Hej! Dzięki cudownej NatcePietruszki, która dziś skomentowała, sprawiając że liczba komentarzy doszla do stu wcześniej wstawiam kolejny rozdział. Tę odsłonę pisało mi się bardzo miło. Zaczęłam już dawno i tak sobie dłubałam przy pierwszej części. Znęcanie się nad Greybackiem to w sumie bardzo fajne lekarstwo na nerwy. Teraz więc musiałam tylko dokończyć i voila!
Rozdział 29
-Panie mój – Fenrir Greyback powoli zbliżył się do tronu. Kulał nieco na lewą nogę, gdzie ugodziło go ostatnie zaklęcie rudowłosej szlamy. Resztę nieprzyjemności jakie mu pozostawiła dało się usunąć. Ale mężczyzna i tak pałał gniewem i najchętniej rozszarpałby ją na strzępy, gdyby miał taką okazję.
Jednak teraz nie było czasu na planowanie zemsty. Greyback aż zbyt dobrze wiedział jak zostanie odebrana jego porażka i co go za nią czeka. Choć wilkołak do strachliwych nie należał, wręcz przeciwnie, wolał wzbudzać przerażenie w innych
-Zawiodłeś mnie Greyback – warknął Czarny Pan ze swego miejsca na piedestale. Jego twarz zastygła we wściekłym grymasie, który sprawiał, że nawet wilk – Dostałeś takie proste zadanie. Miałeś tylko pilnować jednej walącej się chaty jak zapchlony kundel, którym przecież jesteś. Ale oczywiście to było dla ciebie zbyt wiele!
Fenrir skulił się ze strachu. Voldemort był wściekły, a to oznaczało, że bez szwanku wilkołak raczej z tej sali nie wyjdzie. Wilczy jęk wydobył się z jego gardła.
-Nie dość, że pozwoliłeś się pokonać trójce bachorów to jeszcze straciłeś dwóch wiernych Śmierciożerców! – pieklił się tymczasem Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, a jego kredowobiała twarz straszniejsza była kiedy nie ukazywała żadnych emocji niż gdyby widać było na niej gniew. - Oni przynajmniej mieli tyle pomyślunku by od razu ponieść karę za swoją niekompetencję. Trzeba było zginąć razem z nimi, a nie uciekać z podkulonym ogonem!
Greyback nagle pomyślał, że to w sumie nie był taki zły pomysł. Wolał już śmierć niż gniew Czarnego Pana. Jego sadystyczne zapędy znane były pośród zarówno jego wrogów jak i popleczników. Karany zazwyczaj błagał o miłosierdzie zakończenia tortur. Zazwyczaj poprzez Zaklęcie Uśmiercające. Nagle ta opcja wydała się mniej szaleńcza niż kiedykolwiek. I może Fenrir nawet zrobiłby coś by sprowokować taki efekt. Na przykład rzucił się do przodu na co dwaj Śmierciożercy stojący u stóp podwyższenia pewnie zareagowaliby właśnie uśmierceniem zagrożenia, gdyby nie jego druga, wilcza natura.
Zwierzęta zawsze kierują się instynktem, a przetrwanie znajduje się na samym szczycie ich listy priorytetów. A trzeba wiedzieć, że tak jak pozostałe dzikie wilkołaki, Fenrira Greybacka łączyła z jego wilkiem więź niezwykle mocna, do tego stopnia, że chwilami nie dało się odróżnić człowieka od bestii, bez względu na to jakie ciało obecnie dzielili. Dlatego też uczyniłby wszystko by tylko przetrwać gniew swego pana.
-Co masz na swoją obronę Fenrir? – zażądał Voldemort, a jego głos dziwnie podobny był do syku węża. Wilkołaka oblał zimny pot.
-Pa…pa…panie mój – słowa utknęły mu w gardle i Greyback mógł tylko zawyć z bólu, kiedy pierwszy Cruciatus trafił go w pierś.
-Czy mógłbyś wyjaśnić mi – syknął Czarny Pan z wściekłością. - jak te szczeniaki ominęły mojego najpotężniejszego wilkołaka, pobiły moich ludzi i ukradły artefakt strzeżony najsilniejszymi czarno magicznymi zaklęciami? Bez szwanku?
Greyback niestety odpowiedzieć nie mógł, wił się bowiem w konwulsjach na podłodze, na którą upadł kiedy ból stał się zbyt silny by stać.
-Powiesz mi Fenrir? – zapytał lodowato Voldemort, cały czas utrzymując zaklęcie. – Bardzo mnie ciekawi jak pięciu doświadczonych Śmierciożerców zostało pokonanych przez trójkę bachorów niewiadomo skąd. Może powinienem pozbyć się was wszystkich, a zacząć rekrutować nastoletnie szlamy?! W innym wypadku obawiam się, że przegramy tę wojnę z kretesem! Wystarczy, że ten stary piernik, Dumbledore wystawi przeciw nam swoich uczniów!
