Hej. Jak co tydzień wstawiam kolejny rozdział. Chciałabym tylko prosić was o jedno, nie zrażajcie się do postaci, która na początku tej odsłony zachowała się jak kompletny (tu wstaw odpowiedni wulgaryzm) Dajcie mi (i jemu wyjaśnić dlaczego). Obiecuję, że nie będzie trzeba na to długo czekać.
Ze swojej strony mam do dodania tylko tyle, że dziękuję za komentarze, dodawanie Zwierciadła do ulubionych i za każdy inny sposób okazania mi, że wam się podoba. Jesteście cudowni. A komentarzy jest już 61, do 100 tylko 39.
Rozdział 21
Dzień był ładny, choć chłodny, jak to w połowie listopada. Po prawdzie niebo przysłaniały lekkie chmurki i wiał delikatny wietrzyk, ale to nie zniechęciło pary spacerowiczów wędrujących wolnym krokiem nad brzegiem jeziora.
Ona miała włosy barwy płomieni i jasnozielone oczy. On był wysokim blondynem, z bliznami na twarzy. Zdawali się pogrążeni we własnym świecie i zupełnie nie zauważali co się działo dookoła nich. Dziewczyna w każdym razie nie potrafiła odwrócić wzroku od swojego towarzysza. Na jej twarzy widniał wyraz uwielbienia, jaki często widuje się u zakochanych osób. On natomiast wydawał się nieco zdenerwowany, jego spojrzenie błądziło po szkolnych błoniach, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej.
-Musimy porozmawiać. – wymamrotał w końcu, zatrzymując się pod rozłożystym dębem i chwytając ją za ramiona. Uśmiechnęła się do niego szeroko, a jej oczy zalśniły.
-Rozmawiamy cały czas! – zachichotała wesoło, wspinając się na palce by go pocałować. Oddał pocałunek, ale jakby…niechętnie i z ociąganiem. Zauważyła to i zmarszczyła wąskie brwi. – Coś się stało?
-Nie, nic – zaprzeczył prędko i spuścił wzrok. Z wahaniem przestąpił z nogi na nogę. Obserwowała go rozbawiona, cierpliwie czekając co powie. Myślała, że takie napady nieśmiałości już mu minęły. Szczególnie po tym jak…ekhem, nawet w swoich myślach nie potrafiła przyznać się do tego co między nimi zaszło…zachodziło regularnie od jakiegoś czasu. Zarumieniła się, na samo wspomnienie tego tematu.
-Przecież widzę! – lekko przekrzywiła głowę, przekazując mu tym samym, że tak łatwo nie odpuści. Znał ją wystarczająco dobrze by zrozumieć takie spojrzenie. – Rem, co jest?
-Wyjeżdżam. – mruknął pod nosem. Dziewczyna zbladła. - Dumbledore wysyła mnie na misję.
Wiedziała, że taki dzień nadejdzie. Tak utalentowany członek Zakonu Feniksa marnował się w Hogwarcie, zawsze zdawała sobie z tego sprawę, ale…nie potrafiła pozwolić mu odejść. Przylgnęła do niego, obejmując go w pasie, jakby jej uścisk miał go powstrzymać i zapobiec podróży. Ku jej ogromnemu zdziwieniu, nie poruszył się. Jego dłonie pozostały na jej ramionach i nie uczynił nic by ją objąć. To nie było normalne, ale szybko wytłumaczyła sobie zachowanie mężczyzny zdenerwowaniem przed misją.
-Mówił ci – przełknęła nerwowo ślinę siląc się na pocieszający uśmiech. Uniosła głowę by na niego spojrzeć i nieco się stropiła gdy napotkała chłodne spojrzenie złotych oczu. Nie tak zwykle na nią patrzył. – kiedy wrócisz?
