Wow! Wyszłam z domu na pięć godzin, żeby obejrzeć sobie Metro, wracam a tam pięć nowych komentarzy! Jesteście kochani!

Finflon: Cieszę się, że podoba ci się jak przedstawiłam Remusa i Lunatyka. Długo się nad tym zastanawiałam, aż pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł z narracją z punktu widzenia wilka i nie byłam w stanie o nim zapomnieć. Co do akcji, to teraz będzie jej coraz więcej. Zbliżamy się do końca!

Paulina: No to chyba jeszcze trochę będziesz musiała poczekać, bo Bree musi najpierw parę rzeczy załatwić. Ale zbliżamy się do tego, zbliżamy się.

Rome: Lunatyk jest cudowny, aż ma się ochotę pogłaskać go po łbie. Bardzo chętnie usłyszę twoje podejrzenia, by sprawdzić jak mają się do moich planów. Dzięki za taki długi komentarz i zapraszam na kolejny rozdział!

Może być pewien problem z sobotnim rozdziałem. Jadę na działkę i do internetu będę miała dostęp dopiero w niedzielę wieczorem. Jeśli do tego czasu napiszę 31, wstawię od razu po powrocie, ale może się tak zdarzyć, że pojawi się dopiero w poniedziałek.


Rozdział 30

Był piękny, słoneczny dzień. Tam gdzie się zatrzymali leżał śnieg, choć na równinach pewnie nie dało się go uświadczyć. Biały puch skrzył się w promieniach słońca, tworząc dookoła namiotu magiczną krainę pełną piękna i cudów. Nic nie zapowiadało katastrofy.

Hermiona ważyła coś w swoim kociołku, Harry zajmował się nie wiadomo czym, a Bryony…Bryony siedziała bokiem na fotelu, z nogami przerzuconymi przez podłokietnik i czytała jedną z ogromnych książek Hermiony. Opasłe tomiszcze pojawiło się na rynku w latach dziewięćdziesiątych i traktowało o wilkołakach z zupełnie innej perspektywy niż literatura dostępna obecnie.

Właśnie przewracała stronę, gdy spomiędzy kartek książki wypadło zdjęcie, które musiało komuś służyć za zakładkę i powoli popłynęło przez powietrze na podłogę. Nim ktokolwiek się zorientował Bryony wstała z westchnieniem i kucnęła by je podnieść. Nie wyprostowała się jednak. Zastygła, wpatrzona w poruszającą się podobiznę.

Na zdjęciu były trzy osoby, para dorosłych i niemowlę. Nie trzeba było być geniuszem by rozpoznać w nich szczęśliwą rodzinę.

To był naprawdę piękny bal.

I ja w sukience jak we mgle.

Tyle dziewcząt innych znał

A wybrał właśnie mnie.

I potem tylko na mnie patrzył.

Kobieta nie mogła mieć trzydziestu lat. Była atrakcyjna i przebojowa, zupełnie nie jak Bryony. Miała krótkie włosy w kolorze najbardziej jaskrawego różu i niebieskie oczy, duże, radosne. Rysy jej twarzy były wprawdzie dość ostre, lecz uśmiech ciepły. Śmiała się całą sobą, niczego nie ukrywała.

To był naprawdę piękny bal.

Wybrał z innych tylko mnie...

I ja w sukience jak we mgle.

Chcę jak z bajki życie mieć.

I romantycznie wierzę w to, ze ja

Że Ty wybierzesz mnie

Zdobędę wreszcie to, co chcę.

Dziecko jak to dziecko, było małe i pulchne. Pyzata buzia śmiała się, kiedy zerkało raz na jedno, raz na drugie z rodziców. Wierzgało nóżkami i machało rączkami, jak często robią to niemowlęta. Ale najbardziej rzucały się w oczy jego włosy, jasnoniebieskie i nastroszone.

Ale Bree nie zwróciła na nie uwagi. Jej spojrzenie przyciągnęły oczy chłopczyka (bo z pewnością był to chłopiec, mówiło jej to serce matki). Były bowiem przerażająco znajome. Ileż razy dziewczyna spoglądała z miłością w identyczne, złote oczy? Ze strachem przesunęła wzrok na mężczyznę.

Kiedy w oczy wieje wiatr

Bo szczęście krótko trwa.

Niepotrzebnie płyną łzy

I smutno bajka kończy się.

Gdy jest źle to dobry znak

Bo może znów lepiej być.

