N/A: Hej, oto kolejny rozdział, w którym wreszcie poznamy tożsamość osoby, która podsłuchiwała Voldemorta podczas jego rozmowy z Glizdogonem! Ale zanim go przeczytacie chciałbym dodać od siebie tylko jedno.

Mianowicie, chyba nie wyszło mi zachęcenie was do komentowania poprzez obietnicę szybszej publikacji. Może wymagana ilość była zbyt duża? No nic, mam nowy pomysł. Otóż, w następnym rozdziale będę potrzebowała kilku nowych postaci (głównie wilkołaków z watahy, u której zatrzymał się Remus). Dlatego, jeśli w komentarzu zawrzecie jakieś informacje na temat postaci jaką chcielibyście ujrzeć w kolejnej odsłonie, możecie być pewni, że ją umieszczę. To nie musi być wilkołak, w późniejszych rozdziałach też przydadzą się nowe twarze. Także jestem otwarta na sugestie.

Miłego czytania!


Rozdział 22

Przez chwilę po aportacji Albus nie widział nic, taka ciemność panowała na samotnym wzgórzu, gdzie miał się spotkać z człowiekiem, od którego wiele mogło zależeć. Wiatr pogwizdywał w gałęziach kilku pozbawionych liści drzew i dyrektor po raz kolejny zastanowił się, czemu musieli spotkać się akurat tutaj. Na wzgórzu panowała upiorna atmosfera. Niewerbalnie rzucił zaklęcie oświetlające i spojrzał w twarz Severusa Snape'a, swojego byłego ucznia.

-Nie zabijaj mnie! – krzyknął młody mężczyzna klęczący przed nim na mokrej trawie. Wiatr łopotał szatą Dumbledore'a, przenikając starego człowieka do kości.

-Nie miałem takiego zamiaru. – odparł dyrektor, z dobrotliwym uśmiechem. To, że już raz widział tę scenę (Harry przekazał mu buteleczkę ze wspomnieniami Snape'a, którą od niego otrzymał podczas bitwy o Hogwart) pomogło mu lepiej to rozegrać i inaczej potraktować Severusa, który klęczał u jego stóp z przerażeniem wypisanym na twarzy. - A więc, co Lord Voldemort chce mi przekazać?

- Nie... nic... ja sam tu przyszedłem!

Snape zacierał nerwowo ręce. Wyglądał jak obłąkany z poplątanymi, czarnymi włosami rozwiewającymi się wokół jego twarzy. Dumbledore'owi było go żal. Chłopak miał zaledwie dwadzieścia lat, czy mógł w pełni odpowiadać za swoje czyny? Dziecko zaledwie, niedawno skończył szkołę i wybrał nie tę ścieżkę co powinien. Na szczęście dało się to jeszcze naprawić. Dyrektor szczerze wierzył w drugie szanse.

- Ja... ja chciałem ostrzec... nie, chciałem prosić...chciałem wyznać…

Dumbledore machnął krótko różdżką. Choć wokół nich wiatr nadal unosił liście i targał gałęziami, w miejscu, gdzie stali, zrobiło się cicho.

-Co? Co chciałbyś mi powiedzieć Severusie? – spytał spokojnie. Wiedział czego oczekiwać, ale nie był pewien czy uda mu się dobrze pokierować tą sceną. Lepiej niż poprzednim razem.

-To ja…to ja… – wyjąkał młodzieniec wbijając spojrzenie gorejących, czarnych oczu w Dumbledore'a. Wyglądał jakby oszalał, a słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Ale starzec czekał cierpliwie na to co chciał mu oznajmić. – To ja ją zabiłem!

-Kogo zabiłeś chłopcze? – odezwał się starzec, pełen podejrzeń. Był prawie pewien, że wie o jakim wydarzeniu mówi młody Snape.

-Bryony…Evans – wycharczał Severus z widocznym cierpieniem. – Bryony Evans. Jej siostra. Siostra Lily. To moje zaklęcie…ja ją zabiłem!

