Witam. I od razu bardzo przepraszam za tak długie czekanie. Na swoją obronę mam to, że to chyba najdłuższy ( i najtrudniejszy) rozdział jaki w życiu napisałam (liczy sobie około 4600 słów) i że zawiera w sobie wszystko o co mnie prosiliście. Poza tym mam zaszczyt ogłosić, że zbliżamy się do końca wojny!

Z następnym rozdziałem postaram się szybciej, choć ciarki mnie przechodzą na samą myśl o pisaniu go. Mam jeszcze miesiąc spokoju zanim zacznę studia i zamierzam wykorzystać go na doprowadzenie tej historii do końca.

A oto odpowiedzi na Wasze cudowne komentarze. Z radością zauważyłam, że znalazły się wśród nich i takie dodane przez czytelników, od których jeszcze nigdy nie słyszałam. Dziękuję i zapraszam na rozdział 33.

Finflon: Wiesz, Dumbledore właściwie dowodzi mini armią. Ja na to patrzę w ten sposób, że pośród tylu obowiązków, po prostu nie potrafi zajmować się wszystkim. Kto wie, może w ogóle nie powiedziano mu o niektórych wypadkach, by oszczędzić mu zmartwień. Nauczyciele mogli stwierdzić, że to nie zajęcie dla Dyrektora na przykład. Dziękuję za Twoje stałe komentarze, to naprawdę bardzo dużo dla mnie znaczy.

Lea: Dzięki za wsparcie. Rick będzie, spokojna głowa. Już mam wymyśloną taką piękną scenę z nim, Bree i jakąś galą czy czymś takim…

Nirasmin: Witaj na pokładzie! Cieszę się, że Ci się podobało i mam nadzieję, że jeszcze od Ciebie usłyszę.

Rome: Szkoda, że nie lubisz Ricka, ja pokochałam go od pierwszego wejrzenia. Nie martw się, nie rozdzielę Remusa i Bryony to byłoby po prostu okrutne. Wydaje mi się po prostu, że Bree musi zrozumieć, że Remus nie jest jedynym mężczyzną na ziemi. Lunatyk pojawi w rozdziale 34, który zostanie mu poświęcony prawie w całości.

Paulina: Rick oczywiście będzie. Planowałam go jako postać epizodyczną, ale potem nabrał kolorów i nie jestem w stanie go porzucić. Pojedynek na razie nie wpasowuje mi się w fabułę, ale może jak Voldzio już pożegna się ze światem… Dzięki za życzenia i zapraszam na kolejny rozdział.

Ten rozdział dedykuję mojemu chłopakowi, który niestrudzenie przypominał mi, że musze go dokończyć i tylko dlatego mi się to udało.

A teraz pytanie, czy raczej zagadka. W tym rozdziale ukryte jest nawiązanie do dość popularnego filmu. Nagroda dla tego kto mi powie gdzie i jaki to film, nie mówiąc już o postaci, z tym zagadnieniem związanej. Szczegóły mile widziane.


Rozdział 33

Bryony poczuła się tak, jakby ze straszliwą prędkością mknęła niekończącą się, śliską, ciemną i krętą zjeżdżalnią w parku wodnym. Raz po raz migały po bokach wyloty innych rur, ale już nie tak szerokich jak ta, którą spadała wciąż niżej i niżej, głębiej niż lochy pod zamkiem. Przed sobą słyszała Harry'ego obijającego się na zakrętach.

A potem, kiedy już zaczęła się zastanawiać co będzie jeśli w takim pędzie nagle wypadnie, rura zmieniła kierunek i dziewczyna wyleciała z niej, z mokrym plaśnięciem lądując na wilgotne dno tunelu tak wysokiego, że można było w nim stać. Tuż obok czekała już na nią Hermiona, a Harry dźwigał się na nogi. Oboje byli bladzi, lecz zdeterminowani. Bryony wstała.

-Musimy być chyba parę mil pod szkołą – powiedziała z podziwem, a jej głos poniósł się echem po mrocznych korytarzach.

-Zapewne – mruknął Harry, niewerbalnie rozświetlając swoją różdżkę. – Biorąc pod uwagę wilgoć na ścianach, chyba pod jeziorem.

-Niesamowite – mimo zaistniałej sytuacji Bryony była pod wrażeniem architektury zamku i tego, że taka sieć korytarzy istniała w tajemnicy pod ogromną budowlą i nikt z wielkich czarodziejów i czarownic pracujących na górze nie zdawał sobie z tego sprawy.

-Chodźcie, nie mamy zbyt wiele czasu – rzuciła Hermiona, której różdżka też lśniła już magicznym światłem i jako pierwsza ruszyła w głąb oślizgłego tunelu. Ruszyli za nią brodząc w sięgającej kolan, śmierdzącej wodzie.

-Pamiętajcie, nie patrzcie mu w oczy. Gdy tylko ujrzycie jakiś ruch natychmiast zamknijcie oczy. – powtórzył Harry chyba po raz dziesiąty. Bryony wywróciła oczami. Zarówno ona, jak i Hermiona świetnie wiedziała, że spojrzenie bazyliszka zabija. Naprawdę nie musiały tego słyszeć tyle razy, ale wysłuchały cierpliwie, świadome że chłopak tylko próbuje je w ten sposób chronić.

