N/A.: Hej. Strasznie, strasznie, strasznie przepraszam za tak ogromną i niewybaczalną obsuwę! Rozdział 23 sprawiał mi kłopoty odkąd zaczęłam go pisać w sierpniu. Próbowałam i próbowałam, ale nie mogłam go ruszyć. A to, że nie miałam czasu porządnie się tym zająć wcale nie pomogło. Wiecie, w tym roku matura i nauczyciele cisną nas straszliwie.

No, ale są Święta i cudowna, siedemnastodniowa przerwa, więc pomyślałam, czemu nie. Wczoraj wieczorem usiadłam i wzięłam się do roboty. I voila, oto kolejny rozdział.

Miłego czytania!


Rozdział 23

-Kim jest? – niewinne pytanie całkowicie go zaskoczyło. Nie wiedział czemu nie wyczuł jej już wcześniej, wiało przecież z dobrej strony i jej zapach musiał dotrzeć do niego już dobrą chwilę wcześniej. A jednak pogrążony w myślach nie zorientował się, że Melody podchodzi go na palcach.

Zerknął na nią przez ramię. Stała tuż za jego plecami i uśmiechała się jakby pozjadała wszystkie rozumy. Bardzo nie lubił, gdy zachowywała się jakby go znała. W końcu co mogła o nim wiedzieć? Nic. Kilka tygodni jakie spędził pomiędzy wilkołakami to nie było wcale tak długo, a wyjątkowo unikał zdradzania szczegółów ze swojego życia przed ucieczką w góry. Nikt nie powinien się domyślić co naprawdę tu robił.

Nie było to trudne, bo większość wilków po prostu go omijała. Nie dziwiło go to, odstawał od pozostałych w dość widoczny sposób. Na swojej drodze zawsze napotykał trudności, ale nie takie jak oni. Miał kochającą rodzinę, przyjaciół. Dzięki Dumbledore'owi mógł się uczyć w Hogwarcie. Im nikt nigdy nie pomógł. Pozostawieni sami sobie musieli nauczyć się przeżyć w górskich odstępach. Jeśli nie upolowali jedzenia to go nie mieli. Jeśli nie uszyli sobie ubrań to chodzili nadzy. Jeśli nie przygotowali się na zimę to marzli. Kiedy zamieszkał wśród nich, musiał zacząć uczyć się żyć tak jak oni. Rzeczy, o których nigdy wcześniej nie myślał nagle stały się dla niego problemami. Nigdy nie narzekał na swoją kondycję, ale jak się okazało nie potrafił rąbać drewna ani tak długo, ani skutecznie jak inni.

-Kto? – odparł pytaniem, naprawdę nie mając pojęcia o co może chodzić dziewczynie. Melody opadła na trawę obok niego i wyciągnęła przed siebie nogi. Daleko, na horyzoncie wschodziło słońce opromieniając wesołym blaskiem las u podnóża klifu, na którym się znajdowali.

-Ta o której ciągle myślisz. Bryony – zaśmiała się wilkołaczka, popatrując na niego spod ciemnych rzęs. Zamarł. Skąd znała Jej imię? Przez dobrych kilkadziesiąt sekund nie mógł zrobić nic, nawet odetchnąć. Nie wiedział jak na to wpadła. – I nawet nie próbuj protestować. Wołasz ją przez sen. Słyszałam.

W jej głosie usłyszał triumf. Westchnął. Śnił o Niej prawie każdej nocy, chyba że był zbyt wycieńczony by śnić o czymkolwiek. Była z nim zawsze. Prześladowała go, na jawie i we śnie. Jej piękna twarz, zielone oczy, uroczy uśmiech. To jak na niego patrzyła, jakby był całym jej światem. Nigdy mu tego nie powiedziała, ale podejrzewał że go kochała. A on potraktował ją jak…jak….pannę złych obyczajów. Kiedyś wydawało mu się, że tylko dzięki temu będzie bezpieczna i szczęśliwa. Dopiero niedawno zrozumiał jak bardzo się pomylił.

