Witajcie! Strasznie, strasznie was przepraszam! Oczywiście ta niewybaczalna przerwa to wyłącznie moja wina i nic mnie nie usprawiedliwia, nawet horror każdego licealisty znany pod nazwą „matura".
No, ale w piątek oficjalnie zakończyłam ten nieprzyjemny okres w życiu i mogę ze spokojem zabrać się za rzeczy, które zaniedbałam przez ostatni rok. Czyli między innymi za to opowiadanie. Ale najpierw odpowiem na wasze cudowne komentarze.
Ada: Zaplątani są ekstra. Teraz musze wykombinować jak wrzucić coś z Krainy Lodu do kompletu.
Daria: Co do pomysłów, to zwykle moje opowiadanie nie trzęsą aż tak światem przedstawionym. To moje pierwsze AU, choć własne postaci wstawiałam już wcześniej. Dbałam jednak o to by nie mieniły zbytnio kanonu. Dopiero Bryony wywołała huragan.
Finflon: Tak, Lunatyk to moja ulubiona postać. Super się go pisze, lecz niestety narrację może przejąć tylko raz na miesiąc.
Gisia: Witaj, mam nadzieję, że się spodoba i przepraszam, że tak długo czekałaś. Ten rozdział po prostu nie chciał zostać napisany
Gość: Cześć! Tak się cieszę, że mimo takiej obsuwy, dalej ktoś czyta!
Paulina: Dziękuję za wsparcie! To zabawne, bo prawie cały dzień przed przeczytaniem twojego komentarza spędziłam na walce z kolejnym rozdziałem. Także to co napisałaś naprawdę dało mi siłę by zmierzyć się z jedną z najtrudniejszych części tego opowiadania.
Rome L: Sev się jeszcze pojawi. Kiedyś nawet wyobraziłam sobie taką piękną scenę z nim i Lily…Ale nie będę spoilerować.
A teraz, nie przedłużając, kolejny rozdział. Miłej zabawy!
Rozdział 27
Hermiona
Od pierwszej chwili wiedziała, że coś jest nie tak. Straszliwe przeczucie ogarnęło ją, kiedy tylko na horyzoncie pojawiła się zrujnowana chata Gauntów. A przecież podróż poszła im tak dobrze! Aż za dobrze, jeśli patrzyć na to z perspektywy czasu. Najpierw pociągiem, potem autostopem i wreszcie na piechotę, pokonali długa trasę do swego celu w zadziwiająco krótkim czasie. Szczególnie biorąc pod uwagę, że ostatni kilometr szli bardzo wolno, cały czas sprawdzając czy na śmiałków takich jak oni nie zastawiono czarnomagicznych pułapek.
Hermiona wiedziała, że Harry wścieka się w duchu na samego siebie za to, że nie zapytał Dumbledore'a z ich czasu jak dokładnie przebiegła jego wizyta w rodzinnym domu Meropy Gaunt. Z taką wiedzą ich wyprawa byłaby znacznie prostsza. Nie mieli jej jednak, więc pozostało im co parę kroków rzucać zaklęcia sondujące, które jak na razie nie wykazały zupełnie nic. Co nie znaczyło, że dziewczyna się uspokoiła. Coś czaiło się w powietrzu. Nie wiedziała tylko co…
Zbyt szybko prawda wyszła na jaw. Wystarczyło by pierwsze z nich wystawiło nos poza linię drzew kilkaset metrów od chaty by poleciały pierwsze zaklęcia. Oboje z Harrym zareagowali instynktownie, cofając się do lasu i ustawiając tarcze. Hermiona z dumą zauważyła, że Bryony zawahała się tylko na sekundę nim dołączyła do nich w gorączkowej obronie. Mając ją po lewej stronie, a Harry'ego po prawej, dziewczyna nie bała się o flanki. Problem stanowiło dotarcie do celu.