-Ach tak – mruknął Dumbledore. Tego się spodziewał. A jednak…spotkanie przebiegało zupełnie inaczej niż we wspomnieniu, które oglądał. Oto dowiadywał się co popchnęło Severusa Snape'a do przejścia na stronę Zakonu. Poprzedniego dnia rozmawiał o tym z Harrym. Chłopak twierdził, że chodziło o zagrożenie życia Lily Potter. Ale były Ślizgon nie powiedział jeszcze o tym ani słowa. Wspominał tylko ciągle imię Bryony.

-Nie wiedziałem…nie wiedziałem, że to ona. Powiedzieli…mieliśmy złapać szlamę. Tylko to wiedziałem. Black…on dowodził. On miał szczegóły. Biegła na mnie, zareagowałem instynktownie. Moje zaklęcie…moje…

Niewidzącym wzrokiem patrzył przed siebie i Dumbledore zrozumiał, że myślami jest znowu w tamtym zaułku, gdzie „umarła" Bryony Evans. Z całego serca chciał zapewnić młodzieńca, że dziewczynie nic nie jest, ale dla większego dobra nie mógł tego zrobić. Czasem odpowiedzialność przytłaczała starego dyrektora.

-Była taka podobna do siostry - szloch zmienił głos Severusa, po policzkach którego płynęły łzy – Przez chwilę myślałem, że to…że to Lily. Ale jej nie mogło tam być. Miałem zatrzymać upływ krwi. Ale pojawili się tamci ludzie i nie zdążyłem…Myślałem…myślałem, że jej pomogą, że ją uratują!

Spojrzał na Albusa z takim żalem, że starzec ani przez chwilę nie wątpił w jego intencje. Nawet gdyby Harry nie zapewniał go o możliwości zaufania Severusowi Snape'owi dyrektor i tak by to zrobił po tym wyznaniu. Może nie ze wszystkim, ale na pewno z częścią. Choć jeszcze o tym nie wiedział, młodzieniec otrzymał już rolę szpiega Zakonu.

-Uczynili wszystko co w ich mocy.

-Za mało…za mało. Uwierz mi błagam…nigdy bym jej nie skrzywdził. Nie ją…nigdy ją. Była taka podobna do siostry.

-Lily Potter – szepnął Dumbledore – Czy coś jej grozi? Powiedz mi chłopcze. Od tego co teraz usłyszę zależą ludzkie życia.

-To... proroctwo... przepowiednia... Trelawney...

-Ach, tak... Co zdradziłeś Lordowi Voldemortowi?

-Wszystko... wszystko, co podsłuchałem! Właśnie dlatego... z tego powodu... on myśli, że chodzi o Lily Evans!

-Przepowiednia nie odnosi się do kobiety - powiedział Dumbledore, uśmiechając się w głębi duszy. Naprawdę lubił wiedzieć więcej niż inni. - Mówi o chłopcu narodzonym pod koniec lipca...

-Wiesz, co mam na myśli! On uważa, że chodzi o jej syna, zamierza ją dopaść... pozabijać wszystkich...

Dumbledore rozumiał już o co chodziło Bryony, gdy wywołała konfrontację na temat przepowiedni i bezpieczeństwa małego Harry'ego. Dzieciak stał się celem z powodu rodziców. Gdyby…ach gdyby…

-Jeśli ona tak wiele dla ciebie znaczy, to Lord Voldemort na pewno ją oszczędzi, nieprawdaż? Nie możesz go poprosić o łaskę dla matki, w zamian za jej syna?

-Prosiłem go... błagałem...Ale ona nie pozwoli…nie cofnie się. Będzie chciała umrzeć za dziecko…Nigdy go nie zostawi…

Starzec zdumiał się jak dobrze Snape znał Lily Potter, mimo że już od lat nie utrzymywali kontaktu. Zszokowało go też jak blisko prawdy się znalazł. Możliwej prawdy, to znaczy, bowiem miał pewność, że tym razem Harry i Hermiona nie dopuszczą do ataku na dom Potterów w Dolinie Godryka.