W tunelu panowała śmiertelna cisza. Oprócz odgłosu ich kroków niosącego się echem wzdłuż przejścia nie słyszeli zupełnie nic, co sprawiało że co chwila przeszywały ich dreszcze. Pod ich stopami chrzęściły cicho kości małych zwierzątek, zaściełające podłoże. Gdy ujrzała je po raz pierwszy, Bryony żołądek podszedł do gardła. Wolała się nie zastanawiać nad stanem biednej dziewczynki, którą potwór zawlókł w to straszliwe miejsce.

-Spokojnie teraz – powiedział nagle Harry, który szedł na przodzie – To tylko skóra.

Gdyby jej o tym nie poinformował, Bryony pewnie nieźle by się zdenerwowała na widok olbrzymiej wężowej skóry spoczywającej w równych splotach kilka metrów przed nimi i lśniącej jadowicie zielono w świetle różdżek. Stworzenie, które ją zrzuciło musiało mieć przynajmniej kilkanaście metrów długości, jeśli nie więcej.

-To tutaj Lockhart wywinął nam numer i sprawił, że kawałek tunelu się zawalił – mruknął pod nosem Harry. Nawet teraz Bryony nie potrafiła się nie uśmiechnąć na te słowa. Przed komentarzem powstrzymała ją jednak powaga sytuacji.

W ciszy minęli ogromną skórę, starając się nie myśleć o stworzeniu, które je zrzucało i czekał na nich na końcu korytarza. Tunel wciąż zmieniał kierunek. Wkrótce całkiem stracili orientację i nie wiedzieli już z której strony przyszli. Harry wciąż prowadził. Po jego prawej ręce, choć nieco z tyłu szła Hermiona, a obok niej Bryony. Ich nieco przyspieszone oddechy odbijały się echem w wymarłym podziemiu. Bali się wszyscy, a jednocześnie z niecierpliwością czekali na koniec tunelu.

Wreszcie, za jednym z wielu zakrętów ujrzeli to na co czekali. Ich oczom ukazał się ogromny i bardzo solidny mur na którym wyrzeźbiono dwa splecione ze sobą węże o oczach zrobionych ze szmaragdów i łudząco przypominających żywe. Bree gwizdnęła z podziwem.

Harry natomiast wyprostował się dumnie, podszedł do drzwi i znów przemówił w języku wężów. Dziewczyna nie wiedziała oczywiście, co powiedział, lecz podejrzewała, iż rozkazał przejściu się otworzyć. Usłuchało. Węże rozdzieliły się, a na ich miejsce pojawiła się szczelina. Dwie połowy muru rozsunęły się, ginąc w ścianie i ukazując trojgu przyjaciół otwartą Komnatę Tajemnic.

-Za mną – powiedział Harry i przeszedł przez próg. Dziewczęta, choć nogi im się trzęsły, a serca biły niebezpiecznie szybko, postąpiły za nim, by znaleźć się w długiej sali wypełnionej niepokojącą, zieloną poświatą. Wysokie, kamienne kolumny, ozdobione wężami identycznymi jak na drzwiach, lecz pozbawionymi oczu z drogich kamieni, wspierały sklepienie ginące w mroku, rzucając długie, czarne cienie na posadzkę.

Chłopak jednak nie zwrócił na to wszystko uwagi. Równym, energicznym krokiem ruszył przed siebie, ignorując puste oczy potworów, które zdawały się śledzić każdego, kto odważył się zaklócić spokój tajemnej komnaty Salazara Slytherina. Harry był spokojny, a to z kolei pomogło Bryony zapanować nad sobą i pewnie pójść za nim aż do ostatniej pary kolumn. Dalej znajdował się posąg tak ogromny, że musieli odchylić głowy, by dojrzeć jego twarz. Rzeźba miała zapewne przedstawiać samego twórcę komnaty, mężczyznę sędziwego i wychudłej twarzy i rzadkiej brodzie sięgającej krańca szaty czarodzieja.

-Niezbyt podobny – mruknęła Hermiona, przyglądając się szkaradnemu i nieco podobnemu do małpiego obliczu jednego z Założycieli Hogwartu. W odpowiedzi Harry parsknął krótkim śmiechem, lecz szybko spoważniał.

W normalnych warunkach Bryony pewnie też uznałaby ten komentarz za zabawny, ale w tym momencie liczyła się tylko wątła istotka leżąca twarzą w dół u stóp posągu. Niepomna na nic rzuciła się do przodu pozostawiając pozostałych daleko za sobą i w mgnieniu oka dopadła obleczonej w czerń postaci.

-Nimfadora? – zawołała, padając na kolana obok małej dziewczynki leżącej bez czucia na podłodze i w mgnieniu oka biorąc ją w ramiona. Gdy była nieprzytomna Tonks traciła kontrolę nad swoimi zdolnościami, dlatego aktualnie jej włosy były kruczoczarne, całkiem jak Syriusza. Bryony odgarnęła jej ciemne kosmyki z wilgotnego i zimnego czoła. Dziewczynka miała drobną, przeraźliwie bladą twarzyczkę. Wyglądała jakby już była martwa i skojarzenie to sprawiło, że Bryony zadrżała ze strachu. - Dora? Kochanie, otwórz oczy.

