Witajcie. Muszę przyznać, ciężko było (co pewnie widać po gigantycznym opóźnieniu z jakim wstawiam ten rozdział), ale w końcu się udało. Możecie za to podziękować niesamowitej adiex, która napisała do mnie jakiś czas temu i zaproponowała swoją pomoc w tworzeniu rozdziału żeby tylko się ukazał. Przyznam, że to dało mi dużo do myślenia i jeszcze tego samego dnia usiadłam i napisałam ponad tysiąc słów, skutecznie wypełniając dziury, które powstały podczas chaotycznego procesu twórczego ostatnim razem, gdy pracowałam nad tym rozdziałem. (Nie mogę uwierzyć, że to już prawie rok! Jasne, dużo się działo, ale nic nie tłumaczy dlaczego publikuję z takim opóźnieniem!)
A teraz co do wspaniałych komentarzy:
B: Wielkie dzięki za komentarz. To niesamowite, że ktoś jeszcze to czyta biorąc pod uwagę jak głęboko jest zakopane pod nowszymi opowiadaniami. Mam nadzieję, że Cię nie zawiodę.
Finflon: Oto i jest. Może niezbyt, ale obiecuję, że z następnym bardziej się postaram.
Paulina: Cieszę się, że Ci się podoba. Zerknij na kwestionariusz, może coś jeszcze ci podpasuje. Jeśli tak, daj mi znać w komentarzu, a ja wezmę Twój głos pod uwagę.
Rome: Ah, Happy End będzie, inaczej się nie da! Chociaż myślałam o innych zakończeniach. Tak się nawet zastanawiałam, czy po zakończeniu tego opowiadania nie opublikować zbiorku alternatywnych końcówek. Co myślisz?
Uwaga: Scena walki w drugiej części tego rozdziału (błagam nie przerzucajcie pierwszej by jak najszybciej się do niej dostać) została napisana pod inspiracją: mojego psa, owczarka niemieckiego, walk dzikich wilków, pojedynku niedźwiedzi polarnych z filmu Złoty Kompas (zapraszam do obejrzenia, bardzo łatwo ją znaleźć na Youtubie) i, co przyznaję ze wstydem, sceny walki Jacoba z Paulem w filmie Księżyc w Nowiu.
Miłej zabawy! Mam nadzieję, że czytanie tego rozdziału przysporzy wam więcej radości niż mi pisanie go. I że znów od Was usłyszę, uwielbiam to.
Rozdział 34
Remus
Woda w jeziorze zdawała się lśnić w promieniach letniego słońca, gdy tak wędrowali jego brzegiem, trzymając się za ręce. Nie potrafił opisać jak dobrze było trzymać jej dłoń w swojej, jak idealnie do siebie pasowali. Całkiem jak dwie połówki jednej całości. Lubił myśleć, że nic w świecie już ich nie rozdzieli, choć racjonalna część jego umysłu wiedziała ile strasznych rzeczy mogło położyć kres ich szczęściu.
Będąc z nią nie potrafił się jednak nad tym zastanawiać. Całym sobą chłonął jej obecność, świadom, że mają tylko chwilę dla siebie. Zaledwie moment dzielił ich od rozstania, podświadomie zdawał sobie z tego sprawę. Ona jednak jeśli wiedziała to nie zwracała na to uwagi. Była tak samo wesoła co zawsze, jej oczy lśniły i wciąż się uśmiechała. Za każdym razem ze zdumieniem odkrywał, że coraz gorzej pamiętał jej śmiech.
-Coś się stało? – spytała nagle, ściskając mocniej jego dłoń, a on natychmiast odpędził od siebie pochmurne rozmyślania i zmusił się do uśmiechu.
-Nie, nic. Mam dużo na głowie i tyle. – odparł natychmiast. – Nie masz się czym przejmować.
Przyjrzała mu się uważnie. Czuł jak spojrzenie jej zielonych oczu przenika aż do jego duszy, ale z jakiegoś powodu wcale mu to nie przeszkadzało. Za bardzo cieszył się z jej obecności.
-Skoro tak twierdzisz. – zgodziła się w końcu, wzruszając ramionami. Znał ją jednak na tyle dobrze by wiedzieć, że wcale nie była przekonana i przestała pytać tylko po to by zrobić mu przyjemność. Wezbrała w nim fala czułości.
Chwycił ją w pasie i okręcił dookoła, a ona powtarzała jego imię pomiędzy salwami śmiechu i tylko w połowie poważnymi prośbami o postawienie jej z powrotem na ziemi. Gdy w końcu to zrobił poświęciła chwilę na spojrzenie mu prosto w oczy, a potem zgrabnie wykręciła się z jego ramion (ani na moment jej nie puścił) i puściła się biegiem przed siebie.
-Złap mnie jeśli potrafisz! – krzyknęła przed ramię i roześmiała się. Jakże tęsknił za jej wesołym usposobieniem!
