Przepraszam, że tak późno, ale akurat przy tym rozdziale moja wena postanowiła udać się na zasłużone wakacje. Nie wiem dlaczego, ot taki miała kaprys. Nie wyobrażacie sobie ile razy przerabiałam każdy fragment. Wycinałam, przerzucałam, przepisywałam. Tragedia. Ale chyba wyszło całkiem składnie.
Wiele osób pytało mnie w komentarzach ile jeszcze będzie rozdziałów tego opowiadania. Odpowiedź brzmi…sporo. Co najmniej dziesięć. A jeśli mam wchodzić w szczegóły życia po wojnie, o co mnie poproszono, to jeszcze więcej.
Odpowiedzi na wasze cudowne komentarze:
Guest: Hej! Dzięki za komentarz. Cieszę się, że cię zaskoczyłam. Mnie też frustruje Remus z przyszłości. Cóż, przy odrobinie szczęścia nigdy nie będzie musiał się taki stać. Już ja o to zadbam.
Paulina: Co do wężomowy to teoretycznie nie trzeba być weżoustym by się nią posługiwać. Weź na przykład Rona, który w siódmej części otworzył komnatę, bo słyszał jak Harry to robił. Pytałaś jak poradzi sobie Bree…Cóż, po przeczytaniu tego rozdziału będziesz wiedziała już wszystko.
Rome: Z Remusem może być problem. Z Tonks nie mogłam się opanować. Prawie od samego początku wiedziałam, że Dziennik musi trafić do Hogwartu i pewnego dnia pomyślałam sobie…hej, czy Dora nie była wtedy w odpowiednim wieku? W jakiej ciekawej sytuacji postawiłoby to Bree? No i zostało. Po prawdzie trzeba było przesunąć datę jej urodzin trzy lata do tyłu…ale nie wyobrażałam sobie nikogo innego.
No i pytania na dziś:
Jaki tytuł nosi piosenka użyta w rozdziale? Kto ją śpiewał? (odpowiedzi będzie całkiem sporo)
Do jakich mitów nawiązuje Hermiona?
Rozdział 31
Po raz kolejny Hermiona obudziła się z krzykiem. Nagle wyrwana z odmętów koszmaru raptownie usiadła na łóżku. Dyszała ciężko, a jej palce zaciskały się na pościeli. Przed oczami miała przerażającą twarz Bellatrix, z jej szalonymi oczami i płonącą w niej gorączką. Ciarki chodziły jej po plecach. Musiała mocno się wysilić by przypomnieć sobie gdzie się znajduje i że jest bezpieczna.
Spojrzała na łóżko obok, gdzie spokojnie spał Harry. Rude włosy (do których ciężko było się przyzwyczaić) opadały mu na czoło zasłaniając bliznę w kształcie błyskawicy. We śnie wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle. Znikały te bruzdy zmartwienia na jego czole, do których Hermiona zdążyła się przyzwyczaić przez tyle lat przygód i zagrożeń. Usta nie były już tak zaciśnięte i nawet układały się w rozluźniony, uroczy uśmiech. Wiele by dała by ujrzeć taki na jego twarzy za dnia, w świecie gdzie nie musieliby walczyć czy się ukrywać. Gdzie mógłby znów być nastolatkiem, a nie bohaterem, od którego zależy przyszłość świata.
To byłoby cudowne miejsce. Wolne od odpowiedzialności za losy ludzkości i poczucia winy za dobrych ludzi, którzy oddali życie za sprawę i tych złych zabitych lub zranionych własnymi rękami. Miejsce, gdzie mogliby znów pójść do Hogwartu i po prostu cieszyć się z bycia nastolatkami, bez zmartwień i bólu. Miejsce gdzie…może, tak hipotetycznie…mogliby spróbować…
Nie. Hermiona potrząsnęła głową. Szybko wstała z łóżka, gwałtownie odrzuciwszy prześcieradła. Ubrała się machinalnie i przeczesała włosy. Musiała coś zrobić, by odgonić te myśli. By wreszcie zapomnieć. Zostawić za sobą Dwór Malfoyów i wszystko co się tam wydarzyło. Przez chwilę rozważała uwarzenie większej ilości przydatnych eliksirów, lecz jedno spojrzenie na jej dygoczące dłonie wystarczyło by odrzucić ten pomysł. Postanowiła więc poczytać i już brała książkę do ręki, kiedy z części dziennej namiotu odezwała się muzyka.