-Ukryj ich gdzieś. Ukryj ją... Ich wszystkich. W jakimś... bezpiecznym miejscu. Ja proszę…błagam.

-A co mi dasz w zamian, Severusie?

-W zamian? - Snape wytrzeszczył oczy na Dumbledore'a, tak że wyglądał dość zabawnie w tej podniosłej chwili, ale po długiej chwili powiedział: - Wszystko.


Mimo, że tak szybko udało im się zdobyć horkruks ukryty w Hagwarcie, musiało minąć kilka dni nim otrzymali zgodę na opuszczenie zamku. Była to oczywiście sprawka pani Pomfrey, która stanowczo odmówiła wcześniejszego wypisania ich ze szpitala. Pielęgniarka nigdy nie robiła niczego połowicznie, więc i teraz zamierzała najpierw upewnić się czy poszukiwacze są w pełni zdrowi nim odejdą. Harry złorzeczył pod nosem, Hermiona się kłóciła, nawet Dumbledore postanowił wstawić się za nieszczęsnymi pacjentami, ale nic nie poradzili.

Bryony patrzyła na to i podśmiewała się pod nosem. Kłótnie wydawały jej się bezcelowe. Sama dobrze wiedziała, że nie powinni jeszcze ruszać, bo żadne z nich nie było jeszcze gotowe na obozowanie po lasach. Rany Harry'ego goiły się wolniej niż zwykle, gdyż zadał je smoczy ogień, ale nie miały zostawić blizn. Pani Pomfrey wykonała masę dobrej roboty, lecząc oparzenia i hodując mu nową skórę tam gdzie było to potrzebne. Hermiona, której nic poważniejszego nie było, szybko doszła do siebie po szoku i już w kilka godzin po powrocie opowiedziała Bryony i Dumbledorowi o tym co wydarzyło się w Gringotcie. Wypaczoną wersję tych wydarzeń przeczytali kolejnego poranka w Proroku Codziennym. Uśmieli się przy tym do łez. Jak się bowiem okazało, panna Granger tak dobrze rzuciła zaklęcia maskujące na siebie i Harry'ego, a potem zapomnienia na gobliny, nie mówiąc już o licznych Confundusach, że nikt, ale to nikt nie potrafił wyjaśnić co się stało w podziemiach banku. Przez co artykuł był wyjątkowo niespójny i pokręcony, a nie wnosił zupełnie nic. Bree strasznie żałowała, że nie mogła widzieć twarzy Syriusza, gdy dowiedział się o zuchwałym włamaniu do swojej skrytki, w wyniku którego nic nie zginęło. Musiał być wściekły. Straszliwie. Nie mogła się doczekać by mu powiedzieć, że to sprawka jej i jej towarzyszy.

Co do jej samopoczucia, to mogło być lepiej. Mimo, że od wyprawy do jaskini minął już prawie tydzień, dalej nie czuła się normalnie. Po prawdzie mdłości minęły bezpowrotnie i pani Pomfrey zapewniała, że eliksir został usunięty z jej organizmu, ale coś wydawało się inne…nieprawidłowe. Miała nadzieję, że wrażenie wkrótce zniknie. Koszmary powracały, ale coraz rzadziej. Rozmowa z Harrym bardzo jej pomogła i Bryony czuła się jakby z ramion zdjęto jej ogromny ciężar. Chłopak wreszcie znał prawdę. Żadnych kłamstw czy niedomówień. Wiedział już jak doszło do jego poczęcia i chyba jakoś to zaakceptował, choć dziewczyna podejrzewała, że jak każde dziecko oczekiwał opowieści o wielkiej miłości swoich rodziców. Cóż, bardzo chciałaby mu coś takiego opowiedzieć, ale nie mogła. Ich historia wyglądała całkiem inaczej i nic nie mogło tego zmienić.