Natychmiast rzucił się w pogoń śmiejąc się tak głośno, że nie mógł złapać tchu. Mimo to wiedział, że zdoła ją złapać. Miał dłuższe nogi, a i ona nie uciekała tak szybko jak potrafiła. Dorwał ją w końcu w pobliżu rozłożystego dębu, pod którym spędził tyle pięknych chwil z przyjaciółmi, dawno, dawno temu kiedy jeszcze sami byli uczniami Hogwartu i nie zdawali sobie sprawy z tego jak okropnym miejscem jest świat. Chwycił ją w pasie i pociągnął w dół, a ona pisnęła z zaskoczenia. Cały czas się śmiejąc padli razem na ziemię, najpierw on, potem ona (Remus był przecież dżentelmenem, nie mógł pozwolić by Bree się potłukła, a jeśli dzięki temu wylądowała na nim to cóż, tylko lepiej).
Nagle ich twarz znalazły się bardzo blisko siebie i śmiech zamarł mu w gardle. Choć chłopak znał jej twarz na pamięć nigdy nie potrafił się na nią napatrzeć. Miała najpiękniejsze w świcie oczy. Właściwie wszystko miała najpiękniejsze na świecie.
-Kocham cię – powiedział bez zastanowienia. Za późno się na tym złapał i dalsze słowa utkwiły mu w gardle. Nie miał bladego pojęcia jak dziewczyna zareaguje na takie wyznanie, jeszcze nigdy nie powiedział jej co do niej czuje, a teraz…
-Ja ciebie też. – odpowiedziała Bryony, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, a on całkiem zdębiał. A potem spojrzał na jej śliczną twarz, zerknął w cudownie zielone oczy, przeciągnął palcami przez bujne, płomiennorude włosy i zrozumiał, że tak właśnie wygląda szczęście. Zawsze nie mógł się nadziwić, że ze wszystkich chłopaków, którzy się w niej kochali wybrała właśnie jego. I należał do niej, tak jak i ona należała do niego. Jego dziewczyna, jego…
…Bryony. Ostatnio Remus myślał o niej coraz częściej. Za dnia wypełniała każdą jego myśl, a i nocą nie mógł znaleźć ukojenia, gdyż odnajdowała go nawet w snach. Gdy zamykał oczy widywał jej twarz, pośród nocnej ciszy słyszał jej śmiech. Gdyby kochał ją mniej, pewnie powiedziałby, że go prześladuje, ale tak naprawdę był szczęśliwy mogąc choć raz na nią spojrzeć. Nawet jeśli niosło to ze sobą gorycz.
W snach mówił jej jak bardzo ją kocha, a ona tylko uśmiechała się smutno, a potem znikała, choć wołał ją i próbował zatrzymać. Budził się zlany potem i szukał jej obok siebie, tylko po to by napotkać pustkę. Dopiero po chwili przypominał sobie gdzie się znajdował i o tym, że Bree…że miał już nigdy jej nie zobaczyć. Ta świadomość cięła jak nóż i przez chwilę nie mógł złapać tchu.
Siedział znów na swoim klifie, tym razem sam i czekał na zachód słońca. Zbliżała się pełnia, czuł to w kościach. Nie musiał mieć kalendarza, by wiedzieć, że nadchodziła przemiana. Jego skóra mrowiła, kości bolały, szykując się do nagłego wzrostu. Od kilku dni był rozdrażniony i ledwo mógł usiedzieć w miejscu. Jego wilk już budził się w swojej klatce, świadom tego, że niedługo zostanie wypuszczony na wolność, czy Remus tego chciał czy nie.
W takich chwilach bardzo brakowało mu przyjaciół i ich łatwego usposobienia. Z nimi zawsze łatwiej było przetrwać zarówno pełnię jak i prowadzące do niej dni. Ich żarty i wygłupy pozwalały choć na chwilę zapomnieć o rzeczywistości i nadchodzącym bólu. A i potem, jeśli Łapa, Rogacz i Glizdogon towarzyszyli mu podczas przemiany zachowanie minimum świadomości stawało się dziecinnie proste.
-Remus! – krzyk Melody wyrwał go z rozmyślań. Natychmiast obrócił się, przeklinając w myślach swoje roztargnienie. Powinien był wiedzieć, że ktoś zbliża się do niego z tyłu. Jak mógł się dać tak łatwo podejść? Przecież zdawał sobie sprawę ile mogło go to kosztować!
-Pali się? – spytał, kiedy dziewczyna dobiegła do niego i zatrzymała się, dysząc ciężko. Ale natychmiast pożałował swoich słów, bo zamiast się roześmiać młoda wilkołaczka tylko spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, w których lśniło przerażenie. Cokolwiek się stało musiało być ważne, żeby wprawić ją w taki stan.