Śmierciożerców było pięcioro (a przynajmniej tylu Hermiona zdażyła zauważyć), same znajome twarze. Nie nosili masek, pewni że ich ofiary i tak nie opuszczą pola bitwy żywe. Avery, Alecto Carrow, Dołohow, Nott i Greyback stali w półkolu, za plecami mając waląca się chatę Gauntów. Na widok przybyszy musieli opuścić swoje kryjówki, bo dziewczyna nie wierzyła, że tak po prostu stali na widoku. Chociaż…Ich inteligencja pozostawiała wiele do życzenia.
-Hermiono – odezwał się Harry, niewerbalnie cały czas rzucając zaklęcia, w miarę w stronę przeciwników, którzy pozostali poza lasem. Oto w jego głowie powstał plan, jak ich z tego wyciągnąć, jednocześnie zdobywając to po co tu przybyli. Bardzo lubiła u niego ten dryg do strategii. – Nie mogli zauważyć nas wszystkich, może nie zauważą jeśli się rozdzielimy. Spróbuj ich obejść i dostać się do chaty. My odwrócimy ich uwagę.
-Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł… - odparła, kątem okaz obserwując jego twarz, po której przebiegł cień irytacji. – Co najmniej czworo z nich czai się za tymi drzewami!
-Idź Hermiono.– syknął gniewnie chłopak. – Poradzimy tu sobie we dwoje. Najważniejszy jest Pierścień.
-Za dużo ich – zaoponowała. Czuła jak tarcza trzęsie się w posadach pod wpływem kolejnych zaklęć. Wzmocniła ją kilkoma dodatkowymi czarami, ale nie sądziła by magiczna zapora zbyt długo wytrzymała. Stawiały ją przecież tylko trzy osoby, atakowało zaś co najmniej pięć i to takich, które nie wahały się używać niewybaczalnych.
-Wcale nie! - warknął tymczasem Harry, urażony jej domniemanym brakiem wiary w swoje umiejętności. - Walczyłem już z większą ilością.
-Ty tak, ale nie Bryony. – zauważyła zgodnie z prawdą Hermiona. – To nie trening, ale prawdziwa wojna!
-Nie mamy na to czasu – wtrąciła Bryony, na tyle władczo, by oboje na nią spojrzeli. Jej oczy ciskały gromy w stronę przeciwników, rude włosy okalały jej twarz dziką burzą. Wyglądało jak uosobienie furii. – Im dłużej tu siedzimy tym więcej mają czasu na załatwienie nas!
Musieli przyznać jej rację. Właśnie w ten sposób Hermiona znalazła się sama w lesie, chociaż tak bardzo chciała zostać z przyjaciółmi. Odgłosy ich walki zostawiła z tyłu i ruszyła przez gąszcz w kierunku, gdzie jak jej się wydawało, znajdowała się chata Gauntów. Idąc rzuciła na siebie wszystkie znane sobie zaklęcia, które mogły pomóc jej w ukryciu się przed Śmierciożercami, choć podejrzewała, że zabezpieczenia i tak zaraz je zniwelują. Ostrożnie wychyliła się zza linii drzew. Pusta przestrzeń między nią, a rozpadającym się domem była pusta, z wyjątkiem…
Ukryty w cieniu rzucanym przez chylącą się ku upadkowi chatę stał Nott senior, wysoki, szczupły mężczyzna o paskudnej, chytrej twarzy. Pamiętała go z Bitwy o Hogwart i to wspomnienie posłało dreszcz w dół jej kręgosłupa. Jednocześnie w jej sercu narodziła się determinacja. Śmierciożerca znalazł się pomiędzy nią, a jej celem. Dlatego musiał zniknąć.
Zadanie okazało się o tyle prostsze, że mężczyzna całą uwagę skupił na walczących kompanach. Nie mógł więc uniknąć idealnie wycelowanego oszałamiacza Hermiony. Ugodzony w bok, zwalił się na ziemię jak worek kartofli. Jeśli zaś wydał przy tym jakiś dźwięk, to utonął on w odgłosach potyczki.
