Witajcie! Dziękuję za Wasze wsparcie. Przypominam, że dalej istnieje możliwość podsyłania mi pomysłów na OC, które z pewnością zostaną wykorzystane. Można to robić poprzez komentarze lub prywatne wiadomości, co wolicie.
finflon: Cieszę się, że Ci się podobał zarówno ten jak i poprzedni rozdział. Dzięki wielkie za nieustające wsparcie mimo ostatniego spóźnienia, dla takich czytelników warto pisać.
A teraz zapraszam do zabawy!
Rozdział 24
Syriusz Black powoli sączył swoją Ognistą Whiskey. Alkohol świetnie działał na jego przemarznięte kończyny. Ostatnie kilka godzin spędził na dworze, a styczeń był w tym roku wyjątkowo chłodny. Ach te patrole dla Moody'ego, jak on je uwielbiał. Sterczenie na mieście przez pół dnia, jak jakiś kołek, tylko dlatego, że mogą się tam pojawić Śmierciożercy. Oczywiście nikt się nie pojawił. A Syriusz nienawidził czekać, szczególnie bezsensownie. Jakby jego życie nie było wystarczająco popaprane.
Pociagnął kolejny łyk ze szklanki i gardło zapiekło go, gdy przełykał. Powinien w sumie iść do domu, albo przynajmniej do Rogacza, ale jakoś nie miał ochoty. Ten raz chciał się spokojnie upić w samotności. Czuł się jakby wszystkie uczucia tłumione przez ostatni miesiąc, od śmierci małej Bree nagle go dopadły z pełną siłą. A już tak miał, że najlepiej radził sobie z tymi sentymentalnymi bredniami jak się napił. Dlatego siedział w dość czystym barze, dość blisko Pokątnej i pił szklankę Ognistej za szklanką.
Żeby nie być źle zrozumianym, Syriusz nie był bez serca. Już samo to, że przydzielono go do Gryffindoru miast, jak wszystkich innych Blacków do Slytherinu o tym świadczyło. Kochał, nienawidził, cierpiał. Ale miał kłopoty z okazywaniem tego. Dom rodzinny niezbyt przygotował go do informowania wszystkich naokoło jak się czuje. Matka nie była w stosunku do niego zbyt wylewna (Regulus otrzymywał zupełnie inne traktowanie), ojciec natomiast w ogóle nic nie czuł. A przynajmniej tak podejrzewał Syriusz, który do jedenastego roku życia widywał go rzadko, a potem tylko coraz rzadziej, by ostatecznie uciec z domu przed szóstą klasą i zamieszkać u Potterów. W przeciągu kilku lat jakie u nich spędził nie udało mu się nadrobić straconego czasu, mimo że Dorea nigdy nie ukrywała, że kocha go jak syna. Dzięki niej i jej mężowi poznał co znaczy miłość rodzicielska.
W szkole miał przyjaciół. Byli Huncwoci, jego bracia. Bez nich nie miałby po co żyć. Zaakceptowali go nie patrząc na nazwisko i wychowanie. Wybaczyli mu tamtą dziecinadę ze Snapem w szóstej klasie. Zawsze mógł na nich liczyć, nawet jeśli (jak zwykle) zachowywał się jak ostatni dureń. Była Lily, która choć dość sztywna (przynajmniej póki nie zaczęła spotykać się z Rogaczem) zawsze zachowywała się fair i jeśli zaszła konieczność potrafiła miotnąć porządnym zaklęciem. No i mała Bree. Może to i dziwne, ale drobna rudowłosa dzieweczka zawsze zajmowała specjalne miejsce w jego sercu. Szczególnie gdy okazało się, że na miotle wywija jak szatan i potrafi wpaść na pomysły takich psot, które nawet Huncwotom się nie śniły. I to wszystko przy zachowaniu maski idealnej uczennicy i siostrzyczki. Za uroczą buzią krył się umysł geniusza, a kiedy w jej oczach zaczynały lśnić drapieżne ogniki wszyscy wiedzieli, że zaraz uraczy ich planem godnym jednego z nich. Ale…ale te zielone oczy już nigdy nie miały zalśnić. Bryony nigdy nie miała wysłać w jego stronę swojego słynnego karcącego spojrzenia jakie otrzymywał zawsze, gdy zaczynał żartować z jej nieistniejącego życia osobistego. Nigdy nigdy nigdy. Bryony była martwa. Choć nie znaleźli jej ciała, nikt w zakonie w to nie wątpił. Gdyby przeżyła, skontaktowałaby się z nimi. Znalazła by sposób, na pewno. A tu minął miesiąc i nic. Dziewczyna, która pozwoliła mu zaznać… radości posiadania prawdziwego, kochającego rodzeństwa. Umarła.