-Płonne nadzieje – odezwał się nagle zza jej pleców głos, który zmroził krew w żyłach Bryony. Głos, którego podświadomie bała się od zawsze, choć jeszcze nigdy go nie słyszała. Głos należący do Toma Marvolo Riddle'a. Do Lorda Voldemorta.

Wzięła głęboki oddech i powoli obróciła głowę. Ujrzała chłopca, lat około szesnastu, opierającego się o pobliską kolumnę. Miał czarne półdługie włosy, a jego twarz była jakby zamazana przez co nie dało się do końca rozróżnić jego rysów. W każdym razie wcale nie wyglądał na psychopatę – megalomana, który kiedyś spróbuje zawładnąć światem. A mimo to po plecach Bryony przeszedł zimny dreszcz.

-Jeszcze żyje – wyjaśnił usłużnie chłopiec, widząc jej niepokój. Ani na moment nie spuszczał wzroku z jej twarzy. – Ale ledwo. Wkrótce nadejdzie jej koniec.

-Nie wydaje mi się. Jedyną osobą, która dziś umrze, jesteś ty. – zauważył chłodno Harry, wychodząc z cienia w jakim skryła go kolumna. Różdżkę trzymał wycelowaną prosto w pierś zjawy. – Trzymaj różdżkę blisko siebie Bree, ten śmieć lubi je kraść.

-Znamy się? – zapytał z ciekawością Tom Riddle, lekko przekrzywiając głowę. – Nie, nie sądzę. Zapamiętałbym.

-Może ty mnie nie znasz, ale ja znam ciebie aż za dobrze – warknął Harry, mocno zagryzając zęby. – I wiem, że trzeba się ciebie pozbyć najszybciej jak się da.

-Mam go! – wykrzyknęła dokładnie w tym momencie drugiej strony komnaty Hermiona, podnosząc do góry oprawioną w czarną skórę książeczkę, który mógł być tylko ten szczególny dziennik, który odpowiadał za to wszystko. Na jego widok Bryony ogarnął gniew nie do opisania.

-A…Ale j…jak to? – zająknął się na moment Riddle, w totalnym osłupieniu wpatrując się w dziewczynę. – Skąd wiecie? Jak to?! – krzyknął, a w jego głosie słychać było histeryczne nuty. Z wisielczym humorem Bree pomyślała, że brakowało tylko by wściekle tupnął nogą, tak bardzo przypominał w swojej reakcji rozkapryszone dziecko.

-Tak to Riddle – odparł Harry. – A może wolisz imię Voldemort?

-Nie możesz tego wiedzieć! – zawołał chłopak, zupełnie nie odnosząc swego celu. Wcale ich nie przestraszył tym wybuchem, co najwyżej rozbawił. – Nie możesz.

-Mogę. – na ustach Harry'ego zagrał uśmiech. Riddle otworzył usta by jakoś odparować, lecz zamarł. Skądś napłynęła niezwykle piękna muzyka, której Bryony nie potrafiła opisać. Tom obrócił się błyskawicznie szukając jej źródła, lecz nie dostrzegł nic. Muzyka tymczasem stawała się coraz głośniejsza, aż wreszcie, gdy Bree myślała, że dłużej jej już nie wytrzyma, do tak szybkiego bicia melodia zmuszała jej serce, na szczycie najbliższego filaru buchnęły płomienie.

-Fawkes… - szepnęła dziewczyna, od razu rozpoznając majestatycznego ptaka przycupniętego na łbie jednego z kamiennych węży, tuż pod sufitem. Z miejsca też dostrzegła Tiarę Przydziału, którą dźwigał w pazurach. Wyglądało na to, że historia się powtarzała. Dyskretnie sięgnęła do kieszeni bluzy, gdzie jeszcze w obozie ukryła lusterko kieszonkowe. Miała nadzieję, że Dyrektor spełnił jej prośbę i do przesyłki dołączył większe zwierciadło, bo jej własne mogło nie wystarczyć.

-Feniks – powiedział Riddle, przyglądając się niezwykłemu ptakowi. Fawkes tymczasem znów wzniósł się do lotu i upuściwszy Tiarę u nóg Harry'ego usiadł mu na ramieniu. Chłopak mimowolnie uniósł rękę do jego piór i pogłaskał je delikatnie. – I stara, szkolna Tiara Przydziału. Uroczo. I tym zamierzasz mnie pokonać chłopczyku? Naprawdę?

To powiedziawszy roześmiał się tak głośno, że cała sala trzęsła się od tego piskliwego rechotu, który całkiem nie pasował do swego właściciela. To zadziwiające, że osoba o tak ładnym głosie mogła się tak paskudnie śmiać. Harry w żaden sposób się tym nie przejął i tylko uśmiechnął się z wyższością.

-No i dobrze – odezwał się ponownie, już się uspokoiwszy Riddle. – Niech zmierzy się moc Lorda Voldemorta, dziedzica Salazara Slytherina i moc trojga dzieciaków, które myślą, że pozjadały wszelkie rozumy.

A potem, nim ktokolwiek zdążył zareagować, zanim Hermiona dotarła z dziennikiem do pozostałych, odwrócił się do posągu i syknął coś w jego stronę. Bryony nie zrozumiała ani słowa, lecz to, że Harry zbladł na dźwięk tych słów jak ściana powiedziało jej aż nazbyt wiele. Fawkes uniósł się z jego ramienia i zatoczył koło wydając z siebie przenikliwy krzyk.