Był taki czas, kiedy męski głos
Tak wytworny miał ton
Miłe słowa szeptał.
Śpiewał z radia przyjemny, żeński głos. Nie trzeba było geniusza by zgadnąć, że Bryony też nie spała. A patrząc na tematykę i nastrój utworu miała niewyobrażalnego doła. Jak zwykle od prawie dwóch tygodni, kiedy to po raz pierwszy natrafiła na zdjęcie rodziny Lupin. To było tak jakby nagle całkowicie straciła chęć do życia, jakąkolwiek nadzieję na przyszłość. Jakby wszystko w co wierzyła, wszystko czego pragnęła rozsypało się w pył, w tej samej chwili, gdy spojrzała na roześmiane twarze Remusa, Tonks i małego Teddy'ego.
Hermiona błyskawicznie podjęła decyzję i porzuciwszy swoją książkę i ciepłą pościel ruszyła w stronę muzyki. Bezszelestnie rozchylając kotarę dzielącą obie części namiotu opuściła sypialnię i wślizgnęła się do salonu, szukając wzrokiem Bree.
Był taki czas, kiedy serca głos
Tak pogodny miał ton
Lekkie słowa śpiewał
Był taki czas, lecz ten sen już zgasł...
Bryony siedziała na fotelu, z twarzą ukrytą w dłoniach. Obok niej, na stoliku stało radio, a z niego sączyła się cicho nieznana Hermionie piosenka. Rude włosy dziewczyny opadały jej w nieładzie na plecy, zbyt długie by mogło to być praktyczne. Opuszczone ramiona trzęsły się lekko, oczywista oznaka płaczu i bezradności.
Panna Granger zawahała się. Z jednej strony coś ciągnęło ją do drugiej dziewczyny. Czuła się zobowiązana objąć ją i pocieszyć. Powiedzieć, że wszystko będzie w porządku. Lecz nie potrafiła, bo przecież nie mogła tego wiedzieć. Do tego jakoś było jej głupio podejść do tej silnej dziewczyny, która tyle już wytrzymała i próbować pomóc jej przetrwać ból, którego nie potrafiła sobie wyobrazić. Nigdy nie przeżyła niczego choćby podobnego do tego, co przytrafiło się Bryony. No i nigdy nie były zbyt blisko. To głównie Harry zbliżał się do swojej matki, Hermiona wolała dać im trochę przestrzeni na poznanie się i w efekcie sama nie spędziła z drugą dziewczyną zbyt wiele czasu.
Wyśniłam sen, pogodny sen
Był czas nadziei, czas miłości
A miłość we śnie wieczna jest
I Bóg wybacza nam słabości
-Les Miserables. Niesamowity musical. – powiedziała nagle Bree, nie patrząc na Hermionę. Skąd wiedziała, że jest obserwowana nie dało się odgadnąć. – Solo Fantyny z pierwszego aktu. Zabawnie pasujące, prawda?
Hermiona nie skomentowała. Po prostu podeszła, zajęła miejsce po drugiej stronie stolika, naprzeciwko Bryony i zastygła w oczekiwaniu. Znała już drugą dziewczynę na tyle by wiedzieć, że pytaniami nic nie zdziała. Trzeba było poczekać aż Bryony sama zacznie mówić i wtedy uważnie jej słuchać. Tylko tak dało się wyciągnąć z niej informacje, których nie chciała lub wahała się wyjawić. Te z całą pewnością do takowych należały.
-Przesadziłam – szepnęła nagle Bree, pokazując Hermionie, że ta zastosowała odpowiednią metodę. Zaraz też wydobył się z niej niezatrzymany potok słów padający z taką szybkością, że ledwo dawało się je rozróżnić. – Z moją reakcją. Nie powinnam była tak się wściekać, ani desperować. Logicznie rozumując dostałam histerii z powodu wydarzeń z alternatywnej rzeczywistości, które tu mogą wcale nie mieć miejsca. A to wszystko przez głupią zazdrość. Tak, jestem zazdrosna. Zazdrosna o jedenastolatkę, która w innym świecie wyszła kogoś, kogo mam czelność uważać za swoją własność. Czego oczywiście nie powinnam robić, ale nie potrafię nad tym zapanować. Ot i cała tajemnica. Nie powinno mnie tak boleć. Ale boli i to jak diabli.