-Chodź! – zażądała, chwytając go za rękaw wystrzępionej szaty i ciągnąc w stronę obozowiska. W jej głosie brzmiała desperacja, której nigdy u niej jeszcze nie słyszał. – Chodź natychmiast. Nie możemy się spóźnić!
-Na co? – spytał ze zdumieniem, ale ona tylko warknęła niego i szarpnęła mocniej aż musiał za nią pójść, żeby całkiem nie porwała mu ubrania. –Melody, o co chodzi? Melody!
Kiedy na niego spojrzała ujrzał, że twarz miała szarą, jak podejrzewał ze strachu. Wyglądała jak ktoś kogo prześladują najgorsze koszmary. Poznawał ten wygląd, widywał go w lustrze każdego dnia od śmierci Bryony.
-On wrócił. – szepnęła, ledwo dosłyszalnie. – Alfa wrócił. Musimy wyjść mu na spotkanie.
Remus zamarł. Nagle poczuł się bardzo zmęczony i starszy niż był w rzeczywistości. Przeczesał włosy palcami i westchnął ciężko. Ten dzień okazywał się gorszy z każdą chwilą. Liczył na więcej czasu przed spotkaniem z Alfą. Chciał wyrobić sobie pozycję, stanąć przed nim jako znaczący członek watahy i dopiero wtedy przedstawić propozycję Dumbledore'a. Inne podejście mogło odbić się na misji. Niestety, właśnie czasu mu brakowało. Chyba, że…
-Idź sama. – zaproponował, uśmiechając się do Melody. Alfa rzadko bywał w tym rejonie, prędzej czy później musiał ruszyć w dalszą drogę i może Remusowi uda się przeczekać jego wizytę. Gdy wróci za jakiś czas wszystko będzie już gotowe. - Ja sobie tu jeszcze posiedzę.
-Nie rozumiesz! – krzyknęła dziewczyna. Jeśli to możliwe wyglądała na jeszcze bardziej przestraszoną, choć teraz w jej oczach zalśnił również gniew. – Nie można zignorować Alfy! Ci który go ignorują nie dożywają następnej pełni!
Ogarnęło go straszne przeczucie i nerwowo przełknął ślinę. To nie mogło być prawdą. Nikt nie miał aż takiego pecha.
-Melody, jak nazywa się Alfa? – spytał, tknięty przeczuciem. Chyba niczego nigdy nie bał się tak jak jej odpowiedzi. - Kim on jest?
Spojrzała na niego jak na wariata, ale się tym nie przejął. Jeśli miał rację…wolał nie myśleć co miało się stać jeśli miał rację.
-Pazur. – mruknęła niepewnie. - Znaczy…jego wilk to Pazur. Ludzie…mówią do niego…Greyback. Tak, Greyback.
Na sekundę serce Remusa stanęło. Potem zalała go wściekłość, a jego Lunatyk warknął przeciągle w swojej klatce. Przez moment zapomniał o swoim człowieczeństwie. Rozum i zdolność logicznego myślenia zastąpiła chęć by gryźć i szarpać. I gniew tak ogromny, że zalał go całkowicie. Ledwo odzyskał nad sobą panowanie, a udało mu się to tylko dzięki ogromnej sile woli. Zaklął. Sytuacja z każdą chwilą stawała się coraz gorsza, a on naprawdę nie widział z niej żadnego wyjścia z wyjątkiem ucieczki (która właściwie nie mogła się udać) lub śmierci. Natychmiast podjął decyzję.
- Posłuchaj mnie teraz – powiedział, mierząc Melody uważnym spojrzeniem. Miał ogromną nadzieję, że zastosuje się do jego rady. Za bardzo ją lubił by pociągnąć ją za sobą - cokolwiek się wydarzy, nie wtrącaj się.
-Co ty niby zamierzasz zrobić? – warknęła ze zdumieniem, mimowolnie cofając się o krok. Instynkt musiał podpowiedzieć jej, że trzymanie się blisko Remusa jest niebezpieczne i mężczyzna świetnie to rozumiał. Jeśli Greyback go rozpozna, wszyscy którzy się z nim kontaktowali będą zagrożeni. A mimo to w oczach wilkołaczki lśnił ten charakterystyczny błysk uporu. Nie zamierzała zostawić przyjaciela w potrzebie.
-Melody, proszę! – zawołał chwytając ją za ramiona. Nie mógł pozwolić, by kolejna osoba ucierpiała przez niego. Jeśli już ktoś miał odczuć gniew Alfy to tylko on.
-Dobra, dobra! Co się tak miotasz? – zdziwiła się dziewczyna. Jak miał jej wyjaśnić swoją sytuację? Jak wyznać to co ukrywał przed nią od miesięcy? Szybko zdał sobie sprawę, że nie potrafił, dlatego tylko uśmiechnął się pocieszająco, puścił Melody i cofnął się o krok.
