N/A.: Hej! Wstawiam 25 o dzień wcześniej, bo cały weekend mam zawalony, a nie chcę Was zawieść. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. To coś dla wszystkich fanów Harry'ego i Hermiony.
Miłego czytania!
Odpowiedzi:
Finflon: Problem nie leży w wenie, bo tej mi akurat nie brak. Chodzi raczej o to, że nie mam czasu przysiąść i spisać tego co tworzy się w mojej głowie, bo w szkole masa roboty, a za kilka miesięcy matura. Postaram się jednak i zrobię co mogę by rozdziały się ukazywały.
Harry i Hermionba mają swoje pięć minut właśnie w tym rozdziale, który poświęcony jest tylko i wyłącznie im. Stwierdziłam, że należy im się trochę czasu sam na sam.
Co do Syriusza to uwielbiam go od dzieciństwa, kiedy to po raz pierwszy zatopiłam się w magicznym świecie Pottera. Dlatego nie wyobrażam sobie dla niego innego zakończenia niż szczęśliwe. Co to dokładnie oznacza to się okaże.
Rozdział 25
-Sprowadź więźniów do piwnicy, Greyback! – ten głos…wszystko było takie samo jak wtedy. Znowu była w Dworze Malfoyów, przywiązana do Harry'ego i Rona, a ta scena rozgrywała się identycznie jak wtedy, w rzeczywistości.
Bo to musiał być sen. Racjonalny umysł Hermiony, od razu wytłumaczył jej iż nieprawdopodobnym jest by na powrót się tu znalazła. Tak naprawdę leżała bezpiecznie w swoim łóżku w namiocie. Co nie zmieniało faktu, że była przerażona. Wiedziała, co się zaraz stanie. Aż za dobrze zdawała sobie z tego sprawę i już drżała ze strachu.
-Zaczekaj - powiedziała ostrym tonem Bellatrix uśmiechając się sadystycznie. - Wszystkich oprócz... oprócz tej szlamy.
Greyback zamruczał lubieżnie.
-Nie! - krzyknął Ron. Słodki, dobry Ron, którego nie widziała od takiego czasu. Gdyby nie to, że już dawno zorientowała się, że to tylko sen, jego obecność by ją upewniła. - Weźcie mnie!
Bellatrix wymierzyła mu siarczysty policzek, który rozległ się echem w komnacie.
-Jeśli ona umrze podczas przepytywania, ty będziesz następny. U mnie zdrajcy krwi są zaraz po szlamach. Sprowadź ich na dół, Greyback, i dopilnuj, żeby nie mogli uciec, ale nie waż się zrobić im krzywdy... na razie.
Odrzuciła mu z powrotem różdżkę, a potem spod szaty wyjęła krótki srebrny nóż. Podchodziła do Hermiony tak wolno, że dziewczynie ta chwila wydawała się całymi godzinami strachu i niepewności. W końcu nóż opadł, a razem z nim więzy przywiązujące młodą czarownicę do przyjaciół. Bellatrix chwyciła ją za włosy, ale nie bolało to tak bardzo jak rozłączenie z Harry'm i Ronem, jedynymi źródłami komfortu w tym okrutnym świecie stworzonym przez jej umysł.
Jeszcze nie ucichło echo łoskotu zatrzaskiwanych drzwi, gdy Bellatrix rzuciła pierwsze zaklęcie. Hermiona wiedziała, że to tylko sen, który wkrótce się skończy. Ale ból był tak ogromny, że wkrótce jej umysł nie potrafił już racjonalnie myśleć. Może gdzieś głęboko odróżniała jeszcze fikcję od rzeczywistości, wspomnienie od teraźniejszości, ale dla jej ciała cierpienie było zbyt realne. Nie wiedziała nawet, że to jej własny krzyk gdy umknął jej z ust.
- HERMIONO! HERMIONO! – to był Ron. Jej udręczony umysł ledwo to przyswoił. Ron ją wołał. Jego głos dochodził gdzieś z dołu, spod posadzki, ale był tak przytłumiony, że mogło ich dzielić kilka pięter.
- HERMIONO! HERMIONO!
- Zapytam jeszcze raz! – warknęła Bellatrix, a jej głos zagłuszył rozpaczliwe wrzaski Rona, bo stała znacznie bliżej. Pochyliła się nad Hermioną i jej twarz wypełniła całą jej wizję. - Skąd macie ten miecz? Skąd?!