Ledwie jego ciało dotknęło ziemi, już Hermiona pędziła na złamanie karku przez pustą, porośniętą brzydką, suchą trawą przestrzeń do chaty. Po drodze poświęciła chwilę na skrępowanie i zakneblowanie nieprzytomnego Notta, ot tak, na wszelki wypadek. Podchodząc do domu z drugiej strony, gdzie mogła pozostać niezauważona, nawet gdyby Śmierciożercy się odwrócili (co nie było zbyt prawdopodobne, bo sądząc z odgłosów Harry i Bryony idealnie odwracali ich uwagę) rzuciła kilka zaklęć sondujących.
Tak jak przypuszczała, Voldemort dobrze zabezpieczył dom swojej matki. Dziesiątki potężnych czarów broniły wstępu niepożądanym gościom. Ale i Hermiona nie była pierwszą lepszą czarownicą i znała się na tym co robiła. Wiedziała, że złamanie tych zaklęć nie przekraczało jej możliwości. Potrafiła rzucać potężniejsze, to i złamanie tych nie mogło stanowić zbyt dużego problemu. Klucz stanowił czas, którego miała stanowczo zbyt mało.
Czym prędzej zabrała się więc do pracy, łamiąc urok za urokiem i starając się nie myśleć o przyjaciołach, którzy tuż obok walczyli o sprawę i życie.
Harry
Harry bywał już w gorszych sytuacjach. Naprawdę. Człowiek, który przez zaledwie osiemnaście lat swojego życia tyle razy zmierzył się z Voldemortem, nie bez powodu uznawanym za najniebezpieczniejszego czarnoksiężnika wszechczasów, nie lęka się pięciu miernych Śmierciożerców. Problem polegał na tym, że obok niego walczyła Bryony. Choć wierzył w jej umiejętności, dobrze zdawał sobie sprawę, że nigdy jeszcze brała udziału w prawdziwej bitwie.
-Boisz się? – spytał nagle, nie wiedząc właściwie czemu to robi. Bez względu na odpowiedź i tak nie mogła już stąd uciec. Śmierciożercy z pewnością postarali się rzucić zaklęcia anty-deportacyjne.
Bryony jednak zaskoczyła go uśmiechem, jaki pojawił się na jej twarzy rozjaśniając ją na chwilę. Sam nie wiedział czemu odpowiedział tym samym. Musieli wyglądać naprawdę dziwacznie, kiedy tak stali obok siebie, szczęśliwi z niewiadomego powodu, choć wokół nich świszczały potencjalnie śmiertelne zaklęcia.
-Strasznie – odparła tymczasem dziewczyna, wzruszając ramionami i cały czas szczerząc się jak szalona. Dopiero w jej oczach dojrzał strach, o którym mówiła. Instynktownie odnalazł jej dłoń i uścisnął. Miał nadzieję, że dodał jej tym trochę odwagi. Wydawało się, że tak bo mrugnęła. – Ale teraz już nic z tym nie zrobimy, co?
Oczywiście miała rację i Harry pozwolił sobie na krótki śmiech. Zaraz jednak spoważniał, bo sytuacja tego wymagała.
-Słuchaj… - powiedział, starannie dobierając słowa – Opuszczamy tarcze i biegniemy do tamtych krzaków. Przy odrobinie szczęścia pójdą za nami i okaże się ilu ich dokładnie jest. Potem będzie można planować dalej.
-Dobra. – Bryony skinęła głową, zerkając na gęste zagłębie gęstej roślinności kawałek dalej, by upewnić się, gdzie dokładnie się znajdują. – Teraz?
-Teraz. – odparł Harry, rozstawiając szeroko nogi i szykując się do biegu.
-JUŻ!