-Czy to ma znaczenie? – burknął wzruszając ramionami, a ona zadrżała. Ten chłód w jego głosie…Co spowodowało takie zachowanie? Bo przecież coś musiało się stać by jej normalnie uroczy i czuły chłopak, nagle zaczął się tak zachowywać!
-Remus? Straszysz mnie – wyznała nieśmiało. Ale on nie odpowiedział, tylko sprawnie odsunął ją, nie puszczając jej ramion by zachować dystans. Dziewczyna rozumiała coraz mniej.
-Było fajnie, muszę to przyznać. – powiedział bez żadnych emocji, wpatrując się w punkt gdzieś obok jej głowy. Usilnie próbowała napotkać jego wzrok, lecz daremnie. Ogarnęło ją przerażenie, całkiem jakby podejrzewała następne słowa. Może i tak było. Może instynkt, ta cudowna kobieca intuicja podpowiedziała jej czego ma się spodziewać po takim oświadczeniu, dość że w głębi serca wiedziała co usłyszy. Co wcale nie złagodziło ciosu. - Ale to koniec.
„Ale to koniec." Trzy słowa, a za jednym zamachem zniszczyły wszystkie jej plany, marzenia i sny. Trzy najbardziej okrutne słowa na całym świecie. Nim się zorientowała po z jej oczu płynęły łzy, których nie potrafiła kontrolować.
-Remus? – zdołała tylko wykrztusić, a jej głos drżał i był ledwo słyszalny. – O co…? O co chodzi? Co…co ty mówisz?
Mężczyzna zmierzył ją współczującym spojrzeniem i stropił się nieco. Rozumiała coraz mniej i mogłaby przysiąc, że cała się trzęsie. Nie wiedziała z bólu czy wściekłości. Nie rozumiała co się wokół niej dzieje. Tylko jedna rzecz do niej docierała. Zostawiał ją. Kończył ich związek, raz i na zawsze. A ona nie wiedziała dlaczego i nie mogła tego w żaden sposób naprawić!
-Mogłaś mnie źle zrozumieć, ale…- zaczął, ale zaraz urwał i zmarszczył nos. - Wilk ma swoje potrzeby, myślałem że wiesz.
Jej świat nieodwołalnie legł w gruzach. Załkała. Ze wszystkiego co mógł powiedzieć…to była ostatnia rzecz jakiej się spodziewała. Szczerze powiedziawszy gdy po raz pierwszy wspomniał o zakończeniu tego co było między nimi pomyślała, że to kolejny atak nienawiści do samego siebie jakie czasem miewał. Była przekonana, że zaraz rozpocznie (po raz kolejny) słynną przemowę, w której wyłuszczy jej szczegółowo, że jest dla niej zbyt niebezpieczny, biedny etc., etc. Ale on powiedział coś innego…Coś w co nigdy by nie uwierzyła gdyby nie lód w jego spojrzeniu. Okrutna, chłodna kalkulacja z jaką na nią patrzył. A mimo to nie mogła pozwolić mu tak tego zakończyć, musiała o niego walczyć jak tylko potrafiła.
-Ale Remus ja cię ko…- nigdy nie skończyła tego zdania. Nim pierwsze słowo opuściło jej usta, mężczyzna zakręcił się na pięcie i zniknął, jakby nigdy go nie było. A Bree pozostała na brzegu szkolnego jeziora, pod dębem, tępo wpatrując się punkt gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się człowiek, którego darzyła uczuciem, a łzy płynęły po jej twarzy. W końcu nie mogła już wytrzymać bólu jaki ogarnął całe jej ciało i duszę. Opadła na kolana i wydała z siebie krzyk tak przeraźliwy, że dotarł aż do najgłębszych zakamarków Zakazanego Lasu.