Kamienna twarz posągu drgnęła. Usta otwierały się szerzej i szerzej tworząc ogromną dziurę. Coś się w niej poruszało. Coś wyślizgiwało się z mrocznej czeluści.

-Oczy! – ryknął Harry, rzucając się do tyłu. W ręku ściskał kurczowo Tiarę.

Bryony posłusznie zacisnęła powieki i ciągnąc za sobą drobną osóbkę, poczęła się jak najciszej cofać, jak najdalej od posągu. W końcu złożyła Nimfadorę pod ścianą i zapobiegawczo rzuciła na nią parę zaklęć ochronnych. Nie wiedziała czego się spodziewać po nadchodzącej walce. Potem pospiesznie wepchnęła różdżkę do pojemnika, przeciw tej bestii i tak nie miała się jej na nic przydać.

Coś wielkiego spadło na kamienną posadzkę i Bree poczuła jak zadrżała. Oczami wyobraźni widziała olbrzymiego węża wysuwającego się z ust Slytherina. Węża, którego jedynym celem było nieść cierpienie i śmierć. Węża, który polował na ich trójkę. Z zamkniętymi oczami czuła się w obliczu tego zagrożenie, przeraźliwie bezbronna. Skąd miała wiedzieć, z której strony nadchodzi niebezpieczeństwo? Jak się bronić? Jak atakować? Bo jedno przecież było pewnie, bazyliszek musiał zginąć i to jak najszybciej.

Nagle zgrzytnął miecz wyciągany z pochwy. To Harry musiał wydobyć z pochwy miecz Gryffindora. Jednocześnie coś huknęło i z sufitu posypał się gruz. Wąż syknął wściekle, a był to najstraszliwszy dźwięk jaki Bree w życiu słyszała. Ciarki przeszły jej po plecach

Zapytana później nie potrafiła opowiedzieć jak wyglądała tamta walka pośród ciemności i hałasu. Serce waliło jej jak młotem, krew dzwoniła w uszach. Nie wiedziała ile to trwało, nie miała pojęcia gdzie byli pozostali. Z każdej strony mógł nadejść atak. Z każdej strony mogła nadejść śmierć.

Huknęło i Hermiona krzyknęła z bólu. Harry ryknął jej imię, a ona pewnie coś odpowiedziała, lecz wszystko utonęło w straszliwych szuraniu z jakim poruszał się bazyliszek. Bree nie widziała go, lecz czuła, że dążył w stronę panny Granger. Nie myśląc wyszarpnęła lustro i posłała w jego stronę najsilniejszy Oszałamiacz jaki znała. Potwór ryknął wściekle. Nie musiała otwierać oczu by wiedzieć, że teraz ruszy na nią.

Obróciła się na pięcie i puściła biegiem. Nie wiedziała, co było przed nią i nie dbała o to. Póki miała gdzie uciekać, biegła przed siebie. Nie mogła wszakże uciekać tak do końca świata. Potknęła się i upadła na zimną, kamienną posadzkę.

Wąż był coraz bliżej. Rozpaczliwie zaczęła szukać czegoś co mogłoby jej pomóc. Jej palce zacisnęły się na czymś miękkim. Mało brakowało, a by się popłakała, gdy rozpoznała porzuconą przez Harry'ego Tiarę Przydziału. Gorączkowo zanurzyła rękę w starym kapeluszu i prawie krzyknęła z radości, gdy jej palce musnęły krawędź lustra ściennego długości jej przedramienia. Wyciągnęła je pospiesznie, a Tiarę odrzuciła na bezpieczną odległość.

Nad jej głową krzyknął Feniks. Zrozumiała, że próbował ją ostrzec i obiecała sobie, że gdy tylko stąd wyjdzie kupi mu całe opakowanie najlepszego przysmaku dla sów. Gdy się na tym skupiła usłyszała skrobanie łusek po posadzce, bazyliszek sunął prosto za nią. Gdzieś w oddali ktoś krzyczał jej imię, ale nie wiedziała kto. Głosy Hermiony, Harry'ego i Remusa (który musiał pochodzić prosto z jej skołatanego umysłu) zlały się w jeden. Kurczowo zacisnęła powieki i zasłoniła się zwierciadłem, pragnąc ponad wszystko przeżyć tę całą wyprawę.

-Bryony! – ryknął gdzieś w oddali Harry. Jego głos ledwo do niej dotarł poprzez potępieńcze wycie bazyliszka, które zlało się z przerażonym wrzaskiem Riddle'a. A potem, tak samo szybko jak rozpętał się chaos, wszystko ucichło i Bree pozwoliła sobie na milimetrowe uchylenie powiek. To co ujrzała zaparło jej dech w piersiach.

Niecałe dwa metry od niej zamarł w bezruchu łeb ogromnego węża o zielonych łuskach lśniących jak klejnoty. Jego ciało wiło się w szerokich splotach za nim. Powoli zamierał, od głowy uniesionej do góry, jakby gotował się do ostatecznego ataku, po koniec ogona. Gdyby bazyliszek zdążył się na nią rzucić, dziewczyna już by nie żyła, on jednak nie poruszał się. Z jego półotwartej paszczy, dość szerokiej by połknąć dorosłego człowieka, straszył rząd kłów długości jej przedramienia, długich i śnieżnobiałych. Para złotych, straszliwych oczu niosących śmierć wszystkim dookoła, patrzyła martwo prosto w lustro, które Bree cały czas rozpaczliwie ściskała. Bazyliszek spetryfikował sam siebie.