Wzięła głęboki, drżący oddech. Nerwowo wyginała palce. Powoli podniosła głowę i spojrzała na Hermionę zaczerwienionymi od łez oczami, szukając w niej…czego dokładnie? Współczucia? Zrozumienia? A może wsparcia? Panna Granger wolno wyciągnęła rękę i ujęła dłoń swojej towarzyszki, ściskając ją lekko. Bree uśmiechnęła się z wdzięcznością i odwzajemniła uścisk.
Za młodych lat nie bałam się
Że sny radosne się rozpłyną
Bo ceny jeszcze nie znał nikt
Śpiewano pieśni, lano wino
-Ja po prostu… - Bryony zabrakło słów. Głośno przełknęła ślinę i ścisnęła dłonie Hermiony w rozpaczliwym uścisku. – Boję się. Straszliwie się boję, że go stracę i to przez nią.
-Czemu? – zdziwiła się Hermiona, pamiętając słowa Greybacka. – Przecież jesteś jego Partnerką. To wiąże was mocniej niż jakiekolwiek ludzkie prawo czy sakrament.
-A jednak się z nią ożenił. – odparła Bree, a w jej oczach odbił się cały ból jaki w tym momencie czuła. Wyglądała jakby brakowało jej powietrza.
-Po twojej śmierci – odparowała Hermiona. – Nie możesz go za to winić.
-Nie, nie mogę – dziewczyna uśmiechnęła się bardzo smutno. – To by było niedorzeczne. Czemu miałby do końca życia cierpieć samotność? Jest w końcu przystojnym, inteligentnym mężczyzną. Jaka kobieta by takiego nie chciała? Miał pełne prawo wyleczyć się ze mnie, w końcu od mojej śmierci minęło tyle czasu…Teraz to widzę. Ale jak zobaczyłam tamto zdjęcie…
-Coś w tobie pękło – zrozumiała Hermiona. Bree przytaknęła z żalem.
-W jednej sekundzie zawalił się mój świat. – przyznała.
-Dlaczego? – Hermiona zmarszczyła brwi. – Sama mówiłaś, że miał prawo być szczęśliwy. To był inny świat, w tym najprawdopodobniej żadna z tych rzeczy nie będzie miała miejsca!
-Skąd wiesz? – spytała Bryony, tonem tak bolesnym, że panna Granger zrozumiała iż dotarły właśnie do najważniejszego elementu tej rozmowy. – Co z przeznaczeniem?
Hermiona nie zrozumiała. Widząc co Bree westchnęła i wolną ręką przeczesała gęste, rude włosy palcami.
-Co jeśli są sobie przeznaczeni? – powiedziała cicho, wbijając wzrok w dywan. – Jeśli moja śmierć w waszym czasie to tylko krok w stronę spełnienia większego planu? Jeśli tak po prostu musiało być, żeby spotkały się dwie prawdziwe bratnie dusze? Remus i…Nimfadora.
Ból sprawiało jej wypowiadanie tych imion w jednym zdaniu.
-Nie mam jej tego za złe, wiesz? – spytała uśmiechając się bez humoru - Kiedyś miałam, ale już nie. Nie dziwię jej się. Łatwo go pokochać. Trudniej dać mu odejść.
-Nie wierzę w przeznaczenie – mruknęła Hermiona. – Nigdy nie wierzyłam. Ale tamta przepowiednia ostatecznie upewniła mnie, że miałam rację. Na pewno ją pamiętasz. Dziecko, które miało pokonać Voldemorta musiało według niej spełniać pewne warunki. Szkopuł w tym, że w tym samym czasie urodziło się co najmniej dwóch chłopców, którzy pasowali do opisu. Obaj urodzili się pod koniec lipca, w rodzinach opierających się Voldemortowi. Ale na tym przepowiednia się nie kończyła.
-Voldemort musiał wybrać, naznaczyć swojego przeciwnika – wtrąciła grobowym tonem Bryony.