Tarcza opadła i dookoła zaczęły śmigać zaklęcia. W tym samym momencie oboje rzucili się do tyłu i pognali między świszczącymi czarami za ochronny mur roślin. Ledwo się za nimi skryli, gdy w miejscu gdzie przed chwilą stali pojawiły się cztery postaci. Harry od razu ich rozpoznał i warknął głucho.
-Cokolwiek robisz, Dołohow jest mój – szepnął do ucha Bryony, skulonej tuż obok niego. Różdżkę trzymał tak mocno, że zaczynała go boleć ręka. Teraz nie mógł się doczekać ataku. Dawno tak nie świerzbiły go ręce.
-Pewnie – mruknęła dziewczyna. Kątem oka zauważył, że przypatrywała się po kolei przeciwnikom. Minę miała zawziętą. – Tylko najpierw powiedz mi, który to.
-Najbardziej na prawo – odparł chłopak, wskazując głową odpowiedniego mężczyznę. Pamiętał jego twarz aż za dobrze z Bitwy o Hogwart. Wtedy nie zdążył go dopaść, ubiegł go profesor Flitwick, lecz tym razem miało być inaczej. Już on się o to postara.
-Bierz go sobie – powiedziała bez wahania jego matka. Ręka z różdżką drżała jej lekko, gdy celowała w Śmierciożerców. Nagle ogarnęło go przeczucie, że gdyby wiedziała co dokładnie zrobił Dołohow sama chciałaby z nim walczyć. A do tego dopuścić nie mógł. – Na trzy?
-Na trzy – przytaknął. Spojrzeli na siebie. Uśmiechnęli się. Od tej chwili zależało wszystko i Harry poczuł nagle ukłucie strachu. Nie o siebie. O Bryony. I o Hermionę. Był to strach zupełnie irracjonalny, ponieważ chłopak wiedział dobrze, że obie wiedzą jak sobie radzić. Co nie zmieniało faktu, że się bał. Na sekundę przed oczami pojawiła mu się przerażająca wizja…
Szybko potrząsnął głową. Nie mógł się rozproszyć. Zbyt wiele zależało od tego pojedynku.
-Raz – szepnął. Bryony spięła wszystkie mięśnie. Tuż obok nich znajdowało się czworo Śmierciożerców, którzy też szykowali się do walki. Szukali ich, jednocześnie rozchodząc się po lesie. Na szczęście.
-Dwa – odparła dziewczyna, poprawiając chwyt na różdżce. Wiele by dał by usłyszeć co sobie w tej chwili myślała.
-TRZY! – krzyknął, rozpętując piekło.
Rzucili się w dwie różne strony Harry w prawo, Bryony w lewo. Każde musiało wziąć na siebie po dwóch Śmierciożerców. Chłopakowi przypadli Avery i Dołohow, ludzie z którymi już się mierzył i których styl walki znał. Oni natomiast nic o nim nie wiedzieli, co działało na jego korzyść. Mieli jednak przewagę liczebną.
-Expelliarmus! – ryknął, celując różdżką w stronę Avery'ego. Nie sądził, by to jedno zaklęcie znów wygrało za niego cały pojedynek, ale był do niego przywiązany.
Śmierciożerca odbił je jednym ruchem i odparował innym, nieznanym Harry'emu czarem, którego chłopak zwinnie uniknął. Rozpoczęła się bitwa o tyle trudniejsza, że prowadzona na dwa fronty. Chłopak musiał uwijać się jak w ukropie, by jednocześnie parować ataki dwóch przeciwników i obu próbować wyeliminować.
-Immobilus!
Szybko stracił matkę z oczu. Zniknęła mu gdzieś pomiędzy drzewami, zajęta własnymi problemami. Martwiło go to, że miała zmierzyć się z Greybackiem, ale wierzył w jej umiejętności. Poza tym, liczył też na to, że szybko uda mu się pozbyć swoich oponentów i przybędzie jej na pomoc nim będzie za późno.