Wiedział co musiał zrobić i choć zdawał sobie sprawę, że graniczyło to z idiotyzmem nie miał innego wyjścia. Ucieczka nie wchodziła w grę, nie mógł porzucić misji, którą powierzył mu Dumbledore. Zbyt wiele poświęcił by ją wypełnić by teraz tak po prostu umknąć w bezpieczne miejsce. Gdyby to uczynił wszystko co już osiągnął, całe zdobyte zaufanie wilkołaków, by przepadło. Musiał stawić czoła temu, kto wiele lat wcześniej zmienił jego życie w piekło.
Musiał, ale tak bardzo nie chciał. Bardziej niż zwykle zatęsknił za ciepłymi ramionami Bryony. Za jej uśmiechem i cichym zrozumieniem. Za tym jak potrafiła uspokoić go jednym spojrzeniem. Za tym jak promienie słońca igrały w jej rudych włosach…Odetchnął głęboko. Jeśli miał iść stawić czoła przeszłości to tylko z jej obrazem w sercu.
W obozowisku panował niespotykany rwetes. Cała wataha zgromadziła się na głównym placu tworząc gęsty tłum. Remus i Melody (która dalej nie rozumiała czemu tak dziwnie się zachowywał, ale trzymała się bardzo blisko niego) stanęli na samym jego brzegu, nie próbując nawet przepchnąć się bliżej. Dookoła wyczuwało się gorzki zapach strachu. Nikt nie podążał za Greybackiem z szacunku do niego. Wszyscy zebrani, po prostu się go bali.
-Obcy! – ryknął nagle znajomy chłopakowi głos, a wszyscy dookoła zamilkli i śmiertelna cisza ogarnęła obozowisko. Ciarki przeszły po plecach Remusa. Bał się jak chyba nigdy od tamtej nocy. - Wpuściliście tu obcego! Gdzie on jest?! No gdzie?!
Tłum zaszemrał i Remus poczuł na sobie spojrzenie licznych oczu. Dookoła wszyscy zaczęli się od niego odsuwać i tylko Melody wiernie pozostała u jego boku aż złapał ją za ramię i wepchnął w tłum, który ją wchłonął, choć szarpała się i protestowała. Miał nadzieję, że wilkołaki zadbają o swoją, wielu ją tu lubiło. Ukryją ją przez Alfą, przypilnują by nie zrobiła niczego głupiego.
Żałował, że nie dane im było się pożegnać. Chciałby jej wszystko wyjaśnić, na spokojnie. Potem ona by się wściekła, może by go uderzyła, a on pozwoliłby na to, bo przecież miała pełne prawo do gniewu. Okłamał ją tak samo jak okłamał Bryony. Miał do tego talent.
Wilkołaki rozstąpiły się tworząc długi szpaler pomiędzy nim, a Alfą i chcąc nie chcąc Remus ruszył nim do przodu. Im bliżej podchodził tym szybciej waliło mu serce. Bał się. A jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie był już tamtym bezbronnym chłopcem. Potrafił się bronić i nie zamierzał tanio sprzedać swojej skóry. Zacisnął palce na trzonku różdżki ukrytej w rękawie.
Greyback był tak samo szpetny jak Remus go zapamiętał, a bliskość pełni sprawiała, że jego oczy lśniły niebezpiecznie. Gdzieś w odmętach umysłu Remusa Lunatyk warknął głucho i przeciągle rozpoznając przeciwnika. Niestety, on także poznał młodego wilka, choć ostatni raz widział go całe lata wcześniej, tamtej straszliwej nocy i jego ciemne oczy zalśniły drapieżnie, kiedy wbił je prosto w chłopaka.
-A więc to ty… - Alfa uśmiechnął się paskudnie, ukazują swoje pożółkłe kły. – Udomowiony wilkołak Dumbledore'a. Mogłem się tego spodziewać.
-Greyback – Lupin zmusił się do zachowania spokoju, choć wewnątrz niego wrzało. Choć minęły lata od ataku dalej pamiętał kły wilkołaka wbijające się w jego ciało, a każda kolejna pełnia przypominała mu na co skazało go tamto ugryzienie. Blizna na ramieniu także pozostała i teraz mrowiła nieprzyjemnie.
-Ah, czyli słyszałeś o mnie! – spomiędzy rozciągniętych w uśmiechu warg wilkołaka wyłaniały się wszystkie zęby, każdy śmiertelnie ostry.
-Więcej niż słyszałem. – warknął Remus, nieco nie swoim głosem. Czuł jak tuż pod jego skórą Lunatyk nabiera sił, a jego gniew tylko przybiera na sile. Skupił się na tym, by uciszyć wilka, lecz osiągnął tylko tymczasowy sukces. Bliskość Alfy sprawiała, że jego własny wilk nie potrafił się uspokoić. – Spotkaliśmy się.