- Znaleźliśmy go... – wysapała pospiesznie dziewczyna - znaleźliśmy... NIEEE!
Zwierzęcy wrzask wydobył się z jej piersi, gdy kolejne zaklęcie Cruciatus trafiło ją prosto w brzuch.
- Kłamiesz, plugawa szlamo, - ryknęła Lastrange, szaleńczo wymachując różdżką - dobrze o tym wiem! Włamaliście się do mojej skrytki w Banku Gringotta! Powiedz prawdę! Powiedz prawdę!
Szybki ruch nadgarstkiem i ciało Hermiony zapłonęło żywym ogniem, który istniał tylko w jej umyśle. Krzyknęła, a jej wrzask potoczył się echem po marmurowych salach pięknej posiadłości.
- HERMIONO!
- Co jeszcze stamtąd zabraliście? Co jeszcze macie? Mów prawdę, bo, przysięgam, zaraz dźgnę cię nożem!
Ale Hermiona mocno zacisnęła zęby i nie powiedziała nic, choć ból stawał się nie do zniesienia. A potem…potem nóż szalonej czarownicy przeciął skórę na przedramieniu dziewczyny po raz pierwszy z wielu. Oto powoli powstawał tam krwawy napis SZLAMA.
-Co jeszcze zabraliście? Co jeszcze? ODPOWIADAJ! CRUCIO!
- HERMIONO! HERMIOOONOOO!
- Jak się dostaliście do mojej skrytki?! Pomógł wam ten plugawy goblin, który siedzi w lochu na dole?
- Spotkaliśmy go dopiero dziś! - zatkała Hermiona. - Nigdy nie byliśmy w Banku Gringotta! To nie jest prawdziwy miecz, to podróbka! To tylko kopia!
- Kopia?! Och, bo ci uwierzę! - wrzasnęła Bellatrix. Potem były kolejne krzyki, przepytywanie goblina, Gryfka i jeszcze coś, ale Hermiona nie miała siły zwracać na to uwagi. Krew powoli skapywała z jej przedramienia brudząc śnieżnobiałą posadzkę, ciało paliło od klątw
- Dobrze – powiedziała nagle Bellatrix z sadystyczną radością. A potem oznajmiła triumfalnym tonem - A teraz wezwiemy Czarnego Pana!
Podwinęła rękaw i wskazującym palcem dotknęła Mrocznego Znaku.
- I myślę - dodała, jakby po zastanowieniu - że ta szlama nie będzie już nam potrzebna. Greyback, należy do ciebie.
„Zaraz będzie tu Ron" powtarzała sobie dziewczyna. „Zaraz przyjdzie i mnie uratuje. Za moment go zobaczysz i wszystko będzie w porządku."
- NIEEEEEEEEEE!
Tylko, że tym razem Ron nie wpadł do salonu. Drzwi pozostały zamknięte i choć z drugiej strony dobiegały dźwięki wywarzania to ani drgnęły. Greyback oblizał żółte kły i ruszył w jej stronę, a jego oczy lśniły czystym złem…
Hermiona poderwała się z posłania jak z procy, prawie zaplątując się w okrywający ją koc. Tylko cudem udało jej się nie upaść kiedy wyskakiwała z łóżka. Koszmary tej nocy było nad wyraz wyraźne i kolorowe, aż do tego stopnia, że nie mogła tego dłużej znieść. Całe szczęście, że się obudziła! Spadając boleśnie uderzyła kolanem o drewnianą podłogę sypialni i zaklęła z cicha, mając tylko nadzieję, że nikogo nie obudziła. Ale nie.
W łóżku obok najspokojniej w świecie spała Bryony, a jej rude włosy ostro odcinały się od bieli poduszki. Jej czoło znaczyła pionowa zmarszczka, która pojawiała się tam zawsze gdy dziewczyna się czymś martwiła. Znaczyło to, że jej sny także nie są zbyt piękne. Zresztą, które z nich dobrze spało ostatnio? Posłanie Harry'ego natomiast było puste i schludnie zasłane, jakby nikt go nawet nie dotknął. Hermiona nie zdziwiłaby się gdyby tak właśnie się stało. W najlepszym wypadku pospał przez godzinę, dwie a potem obudziły go koszmary, całkiem jak ją.
