N/A.: To co? Gotowi dowiedzieć się co się stało z Bree?
Finflon: Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby na następne nie trzeba było tak długo czekać. Co do Glizdogona...czy naprawdę uważasz, że James i Syriusz by się na to zdobyli? Scena konfrontacji we Wrzeszczącej Chacie w trzecim tomie jest moją ulubioną w całej serii, więc znam ją chyba na pamięć. Jest tam parę takich momentów, w których Remus podkreśla, że James nigdy nie pozwoliłby Syriuszowi stać się mordercą, a u mnie przecież Peter zrobił mniej złego niż w oryginale. Panowie są wściekli, to zrozumiałe i na pewno bardzo ich boli zdrada przyjaciela. Ale nawet wtedy nie są ludźmi, którzy kogokolwiek by torturowali lub zabili z zimną krwią.
Guest: Bez przesady, że cokolwiek. Nic nie robię na odwal się, ale moja beta jest obecnie na urlopie i jej korekta musiałaby poczekać, a razem z nią publikacja. Dlatego zdecydowałam się na późniejsze wprowadzenie poprawek.
Guest2: Cieszę się, że Ci się podobało. Co do Harmione...powiem tyle, zaczęłam zastanawiać się nad tym paringiem kiedy się dowiedziałam, że sama Rowling żałuje, że pozostała przy pierwotnym zamyśle i sparowała Hermionę z Ronem. I stwierdziłam, że o ile tak to mogę za nim nie przepadać to tu zadziała.
Rome: Bardzo dziękuję za taki wspaniały, długi komentarz i miłe słowa! Co do Syriusza w Azkabanie, to czy naprawdę myślisz, że mogłabym mu to zrobić? Nie po to stworzyłam cały alternatywny świat, żeby teraz pokończyć wszystko tak jak w oryginalnym. Jeśli chodzi o strukturę to masz rację, też mi się wydaje, że lepiej pasuje teraz Bree, a Remus potem. Dlaczego, zobaczysz w rozdziale 38, który szczerze powiedziawszy jest już tylko do skończenia, a nie jak ten, do napisania od zera.
Wikaamalfoy: Wielkie dzięki za miłe słowa! Mam nadzieję, że ten rozdział też Ci się spodoba.
PS.: Kontynuujemy z podziałem, bo mam za dużą radochę pisząc z punktu widzenia Syriusza.
PPS.: Bardzo się cieszę ze wszystkich komentarzy, ale mam jedną prośbę, podpisujcie swoje jakoś charakterystycznie, bo jeśli zostawicie po prostu Guest to nie mogę wam nawet jednoznacznie odpisać na początku następnego rozdziału. Ja już nie mówię o nadawaniu sobie ksyw, bo świetnie wiem, że to nigdy jakoś nie idzie. Podpisujcie się chociażby losowymi literami alfabetu. Dziękuję!
Rozdział 37
Syriusz
Dom Potterów najzwyczajniej w świecie przestał istnieć. Wybuch zmiótł cały front i dużą cześć ogródka, a fala uderzeniowa tylko dopełniła zniszczeń. Przez ogromną dziurę w zewnętrznej ścianie można było zajrzeć do salonu, korytarz przy wejsciu był całkowicie zasypany. Tylko biały płotek otaczający posesję jeszcze stał, choć furtka chwiała się na jednym zawiasie.
Lily wydała z siebie dziwny dźwięk, ni to szloch ni krzyk. Kątem oka Syriusz dostrzegł, jak obok niego James stężał, jak tylko jego silny chwyt uniemożliwił Lily wyrwanie się w stronę posesji. Jak twarz Dumbledore'a zrobiła się kredowobiała, kolorem dorównując jego brodzie.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. W niemym szoku patrzyli wszyscy na walący się budynek, który zaledwie kilka godzin wcześniej był zadbanym, choć małym domkiem Potterów. Potem dźwięk wrócił, a wraz z nim ruszyły wydarzenia.