Przez chwilę Greyback przyglądał mu się uważnie, wyglądając na nieco zdziwionego, ale potem drapieżny uśmiech powrócił na jego szpetną, pół-zwierzęcą twarz.
-Szczeniak Lupina. – skwitował z zadowoleniem, które sprawiło, że Remusowi ciarki przebiegły po plecach. Zza siebie usłyszał ciche przekleństwo Melody i z wisielczym humorem pomyślał, że teraz już chyba rozumiała czemu tak bardzo chciał utrzymać ją od tego z daleka. – Jaki ten świat mały.
Instynktownie palce Remusa zacisnęły się na różdżce, cały czas ukrytej w rękawie. Przez ułamek sekundy ujrzał przed sobą twarze tych, których kochał. Syriusz, James, Peter, Lily, Marlena, Dorcas i tak wielu innych…Tak bardzo chciał ich zobaczyć, choć jeszcze jeden raz przed śmiercią…
Wiedział jednak, że było to niemożliwe, więc odegnał obrazy, które tylko go rozpraszały i skupił się na śledzeniu ruchów Greybacka. Stłumił zwierzęce warknięcie. Walczył z całych sił, by nie stracić nad sobą kontroli w obliczu istoty, która przemieniła jego życie w piekło. I może by mu się to nawet udało, gdyby nie te okropne słowa, które padły z ust Greybacka chwilę później.
-Wiesz, spotkałem tę twoją…szlamę. – powiedział wilkołak z obleśnym uśmiechem, a Remusowi w mgnieniu oka zrobiło się niedobrze. W swojej klatce Lunatyk całkowicie zamilkł. Greyback natomiast, całkowicie świadomy reakcji jaką wywołał, mówił dalej. - Taka mała, ruda, prawda?
Twarz Bryony stanęła mu przed oczami, a jednocześnie zimny pot wystąpił mu na skronie. Przerażająca świadomość, że Greyback znalazł się w pobliżu jego ukochanej prawie pozbawiła go tchu. Od razu przypomniał sobie słowa Dumbledore'a z tamtego wieczora, gdy dowiedzieli się o śmierci dziewczyny. Opowieść o plamie krwi na świeżym śniegu. Oczyma wyobraźni ujrzał wilkołaka pochylającego się nad ciałem tej, którą kochał. I nagle zrozumiał co musiał zrobić.
-Nieźle się razem bawiliśmy. – dorzucił tymczasem prawie niefrasobliwie Greyback. Straszliwa sugestia sprawiła, że Remus zatrząsnął się z wściekłości i mocniej ścisnął różdżkę. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że będzie miał tylko jeden strzał, nim zdąży choćby pomyśleć o rzuceniu następnego zaklęcia wilkołaki go dopadną i zapewne rozszarpią na kawałki. Musiał więc dobrze dobrać słowa.
Dwa aż cisnęły mu się na usta, choć nigdy wcześniej nie podejrzewał, że będzie czuł pokusę by ich użyć. Avada Kedavra. Jeśli istniał człowiek, który zasługiwał na śmierć, to był to właśnie Greyback. Starszy wilkołak musiał zauważyć stan chłopaka, bo uśmiechnął się sadystycznie, a potem powiedział, ciesząc się każdym słowem:
-Chyba wszyscy dookoła słyszeli jej krzyki.
To był ostateczny cios. Krew zawrzała w żyłach Remusa. Przestał myśleć. Zapomniał o różdżce. Nawet nie wiedział kiedy zerwał się do biegu, a z jego ust wydobył się prawie zwierzęcy warkot. Potem była już tylko ciemność.
Lunatyk
Ryk Lunatyka poniósł się daleko po równinie, gdy wilkołak wylądował na czterech łapach kilka metrów od miejsca w którym Remus-Ludź wybił się z ziemi. Bestia potrząsnęła ogromnym łbem i wyszczerzyła zęby, wpatrując się prosto w czarne oczy swego przeciwnika, który stał naprzeciw niej, całkowicie nieporuszony i uważnie się jej przyglądał.
-A więc to tak! – zaśmiał się chrapliwie Greyback, odsłaniając zbyt długie jak na człowieka kły. – Szczeniaczek chce się bawić w samca alfa? Dobrze więc.
I w sekundę także się przemienił, choć na niebie nie było przecież księżyca w pełni. W wilczej postaci był jeszcze straszliwszy niż w ludzkiej, ogromny, o długiej, burej sierści splątanej i gęstej. Sporo górował nad Lunatykiem, nie mówiąc już o jego wieku i doświadczeniu w walce, ale młodszy wilk miał po swojej stronie coś czego jego przeciwnik nie posiadał. Walczył za swoją Partnerkę, za dziewczynę, którą kochał i dla której zrobiłby wszystko. Determinacja jaką odczuwał miała przynieść mu zwycięstwo, w to nie wątpił.