Ale zakochanie…to dalej było dla niego tajemnicą. W szkole miewał wiele dziewczyn. Krótkie, nic nieznaczące związki, o którym szybko zapominał na rzecz następnych. Czym były kobiety? Mógł ich mieć na pęczki. Przyjaźń zawsze była dla niego ważniejsza. Dlatego też nigdy nie doszło między nim i pozostałymi chłopakami do żadnych konfliktów na tym gruncie. Tyle że, ostatnio…była taka jedna…
Znali się prawie dziesięć lat, przez siedem byli w tym samym domu, grali razem w drużynie Quiddicha. Kłócili tak zażarcie, że ktoś mógłby pomyśleć, iż nienawidzą się szczerze. Ale jakoś tak się działo, że po kilku godzinach byli już pogodzeni i gotowi do kolejnej sprzeczki, jakby obojgu sprawiały one radość. Był w niej prawdziwie gryfoński ogień i Syriusz, po dzieciństwie w legowisku węży lgnął do tego płomienia niczym ćma.
A teraz chciano ją zabić. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej, w noc Sylwestrową Śmierciożercy zaatakowali jej dom. Wolał nie myśleć, co by się stało gdyby Dumbledore nie wpadł na pomysł z imprezą dla członków Zakonu. Tak niewiele brakowało…Gdyby nie to przyjęcie byliby w domu sami. Marlena, jej rodzice i rodzeństwo, z którego tylko najstarszy chłopiec potrafił walczyć i to niezbyt dobrze. Czworo przeciwko piętnastu Śmieciożercom (tak ich czasem nazywali z Jamesem). Praktycznie bez szans.
Zimny dreszcz przebiegł po plecach mężczyzny, gdy pomyślał co mogłoby się stać, gdyby ponad połowa Zakonu nie stawiła się tamtego wieczoru w domu McKinnonów i razem nie odparła ataku, dotkliwie raniąc siedmiu napastników, zabijając jednego (przypadkowo) i ogłuszając pozostałych. A ponieważ tak się złożyło, że na przyjęciu było właśnie czterech czy pięciu Aurorów mroczni czarnoksiężnicy szybko trafili do cel w Ministerstwie, które w kilka dni później zamienili na Azkaban.
Ale dla Syriusza to nie miało znaczenia. Pewnie, że chciał by ci zwyrodnialcy zgnili w więzieniu, ale wtedy, w pierwszych godzinach Nowego Roku o wiele ważniejsza była dla niego Marlena. Była w szoku, w to nie wątpił. Stała pośród zgliszczy swojego rodzinnego domu, a twarz miała pustą, oczy zapatrzone w dal. Z całego serca pragnął wziąć ją w ramiona i nie puszczać. Z tym że miał na karku Moody'ego (skąd ten wziął się na imprezie nikt nie mógł dojść), który już wydawał swoim podwładnym rozkazy. Czy chciał czy nie młody Black musiał udać się z nim do Ministerstwa jako eskorta pojmanych Śmierciożerców. A gdy wrócił Marlena już się opanowała i teraz z ferworem pomagała w opatrywaniu rannych i przenoszeniu ich w bezpieczne miejsce. Nie potrzebowała jego wsparcia, choć on dalej wiele by oddał by przycisnąć ją do siebie i przekonać się, że naprawdę nic się jej nie stało.
A to był tylko czubek góry lodowej. Na sercu młodzieńca ciążyła jeszcze jedna sprawa. O wiele poważniejsza. Do końca życia miał zapamiętać tamten nagłówek. Tajemnicza śmierć arystokraty. Artykuł pod spodem mógł bez problemu cały zacytować. Tyle razy go przeczytał nie wierząc w to co widzi, że aż nauczył się go słowo po słowie. Jego brat, Regulus nie żył. Został znaleziony w noc sylwestrową, możliwe że w tym samym czasie kiedy Syriusz walczył ze Śmieciożercami na progu rodzinnego domu. Przez ich uroczą matkę, Walburgę Black. Zamordowano go klątwą uśmiercającą. Tak po prostu. Syriusz liczył się z taką możliwością. Od dawna wiedział, że jego młodszy brat wpadł po uszy w dość parszywe towarzystwo. Jeszcze w szkole szczeniak za dużo czasu spędzał z ludźmi takimi jak Avery czy Mulciber, a przy tendencjach rodziny starszy z braci wcale nie zdziwiłby się gdyby w końcu przystąpił do armii Voldemorta. Liczył się nawet z koniecznością zmierzenia się kiedyś z Regulusem, twarzą w twarz. Ale nic nie mogło go przygotować na swoją reakcję na wiadomość, że jego brat nie żyje.
