Witajcie. W tym tygodniu nowy rozdział, z którego jestem dumna, powstawał bowiem długo i na początku myślałam, że z nim nie zdążę. Ale udało się, na szczęście i oto jest. Pierwsza połowa - specjalnie dla fanów Lunatyka. Zapraszam.
Odpowiedzi:
Rome: Dzięki za komentarz, to naprawdę wiele znaczy, szczególnie jeśli ktoś ma czas pisać tylko w weekendy, w późnych godzinach nocnych. Mam nadzieję, że jeszcze od Ciebie usłyszę.
Rozdział 26
Lunatyk miał serdecznie dość zachowania swojego człowieka. Ze swej klatki w mrocznych zakamarkach jego umysłu, z której uwalniał go tylko jasny blask księżyca w pełni, mógł tylko patrzeć jak jego nieszczęsne alter-ego z uporem godnym lepszej sprawy niszczy sobie życie. I to w imię czego? Dziwnie pojętej przyzwoitości? Jakiś masochistycznych pobudek? Naprawdę, wilk tego nie rozumiał. A że człowiek robił to inteligentnie to jeszcze gorzej, bo w ten sposób zmniejszał Lunatykowi możliwość ingerencji i tak już ograniczoną. Przejawem geniuszu było wyznaczenie tamtej fatalnej rozmowy na nów. Gdyby nie to…ach, gdyby nie to wilk nie pozwoliłby tym przeklętym słowom opuścić jego ust! Może i ten Człowiek-Idiota chciał się męczyć, ale Lunatyk zrobiłby wszystko by zatrzymać przy sobie Dziewczynę-Partnerkę!
Należała do niego od dnia gdy po raz pierwszy ją zobaczył, wtedy na peronie gdzie odprowadzała siostrę na pociąg do Hogwartu. Bardzo rzadko wilki łączą się w pary z ludźmi, ale dla Lunatyka to właśnie było naturalne. Zrozumiał to wprawdzie dopiero rok później, kiedy to wreszcie poczuł jej zapach, ale już wcześniej podejrzewał…że to ona. Nawet gdyby chciał nie potrafił wyobrazić sobie siebie z inną. To była ta jedyna, jak to określają ludzie. Choć ich koncept doboru partnerek życiowych zdawał mu się dość śmieszny. Jak można najpierw przysięgać wieczność jednej samicy, a zaraz potem zmieniać obiekt swoich uczuć i powtarzać procedurę? Obrzydliwe. Gdy wilk spotykał swoją Partnerkę pozostawał przy niej do końca życia. A jeśli odeszła przedwcześnie…cóż, pozostawało mu egzystować, tęskniąc za nią każdego dnia i każdej nocy do końca żałosnego życia.
Wszystko to Lunatyk wiedział, kiedy po raz pierwszy napotkał małą Bryony Evans. Ale nie działał. Może i był zwierzęciem, ale nie głupim. Zdawał sobie sprawę z tego, że musi poczekać. I robił to, choć niecierpliwie, jednocześnie walcząc z oporami swojego człowieka. A gdy nadeszła odpowiednia chwila był gotów by uderzyć.
Księżyc dodawał mu sił do radzenia sobie z alter-egiem, choć trzeba przyznać, że ten nie bronił się zbytnio. Owszem, miał swoje opory i przez pewien czas Lunatyk nawet je respektował, mimo że wydawały mu się irracjonalne. Można nawet powiedzieć, że go bawiły. Ślub przed ostatecznym oznaczeniem Dziewczyny-Partnerki jako ich własności, co za bzdura! Ludzie naprawdę byli dziwni. Żaden wilk nigdy nie brał ślubu i jakoś ich rasa przetrwała tyle tysiącleci.
I te obawy jego człowieka! Niby jak mogliby ją skrzywdzić?! Była przecież centrum ich świata! Gdyby coś jej się stało…nie potrafił nawet o tym myśleć! Nie mogła ich też zostawić, nawet gdyby tego chciała. Lunatyk by jej na to nie pozwolił. Nie mówiąc już o tym, że z pewnością nie chciała. Wilcze zmysły świetnie rejestrowały przyspieszone bicie jej serca i inne oznaki, powiedzmy że radości na jego widok. Mała wpadła po same uszy. A w miarę jak mijał czas postanowienie człowieka stawało się coraz słabsze pod wpływem jego uczuć do rudowłosej piękności. Wilk z początku nie robił nic. Aż pewnej nocy, gdy do pełnej tarczy księżyca brakowało tak niewiele…Cóż, Lunatyk nie mógł nic na to poradzić, trwał sezon godowy, a człowiek nie stawiał zbytniego oporu.