Bree raptownie usiadła na łóżku dysząc ciężko jak po długim biegu. Sen, czy raczej wspomnienie było tak wyraźnie, że ponownie poczuła wszystko co tamtego dnia na szkolnych błoniach. Znowu stała się małą, zszokowaną dziewczynką, której złamano serce w najgorszy sposób. Ukryła twarz w dłoniach i odetchnęła głęboko, próbując się uspokoić. Bezskutecznie. Bardzo starała się stłumić narastający szloch, lecz udało jej się tylko częściowo. Nie chciała tego przeżywać jeszcze raz. Kto by miał na to ochotę? Wystarczało jej, że raz musiała przez to przejść. Ale wizyta w tamtej jaskini i eliksir obudziły jej najgorsze koszmary, z tamtą rozmową na czele. Bryony rzadko pamiętała swoje sny. Ale odkąd zaczęła śnić ten jeden, szczególny budziła się z pełną świadomością co przed chwilą widziała. Niestety.
Wspomnienie tego jak Remus na nią patrzył tamtego okropnego dnia sprawiło, że zapłakała. Ten chłód…ta obojętność. Zadrżała. Jak mogła o tym zapomnieć? Mężczyzna, którego kochała ponad wszystko potraktował ją jak śmiecia. Wykorzystał, po czym porzucił informując ją przy tym, że nigdy nic dla niego nie znaczyła. Że to tylko…wilk. Wilcze instynkty…
-Mamo? – odezwał się głos z ciemności. Bree szybko opuściła dłonie i wpatrzyła się w punkt przed sobą, próbując domyślić się skąd nadchodził szept. – Wszystko w porządku?
-Tak – odparła po chwili wahania, po czym odchrząknęła, bo jej głos brzmiał dość żałośnie, a naprawdę nie chciała wydać mu się słaba. – Tak, wracaj do spania. Należy ci się odpoczynek.
-Żartujesz sobie! – prychnął chłopak, szybko rzucając zaklęcie oświetlające i ładując się na jej łóżko. Podciągnęła kolana pod brodę, by zrobić mu miejsce. – I mam cię tak zostawić? Mówisz przez sen, wiesz? I bardzo nie podobało mi się to co słyszałem.
-Harry… - westchnęła dziewczyna, odgarniając włosy, które opadły jej na oczy - naprawdę wszystko w porządku. To był sen, tylko sen.
Sama nie wierzyła w to co mówi i Harry o tym wiedział. Ale Bree nie potrafiła przyznać mu się do tego co widziała. Był w końcu jej synem, dzieckiem tego człowieka, który wypełniał zarówno jej koszmary jak i marzenia.
-Akurat! – chłopak wywrócił oczami – Wiem co słyszałem. Pamiętam też co mówiłaś w jaskini, po wypiciu eliksiru.
Uśmiechnął się triumfalnie, a Bryony zmarszczyła brwi. Tak się wtedy skupiała na walce z omamami i bólem, że nie zwracała uwagi na to co mamrotała i teraz nic nie mogła przywołać. Harry miał nad nią przewagę.
-Prosiłaś żeby ktoś przestał – kontynuował młodzieniec, choć wspominanie o tamtych chwilach sprawiało mu taki sam ból jak jego matce – Na początku myślałem, że chodzi o truciznę, ale potem…potem powiedziałaś coś…zawołałaś go. Mojego ojca. To o niego chodziło. Błagałaś by czegoś nie robił. Czego?
-Błagałam by nie odchodził – powiedziała smutno Bryony, zwieszając głowę. Do oczu cisnęły jej się łzy. Nie wiedziała czy z powodu tamtego dnia, czy upokorzenia. Nigdy nie wpadłaby na to, że pewnego dnia będzie musiała opowiedzieć o tym swojemu synowi. No, jeśli już to dopiero za ładnych parę lat. – Prosiłam żeby mnie nie zostawiał. Żeby przestał mówić takie rzeczy.
Odetchnęła głęboko, a łzy zmoczyły jej twarz. Harry patrzył na nią ze zdumieniem i nie wiedział co ma zrobić.
-Harry jesteś pewien, że chcesz teraz o tym rozmawiać? – spytała drżącym od płaczu głosem. Wyciągnął różdżkę i wymamrotał „Muffliato".