Zerknął na Melody i napotkał spojrzenie mądrych, dobrych oczu. Poczuł przemożną chęć powiedzenia jej prawdy, jakby od tego zależało jego życie! Wiedział, że nie powinien, ale…nie miał siły ze sobą walczyć.

-Bryony… - odparł ledwo słyszalnym głosem. Jego usta wykrzywiły się w pełnym bólu grymasie. Nie potrafił spokojnie rozmawiać na ten temat. – To siostra mojej przyjaciółki.

Niesamowita. Mądra, tolerancyjna, czuła. Och, iloma przymiotnikami jeszcze mógłby ją opisać! Bryony była…wszystkim. Jego sercem, jego głosem rozsądku, jego życiem. Wszystkim co kochał i o co walczył. Za kogo walczył. Nawet teraz, kiedy zniknęła już z jego świata.

-Nigdy nie przejmowała się tym, czym jestem – powiedział, nim zdołał się powstrzymać. Słowa wysypywały się z jego ust niekontrolowanie i nim się zorientował już opowiadał wilkołaczce o damie swego serca - Traktowała mnie jak…jak człowieka. Była piękna. Najpiękniejsza w świecie. Włosy o barwie płomieni, oczy zielone niczym liście na wiosnę.

Umilkł, gdyż pochłonęły go wspomnienia. Tak, Bryony była najcudowniejszą kobietą jaką w życiu spotkał. Do końca życia miał pamiętać miękkość jej włosów (godzinami potrafił bawić się rudymi puklami rozsypanymi na poduszce w kompletnym bałaganie, gdy spała), delikatność jej skóry…

-Kochałeś ją?

-Zawsze…

-I co się z nią stało? – spytała cicho Melody pochylając się w stronę mężczyzny. Remusa ogarnął zimny, pozbawiony uczuć śmiech, który przeszedł w krótki szloch.

-Umarła. – odparł głosem wypranym z emocji. – Od samego początku bałem się, że ją skrzywdzę, ale na koniec…to nie byłem ja. Zabili ją Śmierciożercy, poplecznicy Voldemorta.

Jeśli zdziwiło ją to, że wypowiedział imię mrocznego czarnoksiężnika nie dała tego po sobie poznać. Spojrzała na niego tylko, jakby próbowała przeniknąć tarczę jaką otoczył swoje serce po śmierci Bree. Nie miał odwagi napotkać jej wzroku, zapatrzył się więc w przestrzeń przed sobą. Ten klif był jego ulubionym miejscem w tych górach. Tylko tu mógł bez przeszkód pobyć sam i zatopić się w swoich myślach.

-Nie zachowujesz się jakbyś stracił Partnerkę – zauważyła nagle Melody, skutecznie przykuwając jego uwagę. Remus zerknął na nią prędko i pytająco uniósł brwi. Nie miał bladego pojęcia o czym mówiła i szczerze powiedziawszy średnio chciało mu się pytać. Pragnął po prostu by zostawiła go samego. Znów odwrócił się w stronę przepaści i westchnął. Było mu już wszystko jedno. Gdyby nie ta misja od Dumbledore'a…marzyłby tylko o skończeniu jakoś swego żałosnego życia. Jeśli w ten sposób mógłby znów spotkać Bryony warto było zaryzykować. A jeśli nie…cóż, zmiana na gorsze w jego przypadku nie była chyba możliwa.

-Ty nic nie wiesz, co? – zrozumiała nagle dziewczyna, a w jej głosie usłyszał jednocześnie strach i zadziwienie. Nie zaprzątał sobie głowy czemu tak właśnie zareagowała na jego apatię. Nie miał na to siły. – O nas, o wilkołakach?