Zaczęły się dla nich obu cudowne dni. Po tylu latach czekania, patrzenia z oddali Dziewczyna-Partnerka nareszcie była ich! Nikt i nic nie mogło im jej odebrać. Każdy napotkany wilkołak od razu miał rozpoznać ich zapach połączony z jej własnym. Nosiła na sobie niepowtarzalny podpis swojego Partnera. Przez kilka wspaniałych miesięcy Lunatyk żył szczęśliwie. Dalej miał niewielką kontrolę nad tym co się działo, ale dopóki wszystko szło w dobrą stronę nie protestował. Jego człowiek dalej miał jakieś dziwne wątpliwości, to prawda, ale wilk ignorował je, wiedząc dobrze, że próba zostawienia jej teraz sprawi im obu fizyczny ból. Okazało się, że nie doceniał swojego alter-ego.
Wilka nigdy nie zajmowały specjalnie wiadomości z wojny, w której walczył jego człowiek. Nie miał wprawdzie nic przeciwko odrobinie akcji, ale dawno już przyjął do wiadomości, że nigdy nie uda się na prawdziwe polowanie, bez względu na to jak silnie będzie napierał na pręty klatki. Musiały mu starczyć gonitwy z Prawie-Wilkiem, Rogatym-Nie-Jedzeniem i Przekąską-Z-Ogonem. Ale wracając…Nie uważał zbytnio, gdy Mędrzec-Z-Brodą zlecał jego człowiekowi kolejne zadanie. W efekcie nie był przygotowany na to co zamierzał Człowiek-Idiota. A nawet gdyby i tak nie mógł nic zrobić. Termin rozmowy Partnerką został zbyt dobrze dobrany. I mimo, że Lunatyk rzucał się na stalowe pręty klatki, z całych sił próbując je wyważyć one nie poruszyły się ani o cal. Na koniec mógł tylko patrzeć jak to nad czym pracował tyle lat niszczeje w przeciągu kilku minut.
Kilka celnie wycelowanych i ubranych w ładne słowa obelg sprowadziło łzy do oczu dziewczyny. Człowiek-Tchórz nie pozwolił jej się nawet wypowiedzieć, zaprotestować (a Lunatyk miał pewność, że gdyby tylko jej pozwolić protestowałaby bardzo głośno), bo wiedział, że mogłaby go przekonać by z nią został. Uciekł po prostu, zostawiając ją i ich szczenię. Szczenię! Wilk nie sądził by nawet ona o tym wiedziała, było jeszcze za wcześnie, ale wyczulony nos od razu wyłapał subtelną zmianę w jej zapachu. Nosiła pod sercem ich dziecko! A oni ją porzucili, załamaną i zapłakaną, w przekonaniu, że nigdy nic dla nich nie znaczyła! Lunatyk zemścił się za to srodze, w jedyny znany sobie sposób. Podczas pełni. Był to jedyny moment, gdy klatka otwierała się i wilk szalał, zarówno w świecie realnym jak i w umyśle. Ale to nic nie zmieniło.
Mijały miesiące ciężkiej pracy pośród innych wilków. W normalnych warunkach był by zadowolony, wreszcie przebywał wśród swoich. Ale teraz…wszystko czego pragnął to Ona i ich szczenię W watasze nie brakowało chętnych samic, ale ani Lunatyk ani jego człowiek nie mieli ochoty na ich towarzystwo. Przeciwnie do tego co ten kretyn powiedział Dziewczynie-Partnerce, żadna nie mogła jej zastąpić w ich życiu. Obaj to wiedzieli.