Lily krzyknęła. Syriusz zaklął szpetnie. Rozległo się znajome pyknięcie aportacji i tuż obok pojawiły się dwie osoby, chłopak i dziewczyna, którzy natychmiast rzucili się do zebranych. Było w nich coś znajomego, choć Syriusz mógłby przysiąc, że żadnego z nich nigdy na oczy nie widział.
-Albusie! - zawołał chłopak, natychmiast rzucając się do dyrektora. W ciemności ciężko było dostrzec jak wyglądał, ale był dość wysoki i chudy, ubrany w mugolskie ubrania. W ręku ściskał różdżkę. Jego towarzyszka miała długie, spięte w kucyk włosy i także była uzbrojona.
-Zrobione? - zapytał Dumbledore nagląco. Nieznajomy chłopak przytaknął nieuważnie, jego wzrok mimowolnie wędrował w stronę domu. Dziewczyna natomiast odezwała się, siląc się na spokój.
-Zniszczyliśmy wszystkie. - powiedziała, jakby to miało stanowić jakieś wyjaśnienie, choć dla Syriusza nie stanowiło go wcale. Dyrektor jednak pokiwał głową, całkiem jakby wiedział o co chodzi.
-Panie dyrektorze, czemu tak tu stoimy? - zawołała w tym momencie Lily. - Przecież trzeba tam iść! Ratować…
Urwała i zacisnęła mocno wargi, by się nie popłakać, ale jej słowa sprawiły, że wszyscy się poderwali. Ku zdumieniu Syriusza pierwszy poruszył się nieznajomy nastolatek, który praktycznie pobiegł w stronę domu. Dziewczyna była tuż za nim. Oboje jednak przystanęli tuż za furtką, jakby nie mogli się zdecydować którędy dostać się do środka. Drzwi nie było, w ich miejscu znajdowała się sterta gruzu wysokości człowieka. Dokładnie nad nimi pierwsze piętro całkiem się zawaliło.
Ostatecznie weszli wszyscy przez dziurę w ścianie pokoju, który kiedyś był salonem Potterów. Teraz po tym przytulnym pomieszczeniu nie został nawet ślad. Te sprzęty, które przetrwały pokrywała ogromna warstwa kurzu, a tu i tam walały się elementy sufitu i połamane meble z pierwszego piętra.
Z salonu przeszli na korytarz, on i James przodem, za nimi Dumbledore i nieznajomy chłopak, panie na końcu. Nawet nie próbowali dostać się do głównego wejścia, cała droga do niego była zawalona gruzem, spod którego wystawał czarny materiał. Dyrektor machnął różdżką i gruz uniósł się do góry. A pod nim...pod nim leżała wysoka postać w czarnej szacie. Mężczyzna miał może pięćdziesiąt lat, pociągłą, bardzo bladą twarz i ciemne, rzadkie włosy. Jego brązowe oczy martwo patrzyły się w sufit. Na szyi ziała krwista rana, która bez watpienia stanowiła przyczynę zgonu.
-Voldemort – powiedział głucho James. Syriusz nie potrafił spuścić z trupa wzroku. Ze zdumieniem stwierdził, że gdyby spotkali się na ulicy nigdy nie pomyślałby, że to ktoś wyjątkowy, jeden z najpotężniejszych mrocznym czarodziejów na świecie. Voldemort wyglądał jak zwyczajny facet.
-Voldemort – potwierdził grobowo Dumbledore. Nawet w takiej sytuacji Syriusz potrafił docenić ironię sytuacji, ktoś kto tak bardzo nienawidził mugoli zginął w tak mugolski sposób. Gdyby nie strach o chrześniaka, ściskający mu trzewia może by się nawet roześmiał.
-Bryony! - krzyknęła nagle Lily, przepychając się pomiędzy nimi. Nie zwróciła uwagi na trupa, tylko przemknęła obok niego i rzuciła się na piętro. Schody urywały się w połowie, ale to jej nie powstrzymało. Machnąwszy różdżką stworzyła sobie pomost z zalegającego w korytarzu gruzu i już była na górze, a za nią para nieznajomych nastolatków i James. Syriusz oderwał wzrok od człowieka, który był Lordem Voldemortem i pognał za nimi.