-Teraz nikt nas nie usłyszy. Każdy kto tu podejdzie usłyszy brzęczenie i nic więcej – wyjaśnił, gdy spojrzała na niego pytająco. – Ja ci opowiedziałem o wszystkim. I chyba należy mi się historia moich rodziców.
-Nie jestem do końca pewna, czy naprawdę chcesz wszystkich szczegółów – wysiliła się na uśmiech i odpowiednią intonację przy słowie „wszystkie". – Musisz zrozumieć, że to nie jest opowieść taka jak o Lily i Jamesie. Tu nie ma szczęśliwego zakończenia.
-Zdążyłem się zorientować – mruknął chłopak, biorąc ją za rękę. – Ale jesteś moją mamą. I masz koszmary. Hermiona powiedziała mi kiedyś, że lepiej będzie jeśli wyrzucę z siebie to co mnie boli. Opowiedziałem ci o wszystkim i wiesz…jest lepiej. Nigdy o tym nie zapomnę. Ale jestem na dobrej drodze do pogodzenia się z tym co się stało. Spróbuj mi powiedzieć. Może pomoże.
-Spróbować mogę – odszepnęła dziewczyna przez łzy. Wiedziała, że dużo ich jeszcze wyleje nim dokończy tę historię. Zdawała sobie też sprawę, że jeśli raz zacznie nie będzie mogła przerwać. Harry uścisnął jej dłoń, a ona uśmiechnęła się z trudem.
-Ale za nim zacznę – zdecydowała się zastrzec – pamiętaj o jednym. Ani przez moment nie żałowałam zajścia w ciążę. Od momentu, gdy dowiedziałam się, że będę miała dziecko kochałam je z całego serca. Bałam się, to prawda, ale nie żałowałam.
Nim rozpoczęła swoją opowieść, wzięła głęboki oddech, próbując się jakoś przygotować na to co musiała mu wyznać. Zawiodła na całej linii, ale i tak zaczęła mówić, gdy już nie mogła tego dłużej odwlekać..
-Jak pewnie wiesz, poznaliśmy się pierwszego września 1973 roku, kiedy to jako przerażona, ale podekscytowana jedenastolatka po raz pierwszy trafiłam do Hogwartu. – powiedziała tak spokojnie jak tylko potrafiła. Tamte czasy lubiła wspominać, bo nie zostały skażone niczym co się później wydarzyło. – Chociaż poznaliśmy to za dużo powiedziane. Lily pokazała mi Huncwotów z daleka i powiedziała kategorycznie „Do nich się nie zbliżaj!".
Obok niej Harry zaśmiał się cicho, ale nie usłyszała tego. Zbyt pochłonęły ją cienie przeszłości, szczęśliwego dzieciństwa, którego nie mogło jej zepsuć nawet to, że najstarsza i ukochana siostra nagle przestała ją dostrzegać, bo u małej Bree odezwała się magia.
-Oczywiście jej ostrzeżenie nie poskutkowało – wyjawiła z delikatnym uśmiechem – I nim się zorientowałam byłam już na „ty" z najpopularniejszymi chłopakami w całej szkole. Z początku chyba chodziło tylko o to, że miałam za siostrę Lily, a Rogacz już wtedy chciał ją zdobyć, ale potem zauważyli, że choć o dwa lata młodsza też się do czegoś nadaję.
Nie kontrolowała uśmiechu jaki wypłynął na jej usta na wspomnienie psot, w których brała udział, czy też godzin spędzonych z Remusem w bibliotece, na badaniach.