Regulus był…przez wiele lat był jego jedynym przyjacielem. Tylko on sprawiał, że Syriusz nie zwariował przez te jedenaście pierwszych lat, które musiał spędzić na Grimmauld. Tylko dla niego wracał na wakacje w to miejsce, bo nie miał serca zostawiać brata samego tam, podczas gdy on świetnie bawiłby się u Potterów (mimo że na tym etapie Reg był już irytującym małym kretynem). I tylko tego, że go zostawił żałował po ucieczce. On nawiał, zostawił to wszystko za sobą. Regulus…Regulus nie miał takiego szczęścia. I zapłacił za to głupek. Słono zapłacił. Syriusz nie miał wątpliwości, że sam nigdy by się nie zdecydował na przyłączenie się do wariata takiego jak Voldemort. Może i młody miał zbyt duże ego i odziedziczył arogancję Blacków (Łapa nie zaprzeczał, że i on dostał swoją część tej akurat rodzinnej cechy), ale nie był durniem. Ani mordercą. Przynajmniej taką Syriusz miał nadzieję, gdyż niestety od czterech lat nie utrzymywał z bratem kontaktu. A i wcześniej, odkąd trafili do różnych domów, było między nimi źle.
A mimo to starszy z braci poszedł na pogrzeb młodszego. Nie mógł tego opuścić. Poszedł jako Łapa, by nikt go nie rozpoznał. Na cmentarzu nie było wiele osób, tak zwani przyjaciele porzucili Regulusa w ostatniej wędrówce. Malfoyowie pojawili się chyba tylko ze względu na Narcyzę, która od kilku lat była żoną Lucjusza. Lastrange jednak mimo podobnego sojuszu z Blackami nie mieli skrupułów i całkowicie zignorowali zaproszenie. Stąd pojawiło się u Syriusza podejrzenie, że Regulus zrobił przed śmiercią coś przez co wpadł w niełaskę rodów czystej krwi. Podpadł Voldemortowi. I pewnie dlatego zginął. Wiedział, że nie powinien go żałować, że w ten sposób liczba Śmierciożerców spadła choć o jeden. Ale nie potrafił To był w końcu jego brat. Głupi bo głupi, ale brat. W dzieciństwie dokuczali sobie, czasem się bili, ale kiedy przychodziło co do czego stawali za sobą murem. Jeśli razem psocili, to i razem odbywali karę.
Raz na przykład Regulusowi przyszło do głowy, że bardzo zabawnie będzie podrzucić do pokoju rodziców kilka gnomów z ogródka (Stworek nigdy nie radził sobie zbyt dobrze z odgnomianiem maleńkiego poletka trawy za domem). Syriusz miał wtedy z dziewięć lat, co by dawało Regowi siedem. Pomysł oczywiście został szybko podchwycony. Z dostaniem się do pokoju rodziców nie było większego problemu, ale jak złapać stworzonka? Stwierdzili, że sami je złapią. W nocy, bo w ten sposób nie zostaną zauważeni. Matka złapała ich dwie godziny po rozpoczęciu operacji, ubabranych w ziemi po same uszy. Nie złapali oczywiście nic. Syriusz parsknął śmiechem na wspomnienie jej miny. Lanie, które nastąpiło potem wcale nie było zabawne.
-Za ciebie i twoje idiotyczne pomysły Reg – wzniósł toast kolejną pełną szklanką. Nie wiedział, która to z kolei, nie liczył. Czy to zresztą miało jakieś znaczenie? Nie sądził.
-Wiedziałam, że jesteś zdrowo szurnięty, ale żeby aż tak…? – rozległ się nagle głos tuż za jego plecami. Syriusz znał go bardzo dobrze, dlatego odprężył się, choć jego pierwszą reakcją było sięgnięcie po różdżkę. - Fiu fiu fiu, przydałby się panu specjalista panie Black.
-A pani kurs „Jak zostawiać ludzi w spokoju z ich drinkami" panno McKinnon – wbrew sobie Syriusz się uśmiechnął i zerknął na nią przez ramię.