-Bree! – krzyk Harry'ego przebił się przez otaczającą ją mgiełkę oszołomienia. Odkrzyknęła coś, nie wiedziała co i nim się zorientowała chłopak już biegł w jej stronę, a w dłoni ściskał miecz Godryka Gryffindora. Zamachnął się nim potężnie i uciął głowę bestii jednym ciosem. Łeb opadł bezwładnie na ziemię, na zawsze oddzielony od ciała.

Dopiero potem Harry zwrócił się w stronę matki, a miecz wypadł mu ze ręki, gdy rzucił się naprzód, by uklęknąć obok niej i porwać ją w ramiona.

-Bryony… - szepnął, przytulając ją do siebie. Dziewczyna nie pozostała mu dłużna. Rozpaczliwie objęła go za szyję i wtuliła się w niego, drżąc na całym ciele. Nie potrafiła się opanować, serce waliło w niej jak oszalałe. Walczyła ze swoim oddechem, wiedziała bowiem, że histeria w takiej sytuacji wcale by jej nie pomogła.

-Co wyście zrobili?! – krzyknęła histerycznie młodsza wersja Voldemorta. Żadne z nich jednak nie zwróciło na niego uwagi. Harry mocniej przytulił dziewczynę do siebie, która rozpaczliwie próbowała się nie rozpłakać. Nie wiedziała ile tak siedzieli w swoich objęciach nim zaczęła się uspakajać.

-Bryony... - powtórzył chłopak po raz chyba setny. – Bryony…

-Nic mi nie jest. Nie tknął mnie. – zapewniła pospiesznie, odpychając go od siebie by udowodnić, że nie została nawet draśnięta. Teraz, kiedy Bazyliszek był już martwy, jej panika powoli znikała, a zajmowała ją troska o syna, Hermionę i małą Nimfadorę. – Co z tobą? Jak Hermiona?

-Wszystko dobrze. Chyba ma skręconą kostkę, ale pani Pomfrey poradzi sobie z tym w try mi ga. – odparł równie prędko. Wiedział jak się o niego martwiła. – Poszło nam lepiej niż poprzednim razem!

-Co trzy głowy to nie jedna. – wypowiadając te słowa Bree zdołała lekko się uśmiechnąć, na co Harry zareagował prawie wyczuwalną ulgą. – Ale nasza praca chyba jeszcze nie skończona…

Jak na komendę oboje popatrzyli na Riddle'a, który w całkowitym zdumieniu oglądał truchło swojego potwora zalegające na posadzce Komnaty. Kawałek dalej leżał porzucony podczas walki dziennik. Harry schylił się i podniósł go z westchnieniem.

-I pomyśleć, że tyle problemów przez coś tak małego – mruknął pod nosem, a potem wręczył czarną książeczkę Bree i poszedł po miecz.

-Co zamierzacie zrobić? – zaskrzeczała zjawa bezradnie. Zdawała się stracić całą pewność siebie w chwili śmierci bestii. Zostało mu tylko urządzenie sceny na środku Komnaty Tajemnic, co samo w sobie było dość zabawne. – Nie wolno wam! Przestańcie, przestańcie! Rozkazuję wam ja, Lord Voldemort!

Stwierdzenie, że Harry'ego wcale to nie obeszło, byłoby niedomówieniem. Chłopak z powątpiewaniem zerknął na Toma i wzniósł oczy do nieba. Chyba właśnie tracił wszelki respekt jaki miał dla człowieka, którego określano mianem „Najpotężniejszego Czarnoksiężnika Wszechczasów". Zaraz jednak zrobił coś co wprawiło Bree w osłupienie. Wyciągnął ociekający krwią potwora miecz rękojeścią w jej stronę.

-Zrób to – rozkazał Harry tonem nie pozostawiającym miejsca na sprzeciw. – Każde z nas już ma to za sobą, oprócz ciebie.

-Nie wiem czy potrafię – szepnęła dziewczyna, spuszczając wzrok. W dłoni ważyła niewielką książeczkę, która doprowadziła do całej sprawy. Z bliska dziennik nie wydawał się wcale niebezpieczny. Wyglądał jak każdy inny tego typu zeszyt. A jednak miał w sobie magię mroczniejszą i potężniejszą niż wszystko co kiedykolwiek widziała. To się czuło trzymając go w ręku.

-Potrafisz – zapewnił Harry, ściskając jej ramię. – Jesteś silna, wiem o tym. Wypiłaś eliksir z jaskini, stawiłaś czoła Greybackowi, zabiłaś Bazyliszka. Nie ulękłaś się. Z tym też dasz sobie radę.

Napotkała jego spojrzenie i dostrzegła całkowitą pewność i wiarę w swoje siły. To sprawiło, że przytaknęła i wzięła od niego legendarny miecz Gryffindora. Nigdy nie miała w rękach niczego takiego. Miecz był ogromny i bardzo ciężki, musiała chwycić go obiema rękami, a i tak ciągnął ją w dół. Dziennik wypadł jej z rąk i otworzył się uderzając o ziemię. Spojrzała w jego puste kartki i uniosła broń odrobinę wyżej.