-Dokładnie – przytaknęła Hermiona – Jak na nieomylne przeznaczenie, zostawiało zbyt duże pole na zmiany, nie uważasz? A te wszystkie przypadki z mitologii? Już starożytni Grecy na każdym kroku napotykali dowody na to, że ucieczka przed przeznaczeniem tylko sprawia, że ono się wypełni. Wystarczyło nie porzucać syna w górach, by zapobiec tragicznym wypadkom w Tebach! Już nie mówiąc o Priamie i Hekabe!
Bryony parsknęła krótkim śmiechem, bez pudła rozpoznając kontekst literacki jak na mugolaczkę przystało. Wkrótce śmiały się już obie, bez żadnych hamulców, bez zastanawiania się czy powinny czy też nie.
-W każdym razie… - śmiech dobrze im zrobił, Hermiona poczuła się lepiej i pewniej mówiła dalej. – chciałam powiedzieć, że zastanawianie się teraz nad przeznaczeniem nie ma najmniejszego sensu. To okrutne, ale prawdziwe. Jeśli jest…i tak go nie zmienisz. Lecz jeśli go nie ma spędzisz najbliższe kilkanaście lat zadręczając się i czekając na dzień kiedy wszystko się zawali. Czy nie lepiej…cieszyć się tym co masz? Teraz, dziś. Nim zostanie ci wydarte…
Ale wilki szczerzą kły
W oczach mają błyskawice
Beznadzieja drzemie w nich
Rozrywają dobry sen
-Kim ona jest? – spytała nagle Bryony, patrząc prosto w oczy Hermiony, całkiem jakby bardzo chciała zmienić temat chwytała się brzytwy, dobrze wiedząc ile bólu jej to sprawi i nie dbając o to. – Ta dziewczyna, Nimfadora Tonks. Skądś znam jej nazwisko, ale nie mam pojęcia skąd dokładnie.
-Może Syriusz ci o niej wspominał – zasugerowała panna Granger. – Z tego co wiem, jest jego kuzynką. Nie wiem jakie w tym czasie ma układy z jej mamą Andromedą, ale u nas wspominał ją z sympatią. Mieli ze sobą dużo wspólnego, oboje wyklęto z rodziny Blacków.
-Może – Bree wzruszyła ramionami ze smutnym uśmiechem. A potem błagalnie spojrzała na Hermionę, a minę miała tak rozpaczliwą, że dziewczynie zmiękło serce. – Opowiedziałabyś mi o niej? Tak bardzo chciałabym dowiedzieć się jak najwięcej…poznać kobietę, w której się zakochał…
Hermiona struchlała. Jak miała odpowiedzieć na tę prośbę? Co powiedzieć? Czy w ogóle powinna mówić cokolwiek? Uznała, że tak. Bryony miała prawo wiedzieć.
-Tonks była…niezwykła. - odezwała się po chwili zastanowienia, próbując jak najlepiej opisać osobę, którą znała tylko przelotnie i to w okresie, kiedy jej własne problemy sercowe przysłaniały jej wszystko dookoła. – Odważna. Nie bała się stanąć oko w oko z niebezpieczeństwem. Ryzykować życia dla Harry'ego czy dobra Zakonu. Była aurorem i to świetnym. Kochała swoją pracę.
-Na zdjęciu ma różowe włosy – zauważyła Bree. Hermiona zaśmiała się, przypominając sobie wszystkie tego typu dziwne przemiany Tonks. Tamten wieczór w Kwaterze Głównej, kiedy zmieniała swój nos w świński ryjek by rozbawić Ginny.
-Tak. – przytaknęła z melancholią – Była metamorfomagiem i uwielbiała się tym bawić. Teddy to po niej odziedziczył. Jej włosy oddawały nastrój. Kiedy była szczęśliwa zmieniała je na różowe. Kiedy zła, stawały się krwistoczerwone. Płowe, gdy się czymś martwiła.
-Przydatna umiejętność dla aurora.
-Prawda? – zachichotała Hermiona – Nadrabiała tym za chorobliwą praktycznie niezdarność. Potrafiła potknąć się o praktycznie wszystko, łącznie z własnymi nogami, ale w walce nigdy jej to nie przeszkadzało.
-Kochała go? – pytanie zostało zadane głosem bardzo cichych, pełnym obaw.