Ubrała się szybko, mimo ciemności panował bowiem chłód, może nie dotkliwy, ale jednak. Szczerze powiedziawszy narzuciła tylko na siebie za długi sweter, bo spała w długich spodniach, skarpetach i koszulce, więc na razie wystarczało. Na w razie co wzięła ze sobą koc i otulając się nim powędrowała do głównej sali, gdzie spodziewała się znaleźć Harry'ego. I miała rację. Siedział na jednym z wyczarowanych przez Bryony foteli (zrobiła to ponownie po świętach), mocno zamyślony, ze wzrokiem wbitym w punkt przed sobą. Głowę podpierał na zaciśniętej pięści. Ale kiedy tylko usłyszał jej kroki zwrócił się w jej stronę i uśmiechnął lekko.
-To co zwykle? – spytał cicho. Hermiona westchnęła. Miał rację, jak zwykle. To było aż dziwne, jak dobrze ją czytał. Chociaż w sumie można było to przewidzieć, tyle czasu razem spędzili.
-Jakby nie chciała zostawić mnie samej – odparła, przysiadając na brzeżku sąsiedniego fotela, myśląc o Bellatrix, która po prostu nie chciała dać jej spokoju, nawet po swojej śmierci. – Czy to nie kolej Bryony.
Harry lekceważąco machnął ręką.
-Nie mogłem spać, więc czemu mieliśmy oboje tu siedzieć? – mruknął, a przez jego twarz przemknął bolesny grymas. Koszmary musiały dziś być wyjątkowo uciążliwe. Nie myśląc nad tym Hermiona uścisnęła jego dłoń. Jego ręka była zimna, jej zaś gorąca. Splótł ich palce ze sobą i uśmiechnął się do niej. – Nigdy ci nie mówiłem…co się stało w jaskini, z Bryony.
-Nie – powiedziała dziewczyna, nie rozumiejąc jaki to ma związek z obecną sytuacją. – Nie mówiłeś. Myślałam, że to sprawa między tobą a nią. Nic mi do tego.
-Każda moja sprawa, jest i twoją – Harry ścisnął jej dłoń. – Wołała Remusa. Błagała by nie odchodził, by czegoś nie robił. Nie miałem bladego pojęcia o co chodzi, czemu się tak zachowuje Ale nie potrafiłem się wtedy nad tym zastanawiać, bo dookoła roiło się od inferiusów i innej czarnej magii. Potem, w Hogwarcie kiedy usłyszałem jak rzuca się w pościeli i krzyczy wszystko mi się przypomniało. I kiedy się obudziła nie mogłem się powstrzymać i zapytałem.
-Opowiedziała ci? – dopytała się delikatnie Hermiona. Prychnął, a jego usta wygięły się w brzydkim grymasie.
-Tak, niestety. – odparł z miną tak mroczną, że gdyby go nie znała uznałaby, że jest gotów do rękoczynów. Wpatrzyła się w jego twarz szukając odpowiedzi na pytanie co wprowadziło go w taki nastrój. Nie ujrzała zupełnie nic.
-Co się stało Harry? – spytała więc, nie mogąc polegać na swoich obserwacjach. Zerknął na kotarę oddzielającą ich od śpiącej Bryony i wyciągnął z kieszeni różdżkę by rzucić zaklęcie wyciszające.
-Wiesz, że go szanuję. – mruknął pod nosem – Zawsze go szanowałem, tylko wtedy, we Wrzeszczącej Chacie na chwilę zapomniałem ile mu zawdzięczam. Ale teraz…- mocno zacisnął pięści, prawie łamiąc jej palce. – Gdybym go dorwał…utłukł bym jak psa!
Przestraszyła ją gwałtowność z jaką wypowiedział ostatnie zdanie. Gwałtowny gniew zapłonął w jego oczach czyniąc z nich gorejące sadzawki zielonego ognia. Był niewyobrażalnie wściekły, bardziej niż kiedykolwiek. Hermiona nigdy go takim nie widziała. Delikatnie wyszarpnęła dłoń z jego uścisku i ujęła pięść w obie ręce. Wymagało to odrobinę wysiłku, ale w końcu udało jej się nakłonić młodzieńca do rozluźnienia mięśni i rozprostowania palców. Po wewnętrznej stronie dłoni jego paznokcie pozostawiły ślady, dziewczynie wydawało się, że dojrzała kilka kropli krwi, tam gdzie przerwano skórę.