-Wiem aż nazbyt wiele – burknął pod nosem przypominając sobie każdą pełnię w swoim życiu i ten obezwładniający ból jaki musiał znosić co miesiąc. Przed oczami stanęły mu twarze wszystkich ludzi, którzy bali się go tylko dlatego, że został pogryziony w dzieciństwie. Twarze pełne strachu i obrzydzenia. Jego rodzice, jego biedni rodzice, którzy nigdy nie wybaczyli sobie tego co przydarzyło się ich dziecku.

-A jednocześnie tak mało! – roześmiała się Melody, potrząsając grzywą kruczoczarnych włosów, które wymknęły się ze zwyczajowego warkocza. – Byle szczenię wie więcej niż ty, Remusie! One przynajmniej zdają sobie sprawę z własnych instynktów.

-Słuchanie instynktu kończy się masakrą – warknął. Co miesiąc walczył z całych sił by tylko do tego nie dopuścić. Próbował tłumić wilka, który z nadejściem pełni stawał się coraz potężniejszy i zaczynał przejmować kontrolę. I za każdym razem Remus przegrywał, a jego zwierzęce ja na jedną noc stawało się władcą ich wspólnego ciała. Tym bardziej czynił wszystko by nie dopuścić do podobnej sytuacji w żaden inny dzień.

-Taki jesteś pewny? – Melody uniosła ironicznie brwi. – Twojemu wilkowi na pewno bardzo podoba się takie podejście.

-Mojemu wilkowi? – zdziwił się Remus.

-Twojemu wilkowi – powtórzyła kobieta z rozbawieniem – Wiesz, taki głos, co mówi w twojej głowie. Udziela ci rad, których często nie słuchasz, bo wydają ci się głupie, choć tak naprawdę wcale nie są. Tylko...podchodzą do spraw całkiem inaczej. To co dla ciebie jest trudne, dla nich nigdy nie stanowi problemu. I na odwrót. Wilk wszystko musi skomentować i czasem próbuje ci odebrać kontrolę, szczególnie jak jesteś zły.

-Żartujesz tak? – dopytał się dla świętego spokoju Remus, stwierdziwszy już przed chwilą, że Melody musiała ostatnio zbyt długo przebywać na słońcu by dojść do tak kuriozalnych wniosków i pragnący tylko sprawdzić swoją diagnozę.

-Nie słyszysz go? – kobieta zdziwiła się niepomiernie, co odbiło się na wyrazie jej twarzy i postawie. Coś w jej spojrzeniu sprawiało, że Remus zmienił zdanie. Nie mogła żartować. Nie mogła też być szalona. A to pozostawiało tylko jedną możliwość. Mówiła prawdę. – Nie słyszałam o wilku, który milczy. Selene mówi przez cały czas. Nawet teraz komentuje naszą rozmowę. Przed chwilą na przykład nazwała cię idiotą.

-Selene?

-To moja wilczyca. – Melody uśmiechnęła się, nieco zawstydzona. – Łatwiej nadać im imię. Można oddzielić siebie od nich. To pomaga po pełni szybciej wrócić do swojej świadomości. No i ułatwia rozmowę. Nigdy tak nie robiłeś?

-N…nie – Remus zawahał się nim przemówił, a kiedy już otworzył usta w jego głosie drżała niepewność. – Nie potrzebowałem. Czasem coś brzęczy mi w głowie, ale da się to ignorować.

Melody parsknęła śmiechem i równie prędko spoważniała.

-Ty mówisz serio! – wykrztusiła z trudem. – Naprawdę nigdy…nigdy nie słuchałeś wilka? Ale jak to możliwe?! Przecież, one stale coś mówią! Tego się nie da tak po prostu zignorować. I to tyle lat!

-Cóż – Remus wzruszył ramionami czując się wyjątkowo głupio. Jeśli ona miała rację…to oznaczało, że po pierwsze wiedział znacznie mniej o tym czym był niż sądził. A po drugie, że przez kilkanaście lat ignorował myślącą istotę obecną w swojej głowie. Nie wiedział czy to chwalebne czy raczej wręcz przeciwnie. – Najwyraźniej się da.