-Teraz widzę, że nieco mnie wykorzystywali – wyznała żartobliwie. – Nie chciało im się czegoś sprawdzać w książkach, szukać jakiegoś zaklęcia, to prosili młodszą, zapatrzoną w siebie koleżankę. Lily wściekała się, ale nie mogła nic zrobić. I tak mijały lata. Tak gdzieś w trzeciej klasie odkryłam, że Remus jest wilkołakiem, nie żeby to było specjalnie trudne. Dwa lata później, skończyłam piętnaście lat, zostałam Prefektem. Mój piąty, a Lily siódmy rok był przełomowy. Jak pewnie wiesz, moja siostra przekonała się do Jamesa i nawet zaczęła z nim chodzić, a ja…ja się zakochałam. Chyba zawsze wiedziałam, że tak będzie. Był po prostu idealny. No, ale…jednocześnie był też kolegą szkolnym mojej siostry, a ja w wieku lat piętnastu…powiedzmy, że źle przechodziłam proces dorastania. Miałam nieproporcjonalne ciało, za długie ręce i nogi, pryszcze. Komplet, łącznie z kompleksami na miarę Rowu Mariańskiego. Twój tata natomiast, cóż…powiedzmy, że nie tylko James i Syriusz mieli swoje fankluby. Skończyli szkołę i nie zobaczyłam go aż do ślubu Lily i Jima. To była zima, 22 grudnia 1978 roku, przerwa świąteczna, żebym i ja mogła przyjechać ze szkoły. Miałam pół roku żeby pozbyć się przemienić z gąsienicy w motyla. I…chyba mi się udało.
-Niech zgadnę, rzuciłaś kilka zaklęć szpiegowskich, żeby się przekonać? – spytał wesoło Harry. Bree schyliła głowę by ukryć rumieńce i uśmiech.
-Tylko dwa lub trzy – odparła wymijająco. Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Westchnęła i skapitulowała – No dobra, kilkanaście, a Dorcas i Marlena dorzuciły swoje. Ale to nieważne. Tamtego wieczora bawiłam się świetnie. Z Remusem. To jak na mnie patrzył…dało mi nadzieję, że jeszcze może się udać. Więc czekałam. Korespondowaliśmy przez cały drugi semestr. A kiedy spotkaliśmy się w wakacje, w Dworze Potterów…było cudownie. Charlus i Dorea w pracy. Lily i James na etapie miodowego miesiąca. Syriusz kto go wie gdzie. Właściwie zostaliśmy zostawieni sami sobie. Najlepsze wakacje mojego życia.
-A potem co? – spytał Harry, gdy urwała na moment, pogrążając się we wspomnieniach cudownego lata z człowiekiem, którego kochała.
-Potem wróciłam do szkoły. – powiedziała wzruszając ramionami. Od tego miejsca musiała zacząć odcinać się od emocji towarzyszących historii bo to było dla niej zbyt wiele. - W lecie nauczył mnie jak rzucać mówiącego patronusa, więc zrezygnowaliśmy z sów na rzecz właśnie tego. Lunatyk zasuwał w jedną i w drugą stronę jak szalony. Czasem wpadał do Hogwartu, to ze sprawą Zakonu do Dumbledore'a, to w ramach ochrony zamku. Zawsze wtedy…spędzał ze mną trochę czasu. I wszystko było cudownie.
-Aż do… - zachęcił Harry, ściskając jej dłoń.
-Aż do jedenastego listopada 1979 roku – westchnęła ciężko dziewczyna. Nigdy nie miała zapomnieć tej daty. Tamtego dnia wszystko legło w gruzach - Nic nie wskazywało jak to się skończy. Remus wpadł do szkoły i poszliśmy na spacer. Wędrowaliśmy brzegiem jeziora, trzymaliśmy się za ręce. Było idealnie. Aż do momentu, gdy uznał za stosowne poinformować mnie, że oddelegowano go na inną misję. Nie zdziwiło mnie to, owszem niepokoiłam się, że coś mu się stanie i chciałam mu o tym powiedzieć, ale nim zdołałam się odezwać ubiegł mnie. I oświadczył, że między nami koniec. Moją pierwszą reakcją było uznanie, że pewnie zaraz poda jakiś idiotyczny powód. No wiesz, powie że jest niebezpieczny, albo że nie powinnam na niego czekać. W głowie miałam przygotowane kontrargumenty.