-O…oni n…nie wa…wa…walczyli j…ja…jak d…dzie…dzieci – wydusił Greyback głosem ochrypłym od wycia. Był w tym momencie bardziej podobny do rannego wilka niż człowieka. Gdyby miał ogon zapewne chowałby go pod siebie najdalej jak potrafił. – A…a…ale j…j…jak ż…ż…żoł…żołnierze. Na w…w…woj…wojnie.
-Żołnierze? Prosto po szkole? – Voldemort zaniósł się złowieszczym śmiechem, od którego wszystkim obecnym na sali zmroziło krew. – Jak sobie to wyobrażasz? Ćwiczą od pieluch? W Hogwarcie? A może w domu? U rodziców, mugoli?
Jeśli to możliwe ból stał się jeszcze bardziej nie do zniesienia i Greyback wyprężył się jak struna, a przed oczami zaczęły mu latać ciemne plamy. Gdzieś w tle słyszał wilcze wycie, ale kto wył i czy nie był to on sam, nie wiedział. Nawet nie próbował chwytać się ostatniej nici świadomości. Wiedział, że jeśli ją straci przestanie tak boleć.
-Powiedz mi – syknął Czarny Pan złowieszczo – Czemu nie miałbym cię zabić? Skoro i tak do niczego się nie nadajesz. Zwyczajny, zapchlony kundel lepiej poradziłby sobie z tym zadaniem!
Greyback wiedział, że jeśli teraz, już nie udowodni swojej przydatności, nie będzie miał drugiej szansy. Umrze nim jego wilk zdoła zorientować się co się dzieje
-Ta ruda dziewczyna…szlama – wydyszał poprzez fale niewyobrażalnego bólu targające jego ciałem, w ostatniej próbie chwycenia się życia. – E…Evans!
Tak samo szybko jak się pojawił, ból zniknął. Wilkołak odetchnął głęboko, ciesząc się tą krótkotrwałą przerwą w torturach. Voldemort opuścił różdżkę i uniósł bardzo cienką, arystokratyczną brew. Wydawał się zaintrygowany, jeśli nie rozbawiony, żałosną próbą wkupienia się w jego łaski.
-Co z nią? – straszliwy głos Czarnego Pana zszedł do złowróżbnego szeptu, prawie jakby los szlamy go interesował.
Tak było w istocie, chociaż Greyback oczywiście nie mógł o tym wiedzieć. Brak ciała Bryony Evans nieznacznie niepokoił Voldemorta. Nie na tyle by czarodziej czuł się zagrożony, ale wystarczająco by czasem przychodziła mu na myśl. Nie to, żeby się jej obawiał. Po prostu ciekaw był co się z nią stało. Trupy nastoletnich szlam nie znikają od tak sobie. Ktoś musiał ją zabrać. Pytanie tylko kto. To właśnie ta tajemnicza osoba zasiała ziarno niepokoju w czarnym sercu czarodzieja.
-Była tam. – wyjęczał Greyback, oddychając ciężko i z trudem. Z jego ust wyrywały się żałosne jęki, podobne piskom rannego zwierzęcia. Może jeśli dostarczy jakiś użytecznych informacji uda mu się przetrwać ten dzień? – Żyje.
-Żyje? – Voldemort warknął z pogardą. Greyback energicznie przytaknął, nie ważąc się jednak podnieść z podłogi, w obawie przed tym, jaką reakcję może tym wywołać.
-Widziałem ją – wysapał wilkołak. – To ona i j…jej towarzysze…
-Czyli pokonała was martwa szlama i jej znajomi! – Voldemort wydawał się wątpić w inteligencję i kompetencję swoich sług. – Godne pochwały. Masz mi do powiedzenia coś jeszcze na swoją obronę Greyback? Czy może nie?
W tym momencie wilkołak zrozumiał, że jeśli czegoś szybko nie wymyśli, straci życie i to w bardzo bolesny sposób. Dlatego chwycił się ostatniej deski ratunku i dźwignął na kolana.
-Jest Partnerką… - wyrzucił z siebie, krzywiąc z bólu -…jakiegoś wilka.
-Jesteś pewien? - na pasywnej twarzy Voldemorta pojawił się prawie niewidoczny cień zainteresowania. Jego głos był zimny jak zwykle, a jednak brzmiało w nim dobrze ukryte zaciekawienie.
-Czułem jej zapach mój panie. – pospieszył z zapewnieniami Greyback, rad z tego, że sposób zadziałał i choć na chwilę oszczędzono mu tortur. Wszystko by zrobił by ten okres przedłużyć. - To nigdy nie kłamie.