-To w takim razie nie możesz wiedzieć zupełnie nic – mruknęła do siebie Melody. – Wilk by ci wyjaśnił, ale tak…Nic dziwnego, że zachowujesz się jak dziecko we mgle. Nasze tradycje muszą wydawać ci się dziwne, co?

Spojrzenie jakim ją obdarzył musiało być wystarczającą odpowiedzią, bo pokiwała ze zrozumieniem głową. Potem przygryzła wargę i pogrążyła się w rozmyślaniach. Przez chwilę Remus ją obserwował, ciekaw jaki plan tworzy się w tej ciemnej głowie. Wkrótce jednak machnął na nią ręką i ponownie zapatrzył się w jaśniejące na wschodzie niebo. Słońce malowało sklepienie na wszelkie odcienie czerwieni i fioletu, wśród których wyróżniał się jeden, tak dobrze mu znany. Dobrze pamiętał ten kolor. Włosy Bryony były właśnie takie. Westchnął i przymknął oczy. Pod powiekami dalej mógł zobaczyć jej piękną twarz, taką jaką widział ją kiedy ostatnio się spotkali.

Półgłówek.

Oczy Remusa otworzyły się nagle, a on sam aż podskoczył kiedy obcy, chrapliwy głos odezwał się tuż obok. Zszokowany, pospiesznie rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu tego kto przemówił. Nie dostrzegł jednak nikogo.

Mówiłem, półgłówek.

Głos brzmiał na zrezygnowany. I wtedy Remus zrozumiał. Melody uświadomiła mu, że wilki mówią do swoich ludzi, więc podświadomie zaczął nasłuchiwać. I usłyszał. Tak brzmiał głos drzemiącej w nim bestii.

Sam jesteś bestia. Prychnął wściekle wilk. Czuję się zaszczycony, że zdecydowałeś się odezwać, po tylu latach.

-Ty jesteś… - Remus zachłystnął się własną śliną, całkowicie otępiały. Choć nie mógł go zobaczyć wyobraził sobie jak wilk wywraca oczami.

Lunatyk, do usług. Odparł posępnie, choć zapewne nie chciał teraz Remusowi oddawać żadnych usług. Chociaż ciebie to i tak nie obchodzi, hmm? Tyle lat nie obchodziło.

-Lunatyk?

Imię jak każde. Spodobało mi się, więc je sobie wziąłem. A skoro je wziąłem to jest moje. A w ogóle, czemu ja z tobą gadam. I tak nie zwrócisz uwagi na ani jedno moje słowo. Ludzie!

To powiedziawszy wilk zamilkł i nie odezwał się już, choć Remus wsłuchiwał się w ciszę. Mężczyzna nie wiedział czy cieszy się z tego powodu czy też nie. To imię…imię przypominające o lepszych czasach, kiedy beztrosko wałęsał się po Hogwarcie razem ze swoimi trzema najlepszymi przyjaciółmi. Jakże tęsknił za tamtym okresem. Wtedy nie było jeszcze mowy o walce ze Śmierciożercami.

Melody zerwała się z ziemi, dekoncentrując go. Pokręcił prędko głową by odegnać myśli o domu, którego nigdy nie będzie miał.

-Chodź ze mną! – rozkazała władczo wyciągając do niego rękę. Po chwili wahania ujął ją i wstał, ciekaw co też wilkołaczka chce mu pokazać. Pociągnęła go w stronę dopiero budzącego się do życia obozowiska, a idąc uśmiechała się nieco maniakalnie. Instynktownie Remus sprawdził czy zaufana różdżka dalej znajduje się na swoim miejscu w jego rękawie.