Obok dziecka…tak, oczy Bryony się nie myliły. To był Remus. Starszy, bardziej zmęczony Remus za szesnaście lat. Schudł i przybyło mu zmarszczek i blizn, ale oczy miał te same, złote i głębokie, uśmiech równie szeroki i piękny. Bryony śledziła oczami znajome rysy ukochanego mężczyzny i czuła jak pęka jej serce. Tyle razy widziała u niego ten uśmiech kiedy byli razem. Taki błysk w oczach miał tylko kiedy na nią patrzył. A jednak…a jednak z tamtą kobietą też był szczęśliwy. Może nawet szczęśliwszy. Śmiał się. Na palcach jednej ręki potrafiła policzyć ile razy był tak beztroski w jej towarzystwie.

Kto jest kopciuszkiem? Ty czy ja?

Wybierz, wybierz raz mnie...

Co będzie gdy się skończy bal?

Wiesz, że tu jestem, w szarym tłumie znajdziesz mnie

Ciągle czekam na Twój znak.

Zgubioną w tłumie...

-Bree? – zaniepokojony Harry położył jej dłoń na ramieniu. Strąciła ją. Usłyszała jak głośno wciąga powietrze, gdy nachylając się nad nią, dojrzał fotografię.

Wśród tłumu odnajdź mnie nim minie jeszcze jeden dzień.

Dziś wygram wszystko albo nic.

Ostatnia szansę dał mi los.

-Kto to? – szepnęła głosem pełnym goryczy. Chłopak westchnął. Gdyby się odwróciła zobaczyłaby jak przeczesuje włosy palcami. Nie zrobiła tego jednak. Nie potrafiła oderwać wzroku od podobizny Remusa. Czuła jakąś perwersyjną przyjemność z patrzenia na zdjęcie, które przekreślało wszystko o czym marzyła.

Ja dobrze wiem, że są tysiące takich jak ja.

Kiedy w oczy wieje wiatr.

-Nimfadora Tonks – odparł chłopak z westchnieniem żalu. Bryony głośno wypuściła powietrze i przytaknęła ze zrozumieniem.

-Czemu mi nie powiedziałeś? – spytała, a w jej głosie odbił się cały ból i bezradność jaką czuła w tej chwili.

Znów zwykły zrobię błąd

Na swe złudzenia stracę czas.

-Co miałem powiedzieć? – mruknął chłopak, kucając obok niej i obejmując ją ramieniem. Zapatrzona w zdjęcie nie miała siły strącić jego ręki. - Że w innej rzeczywistości miał żonę i dziecko? Jakie to ma znaczenie?

-Duże! – warknęła Bree. -Nie pomyślałeś, że...może oni są sobie pisani? Może tak właśnie ma być?

-Ona jest dzieckiem! – Harry podniósł głos, w którym dało się słyszeć irytację. - Ma…ile? Dziesięć lat?

Lecz chcę dalej iść pod prąd

Dalej iść pod prąd...

-Za piętnaście będzie miała dwadzieścia pięć. – Bree przewróciła oczami ze złością, której nie potrafiłaby stłumić, nawet gdyby chciała. - Czarodzieje żyją znacznie dłużej niż mugole. Taka różnica wieku to nie problem!

I wciąż szukać trudnych tras.

Czas już otrzeć łzy

Otrzeć łzy...

-Bryony…- westchnął Harry, obracając ją by spojrzeć jej w oczy. Dojrzał w nich łzy, a dziewczyna szybko spuściła wzrok. Nie chciała, by widział jak płacze. Już i tak zbyt często jej się to zdarzało. - On cię kocha.

Nie będzie źle, musi lepiej być

Przecież teraz tę szansę mam.

Może właśnie wygram dziś.

-Zabawne! – prychnęła, wściekle ocierając oczy. - Jakoś nigdy mnie o tym nie poinformował!

-Jesteś jego Partnerką. – spróbował jeszcze raz chłopak, lecz ona tylko się rozzłościła. To słowo…prawda ukryta przez najbliższą jej osobę. To bolało bardziej niż chciała się do tego przyznać. Szczególnie teraz. Stanowiło powód do nadziej, która nie miała najmniejszego sensu.

-O tym również nie mówił. – warknęła posępnie.

-Bree… - westchnął chłopak.

-Nie Harry! – przerwała mu, skacząc na równe nogi i zaciskając pięści w dzikiej furii. Miała już dość. Była zła. Była ranna. Imię Nimfadory Tonks tkwiło niczym nóż w jej sercu, a za każdym razem, gdy ktoś je wymawiał przekręcało się powodując niewyobrażalny wprost ból. Bree przełknęła ślinę. - Prawda jest taka, że w twojej przyszłości Remus pokochał inną kobietę, a ona pokochała jego. Urodził im się cudowny synek. Kim ja jestem żeby im tego teraz odmawiać?

