Witajcie. Ponownie przepraszam za opóźnienie, ale jestem w środku rekrutacji na studia i ciężko mi się skupić na czymkolwiek innym. No, ale jutro mija termin logowania na uczelnię i w pewien sposób klamka zapadnie.
Odpowiedzi na pytania:
1) Piosenka to Wyśniłam Sen (I Dreamed a Dream) z musiaclu Les Miserables. W Teatrze Muzycznym Roma śpiewała ją np. Edyta Krzemień, a w filmowej adaptacji Anne Hathaway.
2) Mity o Edypie i Wojnie Trojańskiej. Rodzicom Edypa przepowiedziano, że ich syn ożeni się z matką i zabije ojca, porzucili go więc w górach. Hekabe z kolei (matka Parysa) usłyszała, że jej syn ma doprowadzić do klęski Troi, więc oddała go na wychowanie pasterzom, gdzie spotkał trzy boginie, wybrał z nich najpiękniejszą, a w nagrodę otrzymał miłość Heleny, żony Menelaosa co było powodem wojny.
Finflon: Cieszę się, że rozdział Ci się spodobał i mam nadzieje, że ten polubisz jeszcze bardziej, szczególnie że bardzo różni się od poprzedniego. Wielkie dzięki za stałe wsparcie i mam nadzieję, że usłyszę od ciebie i tym razem.
Paulina: Z Edypem trafiłaś, gratuluję. Cieszę się, że Ci się podobało. W tym rozdziale więcej akcji, a w następnym to już w ogóle. Piosenkę radzę sobie przesłuchać, czy to w wykonaniu filmowym (Anne Hathaway), czy tez musicalowym, bo jest cudna. W głowie określam ją od jakiegoś czasu mianem Bryony's theme, bo tak idealnie do niej pasuje. Ostatnio bawię się pomysłem na Fili/OC, więc tego można się spodziewać, choć miałam i zalążki Thorin/OC, czy też Kili/OC. Oni są po prostu za cudowni żeby o nich nie pisać.
Rozdział 32
-Harry! – zaśmiała się Ginny. Jej piękne włosy lśniły w promieniach słońca. Miały zupełnie inny kolor niż włosy jego matki. Podczas gdy pukle Bryony były ciemnorude z odblaskami brązu, Ginny nie bez powodu porównywano kiedyś z marchewką. Miała pomarańczowe włosy i basta. Harry strasznie je lubił, a najbardziej wtedy, gdy odbijało się w nich słońce sprawiając, że pałały własnym światłem.
-Gin – westchnął z uwielbieniem, obracając się na ławce parkowej, na której siedział by ujrzeć najpiękniejszą czarownicę jaką kiedykolwiek widział.
Ginewra Weasley była średniego wzrostu, szczupła i wysportowana. Miała brązowe oczy i niesamowitą ilość piegów na małym, nieco zadartym nosie. Nie należała do tych dziewcząt, które całe godziny spędzają przed lustrem. Stawiała na naturalność i częściej można było zobaczyć ją ubłoconą po meczy Quiddicha niż umalowaną. Harremu całkowicie to pasowało.
-Witaj Harry – uśmiechnęła się do niego szeroko, a on poczuł się tak szczęśliwy, że miał wrażenie iż jego serce zaraz wyskoczy z piersi.
-Gin…tak za tobą tęskniłem. – szepnął, wtulając twarz w jej brzuch. Objęła go za ramiona i zaczęła głaskać po ciemnych włosach.
-Ja za tobą też – powiedziała miękko. Uwielbiał jak wypowiadała jego imię, jej głos nabierał wtedy zupełnie innego, unikatowego tonu, przeznaczonego tylko i wyłącznie dla niego.
-Nie chciałem cię zostawiać Gin – mruknął, marząc tylko o tym by mu uwierzyła. Choć minęły prawie trzy miesiące odkąd Zwierciadło cofnęło czas dalej nie potrafił pozbyć się poczucia winy. Porzucił dziewczynę, którą kochał. Zostawił ja w najtrudniejszym dla niej momencie, tuz po śmierci jednego z jej ukochanych braci.