-Ponad życie – odparła bez wahania dziewczyna – Tylko miała problem by go o tym przekonać. Za nic nie chciał uwierzyć. Mawiał, że była dla niego za młoda, za ładna i za dobra. Że na nią nie zasługiwał.
-Zawsze miał niską samoocenę – wtrąciła Bryony, wywracając oczami.
-To coś więcej… - Hermiona pokręciła głową. – Wtedy nie miałam o tym pojęcia, ale teraz uważam, że twoja śmierć bardzo go zmieniła. Nie wiem czy wiesz, ale…Remus nigdy nie wyczarował cielesnego patronusa. Tylko mgiełkę.
Przygryzła wargę. Nie była pewna, czy dobrze robi mówiąc to, ale po prostu musiała. Nie potrafiła tego ukrywać przed dziewczyną, którą zaczęła uważać za przyjaciółkę.
-Sądzę, że po twojej śmierci nie potrafił. Nawet podczas swojego związku z Tonks, a był wtedy szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej odkąd go poznałam.
On całe lato ze mną śnił
Wypełniał noc cudownym drżeniem
Dzieciństwo słodkie z ust mych spił
A na jesieni nagle znikł
-Czemu…- Hermiona urwała i zaczerwieniła się jak piwonia. Nie mogła uwierzyć, że jej się to wymknęło. Zawsze w głębi serca się zastanawiała, ale nigdy by jej do głowy nie przyszło zadać dręczące ją pytanie. Z zasady nie wtrącała się w prywatne sprawy innych ludzi. Ale ten wieczór, ta rozmowa sprawiła, że mówiła wszystko to co myślała, bez zahamowań.
-Czemu poszłam z Remusem do łóżka? – dokończyła za nią Bree, idealnie zgadując co dręczyło dziewczynę. Uśmiechała się lekko. Przerażona tym co powiedziała panna Granger zdołała tylko przytaknąć. Bryony przygryzła wargę, zamyślając się. Po chwili potrząsnęła głową i roześmiała się.
-Pewnie powinnam powiedzieć, że była młoda i głupia? Że nie przewidziałam konsekwencji i że żałuję?– zastanowiła się na głos. - Ale bym skłamała. Tak, byłam młoda. I może rzeczywiście głupia. Ale mój świat kręcił się wokół niego. Nie wiedziałam czy odwzajemniał moje uczucia, ale łudziłam się. Wolałam spędzić kilka szczęśliwych chwil w jego towarzystwie niż unieść się dumą i zawsze tego żałować. Może chciałam go w ten sposób do siebie przywiązać? Każdy dzień razem, zwiększał moje szanse. Że to przetrwa. Że kiedyś będziemy żyli długo i szczęśliwe. Jak Lily i James. Nawet kiedy się rozleciało, nie żałowałam tego. Bo chętnie zrobiłabym to drugi raz. – parsknęła gorzkim śmiechem
-Kochałaś go? – spytała szeptem Hermiona. Odpowiedziało jej ponure skinienie głową.
-Chyba od zawsze – odparła Bree – I kocham nadal. Pewnie nigdy do końca nie przestanę. Bez względu na wszystko zawsze będzie moją pierwszą miłością. I może jedyną.
Zaśmiała się krótko, z goryczą. Jej oczy pełne były bólu i żalu, który Hermiona dopiero zaczynała rozumieć.
-Najgorsze jest to… - zaczęła znowu, tonem pełnym niechęci, jak się później okazało do samej siebie, a nie Remusa Lupina. – że gdyby teraz pojawił się przede mną pewnie nawet nie byłabym na niego zła. Po prostu…rzuciłabym mu się na szyję i błagała by w jakikolwiek sposób pozwolił mi być częścią swojego życia. Tylko o tym marzę.
I wraca sen – znów ze mną jest
Razem spędzamy długie lata
Lecz to trucizna jest nie sen
A burza każdą tęczę zmiata
-Jak Tonks zaszła w ciążę… - zaczęła Hermiona po chwili, niepewna, czy poruszanie tego tematu jest dobrym pomysłem. Ale Bryony tylko uśmiechnęła się i skinęła głową, zachęcając ją do kontynuowania. Chciała usłyszeć co druga dziewczyna miała do powiedzenia. Dlatego panna Granger przełknęła ślinę i mówiła dalej, choć z sercem na ramieniu.