Dobrze pamiętał zapach rudowłosej dziewczyny, permanentnie zmieszany z naturalnym zapachem wilka. Tak pachniały tylko sparowane osobniki, złączone nierozerwalną więzią.
-Kim jest jej Partner? – zapytał nagle Czarny Pan, a Greybacka oblał zimny pot. Cichy skowyt wydobył się z jego ust, bo wilkołak wiedział, że na to pytanie nie potrafi dobrze odpowiedzieć. A jednak musiał spróbować.
-Nie wiem. – wydobył z siebie z trudem i zaraz pospieszył zapewniać, mając nadzieję, że to uratuje mu życie, lub chociaż odłoży egzekucję na nieco późniejszy termin. - Ale kiedyś już czułem ten zapach. Znajdę go, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobię.
Voldemort zastanawiał się przez chwilę, w której Greyback zwijał się na podłodze ze zwierzęcego strachu przed karą. A potem najstraszliwszy czarodziej wszechczasów skinął głową.
-Tak, tak właśnie zrobisz. – powiedział Czarny Pan, na co wilkołak odetchnął z ulgą. Wyznaczenie nowego zadania oznaczało szansę na odkupienie swojej dzisiejszej winy. - A wtedy ta szlama przyjdzie do nas sama.
Greyback uśmiechnął się paskudnie. Sam był psychopatą, ale Voldemort ani w okrucieństwie, ani w przebiegłości nie miał sobie równych.
-Idź Greyback. – rozkazał władczo, wskazując dłonią ogromne drzwi po drugiej stronie sali tronowej - I nie wracaj bez niego.
W poleceniu tym kryła się groźba i wilkołak dobrze wiedział co czeka go, jeśli wróci z pustymi rękami lub w jakiś inny sposób rozzłości swego pana. Dlatego pozbierał się z podłogi tak szybko jak tylko potrafił i pospiesznie (choć utykając) umknął sprzed oczu Voldemorta na opuszczony korytarz, ani przez chwile nie oglądając się za siebie. Uciekał jakby go goniła cała armia Inferiusów.
A Voldemort… Voldemort przez chwilę siedział nieporuszony na swoim tronie, wpatrując się w przestrzeń. Jego strażnicy z początku tylko spoglądali na niego z przerażeniem, potem jednak odważyli się przestąpić z nogi na nogę, nie wiedząc czy mogą już sobie pójść czy może Pan jeszcze do czegoś będzie ich potrzebował. Obaj byli młodzi, dzieciaki zaledwie, posiadający zbyt mało siły woli by odmówić presji społeczeństwa. Dołączyli do Śmierciożerców, bo tak chcieli ich czystokrwiści rodzice.
Nagle Czarny Pan poruszył się, a oni obaj struchleli, wdzięczni za maski, które skutecznie ukrywały ich przerażone twarze. Ale Voldemort nie wstał, ani też nie wyciągnął różdżki. Odezwał się tylko, a w jego głosie brzmiała tłumiona wściekłość:
-Wezwijcie Lucjusza.
Dawno już Lunatyk nie był tak wściekły na swojego człowieka. Chyba od pamiętnego listopada rok wcześniej, kiedy to Remus-Ludź postanowił porzucić Dziewczynę-Partnerkę z idiotycznego powodu. Wilk nie pochwalał tamtej decyzji, ale w jakiś dziwny sposób potrafił ją zrozumieć. Też chciał chronić Dziewczynę-Partnerkę. Nie tak jak jego człowiek, ale zawsze. Ale czemu Remus-Ludź nie udał się jej na ratunek, kiedy tylko jej strach dotarł do niego poprzez łączącą ich więź, tego już Lunatyk pojąć nie mógł.
Wiedział, że Człowiek-Idiota dalej nie wierzył w to, że ich Partnerka żyje. Po prawdzie nie rozumiał skąd tu wątpliwości, skoro obaj w głębi duszy zdawali sobie sprawę z tego, że przetrwała (i była na nich wściekła, do czego zdaniem Lunatyka miała pełne prawo), ale fakt faktem Remus-Ludź sądził, że ją utracił. W efekcie był bardziej irytujący niż zwykle. Ale to akurat dla Lunatyka nie stanowiło problemu. Zdążył się przyzwyczaić. Od lat znosił swojego człowieka. Problem leżał w czymś zupełnie innym.
Kilka dni wcześniej Lunatyk nagle poczuł strach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to był jego własny strach. Lecz nie, wilk niczego się w danym momencie nie bał. Remus-Ludź też nie. To pozostawiało tylko jedną odpowiedź. Dziewczyna-Partnerka. Przez ich więź przenikały jej uczucia, a w tym momencie była przerażona. Wilk oszalał. Rzucał się o pręty klatki, osłabione tuż przed pełnią, warczał, wył, prosił i groził. Nic nie podziałało. Człowiek-Idiota po prostu nie chciał słuchać jak ktoś mu udzielał dobrych rad. Ale nawet on czuł strach Bryony. I on też, razem z wilkiem zauważył gniew, który go zastąpił. Wściekłość tak potężną, że przyćmiła wszystko inne.