-Hej Barks! – zawołała za ich plecami jedna z wilkołaczek, niska blondynka, której imienia nie pamiętał. Linda, Lorna, Laura…jakoś tak. Usłyszał je raz i to wypowiedziane bardzo cicho. Nie lubiła obcych. Chyba w ogóle nikogo nie lubiła biorąc pod uwagę jak traktowała wszystkich, którzy próbowali nawiązać z nią jakikolwiek kontakt. Jej cechą charakterystyczną było wściekłe spojrzenie niebieskich oczu i warkot. – Niańką zostałaś?

W jej głosie brzmiała kpina, a na twarzy zapewne malowała się pogarda, ale Melody nie dała się sprowokować i tylko szła dalej, cały czas trzymając Remusa, jakby miał uciec kiedy tylko puści jego dłoń. Nie to żeby coś takiego przyszło mu do głowy. Był ciekawy tego co chciała mu pokazać. Patrząc na jej entuzjazm musiało być to coś bardzo ważnego. Co to mogło być? Chyba musiał być cierpliwy by się dowiedzieć.

Obozowisko rozciągało się na przestrzeni kilkuset metrów, a przebywające w nim wilkołaki stanowiły tylko niewielką część wszystkich zamieszkałych w tych górach. Takich społeczności było w najbliższej okolicy kilka, a każda, nazywana oczywiście watahą, miała swój teren chroniony przed obcymi. Prowadzono tu życie skromne, prawie dzikie. Kto mógł chował się po jaskiniach, ale zdobycie jakieś na własność udawało się tylko najsilniejszym. Słabsi musieli zadowolić się szałasami lub lepiankami, a nawet gołym niebem, jeśli nie potrafili zapewnić sobie nic lepszego.

Tak samo jak w watasze najzwyklejszych w świecie wilków panowała tu ścisła hierarchia, której nikt nawet nie próbował kwestionować. Z tego co Remus wiedział Alfa, przywódca stada był niepokonany, choć podobno wielu próbowało się z nim mierzyć. Jego słowo było prawem. Choć od kilku miesięcy przebywał poza watahą jego poplecznicy utrzymywali wszystko w ryzach i nikt się temu nie dziwił. Oprócz może Remusa, ale on był bardzo nisko na łańcuchu pokarmowym watahy i jego zdanie wcale się nie liczyło.

Melody poprowadziła go przez środek obozu na peryferie, zamieszkiwane przez najsłabszych „członków" stada. Remus jeszcze nigdy tam nie był, nawet on, czyli Nowy znajdował się wyżej w hierarchii od nich. Wyrzutki. Tacy, z którymi nikt nie chciał mieć do czynienia.

-Remus… - odezwała się Melody, przystając nagle, nim oficjalnie wkroczyli na ich teren. Miała tajemniczą minę. – Nic o nas nie wiesz, hmm? Nie wiesz, kim dla wilka jest Partnerka.

-Już to ustaliliśmy – Lupin przytaknął.

-Parter albo Parterka – Melody zawahała się, nie wiedząc jak to wyjaśnić - to istota ci przeznaczona. Twoja druga połówka. Kiedy ją spotykasz wiesz, że to Ta. Życie mógłbyś za nią oddać, jeśli to zapewni jej szczęście. To jak…miłość od pierwszego wejrzenia, tylko tysiąckroć silniejsze.

-Nie istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia – zaprotestował Remus, choć coś w jego głowie zaprzeczało temu twierdzeniu. Niechciane wspomnienie pojawiło mu się przed oczami. Ślub Lily i Jamesa, Bryony w sukni druhny, piękniejsza niż wszystko co w życiu widział. Zamrugał szybko by odpędzić ten obraz.

Melody wzruszyła ramionami.

-Zdania na ten temat są podzielone. – powiedziała z półuśmiechem. – Ale nie o tym teraz. Racja, ludzie wielokrotnie zmieniają parterów, ale z nami wilkołakami jest inaczej. Wilk wie, kiedy spotyka odpowiednią osobę. Zwykle to oznacza, że ty też o tym wiesz, ale w twoim przypadku…Różnie może być.