-Wiem. – szepnęła melancholijnie, ani na moment nie wypuszczając go z objęć. Smukłe palce raz po raz przeczesywały jego włosy. – Rozumiem Harry. Chciałeś tylko naprawić to co zostało zniszczone przez Voldemorta. Nie można cię za to winić.
- Gin… - nie zdążył dokończyć, przerwała mu nim wypowiedział choć słowo.
-Nie Harry! – zaprzeczyła wściekle. Wiedział, że protestowanie nie ma najmniejszego sensu, kiedy coś postanawiała lub wyrabiała sobie na jakiś temat zdanie nic nie mogło zmusić jej do zmiany. - Zrobiłeś to co uważałeś za słuszne. Uratowałeś masę ludzi, wiesz? Dzięki tobie Bryony żyje. Fred żyje.
-Ale my...co z nami Gin? – spytał, mrugając szybko by odpędzić łzy zbierające się pod powiekami. – Jak mam dać sobie bez ciebie radę?
-Będziesz musiał nauczyć się żyć beze mnie – odparła, obejmując go mocniej, jakby jej sprawiało to tyle samo bólu co jemu, a może nawet więcej.
-Nie potrafię – szepnął, głęboko oddychając jej zapachem. Pachniała kwiatami, zupełnie jak amortencja Slughorna, którą wąchał tamtego dnia, dawno, dawno temu, kiedy świat był jeszcze prosty.
-Musisz – odparła, delikatnie całując go w czoło. – To nie będzie proste, ale ty jesteś wielki Harry Potter, Chłopiec Który Przeżył. Poradzisz sobie. Zawsze sobie radziłeś.
-Nie tym razem. Zostań ze mną – poprosił, podnosząc na nią wzrok. Badał spojrzeniem każdy detal jej twarzy, na powrót poznawał wszystkie piegi i jaśniejsze plamki pośród brązu jej oczu. Z całego serca pragnął by się zgodziła.
Ona jednak tylko potrząsnęła głową i uśmiechnęła się do niego z bólem.
-Wiesz, że nie mogę. – odparła smutno, ujmując jego twarz w obie ręce. - Jestem tylko wytworem twojej wyobraźni Harry.
-Nie. – zaprzeczył gorączkowo, zrywając się z miejsca i przeskakując ławkę by znaleźć się tuż obok niej. Objął ją i przycisnął do siebie na potwierdzenie swoich słów. Była ciepła i prawdziwa w jego ramionach. - Wcale nie. Jesteś tu, ze mną! Jesteś prawdziwa!
-Harry musisz dać mi odejść – szepnęła prosto w jego koszulkę, chwytając ją w obie dłonie. Nie słuchał jej, nie mógł. Spróbowała znowu, delikatniej. – Nic w ten sposób nie wskórasz. Czepianie się wspomnień nie ma sensu, musisz patrzeć w przód.
-Nie potrafię – wyznał. I mówił prawdę. Przyszłość bez niej wydawała mu się szara i pozbawiona sensu
-Harry…
-Harry! – skarciła go Ginny, unosząc głowę i patrząc mu prosto w oczy – Nie możesz tak mówić. Kto jak kto, ale ty masz na co czekać. Całe życie marzyłeś o poznaniu swojej rodziny. Teraz masz na to szansę. Ale nie skorzystasz z niej użalając się nad sobą i żyjąc przeszłością!
-W tym świecie cię nie ma – zauważył ze smutkiem.
-Harry
-Jestem – szepnęła dziewczyna. – Czy raczej będę i to całkiem niedługo. Pewnego dnia nasze drogi się przetną i zobaczysz jak szczęśliwą mnie uczyniłeś. Zwróciłeś mi brata. Zadbasz bym nigdy nie miała kontaktu z tym dziennikiem, nigdy nie trafiła do Komnaty. Uczynisz mnie zwykłą, szczęśliwą dziewczynką!
-Harry!
-Kocham cię – powiedziała, a on zrozumiał, że to już koniec, że więcej jej nie zobaczy. Chwycił ją najmocniej jak potrafił, lecz mimo to zaczęła nagle rozpływać się na jego oczach, znikać powoli pośród podnoszącej się, szarej mgły. – Zawsze cię kochałam.