-Co ty mówisz Harry? – szepnęła gorączkowo, przyglądając się rankom. Zaśmiał się gorzko i ujął jej dłonie w swoje.
-Prawdę – odparł ponuro. Jego oczy błysnęły w przytłumionym świetle świecy stojącej na stoliku opodal. Z przerażeniem zrozumiała, że już raz go takim widziała. W czerwcu 1994 roku, we Wrzeszczącej Chacie, kiedy to rzucił się z pięściami na Syriusza Blacka, którego wówczas uważał za mordercę swoich rodziców. Nie wątpiła, że gdyby teraz napotkał Remusa, jego reakcja byłaby podobna. Z tym, że nie miał już trzynastu lat, lecz osiemnaście i doświadczenie bojowe. Wilkołak nie miałby szans.
-Ten… - słów jakimi określił swojego ojca nie należało powtarzać w kulturalnym towarzystwie. Hermiona oniemiała, jeszcze nigdy nie słyszała by Harry używał takiego języka! – potraktował ją jak szmatę!
-Jesteś pewien, że mówimy o tym samym Remusie? – dziewczyna roześmiała się nerwowo, nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. To były poważne oskarżenia i nie wolno mu było rzucać ich bez poparcia dowodami!
-Niestety tak – warknął przez zaciśnięte zęby Harry. A potem, z oczami błyszczącymi wściekłością opowiedział jej wszystko.
Hermiona słuchała z zapartym tchem i nie wiedziała czy dobrze rozumie. Wiele by dała by okazało się, że to tylko jakiś chory żart, że przyjaciel ją wkręca To było po prostu nie do pomyślenia, że Remus mógłby tak postąpić. A jednak Bryony nie kłamała, nie miała po co. Jej wizja po wypiciu eliksiru też świadczyła o prawdziwości opowieści.
Kiedy skończył mówić, Harry wstał raptownie i uwalniając się z jej uścisku wyszedł z namiotu, a ona pozostała na fotelu, z twarzą ukrytą w dłoniach. Setki myśli przewijało się przez jej głowę, a jedna była bardziej niepokojąca od drugiej. „Czemu Remus to zrobił?" należało do najczęstszych. Czy naprawdę traktował tę dziewczynę tylko jako sposób zaspokojenia pewnych, ekhem…potrzeb? Czy był zdolny do takiej podłości? Czy człowiek, którego zawsze szanowała, dla którego postanowiła przemilczeć wstydliwy fakt likantropii…naprawdę potrafił z premedytacją tak skrzywdzić niewinną dziewczynę?
Nagle zrozumiała, że jej to w ogóle nie obchodzi! Oczywiście, będzie miała problem ze spojrzeniem Lupinowi w oczy następnym razem, gdy się spotkają (choć on oczywiście nie będzie wiedział, że to „następny raz"). Ale coś jej mówiło, że człowiek, którego poznała w 1993 roku to nie ten sam młodzik, który siedem miesięcy przed narodzinami Harry'ego złamał serce jego matce. Trzynaście lat dzielących te dwa wydarzenia zmieniły go, uczyniły nowym mężczyzną. Kto wie, może śmierć Bryony też miała w tym swój udział?
Ale to nie było teraz ważne. Liczył się Harry, który przed chwilą wybiegł sam z namiotu, w środku nocy. Wstała szybko by za nim podążyć.
Na dworze było chłodniej niż przypuszczała i Hermiona zadrżała i otuliła się kocem. Jej przyjaciel stał tuż obok wpatrzony w niebo, oczy miał przymknięte. Dziewczyna westchnęła i przygotowała na to co miało nadejść.
-Bardzo ją kochasz, prawda? – zapytała delikatnie, kładąc dłoń na jego ramieniu. Harry odwrócił się do niej i uśmiechnął.
-Jest moją matką – odparł po prostu, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
-To zabawne – mruknęła pod nosem, z szerokim uśmiechem. - przez całe życie nie miałeś mamy, a teraz nagle znalazłeś dwie.
Oboje się roześmiali. Szybko jednak spoważnieli, bo ten temat spowodował, że pomyśleli o wszystkich, których pozostawili tam, po drugiej stronie Zwierciadła. To była ich rodzina, której nigdy już nie mieli zobaczyć. Hermiona poczuła znajome kłucie w sercu.
