sądzę jednak, że powinno się panu spodobać, tam gdzie pana zabieram.

-Hmm – zastanowił się dyrektor – ten młodzieniec musi mi kiedyś wszystko ze szczegółami opowiedzieć. Coś mi mówi, że masę się od niego dowiem o tej szkole.

-O na pewno! – Bree zaśmiała się ponuro – Rozmowy z Harrym są naprawdę…informujące. Tyle tylko, że nie zawsze lubi się to co się słyszy.

-Wiem drogie dziecko, wiem – odparł Dumbledore z delikatnym uśmiechem – Pokazał mi dość bym przestał wierzyć w ludzi i nie wystarczająco bym całkiem w nich zwątpił. Z pewnością rozmawiał z tobą na temat zdrajcy…

-Tak – ucięła szybko Bryony, bo ten temat sprawiał jej ból. Niestety, by dowiedzieć się czegoś o swojej rodzinie, musiała go kontynuować. – Tak, opowiedział mi o tym.

Urwała i przygryzła wargę, bijąc się z myślami. Czy rozsądnym było zadawanie tych wszystkich pytań? Czy chciała poznać na nie odpowiedzi?

-Panie profesorze… - odezwała się po chwili, zdecydowawszy, że nie może żyć w nieświadomości. - pan już się tym zajął, prawda? On już nikogo nie skrzywdzi? Prawda?

-Znam tożsamość zdrajcy moje dziecko – odparł uspakajająco Dumbledore – I zamierzam dobrze użyć tej wiedzy. Zapewniam, że uczynię wszystko by chronić wszystkich członków Zakonu. Dzięki informacjom uzyskanym od naszym młodych przyjaciół udało nam się już zapobiec jednej tragedii. Dom McKinnonów został zaatakowany kilka dni temu, w Sylwestra.

-Boże! – pisnęła Bryony zakrywając usta dłonią, mimo że jej reakcja nie mogła zostać dostrzeżona. – Nic im nie jest, tak? Nie dopadli ich?

-Nie – dyrektor uśmiechnął się dobrodusznie – Ostrzegliśmy ich w porę i byli przygotowani. Szybko zaalarmowano Aurorów i cała akcja skończyła się na pojmaniu kilku pomniejszych Śmierciożerców. Ani Marlenie, ani nikomu z jej rodziny nic się nie stało.

-To dobrze – dziewczyna odetchnęła z ulgą. Poczuła się znacznie lepiej, gdy okazało się, że udało im się wprowadzić pierwszą zasadniczą zmianę w czasoprzestrzeni. Marlena McKinnon nie zginęła i Bree podejrzewała, że ten jeden fakt pociągnie za sobą lawinę innych. – Wszyscy się o nich baliśmy. Harry i Hermiona nie byli pewni dokładnej daty, wiedzieli tylko, że w dwa tygodnie po zrobieniu zdjęcia.

-Nie sądzi pan, że Śmierciożercy zorientują się, że wiedzieliście o ataku? – spytała po chwili milczenia, kiedy wchodzili już na siódme piętro zamczyska i kierowali się w stronę Pokoju Życzeń. – I zaczną podejrzewać Pettigrew?

-Z tego co wiem Peter nie wiedział o napadzie na McKinnonów – odparł wesoło Dumbledore, wzruszając ramionami. – Więc jest poza podejrzeniami. Ale na przyszłość, rzeczywiście musimy o tym pomyśleć. Bezpieczeństwo tej tajemnicy jest najważniejsze.

-Aż strach pomyśleć co Voldemort mógłby zrobić z taką wiedzą – mruknęła pod nosem Bryony. – Całe szczęście, że już niedługo nie będziemy musieli się nim martwić.

-Zmężniałaś pod ich wpływem. – zauważył starzec, któremu nie umknęło, że użyła prawdziwego imienia, a nie tytułu nadanego mu przez przerażonych ludzi. – Nie poznaję cię Bryony.

-Też czasem siebie nie poznaję profesorze – przyznała dziewczyna z uśmiechem. – Wydaje mi się, że minęły całe wieki odkąd chodziłam po tych korytarzach jako uczennica. Moje życie było wtedy takie proste, choć oczywiście o tym nie wiedziałam. Zadziwiające jak człowiek wyolbrzymia swoje kłopoty jak ma to „naście" lat.

-Dalej masz to „naście" lat! – zaśmiał się Dumbledore. Bree, zorientowawszy się co powiedziała zaraz do niego dołączyła. Bo rzeczywiście, czy nie było to śmieszne? Zaledwie dwa lata wcześniej niczym nie różniła się od każdej innej szesnastolatki, a teraz? Zadziwiające jak wiele może zmienić się przez kilka zaledwie miesięcy.

-Czuję się znacznie starsza – wyznała, gdy oboje spoważnieli. – Wiele się ostatnio wydarzyło.