-Ginny! – zawołał – Ginny!
-Harry! Obudź się. Słońce, to tylko sen.
Znał ten głos i ten pełen troski ton, ale nie chciał opuszczać miejsca gdzie choć na chwilę mógł być ze swoją Ginny. Widział jeszcze jej smutny uśmiech, sięgnął do rudych włosów.
-Ginny!
Zlany potem usiadł na łóżku. Był z powrotem w namiocie, a tuż obok niego siedziała Bryony. Palce miała zaciśnięte na jego ramieniu, jeszcze przed chwilą musiała nim potrząsać, by wyrwać go ze snu. Widział śnieżnobiałe bandaże na jej ledwo zagojonym nadgarstku.
-Bree… - jęknął, zasłaniając oczy dłonią, bo światło z jej różdżki oślepiało jego nieprzyzwyczajone do jasności oczy. Powoli przeciągnął palcami po twarzy, by choć trochę się rozbudzić. Nie pomogło zbyt wiele. – O co chodzi? Jest środek nocy.
-Wiem. Nie budziłabym cię, ale to bardzo ważne. – powiedziała dziewczyna. To obudziło go całkowicie. Otworzył oczy i spojrzał na jej zatroskaną twarz. Od razu zaatakowały go setki obaw. - Przyszła pilna wiadomość od Dumbledore'a
-Coś się stało? – spytał gorączkowo, przytomny tak, jak to tylko możliwe. Szybko potrząsnęła głową, wychwytując jego przerażenie.
-Nie powiedział – odparła pospiesznie, ale zupełnie spokojnie, jakby chciała dodać mu odwagi, choć sama była pełna obaw. – Ale każe nam przybyć do Hogwartu. Natychmiast. Podobno chodzi o coś ważnego. Tak ważnego, że nie chciał mówić przez patronusa.
Ogarnęło go straszliwe przeczucie. Wyobraźnia podsunęła setki możliwych scenariuszy, każdy z nich tysiąckroć gorszy od poprzedniego. Prawie wyskoczył z łóżka i naciągnął na siebie pierwsze lepsze spodnie ze sterty walającej się w jego kącie sypialni. Ubierał się machinalnie, nie zauważył nawet jak Bryony wyszła z pomieszczenia. Myślami był dalej w tamtym parku, z Ginny.
Tęsknił za nią straszliwie. Za jej uśmiechem, za błyszczącymi, wesołymi oczami, za bezpośredniością. A jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że miała rację. Nie mógł żyć przeszłością, teraźniejszość i przyszłość były znacznie ważniejsze. Szczególnie teraz, kiedy koniec wojny widniał już na horyzoncie. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko…
Dumbledore czekał na nich przy bramie na teren zamku. W kompletnej ciemności dojrzeli blask jego różdżki. Był środek nocy i okoliczne błonia tonęły w mroku, którego przeniknąć nie mogły nawet światła w oknach Hogwartu. Których było o wiele więcej niż zwykle o tej porze, co Harry zauważył z obawą.
-Prof…Albusie – przywitał się, zbyt późno przypominając sobie o prośbie dyrektora by mówić do niego po imieniu, kiedy Dumbledore powoli otwierał ogromną, żelazną bramę i wpuszczał ich na teren szkoły. W świetle zapalonej różdżki jego twarz wydawała się starsza o co najmniej dziesięć lat. W niebieskich oczach brakowało zwykłych odblasków wesołości.
-Mój drogi chłopcze… - westchnął ciężko dyrektor – Byłem głupcem. Przeoczyłem znaki, choć miałem je tuż przed oczami. Ostrzegaliście mnie przed tym, a ja…
Urwał. W jego głosie brzmiał prawdziwy strach, bezradność. Ten wielki czarodziej bał się czegoś. Ciarki przeszły im wszystkim po plecach. Wymienili pełne niepewności spojrzenia.
-Co się stało Albusie? – spytała szybko Hermiona, prostując się instynktownie i przybierając pełną siły i pewności siebie postawę. Podświadomie wiedziała, że musiała być silna, skoro tak niezwykły czarodziej jak Dumbledore nie mógł. Dla Harry'ego. Dla Bryony.