Nie czekała aż odpowie. Nie potrafiła patrzeć w jego pełne współczucia oczy. Obróciła się na pięcie i wybiegła z namiotu. Wiedziała, że to było nieodpowiedzialne, ale nie potrafiła teraz o tym myśleć. Zamknęła oczy i pozwoliła łzom płynąć.

Będę robić to, co chcę.

Nim marzenia sprawdzą się właśnie mnie.

Proszę, wybierz mnie

Znajdź mnie

Jeszcze dziś...


Nimfadora Tonks miała jedenaście lat i zadziwiającą ilość kompleksów jak na tak małą osóbkę. Właśnie dlatego siedziała właśnie w opuszczonej łazience na pierwszym piętrze i użalała się nad sobą, co nie było w jej stylu, a przed czym nie mogła się powstrzymać.

Pierwszy kompleks (i chyba największy) miał podłoże w jej imieniu. Jaka matka nazywa córkę Nimfadora Vulpecula? A potem jeszcze upiera się używać pełnego imienia, zamiast wymyślić jakieś zdrobnienie? Mimo to, kiedy Nimfadora była małym dzieckiem nie przeszkadzało jej za bardzo jak na nią wołają. Ale potem poszła do Hogwartu i rozpętało się piekło.

Dzieci czarodziejów noszą przeróżne imiona, czasem takie o jakich muglom się nawet nie śniło. Ale w swoim krótkim życiu dziewczynka nie poznała nikogo, kto nazywałby się dziwaczniej niż ona. Wystarczyło by przedstawiła się pierwszym napotkanym osobom, by zaczęły się drwiny. Z początku były to tylko lekkie docinki, ale kiedy ludzie zauważyli jak ją to boli…zaczęło robić się coraz gorzej.

Jak by tego było mało, mała Nimfadora odznaczała się umiejętnością niezwykle rzadką, nawet u czarodziei. Umiejętność ta, w dzieciństwie używana do rozśmieszania, robienia dowcipów członkom rodziny i przyjaciołom, w szkole stała się przekleństwem. Metamorfomagia była talentem fascynującym i trudnym do opanowania. Kierowały nią emocje, a jedenastoletnia dziewczynka nie potrafiła jeszcze całkowicie nad nimi zapanować. Kiedy koledzy zorientowali się, że zdenerwowaniu Nimfadory towarzyszy zmiana koloru włosów na mocną czerwień…cóż, starczy powiedzieć, że usilnie starali się sprowokować ją na różne sposoby by sprawdzić jak zareaguje na inne odczucia.

Do kompletu była wprost chorobliwie niezdarna. Na prostej drodze potrafiła potknąć się o własne nogi. Już na pierwszych Zaklęciach udało jej się osmalić sobie twarz i prawie spalić salę! Nie mówiąc o tym, że nie było jeszcze lekcji eliksirów, na której by czegoś nie rozlała, tłukła, albo nie doprowadziła do wybuchu. Z oczywistych względów koledzy jej za to nie kochali.

Nie pomagało też jej pochodzenie. Matka Nimfadory, Andromeda Tonks pochodziła ze starego rodu czystej krwi. Była najstarszą z trzech sióstr Black i na jej barkach spoczywała ogromna odpowiedzialność. Powinna wyjść za mężczyznę o tym samym statusie społecznym i razem z nim wychowywać następne pokolenie czystokrwistych, aroganckich czarodziejów. Ale sprzeniewierzyła się temu, zakochując się i poślubiając mugolaka, Teda Tonksa. Tym samym ściągnęła na siebie gniew całej czarodziejskiej arystokracji i zasłużyła sobie na tytuł Zdrajczyni Krwi.

Z resztą, Nimfadora nie rozumiała do końca zawiłych układów między swoją matką, a jej rodziną. Gdyby nie koledzy ze Slytherinu, którzy starali się upokarzać ją na każdym kroku, nigdy nie dowiedziałaby się o tym wszystkim. Zapytana, Andromeda odpowiadała ogólnikowo i szybko zmieniała temat. Ciotek (Bellatrix i Narcyzy), ani ich rodzin, dziewczynka nie spotkała nigdy.

W jej własnym domu, Hufflepuffie nie było tak źle. Ludzie ją tolerowali, dopóki na nich nie wpadała lub czegoś nie rozlewała itp. Krukoni nie zwracali na nią uwagi. Gryfoni też w sumie nie, dla nich nie liczyło się nic oprócz brawury. I psot. Zdaje się, że rywalizowali by dorównać legendarnym Huncwotom. Prawie każdego dnia coś w szkole wybuchało, a życie Pani Norris stało się istnym piekłem. Kto wie, Nimfadora może przyłączyłaby się do zabawy, gdyby tylko bardziej w siebie wierzyła. Ale Ślizgoni…wydawało się, że bycie metamorfomagiem i jednocześnie córką Andromedy Tonks z domu Black wymalowało na jej plecach ogromną literę X. Potomkowie szlachetnych rodów gnębili ją jak mogli.