Nie miał pojęcia co się działo, kompletnie nie mógł zrozumieć dlaczego wołała zmarłą siostrę, ani co tu się stało. Dlatego nawet nie próbował. Po prostu działał i żałował, że nie było z nim Marleny, bo może ona poradziłaby sobie w tej sytuacji lepiej. Rozumiał jednak dlaczego musiała zostać z pozostałymi, dlaczego nie mogła iść z nimi do zaatakowanego domu Potterów. Jej zeznania były przecież ważne, im więcej świadków tym lepiej dla aurorów, a gorzej dla złapanych Śmierciożerców.
Dogonił ich przed drzwiami do pokoju Harry'ego. Były zamknięte na cztery spusty i obłożone potężnymi czarami, jak poinformowała ich nie bez dumy nieznajoma dziewczyna. Lily natychmiast do nich przypadła.
-Bree! - krzyknęła, waląc pięścią w drewno. - Bree otwórz, to my.
Odpowiedź na jej rozpaczliwą prośbę nie nadeszła, niestety, ale Lily nie ustawała. Nie przestała nawet wtedy kiedy drzwi zaświeciły się pod wpływem magii nieznajomej i Dumbedore'a, którzy razem zaczęli mozolnie zdejmować zaklęcia ochronne nałożone przez… no właśnie, przez kogo?
Lily zdawała się myśleć, że osobą ukrytą po drugiej stronie ściany była Bryony, ale Syriusz zdawał sobie sprawę, że to akurat było niemożliwe. Bryony zginęła kilka miesięcy wcześniej i żadne czary nie mogły im jej zwrócić. Ktoś jednak został z Harrym podczas nieobecności rodziców, ktoś kogo znała para nastolatków, którzy pojawili się tak niespodziewanie i którzy wydawali się tak samo przerażeni, jak oni wszyscy. Pytanie tylko kto to był. Z kontekstu Syriusz domyślił się, że osobę tę przyprowadził Dumbledore, ale nic poza tym.
Na szczęście właśnie wtedy nieznajoma dziewczyna wydała z siebie okrzyk triumfu, a drzwi same odskoczyły od framugi, pozwalając im na wejście do środka. Pierwsza wpadła do pokoju oczywiście Lily, dopiero za nią pozostali. Syriusz natychmiast omiótł spojrzeniem aurora sypialnię swojego chrześniaka. To spojrzenie wystarczyło mu by stwierdzić, że tu nie dotarła ani walka, ani wybuch. Łóżeczko Harry'ego było jednak puste i to sprawiło, że serce Łapy na chwilę przestało bić. Ruszyło ponownie dopiero gdy usłyszał dziecięce paplanie dobiegające z drugiej strony pokoju. Obrócił się na pięcie i zamarł.
Za drzwiami, w przerwie pomiędzy szafą, a rogiem pokoju tkwiła skulona młoda dziewczyna. Burza rudych włosów zasłaniała jej twarz. Dziewczyna siedziała tak by własnym ciałem chronić trzymane w ramionach dziecko, które wierciło się niespokojnie i paplało coś po dziecięcemu.
-Bree – westchnęli jednogłośnie Lily i nieznajomy chłopak, jak jeden mąż rzucając się na kolana tuż obok niej.
Dziewczyna uniosła głowę i spojrzała na nich ogromnymi, zielonymi oczami, pełnymi paniki i Syriusz ku swojemu zdumieniu poznał w niej nieżyjącą Bryony Evans.
-Lily? - szepnęła drżącym głosem. Twarz miała czerwoną od łez, włosy potargane, w oczach szaleństwo. Z rozcięcia nad jej prawą brwią sączyła się wąska strużka krwi.
-To ja, kochanie, to ja. - odparła natychmiast Lily. Bryony przygryzła wargę, a potem bez ostrzeżenia rzuciła się na szyję siostry, nie puszczając jednak Harry'ego, który wylądował między nimi, ściśnięty tak, że to nie mogło być wygodne. Nie zaprotestował jednak.