Poniekąd miał rację. Avery padł pierwszy, po prawdzie tylko ogłuszony, ale na wystarczająco dużo czasu, by zdążyli się ulotnić nim odzyska przytomność. Dołohow jednak był znacznie lepszym czarodziejem niż jego kompan i stanowił nie lada przeciwnika.
Harry jednak miał po swojej stronie gniew, płonący w nim od Bitwy o Hogwart. Teraz buchnął potężnym płomieniem i na ten moment chłopak zapomniał, że miał być na Remusa zły. Pamiętał tylko swojego nauczyciela. Człowieka, który pokazał mu jak tworzyć Patronusa. Przyjaciela, który zginął z ręki tego właśnie czarodzieja. Śmierciożerca nie wiedział w co się pakuje, kiedy stawał oko w oko z tym chudym nastolatkiem.
-Incendio! – zawył Dołohow, celując w drzewo tuż obok Harry'ego. Buk w mgnieniu oka stanął w płomieniach, a Lupin odskoczył od niego, na skórze czując gorąco płomieni.
-Aguamenti!
Ciężko było jednocześnie odpierać ataki Śmierciożercy i powstrzymywać pożar lasu, ale Harry jakoś sobie poradził. Tyle tylko, że za płonącym drzewem zauważył coś, co zmroziło mu krew w żyłach.
-Bryony!
Bryony
Szybko zrozumiała, że nie może się równać z Harrym i Hermioną. O ile na treningach jeszcze się łudziła, prawdziwa walka ją z tego wyleczyła. Byli jak roboty stworzone do walki. Ruszali się szybko, niczym żywe błyskawice. Zaklęcia rzucali bez zastanowienia, właściwie instynktownie!
A ona? Nie dorastała im do pięt. Czuła się tragicznie nieprzygotowana na to co ją czekało. A mimo to musiała walczyć bo od tego zależało nie tylko jej życie, ale też dobro świata. Dobro jej syna. Nie było dla niej nic ważniejszego.
-Rictusempra! – wysyczała przez żeby, kierując różdżkę w stronę nieznanej sobie kobiety, ta jednak odbiła zaklęcie tarczą i posłała w jej stronę coś co mogło być tylko Cruciatusem. Na szczęście Bree spędziła wystarczająco dużo czasu ganiając się po lesie ze swoimi świetnymi nauczycielami, by wiedzieć, że w takim wypadku najlepszym pomysłem jest unik.
Rzuciła się w bok, amortyzując upadek poprzez przeturlanie się by znów stanąć na równych nogach i wypalić serię zaklęć, które ostatnio poznała od Harry'ego i Hermiony. Niestety obca kobieta sprawnie odbiła je wszystkie i odwdzięczyła się kilkoma paskudnymi klątwami. Tylko pobliskie drzewo i całkiem szybki refleks uratowały Bryony przed bolesnymi doświadczeniami.
-Impedimenta! – krzyknęła zaraz, wychylając się zza drzewa i wymachując różdżką prawie na oślep. Zaraz też musiała się cofnąć, bo w jej stronę śmigał już inny czar w formie czarnej, przyprawiającej o dreszcze błyskawicy. Ukryta za drzewem, przeczekała atak i kiedy na moment ustał, znów zaryzykowała wychylenie się.
Jej Bombarda trafiła idealnie w cel, czyli krzak tuż obok swojej przeciwniczki. Huk zdezorientował tamtą na tyle, że nie miała jak się bronić przed Drętwota Bryony. Sparaliżowana, pewnie dostałaby czymś jeszcze gdyby nie fakt, że Bree radzić sobie musiała z dwojgiem Śmierciożerców na raz. A najgorsze było to, że ten drugi jakby wyparował.
-Incarcerous – mruknęła więc tylko, wycelowawszy różdżkę w stronę powalonej przeciwniczki. Od razu jej bezwładne ciało oplotły pęta nie do zerwania. Dziewczyna mogła spokojnie zająć się drugim Śmierciożercą.