Bree potrząsnęła energicznie głową by odegnać te myśli. Naprawdę nie miała ochoty zajmować się w tym momencie tak nieznaczącymi tematami jak jej problemy sercowe. Trwała w końcu wojna. Pełni sił jeszcze nie odzyskała, choć codziennie ćwiczyła w Pokoju Życzeń. Ale na to miała jeszcze czas i na razie poświęcała się głównie doglądaniu syna, który z uporem twierdził, że nic mu nie jest, podczas gdy prawda dość rzucała się w oczy. Był słaby i nienawidził tego. Kiedy przez pierwszy dzień nie mógł sam się ubrać obraził się na cały świat i nie pozwolił sobie pomóc. Bryony to obserwowała i nie mówiła nic. Gdy minęła godzina, odkąd rozpoczął mozolny proces zakładania koszuli, bez słowa podeszła do niego i zrobiła to za niego. Protestował, a jakże. Ale ona miała to w nosie i po prostu robiła to co trzeba było. Wkrótce przestał się rzucać i po prostu zaakceptował to, że sam nie da rady. I dobrze.

Wcisnęła dłonie do kieszeni nowych dżinsów i uśmiechnęła się pod nosem. W sumie miała wszystko o czym mogłaby zamarzyć. Jej syn nazywał ją mamą, zdobyli trzy na pięć horkruksów i wreszcie udało jej się zdobyć kilka własnych ubrań, więc mogła przestać żerować na niewielkich zasobach Hermiony. Ostatni powód do radości, choć błahy wcale nie był bez znaczenia. Bree cieszyła się jak dziecko, gdy pomysł z zaopatrzeniem się w Pokoju Życzeń wypalił. Wystarczyło pójść tam jeszcze raz, tym razem samemu i przejść się trzy razy przed pustą ścianą myśląc „Potrzebuję garderoby dla wędrowca. Potrzebuję garderoby dla wędrowca. Potrzebuję garderoby dla wędrowca." Kiedy drzwi się otworzyły ujrzała najlepiej zaopatrzony sklep z rzeczami do chodzenia po górach na świecie. Tylko kas brakowało. Trzy godziny spędziła chodząc dookoła i zbierając wszystko co może jej się przydać, a co najlepsze wyszła z niewielkim, wodoodpornym plecakiem, jakie często noszą wędrowcy. Wzorem Hermiony rzuciła na niego niewykrywalne zaklęcie zmniejszająco-zwiększające, więc w środku zmieściło się wszystko czego mogła potrzebować przez następne kilka miesięcy (gdyby misja zajęła aż tyle, bo dziewczyna cały czas miała nadzieję, że skończą wszystko przed Wielkanocą).

-Cieszę się, że czujesz się już dobrze – odezwał się nagle ktoś tuż obok niej i Bryony podskoczyła. Był to oczywiście Dumbledore, który lubił zaskakiwać ludzi, o czym boleśnie przekonała się w ostatnich dniach.

-Bywało lepiej – mruknęła wzruszając ramionami. Nie mogła się powstrzymać przed wywróceniem oczami kiedy ponad stuletni dyrektor zaśmiał się z jej zdziwienia. – Ale wydobrzeję. To on jest teraz moim priorytetem.

Wskazała głową na Harry'ego, który kończył się ubierać przy swoim łóżku. Asystowała mu Hermiona, która jak się okazało wszystko robiła lepiej, łącznie z zapinaniem jego koszuli. Chłopak kłócił się, próbował odpychać jej ręce, lecz bezskutecznie. Dziewczyna była tak samo uparta jak on, a teraz postanowiła sobie, że wyręczy go w czym może. Wyglądało to dość zabawnie. Sprawiało też, że Bryony od razu przestawała wierzyć w ich zapewnienia, że są tylko przyjaciółmi. Ale nie zamierzała naciskać. Za nic w świecie. Poza tym, nie sądziła by sami wiedzieli o tym co się między nimi zaczynało. Na razie.