Wiem czego pragniesz. Zasyczał przeciągle nieznany głos w jej głowie. Mogę ci to dać. Wszystko o czym marzysz, a czego nie możesz mieć.

-Co? – szepnęła bez zrozumienia, wpatrując się w oszołomieniu w dziennik.

-Bree? – zaniepokoił się Harry, ona jednak wcale go nie usłyszała. Całą jej uwagę pochłaniał ten głos i jad jaki sączył jej do serca.

Twoja najstarsza siostra…straszna kobieta. Jesteś na nią zła, czyż nie? Pomogę ci, sprawiedliwość jest przecież po twojej stronie. Szepnął dziennik złowieszczo. I ten chłopiec…och, jakże cię skrzywdził! Nie chciałabyś mu odpłacić.

To było jak kubeł zimnej wody. Odrętwienie wyparowało i z rykiem wściekłości Bree uniosła miecz nad głowę i z całej mocy dźgnęła nim rozłożoną na podłodze książeczkę. Ostrze weszło między kartki jak w masło i zazgrzytało o posadzkę. Riddle wrzasnął przeraźliwie, a z dziennika chlusnęły na nogi Bryony całe litry atramentu wyciekające z niego niczym czarna krew. Odsunęła się pospiesznie.

-Spójrz! – krzyknął triumfalnie Harry, a ona podążyła za jego wzrokiem i ujrzała jak zjawa skręca się w straszliwych męczarniach, zwija i miota po podłodze opadając coraz niżej. Najpierw zgarbił, potem opadł na kolana, by na koniec tarzać się na plecach po posadzce. Aż nagle…zniknął całkiem, jakby wcale go nie było.

-Cholera… - mruknęła Bryony, powoli odkładając miecz na ziemię, poza zasięgiem stale się powiększającej plamy atramentu i oddychając z ulgą. Było już po wszystkim.

-Mówiłem, że dasz radę!– Harry poklepał ją po plecach i wyszczerzył się do niej radośnie. Miała ochotę powiedzieć mu co słyszała, lecz w ostatniej chwili ugryzła się w język. To co stało się w jej umyśle, gdy stała nad dziennikiem Riddle'a na zawsze miało pozostać jej tajemnicą, ukryte bezpiecznie na samym dnie jej serca.

Wtedy usłyszała cichutki jęk z zagłębienia, w którym zostawiła nieprzytomną Nimfadorę. Troska powróciła.

-Idź do Hermiony, ja sprawdzę co z Nimfadorą – zarządziła stanowczo. Harry zerknął na nią z nieokreślonym wyrazem twarzy. Chyba tak samo jak ona zastanawiał się czemu to robi.

-Jesteś pewna? – dopytał się, a ona uśmiechnęła się z wysiłkiem.

-Oczywiście – odparła, popychając go w stronę Hermiony, która usilnie próbowała podnieść się ze sterty gruzów, na którą upadła. – Ona cię potrzebuje. A ja sobie poradzę. W sumie, z naszej trójki mam największe doświadczenie z dziećmi.

Nie chciał jej puścić samej (pamiętał jej reakcję na tamto zdjęcie), lecz potrzeba przyjścia Hermionie z pomocą przeważyła. Przytaknął i odbiegł, pozostawiając ją samą z jedenastolatką. Bree westchnęła i ruszyła do dziewczynki, która chyba zaczynała powoli odzyskiwać przytomność.

Dotarła na czas. Nimfadora leżała bezwładnie na ziemi, ale jej oddech wskazywał na to, że była już przytomna. Bryony kucnęła przy niej i delikatnie odgarnęła jej włosy z mokrego od potu czoła.

-Dora? – szepnęła pochylając się nad dziewczynką. Reakcja była natychmiastowa. Powieki Tonks zatrzepotały, a potem uniosły się i Bree spojrzała w czarne oczy przerażonego dziecka.

-Kim jesteś? – spytał cienki, drżący ze strachu głosik. Bree odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do dziewczynki łagodnie.

-Twoim opiekuńczym aniołem – odparła, głaszcząc ją po ciemnych włosach. Bardzo chciała powiedzieć jej jak się nazywa, ale nie mogła. Istniało ryzyko, że Nimfadora opowie wszystko ze szczegółami swoim rodzicom, a od nich wiadomość o tym, że Bryony żyje i ma się dobrze trafi do Syriusza i dalej, do uszu zdrajcy. Dlatego użyła innego, drogiego sobie imienia. - Jestem Rose.

Bez ostrzeżenia dziewczynka rzuciła się jej na szyję i przywarła do niej niczym mała małpka. Po sekundzie wahania Bree objęła ją i przycisnęła do siebie. Jedenastolatka dygotała, jej oddech był spazmatyczny.

-Chce do mamy! – szepnęła jej do ucha, obejmując ją za szyję tak mocno, że Bryony przez chwilę nie miała czym oddychać. Nie skarżyła się jednak, tylko powoli, uspakajająco głaskała dziewczynkę po plecach.