Dlatego też, kiedy pewnego poranka przy śniadaniu, przed małą Dorą usiadła ogromna, dystyngowana sowa (która musiała należeć do bogacza z klasą), z elegancko zapakowaną paczką, dziewczynka przeżyła szok życia. Najpierw sprawdziła czy ptak się nie pomylił. Ale nie, na przesyłce widniało jej imię i nazwisko, wykaligrafowane pięknym pismem z zawijasami. To zdziwiło ją na tyle, że odwiązała paczkę od nóżki sowy i zaczęła uważnie oglądać z każdej strony. Nie znalazła jednak nic co mogłoby pomóc w rozpoznaniu nadawcy, postanowiła więc rozpakować pakunek.

Paczka zawierała cienką książkę oprawioną w czarną, nieco podartą na brzegach skórę i list zaplombowany pieczęcią znaną Nimfadorze z ksiąg o najstarszych czarodziejskich rodach. Herb rodziny Malfoy'ów. Ze zdumienia wszystko wypadło jej z rąk, lądując centralnie w jajecznicy, którą próbowała jeść przed przyjściem poczty. Gdyby nie siedząca obok trzecioklasistka, która zlitowała się nad młodszą koleżanką i rzuciła zaklęcie czyszczące, Tonks pewnie godzinami ścierałaby jajka z listu.

Na niego właśnie rzuciła się w pierwszej kolejności. List był…dziwny. Pełen długich, skomplikowanych słów, których Nimfadora nie rozumiała. Mówił o integralności starożytnych rodów, o konieczności trzymania się razem et cetera, et cetera. A podpisany był: kochająca ciocia Cyzia. O cioci Cyzi dziewczynka w życiu nie słyszała. O Narcyzie, to już szybciej. Wiedziała jednak, że od ładnych kilku lat ta nie miała kontaktu z rodziną Tonksów. Nie rozumiała więc, skąd wzięła się potrzeba nawiązania go. I to jeszcze z półkrwi siostrzenicą. Co nie zmieniało faktu, że przyjście paczki sprawiło jej niezwykłą frajdę. Głównie dlatego skłoniła się ku prośbie ciotki i nie powiedziała ani swojej mamie, ani tacie o prezencie.

Prezent ten ciekawił ją niezmiernie. Z wyblakłych cyfr na okładce wynikało, że dziennik miał około pięćdziesiąt lat i dziewczynka przez chwilę zastanawiała się, czemu ciotka przysłała jej tak dziwny prezent. W końcu uznała jednak, że może stanowi on jakąś ważną pamiątkę rodzinną i zignorowała litery na pierwszej stronie, układające się w czyjeś imię i nazwisko. Zaczęła przewracać kartki. Były idealnie czyste, bez choćby śladu atramentu lub ołówka, ani zwykłych codziennych zapisków. Nimfadora zerknęła na tylną okładkę i zobaczyła wydrukowane nazwisko właściciela sklepiku z gazetami w Londynie, przy Vauxhall Road. Mugolskie pochodzenie dziennika zdziwiło dziewczynkę, nie miała jednak czasu zastanawiać się nad tą tajemnicą, była już bowiem spóźniona na pierwszą lekcję.

Nie była pewna co myśleć o tym prezencie i przez dwa dni dziennik leżał na jej biurku, nieruszony. Ale potem Suzie Brennan powiedziała coś okropnego o jej włosach, które po wypadku w sali od eliksirów przybrały kolor zgniłej zieleni i coś w małej pękło. Prosto po zakończeniu lekcji pobiegła do dormitorium i usiadła przy biurku i otworzyła dziennik. Maczając pióro w atramencie zastanawiała się co napisać.

-Nazywam…się…Nimfadora…Tonks – mamrotała, kaligrafując kolejne litery i swoim zwyczajem przygryzając język.

Ku jej ogromnemu zdziwieniu litery zabłysły przez chwilę i znikły bez śladu. A na czystej stronicy pojawiły się słowa wypisane jej fioletowym tuszem, ale na pewno nie przez nią:

-Witaj, Nimfadoro. Nazywam się Tom Riddle. Na pewno zostaniemy przyjaciółmi…


N/A.: No i jak? Bo ja ten rozdział strasznie lubię. Nie dlatego, że Bree dowiaduje się o Teddym i Tonks… Po prostu mała Nimfadora mnie rozczula. Nienawidzę jej tego robić, ale jest idealną ofiarą dla dziennika.

Co do piosenki, to nie mogłam się powstrzymać. Kto powie (bez wpisywania w wyszukiwarkę) skąd to? Kto śpiewał?