-Mam tu coś, co może ci się spodobać – uśmiechnął się dobrotliwie Dumbledore, wyciągając w jej stronę kilka niewielkich karteczek. Dopiero, kiedy je od niego wzięła, zorientowała się, że ma w rękach czarodziejskie fotografie. Słowa ugrzęzły jej w gardle, gdy na nie spojrzała.

Z pierwszej uśmiechał się do niej mały Harry siedzący w swoim łóżeczku, w Dworze. Był prześliczny. Ciemnowłosy, zielonooki i pyzaty wyciągał rączki do osoby z aparatem i mamrotał coś, czego nie mogła usłyszeć. Jej synek siedział! Kiedy ostatnio go widziała jeszcze tego nie potrafił. Próbował się wprawdzie podnosić, ale usiąść samemu mu się jeszcze nie udało. Jak pokazywało zdjęcie, teraz już opanował tę umiejętność.

Kolejne zdjęcie także przedstawiało jej syna. Leżał na swoim ulubionym kocyku i chwytał się za stópki kołysząc się lekko, by po chwili puścić je i radośnie się zaśmiać, gdy opadały z powrotem na miękki materiał. Potem powtarzał proces, cały czas wesoły jak to tylko małe, beztroskie dzieci potrafią.

Na trzecim byli wszyscy Potterowie. James i Lily objęci, a między nimi śpiący Harry. Malutkie powieki poruszały się delikatnie, gdy malec śnił spokojnie w ramionach Rogacza, z główką na jego piersi. Piąstkę miał wciśniętą do buzi, jak to często czynił w nocy. Dorośli patrzyli na niego z identycznymi, radosnymi uśmiechami a twarzach.

Wyglądali jak idealna rodzina i Bree zasmuciła się nieco. Gdzieś w głębi serca chciała też być na tym zdjęciu, ze swoim synem. Nie mogła uwierzyć, że tak bardzo się zmienił przed kilka tygodni jej nieobecności. Jaki był teraz duży i ile potrafił! Ale zaraz zerknęła na dorosłego Harry'ego kłócącego się z Hermioną o to, kto ma zawiązać jego buty nie potrafiła się dłużej smucić. W pewien sposób cały czas chroniła swoje dziecko. Walczyła o bezpieczny świat, w którym będzie mógł bezpiecznie uczyć się w Hogwarcie, bez konieczności pokonywania bazyliszków, czy brania udziału w niebezpiecznych turniejach. Kidy ponownie spojrzała na zdjęcia, nie odczuła już smutku, tylko wdzięczność.

-Dziękuję dyrektorze – westchnęła zerkając na dyrektora i mrugając szybko by odpędzić łzy napływające do oczu. Dumbledore skinął jej głową.

-Pomyślałem, że chciałabyś je mieć – odparł. O tak, bardzo chciała, a on zaskarbił sobie jej wieczną wdzięczność, tym jednym podarkiem. – I naprawdę Bryony, możesz mi mówić po imieniu. Nie jestem już twoim dyrektorem.

Na te słowa prychnęła. Pierwszy raz zaproponował jej przejście na ty, gdy wracali z Pokoju Życzeń, a ona nie wiedziała jak odpowiedzieć. Przez tyle lat Albus Dumbledore był dyrektorem jej szkoły, nieosiągalnym symbolem wiedzy i mocy czarodziejskiej, że pomysł mówienia mu po imieniu po prostu ją zszokował.

-To raczej trudne dy…Albusie – poprawiła się szybko i parsknęła śmiechem. – Szybko się nie przyzwyczaję.

-Do czego? – spytał wesoło Harry, podchodząc do nich z szerokim uśmiechem na twarzy. Bryony mogła się założyć, że to on wygrał sprzeczkę o sznurowadła.

-Och nic, fraszka – odparł machnąwszy ręką Albus – Twoja mama nalega na nazywanie mnie dyrektorem co, muszę przyznać, sprawia że czuję się staro.