-Lily, Lily, Lily – powtarzała gorączkowo Bree, tuląc się do siostry. - On przyszedł… myślałam, że… on chciał zabić Harry'ego… starałam się…
-Wiem, wiem. - mówiła Lily, głaszcząc ją po włosach. Pomiędzy nimi Harry mamrotał coś w swoim własnym języku, najwyraźniej całkiem zadowolony z sytuacji.
Nieznajomy chłopak wyglądał jakby nie do końca wiedział co zrobić i ostatecznie tylko położył dłoń na ramieniu Bryony, na co ta zareagowała podnosząc na niego wzrok. Poznała go widocznie, bo jedną ręką puściła Lily, a przyciągnęła do siebie jego. Zetknęły się trzy rude głowy i Syriusz ze zdumieniem zauważył, że wszyscy troje mieli włosy dokładnie tej samej barwy. Nie miał pojęcia co to znaczyło i teraz nie zamierzał tego roztrząsać.
-Udało ci się. - powiedział nieznajomy mu chłopak cicho, z podziwem. - Zakończyłaś to.
Ramiona Bryony trzęsły się od płaczu kiedy przytakiwała. Chłopak wymienił spojrzenie z Lily, a potem razem pomogli Bree wstać i posadzili w jedynym fotelu w pokoju Harry'ego. Opadła na nie z westchnieniem ulgi i przytuliła do siebie Harry'ego, który całkiem spokojnie siedział sobie na jej kolanach i próbował wpakować sobie do ust całą pięść. Lily przysiadła na prawym podłokietniku, nieznajomy na lewym, podczas gdy jego przyjaciółka rzuciła się oglądać skaleczenie na twarzy Bree. James uplasował się tuż obok żony, cicho ja o coś pytając i wszyscy pochylili się nad cudownie ocaloną.
Harry zakwilił, widocznie czując się przytłoczony i Syriusz poczuł się w obowiązku zareagować.
-Bree, małemu na pewno byłoby lepiej u mamy. - powiedział, łagodnie kładąc jej dłoń na ramieniu i wskazując oczami w stronę Lily.
Dziewczyna spojrzała na niego i uśmiechnęła się smutno, ze zmęczeniem. Jej oczy lśniły, nie wiedział od płaczu czy też z innego powodu. A kiedy się odezwała jej głos był przedziwnie spokojny.
-On jest u mamy.
Pierwszą reakcją Syriusza było parsknięcie śmiechem. Myślał, że pozostali mu zawtórują, bo było to tak absurdalne, że aż zabawne, ale po chwili zorientował się, że śmiał się tylko on. Umilkł natychmiast i potoczył zdumionym spojrzeniem po zebranych. Unikali jego wzroku i w Syriuszu natychmiast zawrzał gniew.
-Co tu się do cholery dzieje?! - warknął, ponuro marszcząc brwi. Odpowiedziało mu ciężkie westchnięcie nieznajomego chłopaka. Natychmiast na niego spojrzał napotkał wzrok spokojnych, zielonych oczu. Uderzyła go nowa myśl. „On ma takie same oczy jak Lily."
-To długa historia.
Bryony
-Zobaczmy czy dobrze zrozumiałem. - powiedział Syriusz z nieodgadnioną miną. - Mówicie, że mój chrześniak jest w rzeczywistości synem obecnej tu świętej pamięci Bryony, która jednak żyje, bo uratowały ją te dzieciaki.
-Nie jesteśmy dziećmi. - mruknął Harry ze swojego miejsca po jej lewej stronie. Bree uśmiechnęła się leciutko, bo na więcej nie starczało jej sił. Nigdy jeszcze nie była tak piekielnie zmęczona.
-Młodzi ludzie. - Syriusz poprawił się z ironicznym uśmiechem. - Którzy pojawili się akurat na czas, prosto z alternatywnej rzeczywistości, w której my wszyscy jesteśmy martwi.
Kiedy tak to podsumował rzeczywiście brzmiało to nieprawdopodobnie, zauważyła Bryony. Na miejscu Syriusza też miałaby problem z uwierzeniem w tę szaloną opowieść. A jednak każde słowo było prawdziwe.