-Remus zareagował źle. Chciał…chciał ją zostawić. Iść z nami i porzucić Dorę i dziecko. Krzyczał, że bez niego będzie im lepiej. Bo jest potworem i świat czarodziejski ich nie zaakceptuje. Chyba…nie mógł znieść, że mógł niewinne niemowlę. Powiedział też coś takiego, że nawet jeśli jego dziecko nie będzie takie jak on, to lepiej żeby wychowywało się bez takiego ojca.
-Harry mu nie pozwolił, prawda? – upewniła się Bree ze smutnym uśmiechem – Zostawić ich, to znaczy.
-Nie – Hermiona z uśmiechem pokręciła głową – Pokłócili się. Harry zwyzywał go od tchórzy i innych takich. A Remus rąbnął go zaklęciem i wybiegł. Zobaczyliśmy go dopiero kilka miesięcy później, już jako szczęśliwego ojca. Mały…nie miał żadnych objawów.
-To tak jak Harry – odparła z uśmiechem Bryony – Strasznie się bałam, że coś z nim będzie nie tak. Kochałabym go dalej oczywiście, wszyscy byśmy gocię kochali, ale tyle napatrzyliśmy się na cierpienia Remusa, że nie życzylibyśmy tego najgorszemu wrogowi. A co dopiero maleńkiemu dziecku. Obie z Lily koczowałyśmy w jego pokoju podczas pierwszej pełni księżyca. Ale nic się nie stało. Może trochę bardziej się kręcił i musiałam go nakarmić trzy razy zamiast raz, ale to wszystko. Żadnego futra, żadnych pazurów ani kłów. Całkiem normalny bobas. Aż zrobiłyśmy zdjęcie.
-Ale Remus, czy sądzisz, że…gdybyś mu powiedziała o istnieniu Harry'ego, też by cię zostawił? – spytała bardzo powoli Hermiona, a jej głos cichł z każdym słowem. Na twarzy Bryony pojawił się rozpaczliwie smutny uśmiech.
-Nie sądzę, żeby to miało znaczenie – powiedziała spokojnie. - Widzisz, on zostawił mnie na długo zanim dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Głównie dlatego o niczym nie wie. Byłam zbyt dumna na błaganie by do mnie wrócił dlatego, że spodziewałam się dziecka. Kto wie, może na tym polegał mój błąd, ale nie potrafiłam…po prostu nie potrafiłam. Wiele razy zastanawiałam się, co by było gdyby…
Ja los wyśniłam, który jest
Tak inny niż to piekło wkoło
Tak inny niż ten nędzny świat
-Tęsknisz za nim, co? – spytała Hermiona, przeczuwając odpowiedź. Na jej usta wypłynął delikatny, współczujący uśmiech.
-Oczywiście, że tak – westchnęła ciężko Bryony – Wszystko bym oddała by znów być przy nim. By wyjaśnić całą tę sytuację. Ale nie mogę! Bo aż za dobrze zdaję sobie sprawę, że nie ma znaczenia, czego bym chciała. Cokolwiek było, jest lub będzie między nami musi poczekać aż to szaleństwo się skończy. Trwa wojna. Ludzie giną na ulicach. Nie czas myśleć o romansach. Póki żyje Voldermort, póty priorytetem jest pokonanie go i przywrócenie bezpieczeństwa zarówno czarodziejom jak i mugolom. To moja rzeczywistość. Dla niej zapomnę o niedorzecznych snach.
Życie zdeptało
Dobry sen.
N/A.: Tak teraz myślę, że ostatnia wypowiedź Bryony wyszła mi w stylu sienkiewiczowskiego Skrzetuskiego.
A teraz mam do was jeszcze jedno pytanie na koniec. Hipotetycznie, jakbym wstawiła opowiadanie do Hobbita, taki misz-masz książki z filmem (bo nie wszędzie filmowe rozwiązania mi pasują), ilu z was wpadłoby poczytać? Bo jak byłam na działce w ten weekend wróciła mi hobbit-mania i pociągnęłam do przodu jeden ze swoich raczkujących projektów. Na tym etapie mam gotowe trzy pierwsze rozdziały, a trzy kolejne w połowie. I to długie, takie po 4 tysiące słów.
To oczywiście romansidło.
Skusiłby się ktoś?