-Komnata Tajemnic została otwarta. – powiedział Dyrektor, a ich serca na chwilę jakby przestały bić. W najśmielszych snach nie podejrzewali, że chodzić może właśnie o to. Zadrżeli się jak jeden mąż, nie wiadomo czy to z zimna czy też strachu.
-Jesteś pewien? – wydusił z siebie Harry, ledwie słyszalnym głosem. Hermiona przysunęła się bliżej niego i instynktownie wzięła go za rękę, dodając i sobie i jemu odrobinę otuchy w tej strasznej chwili.
-Niestety tak. – odparł Dumbledore. Jeśli to możliwe spochmurniał jeszcze bardziej.
-Jak to się stało? – spytał Harry z niedowierzaniem. Tyle lat był pewien, że ten koszmar ma już nieodwracalnie za sobą…
-Zapewne tak samo jak w waszym czasie – odparł Dumbledore z bezbrzeżnym smutkiem i niechęcią do samego siebie. – Powinienem był zorientować się znacznie wcześniej, lecz sprawy Zakonu nie pozwalają mi skupić się na szkole. Przegapiłem atak na koguty Hagrida, a kiedy mi o nim doniesiono zbagatelizowałem go, uznając za winne zwierzęta z Zakazanego Lasu. O złowróżbnych napisach na ścianach powiedziano mi dopiero dzisiaj, po fakcie, choć pojawiały się od ponad dwóch tygodni.
-Ale nikt nie zginął? – wyrzuciła z siebie Bryony, widząc że żadne z jej towarzyszy nie zada tego pytania.
-Nie, na szczęście nie. – Dumbledore pokręcił wolno głową – Do dziś nie było żadnych ataków na ludzi.
-Do dziś… - powtórzył Harry ponuro. – Co się dziś stało Albusie?
Wszyscy bali się odpowiedzi, a jednocześnie czekali na nią z zapartym tchem. Czy oto należało dodać kolejną cyfrę do liczby ofiar tej okropnej wojny? Czy też może mandragory znów okażą się nieodzowne i za kilka miesięcy spetryfikowana osoba odzyska przytomność?
-Potwór porwał dziewczynkę. – powiedział Dumbledore zwieszając głowę i gładząc powoli swoją długą brodę. Żadne z nich nie spodziewało się takiej odpowiedzi. - Podejrzewam, że tak jak Ginny Weasley w waszym czasie, tak teraz ona była rękami bestii. Na ścianie widniał taki sam napis. Jej szkielet będzie spoczywać w Komnacie na wieki.
-Kontrolował ją przez dziennik – szepnęła Bryony, której zrobiło się nagle bardzo zimno, tak jak jeszcze nigdy. Objęła się ramionami, lecz to niewiele pomogło. Rozpaczliwie pragnęła znaleźć się w ramionach Remusa, wiedziała jednak jak małą na to miała szansę.
To Hermiona zadała pytanie, które prześladowało ich wszystkich. Wypowiedziała je bardzo wolno, jakby bała się każdego następnego słowa, a jednocześnie modliła by nie chodziło o nikogo znajomego. Głos jej drżał.
-Kogo zabrał potwór?
W straszliwej ciszy, jaka zapadła po tym pytaniu słychać było pohukiwanie puszczyka na gałęzi w pobliskim lesie. Przez długą chwilę dyrektor nie mówił nic, a oni trwali w straszliwym oczekiwaniu.
-Nimfadorę Tonks – szepnął w końcu Dumbledore. Harry i Hermiona zamarli w szoku, nie wierząc w to co słyszą. Żadne z nich nie zauważyło jak pod osłoną mroku Bryony stała się biała jak kreda.
-Musimy ją wyciągnąć – odezwała się Bryony, wypowiadając to co myśleli wszyscy. W jej ustach słowa te brzmiały dziwnie, zaskakująco.
Szli właśnie, czy raczej biegli przez szkolne błonia, prosto do wrót, które miały otworzyć im drogę do środka zamku. Im bardziej zbliżali się do ogromnej budowli, tym bardziej ogarniał ich lęk. Z ich trójki tylko Harry był wcześniej w Komnacie i o mało w niej nie zginął.