A potem…co za cudowna noc! Bryony urodziła. Pełnia była zaledwie kilka dni wcześniej i wilk był silny. Może i nie mógł opuścić swojej klatki, ani powiedzieć swojemu człowiekowi co o nim sądzi, ale mógł łączyć się w bólu ze swoją Partnerką. Jej cierpienie było jego cierpieniem. Och, jaką agonię przeżywał, gdy został odcięty od niej drzwiami. Jej krzyki niosły się korytarzem, a on wył ile miał sił. Chciał rozwalić dzielącą ich ścianę, choćby własną głową jeśli zajedzie potrzeba. Oczywiście, jak zwykle człowiek go nie wysłuchał. Nawet nie spróbował zrozumieć dlaczego wilk jest taki nerwowy, po prostu go zignorował. O, tę umiejętność opanował do perfekcji.
I nagle było już po wszystkim. Gdy człowiek wziął na ręce niemowlę (małe, łyse stworzenie o jej jasnych oczach) Lunatyk od razu wiedział, że to właśnie ich szczenię, mimo że Rogaty-Nie-Jedzenie uparł się nazwać je swoim imieniem. Wilk próbował podzielić się tą wiedzą ze swoim człowiekiem. Daremnie, jak zwykle go nie słuchano. A przecież Harry-Szczenię pachniał jak idealna mieszanka jego i Dziewczyny-Partnerki! Tego nawet Człowiek-Idiota nie mógł zignorować! A przynajmniej tak Lunatykowi się wydawało. Znowu się przeliczył. W dziedzinie okłamywania samego siebie Remus-Ludź był niekwestionowanym mistrzem. Niestety.
Wilk uniósł do góry pysk i zawył boleśnie. Jego wycie poniosło się po górach i dolinach, a wkrótce dołączyły do niego inne, bliźniacze. Księżyc w pełni jasno oświetlał bory i polany górskich odstępów Szkocji.
Czas płynął im szybciej niż by się tego spodziewali. Zaledwie w cztery dni po styczniowej pełni przyszły wieści od Dumbledore'a. Stary czarodziej donosił im o odparciu ataku na dom Edgara Bonesa, który razem z rodziną został od razu przeniesiony w bezpieczne miejsce. Zakonowi udało się złapać trzech Śmierciożerców, czterej inni niestety zbiegli. Strat po stronie dobra na szczęście nie było. Straże wystawione dookoła domu Bonesów zadziałały idealnie, informując dowództwo o niebezpieczeństwie, gdy tylko się pojawiło. Dodatkowe zaklęcia ochronne też nie zaszkodziły, tworząc barierę między napastnikami, a ich celem. A najlepsze było to, że Dumbledore mógł spokojnie powiedzieć, że przed atakiem ostrzegł go jeden ze wcześniej pojmanych Śmierciożerców pod wpływem Veritaserum. Sprawdzenie, czy mówił prawdę okazało się niewykonalne. Zakon nie dokumentował przesłuchań. Zwykle albo nie było na to czasu, ani sposobności, tyle rzeczy działo się w tym samym czasie…
Wieści o osie Bonesów zmniejszyły trochę poczucie winy Harry'ego, który swoim zwyczajem czuł się odpowiedzialny za wszystkie tragedie wojny. Szczególnie deprymowała go wiedza, że z każdym dniem informacje z jakimi przybył w przeszłość stawały się coraz bardziej niepewne. Na początku zmiany jakie wprowadzali z Hermioną nie miały większego znaczenia. O uratowaniu Bryony nie wiedział nikt. Kradzież pierwszego horkruksa obeszła się bez echa (a przynajmniej tak im się wydawało, nie mogli mieć pewności bez wglądu do najbliższego kręgu Śmierciożerców). Włamanie do Gringotta udało im się zatuszować. Problem polegał na tym, że im więcej osób próbowali uratować tym większe zmiany wprowadzali w linię czasu. Nikt nie potrafił przewidzieć konsekwencji ich czynów. Bardzo to ich martwiło.
Nie wiadomo kiedy skończył się styczeń i rozpoczął luty a wraz z nim nadeszła poprawa pogody. Śnieg prawie przestał padać i nawet temperatura trochę się podniosła. Słońce częściej wyglądało zza chmur sprawiając, że pokryty białym puchem grunt skrzył się przepięknie. Świat zdawał się odżywać po mrozach i wszystko wskazywało na to, że odeszły już na zawsze. Z każdym dniem wiosna była coraz bliżej. Cieszyło to wszystkich, bo mieli serdecznie dość marznięcia i niecierpliwie oczekiwali ocieplenia.