-Czyli twierdzisz, że Bryony nie była mi przeznaczona? – prychnął sarkastycznie Remus, jego oczy błysnęły gniewnie. - To…pocieszające. Nie żyje, ale co z tego? Przecież prędzej czy później poznam tą Jedną jedyną i zaraz o niej zapomnę.

-Wcale tak nie twierdzę! – Melody energicznie potrząsnęła głową. – Wręcz przeciwnie, sądzę że…A z resztą, zaraz sam zrozumiesz. Chodź.

I poszedł za nią, tam gdzie odradzano mu chodzić. Tu nie było chatek, ani lepianek, ani nawet szałasów. Wilkołaki i wilkołaczki spali na gołej ziemi, w ubrania podartych niewyobrażalnie i brudnych do tego stopnia, że nie dało się odróżnić ich koloru. Ubłocone, schorowane twarze otaczały go ze wszystkich stron. Przechodził koło nich, a oni nie reagowali, choć oczy niektórych były otwarte. Oczy, puste, patrzące w dal. Usta poruszały się, wymawiając coś bezgłośnie. Wszędzie gdzie spojrzał taki sam schemat.

Melody kucnęła przy mężczyźnie siedzącym tuż przy ścieżce. Nie zareagował kiedy położyła mu dłoń na ramieniu. Patrzył w jakiś odległy punkt, ale nie widział zupełnie nic. Miał kredowobiałą twarz, zapadnięte oczy. Jego włosy były cienkie i pokryte błotem.

-Jason… - choć mówiła szeptem Remus usłyszał głos Melody. – Jak się masz?

-Ai…mee. – imię kobiety brzmiało jak modlitwa na jego spierzchniętych ustach - Widziałaś j…ją? Ni…nic jej nie jest?

Kobieta zerknęła przez ramię na Remusa i uśmiechnęła się. Jej oczy błyszczały nienaturalnie, zwiastując tłumione łzy. Szybko odwróciła się do wilkołaka na ziemi.

-Na pewno nie. – powiedziała cicho, głosem pełnym emocji. Poklepała go po ramieniu, czego nie zauważył. – Trzymaj się Jay.

-Aimee – powtórzył tylko, kiedy prostowała się i cofała powoli, by go nie spłoszyć. Szybkim ruchem ręki otarła oczy, nim Remus mógł dostrzec łzy.

-Jason był w watasze, kiedy po raz pierwszy tu trafiłam. – powiedziała wpychając dłonie do kieszeni - On i jego Partnerka, Aimee…można powiedzieć, że zaopiekowali się mną, wprowadzili w ten świat. Była niezwykła. Czuła i ciepła, jak niewielu tutaj. Ale podpadła tym na górze. Jay nigdy się nie otrząsnął. I nie otrząśnie. Była jego życiem, jego sercem. Rozumiesz?

Remus nie odpowiedział. Zamiast tego rozejrzał się. Jason nie był jedyny. Takich jak on siedziało tu więcej. W porównaniu z cały stadem może niewielu, ale to nie miało znaczenia.

Spuścił wzrok i przymknął oczy.

-Oni wszyscy – Melody pokazała dookoła – Stracili Partnerów i Partnerki. I nie potrafią dalej żyć. Sądzę, że…Bryony była twoją Partnerką. Wilk zawsze wie co się dzieje z jego drugą połówką. Czuje kiedy jest zagrożona. A gdy umiera, pęka jego serce. Ale ty nie zachowujesz się jak oni. To może świadczyć tylko o jednym. Ja to wiem i twój wilk też. Tylko ty jeszcze wątpisz, bo to wbrew logice, którą tak lubisz. Twoja Bryony żyje.