Na przeciągu ostatnich godzin Harry opowiedział pokrótce wszystko co ich spotkało od dnia kiedy przeszli z Hermioną przez Zwierciadło Czasu aż do zniszczenia horkruksów i śmierci Voldemorta. Bryony właściwie się nie odzywała. Siedziała tylko w ciszy i bawiła się włosami swojego maleńkiego synka, tego dorosłego trzymając za rękę. Dookoła niej zgromadzili się prawie wszyscy bliscy jej ludzie, zagrożenie minęło i dziewczyna po raz pierwszy od bardzo dawna pozwoliła sobie na odprężenie.
Siedzieli wszyscy w tak zwanym Żółtym Saloniku w Dworze Potterów, który swoją nazwę wziął od słonecznego koloru swoich ścian. Stojące tu meble z jasnego drewna miały śnieżnobiałe obicia, takiego samego koloru co lekkie, zwiewne zasłony wiszące w ogromnych oknach. Przez szklane drzwi wychodziło się stąd prosto do ogrodu. Był to chyba najjaśniejszy pokój w całym domu i James powiedział jej kiedyś, że stanowił prezent ślubny Charlusa dla Dorei, miłą odmianę od zimnych i ciemnych wnętrz w jakich lubowali się jej krewni.
Bree znajdowała się w centrum zgromadzenia. Gdy tylko przekroczyła próg Dworu powitano ją z radością i poprowadzono do saloniku, gdzie posadzono ją na środku kanapy, okryto kocem i wręczono ogromny kubek z gorącą czekoladą. Po jej lewej stronie siedział Harry, po prawej Lily, a między siostrami spał spokojnie ich maluch. Hermiona zajęła fotel blisko Harry'ego, a James jego bliźniaka po stronie Lily. Charlus i Dorea siedzieli na przeciwległej kanapie, a Syriusz… Syriusz miotał się po pokoju jak wściekły pies, mrucząc pod nosem coś co mogło być tylko inwektywami.
Bree wcale mu się nie dziwiła. Ze wszystkich tu zgromadzonych on miał największy powód by wyrzucać jej te wszystkie sekrety. Charlus i Dorea nie znali jej aż tak dobrze, by oczekiwać, że dziewczyna będzie im się zwierzać, a Lily i James znali chociaż część prawdy. Syriusz jednak… Syriusz nie wiedział nic. Gdyby to ją postawiono w takiej sytuacji pewnie zareagowałaby tak samo jak on.
-Czemu ja o wszystkich dowiaduję się jako ostatni? - warknął, w końcu zatrzymując się przed Bryony. Dziewczyna przygryzła wargę. Lily natychmiast zauważyła jej zakłopotanie i pospieszyła z pomocą.
-Syriuszu…
-Przepraszam. - weszła jej w słowo Bree i zanim siostra znów otworzyła usta, już mówiła dalej, miała dość pozwalania by siostra cały czas ją wyręczała. To było w końcu jej życie, to ona narobiła tego bigosu i to ona musiała go teraz zjeść. - Powinnam była ci powiedzieć o Harrym już dawno, ale… prawda jest taka, że było mi wstyd. Zrobiłam coś bardzo głupiego i bałam się zmierzyć z konsekwencjami. No i nie chciałam żebyś zrobił krzywdę jego ojcu.
Z twarzy Syriusza jak ręką odjął zniknął gniew i chłopak przeczesał palcami włosy w geście frustracji. Teraz wyglądał tylko na zawiedzionego.
-Oj, młoda. Naprawdę myślałaś, że próbowałbym cię osądzić? - spytał, kucając przed nią. Bree niepewnie pociągnęła nosem. Syriusz zawsze był dla niej jak brat i jego opinia była dla niej bardzo ważna.
-Nie chciałam cię zawieść. - mruknęła cicho. Znienacka otoczyły ją ciepłe ramiona i została przyciśnięta do męskiego torsu. Uścisk trwał tylko chwilę (Syriuszowi kontakt cielesny nigdy nie przychodził łatwo), ale kiedy mężczyzna się odsunął Bryony zobaczyła zdumiewającą powagę na jego twarzy.