Dzięki temu wszyscy coraz więcej czasu spędzali na zewnątrz. Postanowili nawet część treningów przenieść w plener, jako urozmaicenie. Rzeczywiście, o wiele ciekawiej się pojedynkować, gdy przeciwnik może wykorzystywać teren by się schować lub obronić. W dobrym momencie pojawiła się taka możliwość, bo Bryony była już prawie tak dobra jak jej nauczyciele w zaklęciach ofensywnych i defensywnych. Teraz pozostało jej tylko przyzwyczajenie się do bitewnych warunków. Harry i Hermiona nie mogli przygotować ją na wszystko, ale robili co się tylko dało. Całe godziny spędzali we trójkę biegając po skalnych odstępach, w których ostatnio obozowali i rzucając w siebie przeróżnymi czarami. Zazwyczaj taką sesję zwycięsko kończyli podróżnicy w czasie, ale ku swemu ogromnemu zadowoleniu Bryony radziła sobie coraz lepiej. Raz czy dwa udało jej się nawet rozłożyć ich na łopatki. Tak się z tego cieszyła, że w następnej rundzie zazwyczaj przegrywała, zbyt pewna siebie by odpowiednio się pilnować.
Tak minął im pierwszy tydzień lutego. Cosobotni patronus Dumbledore'a nie traktował o niczym interesującym i cała trójka odetchnęła z ulgą. Nie rozmawiali o tym, ale wszyscy bali się złych wiadomości. Prawie codziennie Hermiona sprawdzała kopię listy ofiar, takiej samej jaką otrzymał dyrektor i zamartwiała się o kolejny punkt. Szczególnie, że następni figurowali na niej Charlus i Dorea Potter. Według informacji, jakie Harry i Hermiona przywieźli ze sobą z przyszłości, para zginęła gdzieś w lutym. Kiedy dokładnie, nie wiedzieli. Dumbledore zapewniał ich, że powziął odpowiednie środki ostrożności, ale nie bardzo ich to uspokajało. Nie mieli przecież pojęcia co stało się „dziadkom" Harry'ego, więc jak mogli ich przed tym uchronić?
Ze swojej strony Bryony bała się, oczywiście. Znała Charlusa i Doreę i to dość dobrze, biorąc pod uwagę ile czasu spędziła swego czasu w Dworze Potterów, kiedy to we własnym domu jej nie chciano (nie to żeby ona bardzo chciała mieszkać z Petunią i jej mężulkiem). Rodzice Jamesa byli cudownymi ludźmi, dobrymi i ciepłymi mimo swego arystokratycznego pochodzenia. O ile u kogoś z rodziny Potterów to nie dziwiło (jako przyjaciółka Jamesa wiedziała jacy są mężczyźni z tego rodu. We krwi mieli honor, szaleńczą odwagę i całkowity brak rozwagi) to Dorea de domo Black zawsze stanowiła dla młodej czarodziejki zagadkę. Syriusz wielokrotnie opowiadał jej o swoich krewnych i za każdym razem ciarki chodziły jej po plecach. Już po pierwszej historii z Walburgą i Orionem w rolach głównych nazwisko Black zaczęło kojarzyć jej się ze wszystkim co najgorsze. A jednak Dorea była chyba najmilszą i najbardziej czułą osobą jaką Bryony kiedykolwiek spotkała. Już przy pierwszym spotkaniu, kiedy Lily przyprowadziła ją do dworu Potterów, przerażoną nastolatkę, którą w osłupienie wprawiła wspaniała rezydencja, matka Jamesa zamiast wymuszać sztywną etykietę jaką z goryczą wspominał Syriusz, po prostu objęła młodą mugolaczkę jak własną córkę. Jak tak wspaniała osoba się uchowała pośród okrutników i szaleńców, Bryony nie wiedziała, ale bardzo się z tego cieszyła. Serce by jej pękło gdyby Dorei i Charlusowi coś się stało.