-Tęsknię za Ronem – wyznała cicho, patrząc w górę. Tej nocy nie można było podziwiać księżyca w pełni, zasnuwały go bowiem ciemne, burzowe chmury. Nie wykluczała, że niedługo znowu zacznie padać śnieg.
Było chłodno, na pewno poniżej zera, co z resztą nikogo nie dziwiło, bo zima w górach chwytała ostrzej niż na nizinach. Dziewczyna bardzo cieszyła się, że dzięki zaklęciom maskującym nie trzeba pełnić warty na zewnątrz. Nie wyobrażała sobie przesiadywania godzinami na pieńku, w takich warunkach. Gdyby nie niezliczona ilość czarów ocieplających i w namiocie nie byłoby zbyt przyjemnie. Na szczęście Bryony okazała się dość dobrze wyedukowana w tym temacie (namiot, w którym obozowali poprzednim razem został już wcześniej przygotowany do niewielkich temperatur, ten jednak należał do Billa i nikt nigdy nie korzystał z niego w zimie).
-Ja też – Harry objął ją ramieniem. Jego głos był cichy, słaby. Wtedy ją to uderzyło. Tak pochłonięta była własnym smutkiem po stracie chłopaka, w którym się zakochała, że całkiem zapomniała o tym co musi przeżywać jej przyjaciel. Dopiero teraz, kiedy patrzyła na jego zmęczoną twarz dotarł do niej rozmiar bólu jaki przeżywał. On też stracił ukochaną osobę. On i Ginny pasowali do siebie idealnie. Oboje silni i zdeterminowani, honorowi, a jednocześnie tak różni. Harry był dość nieśmiały, nie lubił skupiać na sobie uwagi, nienawykły do posiadania rodziny. Ona znosiła spojrzenia bez mrugnięcia okiem, przyzwyczajona do mieszkania w domu pełnym ludzi, którzy się o nią troszczyli. A Ron był jego najlepszym przyjacielem, pierwszym przyjacielem.
-Oj Harry – westchnęła przytulając się do niego. Tego oboje potrzebowali. W jego ramionach było jej ciepło i dobrze. Czuła się bezpiecznie, jakby nikt nie mógł jej tu skrzywdzić. Ani Bellatrix, ani nawet sam Voldemort by jej tu nie dosięgnął.
Harry przycisnął ją do siebie i nieśmiało ucałował czubek jej głowy, skrywając twarz w potarganych włosach, których nie miała ochoty opanowywać po wstaniu. Czasem miał wrażenie, że wszystko dookoła jest tylko złudzeniem, że nie dzieję się naprawdę. W takich chwilach bał się straszliwie, że zaraz obudzi się w zrujnowanym Hogwarcie, po Drugiej Bitwie i będzie musiał wrócić do rzeczywistości i na powrót zmierzyć się ze śmiercią przyjaciół i rodziny. Znów wziąć na siebie tytuł Tego-Który-Pokonał-Voldemorta. Ale ten strach znikał, gdy tylko zbliżał się do Hermiony. Skoro ona tu była, taka wspaniała i dokładnie taka sama jak zawsze to nie miał się czym martwić.
-Tęsknię za nimi wszystkimi – wyznał teraz, cały czas trzymając ją w ramionach i nie puszczając za nic w świecie. Nie wiedział czy potrafiłby to zrobić, nawet gdyby go poprosiła. Nie wiadomo kiedy stała się całym jego światem. Bez niej i Bryony nie potrafiłby chyba dalej walczyć. – Za Ronem i Ginny. Za panią Weasley i jej gotowaniem.
-Za panem Wesleyem i jego pytaniami? – podsunęła dziewczyna z delikatnym uśmiechem. Zaśmiał się i przytaknął.
-Za nim też! Szlag, nawet za Percym! Za Georgem…
-I Fredem – dodała bardzo cicho. Obije aż za dobrze pamiętali martwego bliźniaka leżącego na posadzce w Wielkiej Sali i rodzinę stłoczoną dookoła niego. Potępieńcze krzyki jego matki…
-I Fredem. – zgodził się ponuro – Za Syriuszem. Tonks. Moodym. McGonagall. Za szkołą…za naszym życiem, tym sprzed Voldemorta.