-Nigdy mnie nie zawiodłaś. I nigdy nie zawiedziesz. - powiedział i przez chwile wyglądał tak poważnie jak jeszcze nigdy. - Jesteś w końcu moją małą siostrzyczką.
Bree kompletnie nie kontrolowała szerokiego uśmiechu wypływającego na swoją twarz, a Syriusz odwzajemnił jej się tym samym. Jeszcze na chwilę przycisnął czoło do jej własnego, a potem wstał i wreszcie opadł na kanapę obok pani Potter, która objęła go i potargała mu włosy. Zawsze kiedy to robiła udawał, że się obrusza, ale tak naprawdę to uwielbiał.
Wtem, kominek zajaśniał na zielono i wyszedł z niego Dumbledore. Miał na sobie tę samą szatę, w której pojawił się kilka godzin wcześniej w domu Potterów, by zabrać ich na zebranie Zakonu. Czy to naprawdę było tylko kilka godzin wcześniej? Bryony tamten wieczór zdawał się tak odległy jakby miał miejsce całe tygodnie wcześniej.
-Coś się stało, Albusie? - zaniepokoił się natychmiast pan domu, wstając. Dumbledore pokręcił przecząco głową.
-Doreo, Charlusie, przepraszam, że was nachodzę tak późno, ale to sprawa niecierpiąca zwłoki. - powiedział. Uspokojony pan Potter usiadł znów i wskazał gościowi wolne miejsce na kanapie. Dyrektor usiadł.
-Oczywiście, Albusie. Może napijesz się herbaty? - zapytała tymczasem gospodyni, sięgając po dzbanek.
-Nie, dziękuję, Doreo. Przyszedłem tylko na chwilę. - Dubledore odmówił grzecznie i skierował swoje spojrzenie na Bree .- Bryony?
-Albusie. - dziewczyna skinęła mu głową na powitanie.
-Moja droga. - dyrektor uśmiechnął się łagodnie. - Wybacz, że przerywam ci odpoczynek w rodzinnym gronie, ale muszę ci przekazać, że Minister pragnie pilnie się z tobą widzieć z samego rana.
-Minister? - zdziwiła się dziewczyna. - Dlaczego chciałby się ze mną widzieć.
Szmer śmiechu przeszedł po pokoju.
-Zabiłaś najpotężniejszego mrocznego czarodzieja w Anglii. - odezwał się w końcu pan Potter. - Kończąc tym samym wojnę, która w taki czy inny sposób trwała od ładnych kilku lat. Zaryzykuję i powiem, że Minister to nie jedyna wysoko postawiona osoba, która będzie chciała się z tobą spotkać.
Bryony spuściła wzrok i spojrzała na swoje dłonie, tam gdzie bawiły się skrajem kocyka Harry'ego.
-Nie chciałam nikogo zabijać. - mruknęła przygryzając wargę. - Ja tylko broniłam swojego dziecka.
-Wiemy, kochanie. - pospieszyła z zapewnieniem pani Potter, a Lily ścisnęła ramię siostry by dodać jej otuchy. - Ale to nie zmienia faktu, że tym co dzisiaj zrobiłaś uratowałaś nie tylko Harry'ego, ale i wielu innych ludzi w całej Wielkiej Brytanii. Wielu będzie chciało ci za to podziękować.
-Ale sama pani Minister?
-Bardzo chce cię poznać. Jeśli pozwolisz, Doreo, to chciałaby odwiedzić tu Bryony. Jutro, o... - tu wyciągnął z kieszeni staromodny zegarek i zerknął na niego. - dziesiątej rano. Czyli całkiem niedługo. Zaproponowałbym, że wezmę udział w spotkaniu, moja droga, ale wydaje mi się, że i beze mnie będziesz miała wystarczająco dużą eskortę.
-Oczywiście, że tak. - prychnął Syriusz z łobuzerskim uśmiechem. - Nie opuścimy jej na krok, nawet jeśli sama będzie tego chciała.