-Zaraz cię do niej zabierzemy. – obiecała cicho. Czuła przyspieszony oddech dziecka i bardzo chciała mu w jakiś sposób pomóc, ale nie miała pojęcia jak.

-Naprawdę? – spytała z nadzieją Nimfadora, odsuwając się na moment, by spojrzeć Bree w oczy. Panna Evans przytaknęła z powagą.

-Oczywiście, że tak. – zapewniła. - Muszę tylko zebrać moich przyjaciół i możemy iść. Twoi rodzice są w zamku, na górze i jestem pewna, że bardzo się martwią.

Oczy dziewczynki wypełniły się łzami i nim Bree zdążyła się zorientować już ogromne, słone krople płynęły po jej policzkach, a ona zanosiła się płaczem.

-Ja nie ch…chciałam – jęknęła boleśnie. – Naprawdę! Tom Riddle mnie zmusił. P…próbowałam z nim walczyć, ale…i ten potwór…

-Ćśś. Potwora już nie ma. Pozbyliśmy się go. – powiedziała Bryony, mocno przytulając dziewczynkę i kołysząc ją lekko. – Riddle'a też. Już ci nie zagrozi, nigdy więcej go nie zobaczysz.

-Ale o…on wyszedł z dziennika. – zaszlochała Nimfadora, wtulając się w bluzę Bryony i mocząc go swoimi łzami. Bree nie skomentowała i tylko pocałowała ją w czubek głowy, cały czas się kołysząc. Odważyła się nawet zanucić coś pod nosem. – Czy ciocia Cyzia wiedziała, co jest w środku, gdy mi go wysyłała? Myślałam, że mnie kocha…

Bree serce się krajało, gdy tego słuchała, a kiedy dziewczynka spojrzała na nią z nadzieją i jej łzy napłynęły do oczu. Żadne dziecko nie powinno znaleźć się w takiej sytuacji i sama myśl o tym, że Malfoy'owie w tak okrutny sposób posłużyli się niewinnym maluchem budziła w niej odrazę i gniew zbyt potężny by go stłumić. Och, gdyby w tej chwili stanęła przed nią Narcyza…

-Wiem kochanie, wiem. – szepnęła tylko, ocierając łzy Nimfadory. – Chodź, wynieśmy się z tego strasznego miejsca.

To powiedziawszy uwolniła się z rozpaczliwego uścisku dziewczynki i wstała. Dora szybko do niej dołączyła i uczepiła się jej ręki tak mocno, jakby od tego zależało jej życie. Nieco słaniała się na nogach, zapewne ze zmęczenia, ale oprócz tego zdawała się cała i zdrowa. Razem ruszyły w stronę wejścia, po drodze zabierając miecz i dziennik, który Bree schowała do kieszeni bluzy tak by dziewczynka go nie dostrzegła.

Szybko trafiły na Harry'ego i Hermionę. Dziewczyna siedziała na stercie gruzu, z nogą opartą o wyjątkowo duży głaz i ciasno owiniętą bandażem i patrzyła na uwijającego się wokół niej chłopaka z dezaprobatą.

-Nie jestem inwalidą! Mogłam to zrobić sama. – kłóciła się zapamiętale, posyłając mu co chwila wściekłe spojrzenia.

-Oczywiście, że tak. – zgodził się dla świętego spokoju Harry. Przybycie Bryony i Nimfadory przyjął z widoczną ulgą, szczególnie gdy upewnił się, że z dziewczynką wszystko jest w porządku. Wprawdzie dziecko na widok nowych ludzi zapobiegawczo schroniło się za Bree i tylko popatrywało stamtąd na pozostałych, ale jej uścisk na dłoni panny Evans nieco zelżał.

-Wszystko w porządku, Hermiono? – spytała z troską Bree.

-Tak. – burknęła druga dziewczyna, zakładając ręce na piersi. A potem spojrzała na Harry'ego z rozdrażnieniem połączonym z czułością. Wyglądało na to, że jego opiekuńcza natura jednocześnie ją rozczulała i denerwowała.

-Cześć. – powiedział tymczasem chłopak, wyciągając do rękę do Tonks. – Jesteś Nimfadora, tak? Ja mam na imię Harry.

-Wolę Tonks – mruknęła dziewczynka, ostrożnie przyglądając się jego dłoni. Harry roześmiał się.

-Pewnie, że tak. – przytaknął wesoło. Dopiero potem zwrócił się do Bryony. – Gotowa do drogi?

-Mhm. Wynośmy się stąd. To miejsce przyprawia mnie o dreszcze, nawet teraz.– Bree skinęła głową. Potem zerknęła na Nimfadorę, która ledwo stała. Wiedziała, że dziecko nigdy nie dojdzie do rynny o własnych siłach. – Hej bączku, chcesz się przejechać na barana?

I tak rozpoczął się mozolny pochód z powrotem. Na początku leciał Fawkes niosąc w pazurach Tiarę Przydziału. Za nim Harry (z mieczem w dłoni) podtrzymywał Hermionę, która nie mogła przenieść ciężaru ciała na ranną nogę. Bryony za to niosła na plecach Dorę. Dziewczynka objęła ją rękami za szyję, a nogami oplotła w pasie, by uniknąć spadnięcia i tak jechała całkiem wygodnie. Panna Evans na wszelki wypadek podtrzymywała ją za kolana. Czuła na karku jej oddech, a także krople spływające od czasu do czasu po policzkach dziecka. Szloch jednak ustał na szczęście i Tonks uspokoiła się.