Wilki patrzyły na siebie, obchodząc powoli okrągłej arenę utworzoną przez zbiegowisko wilkołaków. Obozowisko ogarnęła śmiertelna cisza, całkiem jakby wszyscy wstrzymali oddech w oczekiwaniu na zwycięzcę tej walki, nowego Alfę watahy. Tylko jeden mógł wygrać, tylko jeden mógł przetrwać, a ten któremu się to uda miał poprowadzić całe stado, tak głosiło wilcze prawo. Jednak teraz, obchodząc powoli swojego przeciwnika i mierząc go wzrokiem, Lunatyk nie myślał o tym. Chciał pomścić Dziewczynę-Partnerkę. Chciał przetrwać i znów ją zobaczyć.
Pierwszy poruszył się Greyback, ale drugi wilkołak rzucił się na swego przeciwnika tylko o sekundę później. Dwie bestie zwarły się w walce na śmierć i życie. Oba wilki wspięły się na tyle łapy, zębami starając się sięgnąć karków lub podgardli przeciwnika. W świetle umierającego dnia błyszczały śnieżnobiałe kły. Śmiertelnie ostre pazury próbowały sięgnąć ciepłego ciała wroga, by rozorać je, zniszczyć.
Nie! Lunatyk warknął, kiedy w jego głowie odezwał się irytujący głos jego człowieka. Gdyby miał w tej rozpaczliwej chwili moment na zastanowienie się pewnie sam fakt, że Remus-Ludź zdołał do niego przemówić by go zdziwił. Wilkołak jednak zupełnie nie zwrócił na to uwagi.
Kły drugiego wilka minęły jego podgardle zaledwie o cal.
Posłuchaj mnie! Ryknął w jego głowie głos jego człowieka, a Lunatyk nigdy jeszcze nie słyszał go takiego wściekłego. Musimy działać razem, musimy sobie pomagać!
Ty mnie nigdy nie słuchałeś! Odwarknął wilkołak głucho, nie mogąc się powstrzymać. Sekunda nieuwagi poświęcona na konwersacje z Remusem-Ludziem kosztowała go bolesny cios naostrzoną pazurami łapą w prawą łopatkę. Lunatyk zaskomlał mimowolnie.
I to był mój błąd. Przyznał niespodzianie człowiek, choć na moment odciągając uwagę wilkołaka od rany. Gdyby sytuacja nie była tak groźna Lunatyk pewnie roześmiałby się chrapliwie. Nigdy jeszcze Remus-Ludź nie przyznał mu jeszcze racji. Ale prawda jest taka, że sam nie dasz mu rady. Ja też, jeśli o tym mowa. Ale razem mamy szansę.
Zęby Greybacka sięgnęły skóry na karku Lunatyka i zacisnęły się na niej aż młodszy wilk wydał z siebie ciche skomlenie. Nie zamierzał jednak się poddać. Odwinął się i zaatakował ze zdwojoną siłą. Splecione w morderczym tańcu śmierci wilkołaki nie zauważały nic dookoła. Otaczający ich kordon ludzi zdawał się dla nich nie istnieć, był tylko przeciwnik. Ale Greyback, większy i silniejszy zdołał powalić go na ziemię i przytrzymać własnym ciężarem.
Potrzebujemy planu! Lunatyk ponownie usłyszał w głowie zdeterminowany głos Remusa-Ludzia.
Jestem otwarty na sugestie. Wysapał, gorączkowo próbując uniknąć zębów i pazurów Greybacka. Lecz choć szarpał się najsilniej jak potrafił, ciężkie łapy jego przeciwnika dalej przyciskały go do podłoża. Tylko szczęście pozwoliło mu przez przypadek trafić łapą w miękkie miejsce tuz za uchem drugiego wilka, który zaskomlał i odskoczył.
Lunatyk natychmiast zerwał się na równe nogi i w mgnieniu oka znalazł się najdalej jak mógł od swego przeciwnika. Znaleźli się naprzeciwko siebie, po dwóch stronach koła. Wilk ruszył w lewo, jego rywal w prawo i tak okrążali się powoli po obwodzie, warcząc cicho. Obaj z ulgą przyjęli chwilową przerwę w walce.
Spójrz na niego, to bestia. Zauważył Remus-Ludź. Lunatyk prawie mógł wyobrazić sobie jego pełne zamyślenia oblicze. Nie myśli tylko reaguje instynktownie.
I jak na razie to się sprawdza. Zauważył posępnie wilkołak, obserwując płynne ruchy Greybacka, po którym wcale nie było widać zmęczenia. Jego postawa wręcz emanowała pewnością siebie.
Do czasu. Mruknął Remus-Ludź. Nie może wiecznie funkcjonować na adrenalinie. Prędzej czy później po prostu zaryje łbem w ziemię ze zmęczenia.