-Widzę więc, że zostawiam cię w dobrych rękach. - Dumbledore także się uśmiechnął i wstał, poprawiając szatę. - Będzie jeszcze czas by wszystko omówić, teraz radzę iść spać. Już późno, a jutro wiele do robienia.
To powiedziawszy pożegnał się ze wszystkimi i chwilę potem już znikał w kominku, a oni na powrót zostali sami. Bree z westchnieniem oparła głowę na plecach kanapy. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Jeszcze rano była zwykłą dziewczyną, która ani przypuszczała, że za kilkanaście godzin sama Minister Magii będzie prosiła o spotkanie z nią. Ba! Zaproponowała, że odwiedzi Bryony, a nie wezwała ją do Ministerstwa jak to zwykle robiono. Od tego wszystkiego Bree kręciło się w głowie.
-Świta. - zauważyła nagle Lily.
Rzeczywiście, za ogromnymi oknami saloniku wschodziło właśnie słońce, zalewając całe pomieszczenie swoim blaskiem. Bryony poczuła jego ciepło na skórze i nagle poczuła się tak strasznie zmęczona, że wątpiła czy uda jej się wejść po schodach do sypialni, którą zwykle zajmowała kiedy odwiedzała tu Lily.
Ziewnęła szeroko.
-Dyrektor ma rację. - zaśmiał się na to Charlus, wstając i podając rękę żonie. - Czas iść spać. I tak siedzieliśmy tu zbyt długo.
-Bree, kochanie, jak tylko przyszliście kazałam przygotować twój pokój. Pamiętasz, który to, prawda? - spytała Dorea, a Bryony od razu przytaknęła z wdzięcznością. Zadowolona, gospodyni zwróciła się do Harry'go i Hermiony. - Syriusz pokaże wam wasze pokoje. To te dwa obok twojego, kochanie. Chyba, że wolelibyście razem.
-Nie! - oboje jak na zawołanie zrobili się identycznie czerwoni na twarzy, a ich odmowa była jakaś taka...wymuszona? Gdyby Bree nie była taka nieprzytomna pewnie próbowałaby to zrozumieć, ale tak tylko się zaśmiała.
-Nie. - powtórzył spokojniej Harry, bo Hermiona dalej nie mogła odzyskać głosu (co było co najmniej zabawne). - Dziękujemy. Dwa pokoje będą idealne.
Bree ukryła swój uśmiech pochylając się nad swoim małym synkiem i z pomocą Jamesa podnosząc go ostrożnie, tak by go nie obudzić.
-Wiecie, co dziś jest? - zapytała wtem Lily z tajemniczym uśmiechem. Nie wiedzieli. Po tym wszystkim nikt nie pamiętał daty. Młoda kobieta zachichotała, a potem powiedziała, patrząc na Bryony. - Dzień matki.
Mimo zmęczenia Bree uśmiechnęła się i spojrzała z miłością najpierw na małego, a potem na dużego Harry'ego.
-Najlepszy dzień na nowy start.
A potem były już pożegnania i powolne wchodzenie po ogromnych marmurowych schodach na piętro gdzie czekał już wygodny pokój z kołyską dla Harry'ego (z której i tak Bree nie zamierzała tej nocy korzystać) i wygodnym łóżkiem o jakim marzyła przez ostatnie miesiące. Ale zanim dotarła na szczyt schodów dobiegł ją jeszcze głos Syriusza.
-A właśnie. - chłopak brzmiał jakby nagle sobie o czymś przypomniał. - Kto jest jego ojcem? Ktoś wie?
N/A.: I jak? W porządku? Bree żyje, cóż chyba nie jesteście zdziwieni? No to teraz sprawdźmy co u Remusa, co? Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się już doczekać.
Ten rozdział był troszkę krótszy, ale chyba nie jakoś strasznie, prawda? Miał wyglądać trochę inaczej, ale Syriusz wykształcił własny umysł i doprowadził do tego. Dajcie znać co myślicie i widzimy się przy odrobinie szczęścia w następny czwartek.