Na szczęście niepewność nie trwała długo. O poranku kilka dni później, zupełnie nieoczekiwanie pojawił się przed nimi patronus dyrektora. Rzuciwszy co w tej chwili robili rzucili się wszyscy do niego by wysłuchać wieści. Wdzięczny feniks przysiadł na oparciu fotela i głosem Dumbledore'a poinformował skupionych wokół siebie młodych ludzi, że państwo Potter są bezpieczni, a ich dom spalony do samej ziemi. Jeśli Voldemort sądził, że jednocześnie pozbędzie się wysoko postawionego Aurora, jego żony jak i Lily i Jamesa Potterów wraz z synem to bardzo się pomylił. Młodzi bowiem jeszcze w styczniu wyprowadzili się gdzie indziej i nikt oprócz kilku nielicznych nie wiedział gdzie. W domu byli tylko Charlus i Dorea. Z ogarniętej Szatańską Pożogą sypialni teleportowały ich skrzaty domowe, wysłane z Hogwartu do dyskretnej obserwacji. Gdyby nie one płomienie wykonałyby swoje zadanie, lub też dokończyliby je Śmierciożercy wysłani by dopilnować egzekucji. Tak wyjaśniła się tajemnica nieistnienia Dworu w latach dziewięćdziesiątych, a Harry, Hermiona i Bryony odetchnęli z ulgą.
Teraz, prawie w tydzień później siedzieli we troje na miękkich fotelach, a przed nimi stały napoczęte kubki z herbatą. Był sobotni wieczór, a oni czekali na kolejnego patronusa, który miał poinformować ich co działo się na zewnątrz ich namiotu. Tylko tak mogli się czegokolwiek dowiedzieć. Tu na pustkowiu nie mieli innej możliwości.
Nie mogąc wytrzymać napięcia, Harry wstał i zaczął przechadzać się nerwowo po salonie. Bryony westchnęła i wpatrzyła się w swój kubek. Rozumiała go. Wszyscy potrzebowali czegoś do roboty. Niby trenowali i planowali, ale nie o to chodziło. Musieli mieć coś do roboty. Podczas czterech dni na początku stycznia zrobili więcej niż przez ostatni miesiąc! On może nie, ale jej towarzysze przyzwyczaili się do stałych skoków adrenaliny, ciągłej akcji. A tu od tylu tygodni nic tylko siedzenie w miejscu i zastanawianie się co też może dziać się tam daleko, na froncie. To nie było zadanie dla nich. Marzyli o szybkim zakończeniu wojny, a nie mogli nic w tym celu zrobić. Niby zostały im już do skompletowania tylko dwa horkuksy, ale od miesiąca nie poczynili żadnych kroków by je zdobyć. Miało to fatalne działanie na morale zespołu.
No i Harry się zadręczał. Każdy kolejny dzień wojny oznaczał ofiary w ludziach. Może nie pośród ich znajomych czy rodziny, ale gdzieś ktoś cierpiał dlatego, że nie udało im się jeszcze zabić Voldemorta. Bryony z całych sił starała się o tym nie myśleć by nie oszaleć i przez większość czasu jej się udawało. Jej syn jednak nie miał takiego szczęścia. Stale żył z poczuciem winy i ani ona, ani Hermiona nie dawały razy nic z tym zrobić.
Bree podniosła wzrok znad ciemnej herbaty w swoim kubku i spojrzała na syna, który cały czas kręcił się po namiocie, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
-Usiądź, bo wychodzisz dziurę w dywanie – poradziła z cieniem uśmiechu na zmęczonej twarzy. Nie wiedziała skąd znalazła w sobie siłę na żarty. Dobrze jednak, że jej się to udało, bowiem zaraz i Hermiona uniosła głowę i wysiliła się na delikatne uniesienie kącików warg. Harry wszakże tylko prychnął i nie zaprzestał wędrówki.
Nagle, dziwna, melancholijna pieść wypełniła namiot. Bryony jeszcze nigdy czegoś takiego nie słyszała. Melodia jednocześnie prosta i skomplikowana, śpiewana przez jeden głos, tak cudowny, że nie mógł pochodzić z naszego świata. Słów nie było w ogóle, ale nikt nie odczuł ich braku, pieść bowiem wcale ich nie potrzebowała by być najwspanialszym dźwiękiem jaki kiedykolwiek słyszeli.
-Fawkes – szepnął Harry, który przy pierwszej nucie przestał chodzić i z wyczekiwaniem spojrzał na klapę namiotu, jakby kogoś oczekując. Mimowolnie Bryony podążyła za jego wzrokiem.