-Bree… - chłopak zerknął na nią przez ramię, nagle zdając sobie sprawę jak to może wyglądać z punktu widzenia jego matki. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego jak patrzyła na Tonks.
-Nie – dziewczyna przerwała mu unosząc dłoń – Moje lubię, nie lubię nie ma tu żadnego znaczenia. Nie jestem psychopatką, nie winię dziecka za coś co jeszcze się nie zdarzyło. A Nimfadora Tonks to mała dziewczynka, którą gigantyczny wąż zaciągnął do podziemnej komnaty. Musi był przerażona. Dlatego trzeba ją uratować jak najszybciej się da.
Spojrzenie jakim ją obdarzył tak pełne było dumy, że dziewczyna aż się zarumieniła i spuściła wzrok. Harry odchrząknął.
-Dobra, do roboty. Łazienka dziewcząt na pierwszym piętrze – zawyrokował Harry posępnie, a potem zwrócił się do dyrektora, który od dłuższego czasu się nie odzywał. – Tylko najpierw, jeśli można, chciałbym pożyczyć Tiarę Przydziału. I Fawkesa, jeśli się zgodzi.
-A ja duże lustro – dodała po chwili zastanowienia Bryony. Miała już pomysł jak sobie poradzić z Bazyliszkiem, całkowicie inny niż opisany przez Harry'ego.
-Oczywiście – Dumbledore szybko przytaknął. – Otrzymacie każdą możliwą pomoc.
Nim przebrzmiały te słowa przekroczyli próg zamku. A tam czekała na nich niespodzianka w postaci człowieka, którego Bryony nigdy jeszcze nie widziała na oczy.
-Dyrektorze – powiedział, skinąwszy głową w stronę starca.
-Richard – Dumbledore odpowiedział tym samym. – Ci młodzi ludzie to moi przyjaciele. Wiedzą gdzie szukać Komnaty.
Mężczyzna nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Był wysoki i dość muskularny, o krótkich, prawie czarnych włosach układających się w naturalne fale i opadających na kark. Miał pełne usta, prosty nos i kilkudniowy zarost. Bardzo przystojny, śniady, o ciemnobrązowych oczach wyglądał na południowca, Włocha lub Hiszpana.
-Richard O'Donnell, nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią – przedstawił Dumbledore. Mężczyzna zareagował krótkim skinięciem głowy, a jego spojrzenie przemknęło po trójce nastolatków z uwagą pasującą do zawodu. – Bree, Harry i Hermiona.
Uwadze Bree nie umknęło, że specjalnie pominął jej pełne imię. Nikt, nawet przystojny nauczyciel, nie mógł się zorientować, że tak naprawdę była nieżyjącą Bryony Evans.
-Wszyscy uczniowie są już w Wielkiej Sali dyrektorze – powiedział głosem głębokim i bardzo pociągającym, takim za którym mogłyby pójść tłumy, gdyby tylko mężczyzna tego pragnął.
-Dziękuję ci Rick – odparł Dumbledore i ruszył schodami do góry, a oni postąpili za nim. Profesor O'Donnell także, podbiegając by zrównać się ze swoim pracodawcą.
-Dyrektorze, nie sądzę by troje nastolatków… - zaczął z niedowierzaniem, lecz urwał, zdając sobie sprawę, że musieli go usłyszeć. – To znaczy…może moja pomoc się przyda?
Bryony miała wielką ochotę powiedzieć „tak", ale uciszyło ją jedno spojrzenie Harry'ego. Z jednej strony rozumiała czemu nie powinni zabierać jeszcze jednej osoby. Z drugiej, podejrzewała, że Richard był świetnym czarodziejem i jego pomoc rzeczywiście mogła się przydać.
-Poradzimy sobie – zapewnił tymczasem Harry. – Ale dziękujemy za ofertę.
-Richard, mój drogi – dodał Dumbledore – Czemu nie sprawdzisz czy Profesor McGonagall powiadomiła już państwa Tonks? Kiedy przybędą zaprowadź ich proszę do mojego gabinetu. Potem spotkamy się w łazience na pierwszym piętrze.