Od razu wyłapała, że pośród ludzi, których wymienił nie było Remusa. Nie wątpiła jednak, że w jakiś sposób Lupin wpisywał się na te listę. Harry był po prostu zbyt wściekły by przyznać się sam przed sobą, że tak naprawdę tęskni za swoim ojcem.
-A jednocześnie nie mogę się doczekać by poznać świat, w którym się znaleźliśmy i ludzi tutaj! – emocjonował się tymczasem młodzieniec - Wiem, że nie powinienem, ale…przez całe życie zastanawiałem się jacy byli. Lily i James Potter. Młody Syriusz. Rany, nawet Remus! A teraz mogę ich poznać! Wreszcie upewnić się, czy te wszystkie historie były prawdziwe.
-I zapewnić im lepszy los – szepnęła Hermiona. Przytaknął i spojrzał w niebo. Pełnia czyniła go emocjonalnym i teraz już wiedział dlaczego.
-To też – przytaknął, a na jego ustach zagości uśmiech, jakże rzadki w ostatnich czasach. Dziewczyna nauczyła się już doceniać każdy, nawet najmniejszy taki promień nadziei na lepsze dni, niewypełnione już wojną i katastrofami. – Musimy go zabić.
-Wiem – przytaknęła Hermiona, wcale nie zdziwiona nagłą zmianą tematu. Akurat ta sprawa cały czas wypełniała umysł Harry'ego bez względu na porę dnia czy nocy, albo jego nastrój. Wiele by dała by zdjąć ten ciężar z jego ramion, szczególnie że dźwigał go już drugi raz, czyli o dwa razy za dużo.
-I to wcześniej niż poprzednim razem – dodał wpatrując się w zachmurzone niebo, jakby rozkazywał księżycowi się pokazać. Uparty satelita nie zamierzał jednak go słuchać i pozostał zakryty. – Nie wolno dopuścić by zginęli niewinni ludzie.
-Ludzie giną każdego dnia Harry – szepnęła dziewczyna, przytulając się do niego mocniej, gdy stężał po jej słowach. Nienawidziła tego co sobie robił. Zadręczał się myśląc, że to wszystko jego wina. Skąd w ogóle taki pomysł? Czy to on atakował tych ludzi? Nie! Czy to jego ręka rzucała zaklęcia niewybaczalne? Nie! I jeszcze raz nie! Nie był winny i wszyscy dookoła to wiedzieli. Oprócz niego samego. – Nie możemy uratować każdego.
-Ale możemy próbować – mruknął pod nosem. Uśmiechnęła się. Taki właśnie był. Dobry ponad wszelką miarę, aż do samo destrukcji. Najchętniej spędzałby cały swój czas ratując świat, nie marnując go na sen czy posiłki. Czasem zastanawiała się czy naprawdę nie cierpiał na jakiś kompleks bohatera.
-Możemy. – potwierdziła. – I spróbujemy Harry. Obiecuję ci to. A Voldemort…W końcu już raz go załatwiłeś, nie? Co to dla ciebie!
-Załatwiliśmy Hermiono – uśmiechnął się do niej psotnie, jak prawdziwy syn Huncwota. Nagle zrobiło jej się ciepło mimo niskiej temperatury na zewnątrz namiotu. – Bez was nic by nie wyszło. Bez ciebie nic by nie wyszło.
-Bez przesady – roześmiała się speszona, jego słowami i tym jak blisko znalazły się ich twarze podczas ich rozmowy. – Ja to książki i wiedza. To ty umarłeś za nas wszystkich.
-Gdyby nie ty, nie miałbym siły by wejść wtedy do Zakazanego Lasu – przyznał tak cicho, że prawie tego nie dosłyszała, wprawiając ją w osłupienie. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie miała bladego pojęcia co powiedzieć, a na jej policzki wypłynęły ogromne rumieńce.
A Harry tylko stał i patrzył na nią, a w jego zielonych oczach płonął ogień.
N/A.: Nie wiem jak to będzie z 26 rozdziałem, ale mogę obiecać ONE-SHOT z Remusem i Bryony za tydzień. Stwierdziłam, że w tym opowiadaniu brakuje interakcji między nimi i postanowiłam to naprawić. Po prawdzie miał to być fick halloweenowy, ale trochę się z nim spóźniłam. Sorry