Zawiał wiatr i szarpnął materiałem, a do środka wleciał olbrzymi ptak o piórach barwy płomieni. Zwierzę było tak piękne, że aż zaparło jej dech w piersi, a jednocześnie w pewien sposób znajome. Miało długą, smukłą szyję i szczupłą głowę o ostrym dziobie ozdobioną krwistoczerwonym grzebieniem z piór. Mocarne skrzydła o rozpiętości około sześciu stóp (dwóch metrów przyp. aut) mieniły się wszystkimi odcieniami czerwieni i złota. Szpony mocno wbiły się w oparcie fotela, na którym wylądował majestatyczny ptak, w którym dziewczyna ze zdumieniem rozpoznała feniksa należącego do Dumbledore'a.
Zajęta podziwianiem Fawkesa nie zauważyła nawet, że przed wylądowaniem rzucił na siedzenie zwiniętą rolkę pergaminu. Harry jednak czuwał i rzucił się po niego głodny informacji. Rozwinął i głośno wypuścił powietrze. Nim się zorientował obie dziewczyny przyciskały się do niego, próbując przeczytać mu coś przez ramię. A w chwilę później o mało nie ogłuchł, gdy w tym samym momencie pisnęły radośnie.
Na pergaminie wymalowano szczegółową, magiczną mapę Wielkiej Brytanii, która powiększała wybrany fragment na życzenie użytkownika tak bardzo jak tego chciał. Wszyscy wiedzieli co to oznacza, Dumbledore i kto tam jeszcze pomagał przy tym zadaniu, wreszcie zlokalizowali Little Hangleton. Krzyżyk wyrysowany czerwonym atramentem wskazywał odpowiednie miejsce.
-Nareszcie – wymknęło się chłopakowi, a jego palce boleśnie zacisnęły się na pergaminie. Bryony poczuła jak na jej ustach wykwita uśmiech Teraz, kiedy już wiedzieli gdzie mają się udać mogli zacząć działać i mimo, że obawiała się tego co czekało ich na końcu podróży nie mogła się doczekać wyruszenia w drogę.
-Masz pomysł jak się tam dostać? – mruknęła zawsze praktyczna Hermiona. Oczy wszystkich powędrowały prosto do miejsca gdzie obecnie się znajdowali. Chwilę oceniali odległość dzielącą ich od wioski.
-Daleko – stwierdziła rzecz oczywistą Bryony. – Nie da rady się teleportować.
-Mogą być osłony – Hermiona zamyśliła się, wspierając brodę na ramieniu Harry'ego. – No i nie wiemy jak to tam wygląda.
-Można by na miotłach. – zaproponowała rudowłosa czarodziejka. Miotły mieli dzięki Dumbledore'owi. Pożyczył im kilka szkolnych podczas ich ostatniej bytności w Hogwarcie. Mimo to, jej propozycja sprowadziła grymas na twarz drugiej dziewczyny. Panna Granger nienawidziła latać i nigdy się z tym nie kryła.
-To mugolska wioska – powiedział wolno Harry. Obie spojrzały na niego, nie rozumiejąc o co chodzi. Uśmiechnął się na widok ich min i szybko zrozumiały, że cieszył się choć przez chwilę wiedzieć więcej niż one. Bryony miała wrażenie, że chodziło głównie o Hermionę. Pozwoliły mu na ten moment radości, jednocześnie planując zemstę. – Nie łapiecie? Skoro mieszkają tam mugole, to możemy tam pojechać tak jak oni. Nic prostszego.
-Aportujemy się na King's Cross. – podłapała szybko Hermiona. - Kupujemy bilety do najbliższego dużego miasta, a potem jakoś pójdzie. Genialne w swej prostocie.
I tak powstał plan. Nie był najlepszy, ale mógł zadziałać. Przynajmniej taką Bryony miała nadzieję. A przecież nadzieja zawsze umiera ostatnia.
N/A.: Wiem, jestem zła. Przepraszam za to zakończenie, ale nie mogło być inaczej. Z tym że obiecuję, w następnym rozdziale będzie akcja. Nie wiem tylko kiedy się on ukaże bo może być problem z publikacją przez najbliższe dwa tygodnie. Głównie dlatego, że wyjeżdżam na tydzień w przyszłą niedzielę i wracam w sobotę. Jedyne co mogę obiecać, to że postaram się stworzyć coś fajnego.
Komentarze na pewno pomogą.
Do usłyszenia!