-To prawda – przytaknął dyrektor z powagą. Ale oto zauważyli przed sobą charakterystyczny gobelin, o którym Bree tyle słyszeli i rozmowa zakończyła się tak samo szybko jak się zaczęła.

Tkanina była dokładnie tak samo żałośnie śmieszna jak dziewczyna sobie wyobrażała. Rzeczywiście przedstawiała Barnabasza Bzika uczącego trolle baletu, a wyglądało to tak groteskowo, że Bryony nie mogła powstrzymać śmiechu. Naprzeciw niej znajdowała się pusta, kamienna ściana. Nic nie wskazywało na to, że gdzieś tu znajduje się ukryte pomieszczenie, a w nim diadem Ravenclaw.

-To tutaj – szepnęła do Dumbledre'a, ściągając pelerynę i chowając ją do kieszeni. Odetchnęła głęboko. – Jakkolwiek śmiesznie to będzie wyglądało, proszę mnie nie dekoncentrować

Nie zrozumiał o co jej chodzi, ale skinął głową.

-Raz kozie śmierć – mruknęła pod nosem, rozpoczynając wędrówkę. „Szukam miejsca gdzie wszystko jest ukryte." Powtarzała w myślach do znudzenia. „Szukam miejsca gdzie wszystko jest ukryte. Szukam miejsca gdzie wszystko jest ukryte"

Trzy razy przespacerowała się w tę i z powrotem przed pustą ścianą. Gdy podniosła powieki, nareszcie tam były. Drzwi do Pokoju Życzeń. Nigdy nie widziała czegoś takiego. Tam gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się tylko pusta ściana teraz widniały ogromne, drewniane wrota. Framugę zdobiły drobne płaskorzeźby, tak samo belki wzmacniające konstrukcję. Drewno było stare i Bryony dostrzegła ślady po kornikach.

-Niesamowite – powiedział cicho Dumbledore, stając obok niej, przed wrotami – I mówisz, że za każdym razem wyglądają inaczej?

-Z tego co opowiadał mi Harry, to tak – przytaknęła Bryony. Z wahaniem położyła rękę na klamce i nacisnęła lekko. Drzwi otworzyły się przed nią bezdźwięcznie, bardzo dobrze naoliwione. – Pokój zmienia się zależnie od tego czego wchodzący potrzebuje w tej chwili. Dlatego nazywa się Pokojem Życzeń.

-Naprawdę niezwykłe – mruknął dyrektor, głaszcząc długą brodę. Razem weszli do środka i Bree zamknęła za nimi drzwi. To co ujrzeli po drugiej stronie zaparło im dech w piersiach. To znaczy, Bryony zaparło. Nie mogła być pewna, co myślał sobie Dumbledore.

Stali w pomieszczeniu wielkości katedry, którego wysokie okna rzucały snopy światła na coś, co wyglądało jak pełne górujących wież miasto, zbudowane z przedmiotów ukrytych przez całe pokolenia mieszkańców Hogwartu. Były tam aleje i drogi otoczone chwiejnymi stertami złamanych i uszkodzonych mebli, schowanych być może, by utajnić dowody nieumiejętnego użycia magii, bądź umieszczonych przez pracowite skrzaty domowe. Były tu tysiące tysięcy książek, bez wątpienia zarekwirowanych, pogryzmolonych lub skradzionych. Były skrzydlate proce i wyszczerbione butelki ze zgęstniałymi eliksirami, kapelusze, klejnoty, płaszcze. Były skorupy smoczych jaj, zakorkowane flaszki, których zawartość wciąż połyskiwała złowrogo, kilka pordzewiałych mieczy i ciężki, splamiony krwią topór.

-O rany – szepnęła Bryony, rozglądając się ciekawie po ogromnym pomieszczeniu. Może i nie widziała w swoim życiu zbyt wiele, ale nie sądziła by kiedykolwiek coś takiego ujrzała. Nawet gdyby miała żyć setki lat.

-Hogwart to zadziwiające miejsce – przyznał oniemiały Dumbledore, także przebiegający wzrokiem po stertach porzuconych rzeczy, które gromadziły się tu przez całe stulecia.

-To chyba dobrze, że Huncwoci nie znaleźli tego miejsca – mruknęła dziewczyna. Niewątpliwie Pokój Życzeń dostarczyłby im tysiące pomysłów na nowe dowcipy i środki do ich przeprowadzenia. – roznieśliby szkołę z takim zapleczem technicznym

-Czy ja wiem, moja droga? – zastanowił się na głos dyrektor – W czasach jakich jak te wszystkim potrzebna jest odrobina śmiechu.

-Może i racja profesorze – mimowolnie się roześmiała. – No, ale powinniśmy zacząć szukać. Horkurksów niestety nie da się tak po prostu przywołać.

-Dużo o nich wiesz dziecko – zauważył Dumbledore, gdy ruszyli jedną z wielu alejek między tymi wszystkimi ukrytymi skarbami. Dziewczyna wzruszyła ramionami.