-Oczywiście panie dyrektorze – powiedział podejrzliwie młody profesor i choć jego oczy zdradzały jak bardzo nie podobał mu się ten plan, szybko odszedł by go wypełnić.
Oni natomiast aż zbyt szybko znaleźli się przed słynną łazienką, która oprócz irytującego ducha zwanego Jęczącą Martą zawierała też wejście do Komnaty Tajemnic. Bryony ciarki chodziły po plecach, gdy przekraczała próg.
Była to najbardziej ponura i przygnębiająca łazienka jaką dziewczyna w życiu widziała. Pod wielkim, poplamionym i popękanym lustrem ciągnął się rząd poobtłukiwanych kamiennych umywalek. W mokrej posadzce odbijało się mętne światło kilku świec osadzonych w ściennych uchwytach. Drewniane drzwi kabin były złuszczone i porysowane, a jedne zwisały smętnie z zawiasów.
Innymi słowy łazienka ta należała do takich miejsc, w których zwykle nie spotykało się ani żywego ducha, co stanowiło…jej największą zaletę. Przynajmniej w oczach Bryony. Fenomen ten występował jednak tylko do momentu, gdy na scenę wkraczała główna lokatorka tego posępnego miejsca.
Także i tym razem pojawiła się jakby na zawołanie. Przed śmiercią musiała być dość niską, pulchną dziewczynką, jej ubrania przypasowywały ją do Ravenclawu. Nosiła ogromne, okrągłe okulary, a włosy miała związane w kucyki.
-Kim jesteście?! – pisnęła opryskliwie, gdy tylko ich ujrzała. – To toaleta dla dziewczyn! Chłopakom tu nie wolno.
-Witaj Marto – Bryony uśmiechnęła się nieco sztucznie na widok ducha. Miała już z nim kiedyś do czynienia i…powiedzmy, że nie skończyło się to zbyt dobrze.
-O! To ty… - szatański uśmiech na twarzy Marty zupełnie do niej nie pasował. Harry zmarszczył brwi ze zdziwieniem.
-Znacie się? – spytał, bardzo ciekawy odpowiedzi. Jęcząca Marta z zasady nie rozpoznawała uczniów. Szczerze powiedziawszy większości nie cierpiała. Przez twarzy Bryony przemknął dziwny grymas.
-Też chodziłam do tej szkoły Harry – odparła, nim duch zdążył się odezwać. Było jednak w jej twarzy coś co wskazywało, że nie mówiła wszystkiego. Marta zachichotała i podleciała do chłopaka, bawiąc się swoimi kucykami.
-No – przytaknęła radośnie, uważnie przyglądając się chłopakowi. – fajny był ten chłopiec, z którym tu ostatnio wpadła. Wszystko miał na swoim miejscu. Choć ty też jesteś niczego sobie.
Bryony zrobiła się czerwona niczym pomidor. Dłonie zacisnęła w pięści. Harry'emu zaczęło się wydawać, że gdyby Marta nie była duchem, pewnie pożałowałaby swoich słów i tego w jakiej sytuacji postawiła młodą czarownicę.
-Przyłapała nas kiedyś. Mnie i twojego ojca. – wyjaśniła ze wstydem, pragnąc znaleźć się wszędzie byle nie tu. – Trochę nas wtedy poniosło.
-Trochę?! – zdumiała się Marta – Ciekawa terminologia.
-Chyba nie chcę tego wiedzieć – powiedział z przerażeniem Harry. Hermiona jednak, mimo sytuacji, nie potrafiła powstrzymać cienia uśmiechu.
-Możemy już zabrać się za to po co tu przyszliśmy – ponagliła Bryony, bardzo chcąc zakończyć tę rozmowę.
Harry natychmiast spoważniał i ruszył do umywalek, by pochylić się nad jedną. Zaciekawione dziewczyny stanęły tuż za nim, w milczeniu oczekując co stanie się teraz.
-Otwórz się – syknął Harry w mowie wężów, od której Bryony zrobiło się odrobinę niedobrze. Zignorowała to jednak, bo hasło podziałało. Umywalka poruszyła się i powoli, najpierw na bok, potem w dół, przez zapadnię. W jej miejscu pozostał wylot pionowej rury biegnącej głęboko w dół.