Dopiero potem, długo potem dołączył do niej ból i bezsilność. Wyczerpanie. Lunatyk odchodził od zmysłów z niepokoju. Remus-Ludź też, choć nie wiedział czemu. Tłumaczył to sobie strachem o przyjaciół, ale w głębi serca wiedział, że prawda była całkiem inna. Szkoda tylko, że nie chciał słuchać ani wilka, ani swojego serca.
Lunatyk pisnął cichutko i wtulił pysk między łapy. Ból płynący z drugiej strony więzi był nie do zniesienia. Natarczywy i nieustający przenikał aż do kości, ale nie zagrażał życiu. Dziewczyna-Partnerka była bezpieczna, ale ranna. Już się nawet nie bała. Mimo to Lunatyk oddałby wszystko by znaleźć się przy niej, ale dobrze wiedział, że nie wszędzie da się pobiec. Gdyby Remus-Ludź był skłonny do współpracy, mogliby ją razem odnaleźć i to z łatwością. Niestety, jego człowiek po raz kolejny zaparł się w sobie i postanowił nie słuchać instynktu.
Patrz gdzie cię to doprowadziło. Parsknął do nikogo w szczególności wilk. Wiedział, że jego ludzka świadomość i tak nie może go teraz usłyszeć, jak zawsze podczas pełni. Znaczy, może ale nie chce. Jego człowiek był szczególnym przypadkiem. Niby taki inteligentny i uczony, a przez tyle lat nie zrozumiał jak to działa.
A Lunatyk obecnie nie był w nastroju mu to wyjaśniać. Nawet gdyby Remus-Ludź zrobił mu tę łaskę i posłuchał, zamiast użalać się nad sobą i doprowadzać do perfekcji sztukę ignorowania drugiej części siebie. Znacznie prościej (w każdej kulturze, nie tylko wilczej) byłoby zaakceptować to kim się jest. Może nawet to polubić. I zazwyczaj wilkołaki tak właśnie robiły (Lunatyk umiał obserwować, od razu zauważył kto korzysta z pomocy wilka, a kto ją odrzuca. Tacy zazwyczaj najszybciej ginęli). Ale nie jego człowiek.
Gdybyś mnie tylko słuchał…Westchnął z żalem Lunatyk. Gdybyś tylko chciał mógłbyś biegać razem ze mną. Moglibyśmy być jedną istotą.
Nie dodał tego co najbardziej chciał powiedzieć. Że gdyby Człowiek-Idiota nie był taki uparty już dawno spotkaliby się z Dziewczyną-Partnerką i Szczenięciem. Nie mówiąc już o Prawie-Wilku, Rogatym-Nie-Jedzeniu i jego Partnerce, czy Przekąsce-Z-Ogonem. Choć nie należeli do niego w takim samym stopniu jak Bryony i Szczenię, to przecież stanowili jego stado. Czuł potrzebę przebywania blisko nich i zapewnienia im bezpieczeństwa. Życie by za nich oddał.
Nie mógł jednak zrobić nic, bo postanowienie Remusa-Ludzia zesłało go na to zapomniane przez wszystkich miejsce. Żeby go źle nie zrozumiano, Lunatyk cieszył się z towarzystwa innych wilków. Pierwszy raz w życiu mógł nocami robić co tylko chciał. Mógł biegać. Mógł polować. Kiedyś uważał, że tylko tego pragnie. Mylił się jednak. Najbardziej na świecie chciał wrócić do domu. Do Dziewczyny-Partnerki, do Szczenięcia i do stada.
Tak, tak. Siedź sobie cicho. Warknął cicho, wstając i otrząsając się. Skoro i tak nie mógł opuścić watahy, miał zamiar nacieszyć się wolnością póki czas. Wkrótce słońce miało wzejść ponownie, a on znaleźć się z powrotem w swojej klatce. To i tak wszystko twoja wina.
Potem liczył się już tylko pęd powietrza poruszający jego futrem i wycie innych wilków dookoła. Tak smakowała prawdziwa wolność. Gdyby jeszcze nie gorycz w jego sercu…
N/A.: Ooo. Co planuje Voldemort? Sądzę, że dowiecie się w następnym odcinku.
Jak Lunatyk? Bo ja go uwielbiam.
A tak swoją drogą, dziś widziałam wspaniały film Czarownica i powiem wam, że mam w głowie cały fanfic na ten temat. Trzeba go tylko spisać. Mam nadzieję, że to nie wybije mnie z rytmu pisania tego opowiadania.
To co, do usłyszenia?