Była oczywiście zachwycająca. Wysoka i długonoga mogłaby z pewnością zostać modelką (żadna z nich zdaniem Syriusza nie dostawała jej do pięt!), ale ona wymarzyła sobie, że będzie zawodowo grać w Quiddicha. Młody Black nie wątpił, że mogła spełnić ten sen. Na miotle była nie do pokonania, istny wicher. A do pętli trafiała zawsze, bez względu na umiejętności obrońcy. Przy tym odznaczała się taką pięknością, że pozostali zawodnicy mieli problemy ze skupieniem się w jej towarzystwie. Cóż, Syriusz miał. Długie, jasne włosy sięgały jej do połowy pleców. Zwykle nosiła je rozpuszczone, natomiast do gry związywała w gruby warkocz, który zawsze chłopaka fascynował. Oczy miała niebieskie niczym najczystsze niebo (wiedział, jak dziwnie poetycko to brzmi i naprawdę się tym nie przejmował). Twarz szczupłą o dość ostrych rysach, przez co czasem, szczególnie gdy się złościła wyglądała jak dzika kotka.
-Rogacz powiedział, że znajdę cię albo w mieszkaniu, albo tutaj – powiedziała sadowiąc się na stołku przy barze, obok niego. Gdy to czyniła jej spódnica podjechała nieco do góry, ukazując mu kawałek zgrabnego uda. Przełknął nieco nerwowo ślinę.
-No i znalazłaś – mruknął, wzruszając ramionami – Napijesz się?
Wskazał jej butelkę, którą barman zostawił przed nim na specjalne życzenie. Marlena obrzuciła ją zniesmaczonym spojrzeniem i pokręciła przecząco głową, uroczo marszcząc nosek. Przez szum zamroczenia w głowie (nawet nie wiedział, kiedy doprowadził się do takiego stanu) Syriusz pomyślał, że wygląda teraz niezwykle kusząco.
-Nie i ty też nie powinieneś – prychnęła, odrzucając włosy za ramię i odbierając mu butelkę, z której już chciał pociągnąć kolejny łyk. -Co ty tu robisz Syriuszu? – spytała z troską, kładąc dłoń na jego przedramieniu. Wywołało to efekt zupełnie inny od zamierzonego, bowiem mężczyzna miast się rozluźnił poczuł się spięty, jak z resztą zawsze gdy go dotykała. – Myślałam, że upijasz się tylko z Jamesem?
-Mhm – mruknął on w odpowiedzi. Nie chciał mówić nic więcej, ale kiedy tak na niego patrzyła szeroko otwartymi oczami, serce mu topniało. – Rogacz by nie zrozumiał.
-To powiedz mi – zaproponowała cicho – Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko.
-To nie takie proste. – westchnął z żalem. – Wszystko co się ostatnio dzieje…Bryony. To już miesiąc.
-Wiem…Lily jest w strasznym stanie – szepnęła dziewczyna, przeczesując włosy palcami. Była bliską przyjaciółką Lily, a i małą Bree znała całkiem dobrze i lubiła. – Ale to nie wszystko, prawda?
-Atak na twoją rodzinę… - przyznał ze wstydem. – To tylko pokazuje, że ledwo chronimy sami siebie, jak mamy uratować świat?!
-Jakoś sobie poradziliśmy w Sylwestra – odparła, tężejąc. Zauważył to i przeklął się w myślach. Nie chciał by przypomniała sobie o tamtej nocy. Ale oczywiście musiał wypaplać wszystko. Kretyn! – I nie uwierzę, że siedzisz tu w takim stanie tylko z powodu jednej napaści. Nie ty, wielki Auror Black!
Uśmiechnął się, choć z przymusem. Robiła co mogła i to nie była jej wina, że tego akurat wieczoru nie miał najmniejszej ochoty na pogawędki z kimkolwiek. Może dlatego tak bardzo się zdziwił, gdy usłyszał swój głos.
-Regulus…Regulusowi nie mogłem pomóc – wymsknęło mu się nim zdołał się powstrzymać.. Od razu zrozumiała. Szczerze powiedziawszy dziwiło ją to, że tak spokojnie przyjął wiadomość o śmierci brata, oczekiwała jakiegoś wybuchu. I oto nastąpił.