Szkoda, że do tego czasu będziemy już martwi. Warknął Lunatyk, szczerząc imponujące kły. Z drugiej strony okręgu dobiegło przeciągłe warczenie jego przeciwnika. Greyback uniósł dumnie łeb i w młodszym wilku zawrzała krew.
Musimy go przechytrzyć! Słowa człowieka utonęły we wściekłym warkocie jaki wydał z siebie starszy wilkołak rzucając się na młodszego. Tylko cudem Lunatykowi udało się uniknąć jego potężnych szczęk. Na moment zapomniał o wszystkim z wyjątkiem próby przeżycia i przez pewien czas był tylko ciąg kłapnięć pyskiem, ciosów łapą, wspinania się na siebie nawzajem w śmiertelnej walce o dalszy byt. A kiedy przypomniał sobie o rozmowie z Remusem-Ludziem było już za późno.
Pazury przecięły skórę. Fala bólu rozlała się wzdłuż boku Lunatyka i wilk zaskomlał cicho. Ciepła krew popłynęła z rany znacząc ślad na jasnym futrze i skapując na kamienne podłoże. Resztką sił wilkołakowi udało się umknąć przed następnym ciosem i schronić się po drugiej stronie areny. Przeciwnik nie ruszył za nim w pogoń zbyt zajęty rozkoszowaniem się swoją wygraną.
Udaj, że kulejesz. Gdyby Lunatyk miał na to czas chyba by się roześmiał. Zawsze uważał, że z jego człowiekiem było coś nie tak, ale nie podejrzewał, że tak bardzo. Nie dość, że trzymał go w klatce to teraz jeszcze doprowadzi swoją głupotą do śmierci ich obojga. Czemu akurat jemu musiał się trafić wybrakowany egzemplarz?
Nie muszę. Warknął posępnie. Z każdą chwilą czuł się coraz słabszy. Ziemia pod jego łapami powoli rumieniła się od krwi płynącej z jego licznych ran. Greyback z kolei wydawał się praktycznie nieporuszony.
Wiesz o co mi chodzi. Uciszył go natychmiast Remus-Ludź, a w jego głosie brzmiała nieczęsta pewność siebie. Pozwól mu do siebie podejść, niech myśli, że już wygrał.
Oszalałeś?! Prychnął Lunatyk. No to już naprawdę był szczyt wszystkiego! Takie postępowanie mogło zabić ich obu, a tego wilk bardzo nie chciał. Może i jego człowiek miał tendencje samobójcze, ale on chciał żyć! Miał dla kogo! Przed oczami przemknęły mu twarze wszystkich członków jego stada na czele z Dziewczyną-Partnerką i Harrym-Szczenięciem. Chciał znów ich zobaczyć, chciał przeprosić za głupotę swojego człowieka. A nie mógł zrobić tego jako trup!
Zrób to! Krzyknął jego człowiek i wbrew swoim przekonaniom Lunatyk usłuchał. Jeśli miał zginąć to tylko w walce, a jeśli nie…cóż, może i jego człowiek wiedział coś o strategii. W każdym razie lepszych pomysłów nie miał. Teatralnie podkulił pod siebie lewą łapę i podskoczył niepewnie na trzech pozostałych. Z drugiej strony rozległo się triumfalne wycie Greybacka.
Gdyby był człowiekiem, pewnie by się teraz puszył i obrzucał Lunatyka obelgami, ale w wilczej postaci mógł tylko patrzyć z pogardą na młodszego i jak mu się wydawało słabszego wilka. Upojony zwycięstwem nie zwracał uwagi na nic i już szukał pośród zebranych następnego śmiałka, który odważy się stawić mu czoła. Ta pomyłka miała go kosztować znacznie więcej niż dumę.
Teraz! Rozległo się w jego głowie i Lunatyk skoczył. Choć mniejszy i słabszy był szybszy od swego przeciwnika był przecież szybszy i do tego miał po swojej stronie element zaskoczenia. Greyback nie spodziewał się ataku, unosząc łeb do triumfalnego wycia odsłonił gardło, pewien że osłabiony przeciwnik nie zdoła z tego skorzystać.
W sekundę było po wszystkim. Lunatyk dopadł go jednym susem i z pomrukiem satysfakcji zacisnął zęby na miękkiej skórze podgardla. Nie czekając szarpnął z całej siły, a gorąca krew zalała mu pysk, plamiąc jasne futro. Metaliczny zapach wypełnił jego nozdrza i Lunatyk poczuł zimną satysfakcję, jeszcze zanim rozwarł szczęki i wypuścił swego przeciwnika. Gdzieś w tyle jego umysł rozległ się okrzyk radości wydany przez Remusa.
Z pyska Greybacka wydobył się ni to warkot, ni to jęk i bestia zwaliła się na ziemię bez życia. Kamienista ziemia dookoła zaczerwieniła się od krwi płynącej z rozszarpanego gardła. Lunatyk uniósł łeb do góry i zawył triumfalnie, a w głowie dźwięczał mu radosny okrzyk jego człowieka. Wygrali, naprawdę wygrali. Po tylu latach zemścili się na potworze, który zniszczył im życie.