Lord Voldemort czuł, że coś jest nie tak. Nie miał na to żadnych dowodów. Tak naprawdę nie było nawet, żadnych powodów do zaniepokojenia. Z pozoru wszystko szło jak powinno. Nawet żaden z jego sług bardzo się nie zbłaźnił w ostatnim miesiącu. Misje nie były wypełniane. Z wyjątkiem tego fiasca ze zdrajcami krwi, McKinnonami. To go rozzłościło. Jak można było nie wykonać tak prostego zadania? Ku swemu rozdrażnieniu nie mógł nawet ukarać winowajców, bowiem żaden z nich nie wrócił. Szpiedzy w Ministerstwie donosili, że na dniach zostaną skazani na Azkaban. W związku z tym dostało się komuś innemu, to akurat bez znaczenia. Dementorzy, nad którymi już dawno przejął kontrolę, szaleli. Armia Inferiusów rosła w siłę z każdym dniem i każdym mugolem, którego się pozbywali jego Śmierciożercy. A mimo to…coś mu nie pasowało.

Aktualnie miotał się po swoich komnatach w Dworze Lastrange'ów, gdzie od jakiegoś czasu rezydował. Co kilka miesięcy zmieniał miejsce pobytu, po prostu przenosił się do posiadłości kolejnego ze swoich sług. Pokoje były oczywiście umeblowane z największą starannością. nie oszczędzano na detalach. Tak samo jak inni jego zwolennicy, Lastrange'owie byli bardzo starym, czystokrwistym rodem o nieskończonych funduszach.

Bose stopy czarnoksiężnika nie czyniły żadnego dźwięku na marmurowej posadzce. To było jak przeczucie, a on nie miewał przeczuć. Takie rozumowanie skierowało go do jedynego możliwego wytłumaczenia. Tu chodziło o coś innego niż plany, o coś znacznie ważniejszego. Horkruksy. Nie miał wątpliwości, że wszystkie nadal istniały, czuł je. Ale coś się z nimi stało… Tylko co?

Oczywiście, wszystkie te domysły były idiotycznie. Kto mógłby zagrozić częściom jego czarnej duszy, skoro nikt nie wiedział, że Voldemort w ogóle ją podzielił? Ten stary wieprz Slughorn na pewno się nie wygadał, za bardzo się bał i wstydził swoich słów. A nikt inny nawet nie podejrzewał, że grzeczny Tom Marvolo Riddle mógłby zrobić coś tak potwornego.

Voldemort uśmiechnął się złośliwie. Czasami bardzo chciał cisnąć Dumblowi swoim poprzednim nazwiskiem w twarz, tylko po by ujrzeć jego minę. Jak mógł zareagować ten stetryczały piernik na wiadomość, że sam pokazał czarodziejski świat osobie, która teraz zsyłała na niego nieszczęście za nieszczęściem?

W każdym razie coś należało zrobić. Potężne zaklęcia chroniły każdy horkruks, ale coś mu mówiło, że to nie wystarczy, jeśli ktoś zaprze się by do nich dotrzeć. Co samo w sobie było irracjonalne bo kto niby mógł wiedzieć gdzie się znajdują? Ale dodatkowa ochrona nie mogła zaszkodzić.

Tak postanowiwszy ruszył do drzwi. O mało nie wyleciały z zawiasów, gdy pchnął je z całej siły. Zmierzył spojrzeniem Śmierciożercę stojącego na straży tuż obok (to się tylko tak nazywało, w rzeczywistości był chłopcem na posyłki). Chłopak trząsł się ze strachu, nie to żeby było w tym coś dziwnego. Wzbudzał w swoim panu niesmak, dlatego Voldemort tylko wydął wargi w obrzydliwym grymasie i syknął z zawsze obecną furią:

-Wezwij Greybacka.


N/A.: Jeszcze słowo na koniec. Dziękuję za wszystkie komentarze i wsparcie jakim mnie obdarzyliście. Na kolejne będę już odpowiadać tak jak wcześniej. Następny rozdział w tym tygodniu. Jak Święta to Święta.

PS. Ukłony dla Trisomii. Mam nadzieję, że zauważyłaś swoją postać. Jeszcze powróci, obiecuję.