Poczuła ukłucie strachu. Nerwowe rozejrzenie się dookoła nie pomogło. Otaczały ją tylko drzewa. A śmiertelna cisza unosząca się w powietrzu nie świadczyła o niczym dobrym. Zwierzęta musiały wyczuć wilkołaka i schronić się przed nim w najgłębszych odstępach lasu. Szczerze powiedziawszy nie dziwiła im się. Greyback nie był człowiekiem, lecz potworem prosto z koszmarów.
-Homenum revelio – szepnęła pod nosem, mając nadzieję, że może chociaż tak uda jej się czegoś dowiedzieć. Nic bardziej mylnego. Zaklęcie nie wykazało nikogo, oprócz tylko nieprzytomnej Carrow, kilka metrów dalej.
A mimo to czuła się obserwowana. Obróciła się na pięcie, lecz tam też nikogo nie było. Cisza dzwoniła jej w uszach. A jednak Bree zatęskniła za nią, kiedy tuż obok zabrzmiał trzask łamanej gałązki.
-Harry? – odważyła się powiedzieć cicho. – To ty?
Ale to nie był Harry. Szczerze powiedziawszy to nie był nawet człowiek. Zaatakował nim zdążyła się zorientować, że jest już tak blisko. Nim zdołała zrobić cokolwiek, ogromna łapa zacisnęła się na jej nadgarstku i obróciła ją niczym w tańcu. Tyle, że jej poprzedni partnerzy nie mieli w zwyczaju zakańczać tańca rzucać ją o drzewo. Różdżka wypadła jej z ręki. Uderzyła plecami o chropowatą korę i skrzywiła się boleśnie. Lecz jej dyskomfort nie miał najmniejszego znaczenia, bo oto nagle stanęła twarzą w twarz z istotą prosto z koszmaru.
Fenrir Greyback był ogromnym, ohydnym stworem nie zasługującym nawet na miano człowieka. Może nie wyróżniał się wzrostem, szczególnie że garbił się nieco, ale i tak górował nad niewielką Bryony. Miał długie, niewyobrażalnie splątane, bure włosy i gęstą, ciemną brodę, która zasłaniała dużą cześć twarzy. Jego oczy natomiast były niewielkie i chytre, lecz przy tym przenikliwe.
-Czuję twój strach szlamo. – wilkołak obnażył żółte, lśniące kły. Po plecach Bryony przebiegł dreszcz przerażenia. Jej doświadczenia z wilkami ograniczały się do Remusa, który nawet tuż przed pełnią nie zachowywał się tak…dziko.
-Przeczyść sobie nos! – warknęła mimo to, szarpiąc się zaciekle. Nie zamierzała poddać się bez walki. Nigdy.
-Gdzie jest twój Partner, co? – spytał nagle wilkołak, a Bree zamarła. Przez swój strach nie potrafiła myśleć jasno, ale to jedno słowo zarejestrowała aż nazbyt dobrze. Partner. Partner.
-Odwal się! – warknęła przez zęby. Szarpnęła się, lecz nic to nie dało. Pazury wilkołaka tylko mocniej wbiły się w jej skórę.
-Cuchniesz nim. – Greyback zniżył głos. Czuła jego oddech na twarzy. - Tak, nie myśl, że nie wyczułem. Nigdy nie zmyjesz z siebie zapachu wilka.
-Bryony! – ryknął Harry gdzieś w tle, ale ona tego nie usłyszała. Świat zatrzymał się na słowa Śmierciożercy. I choć zdawało jej się, że nic co jeszcze usłyszy już do niej nie dotrze, to aż nazbyt dobrze usłyszała to co wilkołak powiedział potem.