Niestety był to triumf krótkotrwały. Ciemność, która otaczała go groźną chmurą już od jakiegoś czasu, teraz zaatakowała z całą mocą. Lunatyk zachwiał się, łapy uginały się pod nim, przed oczami zrobiło się ciemno. Zdążył jeszcze spojrzeć po zebranych dookoła wilkach, a potem nie było już nic.
Peter
Peter Pettigrew nigdy jeszcze nie był tak podniecony. Wreszcie, po miesiącach porażek miał do przekazania swojemu panu naprawdę ważną informację, która mogła mu zapewnić pierwszy od przystąpienia do Śmierciożerców sukces. O tym dniu marzył całymi tygodniami, nic więc dziwnego, że całkiem spokojnie przekroczył próg mrocznej komnaty i powoli, służalczo się kłaniając, ruszył w stronę siedzącego na tronie Voldemorta. Może nawet miało mu się udać uniknąć bólu towarzyszącego zwykle meldunkom?
-Panie mój. – odezwał się, a głos zadrżał mu tylko odrobinę. Starał się unikać spojrzenia Czarnego Pana, nikt kto spojrzał mu w oczy nie skończył zbyt dobrze i każdy Śmierciożerca o tym wiedział.
-Jakie wieści, Glizdogonie? – syknął Voldemort, patrząc na sługę z nieskrywanym obrzydzeniem. Gdyby nie potrzebował wiadomości z najbliższego kręgu popleczników Dumbledore'a, dawno już pozbyłby się ten służalczej kreatury. Jeśli była jedna rzecz, której można było spodziewać się po zdrajcy to tylko zdrady i Czarny Pan nie wątpił, że Pettigrew porzuciłby go natychmiast, gdyby tylko znalazł kogoś potężniejszego.
-Na…następne ze…zebranie Za…zakonu Fe…feniksa o…odbędzie s…się w…w przyszłą sobotę, dwudziestego ósmego marca, mój panie. – wydukał Peter, bo chociaż tym razem nie obawiał się o swoje życie i tak nie czuł się zupełnie spokojny w towarzystwie swego pana i władcy. – W…w d…domu Longbottomów. Dzie…dzieciak Potterów b…będzie p…pod opieką starej cha….charłaczki, przyjaciółki Dumbledore'a.
Kiedy słowa te wreszcie przeszły mu przez gardło westchnął ciężko i nerwowo potarł o siebie dłonie. Z trudem przełknął gorzką gulę, która nagle pojawiła się w jego gardle i odepchnął od siebie cień poczucia winy, który dokuczał mu prawie cały czas, póki nie przypominał sobie co mu się stanie jeśli nie wypełni rozkazów swego pana.
Nie po raz pierwszy serce Petera przeszyło ukłucie żalu. Chociaż był zdecydowany w swej misji Śmierciożercy, nie potrafił całkowicie zapomnieć o starych, dobrych czasach, gdy miał to naście lat i na jego problemy składały się nieodrobione prace domowe czy szlabany. Z tamtego cudownego okresu pozostała mu słabość do trzech chłopaków, z którymi niegdyś dzielił wszystkie swe sekrety i spędzał cały swój czas. Mimo wszystko James Potter, Syriusz Black i Remus Lupin byli kiedyś jego przyjaciółmi…
Nie, Peter odgonił od siebie takie głupie, sentymentalne pomysły i zmusił się do przypomnienia sobie wszystkich obelg i poniżeń jakich doznał z ust ludzi, którzy śmieli nazywać się jego przyjaciółmi. Nigdy nie traktowali go jak równego sobie. W ich oczach zawsze był tylko małym, strachliwym Peterem. Teraz zamierzał im pokazać co potrafi.
Voldemort zaniósł się śmiechem tak przerażającym, że nieszczęsny Glizdogon aż skulił się w sobie i musiał walczyć z całych sił, by nie ugiąć się i nie umknąć z komnaty, póki był jeszcze czas. Jeśli było coś straszniejszego niż wściekłość Czarnego Pana, to tylko jego radość.
-Stary głupiec! Czy on naprawdę wierzy, że ten jego śmieszny Zakon… - Voldemort wypowiedział ostatnie słowo niczym najbardziej obrzydliwą obelgę, a straszliwy uśmiech na jego twarzy zwiastował śmierć wszystkim, którzy odważą się mu sprzeciwić. – coś zdziała? Najwyższy czas by przekonał się ile jest warta wierność jego ludzi. Zbierz moich Śmierciożerców, Glizdogonie. Dwudziestego ósmego marca położymy kres Zakonowi Feniksa i pozbędziemy się każdego kto śmie stanąć nam na drodze ku władzy!