Bree głośno przełknęła ślinę. Studnia zdawała się nie mieć dna.
-Jesteście pewne, że chcecie iść ze mną? – spytał chłopak odwracając się do niej i Hermiony i mierząc je spojrzeniem – Już raz zrobiłem to sam, drugi też dam radę.
-Nawet nie ma mowy! – warknęła Hermiona łapiąc go za nadgarstek – Poprzednim razem nie miałam wpływu na to co robisz, bo leżałam nieprzytomna w Skrzydle Szpitalnym, ale teraz nie zamierzam puścić cię samego, słyszysz?!
-Hermiono… - zaczął, lecz przerwała mu i perorowała dalej.
-Zbyt wiele razy zostawiałeś mnie za linią ognia, żebym miała ci na to pozwolić jeszcze raz. Wbij sobie do tego pustego łba, że nie jesteś sam! – dziewczyna wręcz dyszała z wściekłości.
-Hermiono…
-Nie Harry! – prawie krzyczała – Od pierwszej klasie wykluczałeś mnie z akcji. Troszczysz się o mnie, wiem o tym i doceniam. Ale przestań. Nie tym razem.
-Nie mogę stracić i ciebie! – ryknął nagle Harry, chwytając ją za ramiona i potrząsając mocno. – Nie mogę… Za dużo już poświęciłem.
-Och Harry… - szepnęła Hermiona, po czym rzuciła mu się na szyję. – Nie stracisz mnie. Załatwimy to bydlę razem. Skoro dwunastolatek sam dał sobie radę to co dopiero troje zaprawionych w boju wojowników!
-Zgoda – westchnął w końcu Harry – Ale obiecaj, że jeśli zrobi się zbyt gorąco zrobisz co ci każę i usuniesz się w bezpieczne miejsce.
Przez pewien czas nikt nic nie mówił i Bryony zaczynała się już bać o powodzenie misji, kiedy Hermionona prawie niedostrzegalnie przytaknęła.
-Wyślę Fawkesa za kilka minut ze wszystkim, czego możecie potrzebować – powiedział Dumbledore, przypominając im tym samym o swoim istnieniu. Harry puścił Hermionę i zwrócił się w stronę swego mentora.
-Dziękujemy – odparł. Na jego znak Hermiona wyciągnęła z torebki cenną skrzynkę z jeszcze ważniejszą zawartością i podała ją Dumbledorowi, na wszelki wypadek. – Postaramy się wrócić najszybciej jak się tylko da z Nimfadorą.
-Powodzenia.
Panowie uścisnęli sobie ręce i Harry bez dalszych ceregieli stanął nad dziurą w podłodze. Na sekundę spojrzenia jego i Bryony spotkały się i para uśmiechnęła się do siebie. Wiedzieli, że to drugie się boi i nie chcieli pokazać jemu lub jej własnego strachu.
-Będzie dobrze – szepnęła dziewczyna.
-Wiem – odparł on, a potem skoczył. Zbyt szybko zniknął w mrocznej czeluści, a za nim podążyła Hermiona. Bryony została sama z dyrektorem, który tylko uśmiechał się z troską.
-Jeśli coś mi się stanie… - zaczęła z wahaniem – czy mógłby pan dopilnować by się dowiedzieli? Wszyscy? Nie chcę by historia się powtórzyła.
-Oczywiście moja droga. Zadbam, by wasza misja została zakończona – przyrzekł starzec. Spojrzała w jego niebieskie oczy i długo zastanawiała się czy może w to uwierzyć. Ostatnim razem nie poszło mu zbyt dobrze.
A jednak (tu zerknęła w dół) innej opcji nie było. Musiała iść ze swoim synem. Zerknęła przez ramię na łazienkę dziewcząt i westchnęła ciężko.
-Kocham cię – szepnęła do kogoś, kto był tak daleko od niej. A potem skoczyła w ciemność.
N/A.: I jak wam się podobał Rick? Uwielbiam go i szczerze powiedziawszy zastanawiam się czy nie zrobić z niego konkurencji dla Remusa. Szczególnie, że jego wygląd bazowałam na Ericu Banie (wygląd z Troi)