-Cóż, na pocieszenie mogę powiedzieć, że dla mnie wygląda pan młodziej z każdym dniem. – zaśmiał się Harry, któremu również umożliwiono mówiono do Dumbledore'a po imieniu i który nic sobie z tego nie robił. Jego wesołość była jednak zaraźliwa i wkrótce wszyscy troje uśmiechali się szeroko. – Dyrektorze, jak mają się sprawy naszego człowieka?

-Naszego człowieka? – nie zrozumiała Bryony, której nikt nic nie powiedział o żadnym szpiegu dla Zakonu. – Czyli kogo?

-Bardzo dobrze – Dumbledore najwyraźniej zdecydował nie odpowiadać na razie na jej pytanie. Pogładził swoją brodę. – Severus przyszedł do mnie, tak jak mówiłeś. Ale nasza rozmowa wyglądała inaczej niż we wspomnieniu od ciebie.

-Severus? – nie mogła nadziwić się Bree – Severus Snape? On jest po naszej stronie?

-Teraz już tak – przytaknął dyrektor z pełną powagą – Kilka dni temu dostałem od niego sowę z prośbą o spotkanie. Udałem się tam wczoraj w nocy i pozyskałem Severusa dla Zakonu Feniksa. Oczywiście nikt nie może wiedzieć o jego wkładzie w naszą sprawę, ale może okazać się wielką pomocą przy wojnie wywiadów, jaka niechybnie się wywiąże.

-Nie zamierza pan demaskować Pettigrew – domyśliła się Hermiona, która podeszła do nich nie wiadomo kiedy. – Bardziej przyda się panu jeśli będzie dalej współpracował z Voldemortem. Można mu podsuwać fałszywe informacje i korzystać na tym, że jest zdrajcą.

-Dokładnie moja droga! – ucieszył się Dumbledore. – Chętnie opowiedziałbym wam jakie mam plany dla naszego szpicla, ale na to potrzeba czasu, a wy go nie macie. Wasz świstoklik zaraz odchodzi.

Tu wyciągnął z kieszeni stare opakowanie po chipsach i podał je Hermionie. Wszyscy złapali za przedmiot, nie wiedząc kiedy się uruchomi.

-Zabierze was tam gdzie się umawialiśmy. – wyjaśnił starzec. – Uważajcie na siebie i na zawartość tej skrzyni. Merlin jeden wie, co by się stało gdyby trafiła w niepowołane ręce. Będziemy w kontakcie. Acha, musicie wiedzieć, że moi ludzie szukają wioski Little Hangleton i gdy tylko czegoś się dowiem, dam wam znać.

-Dziękujemy za wszystko dyrektorze – odpowiedział Harry, podając Dumbledore'owi dłoń. Uściskali sobie ręce, a potem chłopak zwrócił się w stronę pani Pomfrey, która doprowadzała Skrzydło Szpitalne do porządku po ich wizycie, przestawiając łóżka i zdejmując zaklęcia maskujące, rzucone by chronić ich przed wścibskimi spojrzeniami uczniów. – Pani Pomfrey, bez pani nie dalibyśmy rady.

-Oczywiście, że nie młodzieńcze! – prychnęła pielęgniarka, w wyjątkowo swój sposób, nie odwracając się nawet od parawanu, którym się właśnie zajmowała. – I jeśli się nie mylę jeszcze się zobaczymy nim ta wojna się skończy. Coś mi mówi, że jesteś prawdziwym synem swego ojca, a z nim widywałam się przecież co miesiąc!

W tym momencie uruchomił się świstoklik i pielęgniarka nigdy nie ujrzała zszokowanych min swoich byłych pacjentów. Dumbledore jednak widział i śmiał się w głos, a echo tego śmiechu poniosło się korytarzami Hogwartu budząc Irytka, który przysnął w jakiejś szafce, gdzie schował się przed Krwawym Baronem.