Nie mogła się powstrzymać, z jej ust uciekł gorzki śmiech. Harry patrzył na nią z niepokojem i Bree uśmiechnęła się do niego, choć pewnie nie poprawiło mu to nastroju. Efekt psuły łzy płynące z jej oczu i szloch jaki nią wstrząsnął.
-Tyle, że się pomyliłam. – szepnęła, opanowując się jeszcze na moment - Remus…dał mi do zrozumienia, że nie rozstajemy się z żadnego przekombinowanego powodu. Nie, prawda była boleśnie prozaiczna. Bo po prostu mu się znudziłam. Pardon, znudziłam się wilkowi. Wilcze instynkty, tym się wytłumaczył. „Wilk ma swoje potrzeby". Wszystko co było między nami, nasze wspólne chwile, to były potrzeby wilka! Cholernego wilka, który poczuł zew natury!
Już nie wiedziała co przeważało w jej nastroju. Smutek, cierpienie, czy też wściekłość nie do wyobrażenia. Zacisnęła pięści. Dopiero po chwili zorientowała się, że dyszy ciężko, ze złości. Harry chyba nie wiedział co ze sobą zrobić. W końcu zdecydował się na przygarnięcie jej do siebie i objęcie tak mocno, jak się tylko dało. Słów jakie wymamrotał pod nosem na temat swojego ojca nie nadawały się do powtórzenia. Sprawiły też, że Bryony zastanowiła się gdzie podłapał takie wyrażenia. Niektórych nawet ona, która spędziła sporo czasu z dorastającymi chłopcami, nie słyszała. W jakiś dziwny sposób jego przekleństwa pomogły jej trochę. Nie wymazały oczywiście tego co przeżyła, ale pozwoliły odreagować, a nawet się uśmiechnąć. Miła odmiana.
-No, tak że wybacz, ale nie powiem ci jak to jesteś efektem wielkiej miłości swoich rodziców. – mruknęła cicho, starając się zażartować. Łzy płynęły równym strumieniem.
-To nie ma znaczenia – zaoponował Harry, głaszcząc ją po potarganych włosach. Ze smutkiem pokręciła głową.
-Może i nie. – szepnęła wpatrując się w jego cudownie zielone oczy - Ale zawsze powtarzano mi, że ma. Zaczęłam w to wątpić, gdy dowiedziałam się, że Lily i James nie mogą mieć dzieci. Nie znam pary, która bardziej by się kochała. A kiedy w niecały miesiąc po rozstaniu z twoim ojcem dotarło do mnie, że jestem w ciąży, zwątpiłam w całą magię stojącą za poczęciem dziecka. Skoro twój ojciec spotykał się ze mną tylko dla…ekhem, no wiesz czego, a i tak stworzyliśmy kogoś tak wspaniałego jak ty…Może wzajemność wcale nie była potrzebna.
-Nie mógłbym sobie wyobrazić lepszej mamy niż ty – odparł jej do ucha Harry. Zaśmiała się przez łzy i lekko zdzieliła go przez ramię.
-Komplemenciarz – mruknęła z delikatnym uśmiechem – Ja znalazłabym parę bardziej kompetentnych kandydatek. Molly Weasley na przykład. Ale i tak miło to usłyszeć.
-Wiesz – speszył się nieco Harry – nie mam zbytniego doświadczenia w życiu rodzinnym.
-Trzeba to więc będzie naprawić – potem chłopak przysięgał, że w jej uśmiechu było coś drapieżnego.
Długo jeszcze tak rozmawiali i żadnemu nie śpieszyło się do spania. Nim się zorientowali świt zaczął wstawać nad hogwardzkimi błoniami, a oni zasnęli przytuleni do siebie. Tak znalazła ich pani Pomfrey podczas porannego obchodu.