W końcu dobrnęli do wylotu rury, którą zjechali do Komnaty i tam po raz kolejny przyszedł im z pomocą Fawkes. Uczepieni jego długiego ogona pomknęli w górę niczym strzała i już po chwili stali z powrotem w łazience dziewcząt, a nad nimi unosiła się Jęcząca Marta. Jednak Bree była tak szczęśliwa, że udało jej się przetrwać, że miała ochotę uściskać nawet irytującego ducha. Z Nimfadorą na rękach nie mogła tego zrobić, co nie zmieniało faktu, że na widok profesor McGonagall czekającej na nich za drzwiami popłakała się ze szczęścia.

-Dzięki Merlinie! – zawołała nauczycielka transmutacji, łapiąc się za serce na ich widok. Jej oczy też były mokre, choć zapytana, pewnie by się tego wyparła. – Całe szczęście, że wszyscy jesteście cali!

A potem nie czekając aż oprzytomnieją pognała ich wszystkich do Skrzydła Szpitalnego, a sama pobiegła zawiadomić państwa Tonks. Następne minuty były wypełnione niekończącymi się pytaniami pani Pomfrey, zaklęciami wzmacniającymi i wyjaśnieniami. Bryony czuła jak powoli schodzi z niej adrenalina. W oczach jej ciemniało i wielokrotnie miała wrażenie, że zaraz straci przytomność. Ale zawsze wtedy ratował ją silny chwyt Nimfadory, która cały czas trwała uczepiona jej kurczowo. Choć pani Pomfrey próbowała, nie mogła jej od Bree oderwać.

-No, nic ci nie będzie – powiedziała w końcu pielęgniarka, obrzucając Bree zirytowanym spojrzeniem, wynikającym pewnie z tego, że bardzo często musiała ją ostatnio leczyć. Dziewczyna zbytni się jej nie dziwiła. – Pozostałym też nie. Zostawiłabym was na noc, ale chyba i tak byście mnie nie posłuchali.

-Istotnie – wtrącił Harry, który w tym właśnie momencie wychynął zza własnego parawanu. Właśnie na powrót naciągał T-shirt. Skinął na Bree głową. – Musimy znikać.

Dziewczyna poczuła gulę w gardle. Oczywiście rozumiała czemu należało się jak najszybciej ewakuować ze Skrzydła Szpitalnego, najlepiej zanim pojawią się w nim państwo Tonks, którzy mogliby ją rozpoznać. Ale to nie zmieniało faktu, że nie chciała zostawiać Nimfadory…

-Daj mi chwilę – bezgłośnie przekazała Harry'emu. Przytaknął i zniknął za parawanem. Pani Pomfrey też się wycofała, pozwalając dziewczynom na moment prywatności.

Bree nie wiedziała jak się do tego zabrać. Naprawdę nie miała najmniejszego pojęcia. Dlatego pochyliła się, by jeszcze raz pocałować Dorę w czubek głowy.

-Muszę już iść bączku. – powiedziała z żalem, przytulając dziewczynkę do siebie najmocniej jak potrafiła. Natychmiast dziewczynka podniosła główkę (teraz porośniętą burymi włosami oddającymi jej rozżalenie i poczucie winy) i spojrzała na Bree ze zdumieniem.

-Jak to? – w oczach Nimfadory znów pojawiły się łzy. Pociągnęła noskiem.

-Muszę – powtórzyła Bryony ze smutkiem, ogarniając dziecku kosmyk włosów z czoła za ucho. – Twoi rodzice zaraz tu będą.

-No i? – zdumiała się dziewczynka - Uratowałaś mnie, na pewno będą chcieli ci podziękować!

-Żeby to było takie proste… - westchnęła panna Evans. – Obiecuję ci, że kiedyś się jeszcze spotkamy Nimfadoro Tonks. Ale teraz muszę już iść.

-Dlaczego?

-Bo widzisz, świat to okropne miejsce. – odparła Bree po chwili zastanowienia. – I żeby o zmienić czasem trzeba coś poświęcić. Nasza trójka…bardzo staramy się naprawić choć trochę zła. Ale nie moglibyśmy tego zrobić siedząc cały czas w Hogwarcie, prawda?

Tej logice nie dało się nic zarzucić, więc Nimfadora tylko pociągnęła nosem i przytuliła się do starszej dziewczyny.

-Uważaj na siebie, dobrze? – szepnęła ledwo słyszalnie. Bryony zaśmiała się cicho.

-Ty też. Trzymaj się z daleka od magicznych dzienników, okay? – odparła, po raz ostatni całując małą w czoło. A potem wyplątała się z jej objęć i z ciężkim sercem ruszyła do pozostałych. Ledwo miała siłę iść. Była tak przeraźliwie zmęczona, że mogłaby spać przez tydzień. I to właśnie zamierzała zrobić, gdy tylko wrócą do swego zacisznego namiotu.

Ale najpierw… Coś ją tknęło. Obróciła się i posłała Nimfadorze ostatni, promienny uśmiech.

- Hej mała? Jeśli chodzi o włosy to spróbuj róż. Będzie ci pasował.


N/A.: No i jak?