-Znajdę go i zabiję. – wysyczał prosto do jej ucha. Choć szarpała się z całej siły, nie potrafiła uwolnić się z jego uchwytu. - Powoli, boleśnie, a przedtem powiem mu jak świetnie się razem bawiliśmy. Kto wie, może nawet pokażę mu swoje wspomnienia? Spodobają mu się, nie sądzisz?
Bree przestała myśleć. Wściekłość poprowadziła jej mięśnie. Wilkołak czy nie, Greyback był przede wszystkim mężczyzną, więc kopniak zabolał go tak samo jak każdego innego. Po tym nawet nie potrzebowała różdżki by sprowadzić go na kolana i wykręcić rękę z jego chwytu. Zabolało, kiedy jej nadgarstek wreszcie uwolnił się spomiędzy ostrych pazurów, lecz nie zwróciła na to uwagi, zbyt zajęta podnoszeniem z ziemi swojej różdżki. Nie zastanawiała się nad zaklęciami, zapytana później pewnie nawet nie pamiętałaby jakie dokładnie rzuciła. Ważne, że gdy z nim skończyła Greyback nie przypominał już ludzkiej istoty.
-Bryony! – Harry dopadł jej w chwilę później. Czuła na sobie jego wzrok, gdy sprawdzał czy nic jej nie jest. Sama jednak nie widziała nic. Jej oddech był ciężki, pięści zaciśnięte. Chłopak złapał ją za rękę.– Bree? Bree?
-Harry – szepnęła, prawie niedosłyszalnie. Gdzieś w tle Hermiona krzyknęła to samo. Harry coś odkrzyknął, ale Bryony nie zrozumiała co. Potem chyba mówił coś do niej, lecz nie potrafiła się zmusić do słuchania go. Tylko jedna rzecz chodziła jej po głowie, jedną twarz miała przed oczami.
Zabrzmiał charakterystyczny dźwięk deportacji i Bryony poczuła zwykły dyskomfort. Jednocześnie zdawała sobie sprawę z obecności Harry'ego, który cały czas kurczowo trzymał ją za rękę. Tylko to powstrzymywało ją przed załamaniem, które czaiło się tuż tuż.
Nie wiedziała gdzie wylądowali. Skąd by mogła skoro kiedy tylko jej stopy dotknęły ziemi, łzy przysłoniły jej widok. Kolana ugięły się pod nią i upadłaby na ziemię gdyby nie silne ramiona Harry'ego, który objął ją i przyciągnął do siebie. Oparta o jego tors łkała żałośnie, a on nie mógł zrobić nic by ja pocieszyć, nie wiedział bowiem co się stało.
-Cholerny idiota. – wyrwało się z jej ust. - Męczennik od siedmiu boleści!
N/A.: Uff, udało się. Było ciężko, ale w końcu skończyłam. Podziękować za to można Wam, za cudowne komentarze. Mojemu wspaniałemu chłopakowi, za to że w kółko przypominał mi, co mam pisać. I muzyce z A Very Potter Musical.
Jeszcze tylko słowo. Byłby ktoś zainteresowany opowiadaniem z fandomu Star Trek? Moja fascynacja Benedictem Cumberbatchem po obejrzeniu Sherlocka zmusiła mnie do zapoznaniem się z Into Darkness i w konsekwencji mam pomysł na dłuższy fic z Khanem w roli głównej. Nie mówię, że już teraz, zaraz. Najpierw zamierzam skończyć Zwierciadło. Ale właśnie zaczęłam najdłuższe wakacje w życiu, a weny mam aż w nadmiarze. To co, reflektujecie? Jeśli nie, to na w razie co mam też parę potterowskich projektów. I coś do Upiora w Operze (mój ulubieniec od ładnych paru lat). Do Avengers. No i do Sherlocka oczywiście. Wasz wybór.
Zachęcam do komentowania. I dziękuję za cierpliwość.
Widzimy się...w weekend? Tak, tak mi się wydaje. Od razu biorę się za następny rozdział.