-Nie mogłeś. – potwierdziła biorąc go za rękę. Wiedział, że to nic nie znaczy, ot przyjacielski gest, ale nie mógł powstrzymać swojego serca przed szybszym zabiciem. – I dlatego nie wolno ci się o to obwiniać. Twój brat podejmował własne decyzje i poniósł ich konsekwencje. Wiesz, że znaleźli Mroczny Znak na jego ramieniu?
-Tak.
-Był jednym z nich. Wiem, że to boli, ale to prawda. – spojrzała na niego ze współczuciem.
-Powinienem był go powstrzymać – mruknął pod nosem – Gdyby wiedział, że może dla mnie liczyć…gdybym wziął go ze sobą…Wszystko skończyłoby się inaczej!
-Nie wiesz tego – odparła Marlena. Ścisnęła jego dłoń. – Często zastanawiamy się co by było gdyby…Co by było gdyby Bryony nie pojechała do Walii? Co by było gdyby Dumbledore nie wpadł na pomysł z przyjęciem noworocznym? Co by było gdyby… Ale to nigdzie nie prowadzi, naprawdę. Możemy się zastanawiać ile chcemy, ale nie zmienimy przeszłości i już.
-Przecież wiem – mruknął Syriusz, tępo wpatrując się w wypolerowany bar. – Ale to nie zmienia faktu, że…Na brodę Merlina, wiesz co chcę powiedzieć! Mogłem go przed tym wszystkim uchronić. Ale tego nie zrobiłem, a on został jednym ze Śmieciożerców. A oni go zabili!
-To możliwe. W każdym razie nikt z naszych nie zgłosił walki. Syriusz, nie wolno ci się zadręczać! – potwierdziła. Wiedział, że się o niego martwi i w jakiś sposób go to nawet cieszyło. Ale nie potrafił tak po prostu zapomnieć! - Strasznie późno, a ty masz jutro robotę. Choć i tak jesteś za bardzo zalany by zwracać na to uwagę. Czemu ja w ogóle z tobą rozmawiam? I tak jutro nic nie będziesz pamiętał! Chodź, odprowadzę cię do domu i położę do łóżka.
To mówiąc wstała i wyciągnęła do niego rękę. Nie mógł się powstrzymać przed szelmowskim uśmiechem, który przez lata podrywania dziewczyn w Hogwarcie stał się jego znakiem rozpoznawczym.
-A zostaniesz w nim ze mną? – rzucił niby od niechcenia.
-Palant! – Marlena zdzieliła go w ramię. Może i uznałby, że jest na niego zła, gdyby nie szeroki uśmiech na jej twarzy. To była taka ich gra. Flirtowali, działali sobie wzajemnie na nerwy i obojgu się to podobało. – Chodź, bo jeszcze tu zaśniesz i co będzie? Szalenie nie chciałaby wzywać Jamesa do pomocy w dociągnięciu do domu twojego nieprzytomnego cielska. Przytyłeś ostatnio, nie?
-Och, ranisz moje serce! – wykrzyknął łapiąc się na pierś, jakby ugodziła go tam niewidzialna włócznia.
-Nie wątpię – odparła sarkastycznie Marlena – Serio, zbierajmy się.
Nie było jak odmówić, więc chcąc nie chcąc Syriusz podniósł się ze stołka i aż zdziwił jak słabe są jego nogi. Gdy tylko spróbował przenieść na nie ciężar ciała ugięły się pod nim i chyba by upadł gdyby nie złapała go jego towarzyszka. Po raz kolejny zdumiał się jej siłą.
-Oj, chyba za dużo wypiłeś! – zaśmiała się obejmując go w pasie i zarzucając jego rękę na ramiona, by się na niej wsparł. – Do łóżka z tobą!
-Skoro sama proponujesz…
-Zamknij się Black, albo cię tu zostawię. – zabrzmiało to jak groźba i pewnie nią było, ale Syriusz jakoś nie wierzył, że dziewczyna naprawdę to zrobi. Nie pasowało to do niej. – I ani się waż czegoś próbować, bo zobaczysz, walnę cię taką klątwą, że się nie pozbierasz!
Jak mógłby się powstrzymać, skoro tak uroczo mu wygrażała?
N/A.: No i poznaliśmy Marlenę, postać niby kanoniczną, ale praktycznie nieopisaną. Dlatego skorzystałam z licencji poetyckiej i znalazłam dla niej miejsce w uniwersum Zwierciadła. Ją i Syriusza w duecie pisze się genialnie, dlatego z pewnością do nich powrócę i poświęcę im jeszcze trochę czasu.