-Hermiona sprowadziła ze sobą całą masę książek, których używali poprzednim razem. A ja miałam za dużo czasu… - wyjaśniła z lekkim rumieńcem. Dzieła te były wypełnione Czarną Magią, wręcz nią promieniowały. W normalnych warunkach nawet by ich nie tknęła, ale chciała być przygotowana na to co ich czekało. Miała nadzieję, że Dumbledore nie weźmie jej tego za złe. Ale on tylko zachichotał.

-Ciekawe rzeczy ta dziewczyna nosi w torebce – przyznał z uśmiechem. – Ale…na takie dyskusję będziemy mieć czas kiedy indziej. Mam nadzieję, że znasz dokładne położenie diademu? Bo jeśli nie, całymi tygodniami możemy go tu szukać.

-Harry powiedział mi co zapamiętał. – przytaknęła Bryony, przyspieszając trochę. Miała wielką nadzieję, że dobrze pamięta instrukcje swojego syna, bo jeśli nie pojawi się całkiem spory problem. Ta sala była gigantyczna, poszukiwania bez jakiegokolwiek pojęcia gdzie szukać mogły zająć miesiące, jeśli nie lata. Dlatego Pokój Życzeń stanowił tak świetną kryjówkę. Wytężyła umysł. I nagle już wiedziała gdzie ma iść, a stopy same ją tam niosły

Najpierw skręcili w prawo, obok wielkiego, wypchanego trolla, który był tak szkaradny, że Bryony nie potrafiła tego opisać. Ciarki przeszły jej po plecach, gdy wspomniała, że jedenastoletni Harry, Ron i Hermiona sami pokonali takiego stwora. Potem pokonali krótszą uliczkę i skręcili w lewo przy zniszczonej Komodzie Zniknięć, która kiedyś mogła doprowadzić do wprowadzenia Śmierciożerców do Hogwartu. Bree wskazała ją Dumbledorowi i poprosiła o usunięcie, nie wchodząc w szczegóły. Nie wiedziała ile jej syn pokazał dyrektorowi, a nie mieli czasu na dłuższe pogaduszki.

Zatrzymali się przy szafce, w której Harry miał schować podręcznik do eliksirów Księcia Półkrwi (o nim Bryony też musiała porozmawiać z dyrektorem, coś tak niebezpiecznego nie mogło tak po prostu walać się po szkole, gdzie każdy mógł ją sobie przywłaszczyć). I tu zaczęły się schody, bowiem co zrobić teraz żadne z nich nie wiedziało. Wspomnienia Harry'ego z tego momentu były dość chaotycznie, bowiem śpieszył się i bał. Nie potrafił dokładnie opisać skąd wziął wtedy tiarę, by użyć jej do oznaczenia miejsca ukrycia książki.

-On musi gdzieś tu być! – warknęła Bryony, rozglądając się uważnie. Tylko gdzie? Taki diadem musiał rzucać się w oczy, do cholery! Był zrobiony z białego złota ukształtowanego w liście bluszczu, ozdobiony ogromnym szafirem po środku i dwoma mniejszymi po jego obu stronach. Nosił też inskrypcję „Kto ma olej w głowie, temu dość po słowie." Taką rzecz raczej ciężko przeoczyć. A jednak, choć wytężała wzrok, nigdzie nie mogła go wypatrzyć.

-Bryony… - odezwał się nagle Dumbledore, głosem zmienionym od emocji. – Wydaje mi się, że tego szukamy.

Dziewczyna odwróciła się na pięcie i aż westchnęła. Zaledwie metr od dyrektora, pośród nikomu niepotrzebnych rupieci, leżał spokojnie zaginiony diadem Roweny Ravenclaw. Drogie kamienie lśniły w świetle pochodni.

-Piękny – szepnęła, powoli wyciągając przed siebie rękę. Dopiero kilka cali od cudownej korony zatrzymała ją, choć pokusa by choć musnąć opuszkami palców wspaniały artefakt była bardzo silna.

-I niebezpieczny – dodał smutno Dumbledore, uważnie przypatrując się diademowi, którego od pokoleń szukali uczniowie Hogwartu. – Wielka szkoda, że już nigdy nie posłuży swemu pierwotnemu celowi. Założenie go na głowę jest teraz niestety niemożliwe.

-Można się tylko pocieszyć tym, że oryginał jest u swojej właścicielki, w Marmurowym Zamku. - na usta Bryony wypłynął cień uśmiechu - To tylko kopia numer jeden. Choć nie można zaprzeczyć, że jest cudowna.

Nie traciła czasu nakładając rękawice ze smoczej skóry, które pozwalały bezkarnie dotykać horkuksów. Po chwili trzymała w rękach diadem Ravenclaw i nie mogła się powstrzymać przed bardzo szerokim uśmiechem. Trzy horkuksy już, jeszcze tylko dwa.