N/A.: Hej! No i dotrwaliśmy do 39 rozdziału. Jest to też ostatni rozdział wakacyjny, ale bez nerwów, jako studentka mam jeszcze miesiąc wolnego i zamierzam dobrze go wykorzystać, między innymi na zakończenie tego opowiadania.

Finflon: No ba, Lunatyk wymiata. Na przestrzeni tego opowiadania stał się jednym z moich ulubionych postaci. Bardzo dziękuje za miły komentarz i mam nadzieję, że i ten rozdział Ci się spodoba.

Guest: Hmm, Lunatyk już wykonał swoje główne zadanie, czyli uświadomił Remusowi pełnię jego głupoty, ale zobaczę co da się zrobić. :)

Nikkitka Black-Lupin: Cieszę się, że Ci się podoba. Postaram się już nie robić takich przerw i dociągnąć to opowiadanie do końca w ciągu najbliższego miesiąca.

Rome: Hmm, najwyraźniej źle podeszłam do szczerej rozmowy. Zamierzałam dać wszystkim jasno do zrozumienia, że teraz wszyscy wszystko już wiedzą (tzn. ci, którzy byli wtedy w salonie Potterów). Mam nadzieję, że naprawiłam to w tym rozdziale.

To jak? Gotowi razem z Bree zmierzyć się ze światłami reflektorów? Mam nadzieje, że tak. Miłej zabawy!


Rozdział 39

-Dalej nie wiem czy to jest najlepszy pomysł. - mruknęła Bryony, patrząc przez szczelinę pomiędzy kotarami na zgromadzony w atrium tłum. Rzesza ludzi falowała niespokojnie. Szeptali między sobą, niecierpliwie oczekując na rozpoczęcie głównej części gali jaką przygotowało dla nich Ministerstwo.

-Masz lepszy? - odpowiedział pytaniem Harry (ten dorosły, młodszy spał właśnie w eleganckim, granatowo-białym wózku kilka metrów dalej). - Ludzie chcą wiedzieć co się stało. Nie możesz po prostu się ukryć w Dworze i nie wychodzić póki o tobie nie zapomną.

Nie miała pojęcia skąd wiedział, że przeszło jej to przez myśl. Chociaż w sumie nie powinno jej dziwić, że tak dobrze przewidywał jej reakcje, znał ja przecież jak mało kto. Chyba tylko Lily mogłaby lepiej ocenić jej obecny stan ducha, ale była właśnie zajęta kołnierzyka u szaty wyjściowej Jamesa, bo wszystko miało być idealne.

-Dasz sobie radę. - Harry położył jej rękę na ramieniu. - Przecież cię tam nie zjedzą. Spójrz na nich, przyszli tu dla ciebie.

Bree znów zerknęła za kotarę. Ludzi było tak wielu, że nie potrafiła ich policzyć.

-To mnie właśnie martwi. - westchnęła. - Bardzo dużo ode mnie wymagają. Ja jestem tylko…

-Bohaterką, dzięki której spokojnie śpią w nocy? - wszedł jej w słowo Harry. Nie musiała na niego patrzeć, by wiedzieć, że uśmiechał się triumfalnie.

-Co innego chciałam powiedzieć. - mruknęła.

-Wiem. - chłopak roześmiał się. Robił to teraz coraz częściej, szczególnie odkąd nie musieli się już ukrywać przed tymi, na których im zależało.

Tamtej nocy, kiedy usiedli wszyscy w Żółtym Saloniku i wszystko zostało wyjaśnione, ogromny ciężar spadł Bree z serca. Od początki nienawidziła kłamać w sprawie swojego dziecka i gdyby musiała teraz ukrywać przez swoimi bliskimi prawdziwą tożsamość Harry'ego i Hermiony chyba by tego nie zniosła. Ale ona to ona, nie miała pojęcia przez co musiałby przechodzić biedny Harry! Bez względu na to czego się dowiedział o swoim pochodzeniu, przez większą część swojego życia uważał Lily i Jamesa za swoich rodziców i tego nie dało się tak po prostu zmienić. Bryony wiedziała, że bardzo chciał ich poznać. Ta znajomość nie mogła zacząć się od kłamstwa. Dlatego też opowiedzieli zebranym pełną wersję wydarzeń, od samego początku czyli od Zwierciadła Czasu i Zamku Poza Światami. Historia była w prawdzie trochę nieprawdopodobna, ale potwierdzona przez Dumbledore'a została przyjęta prawie bez słowa.

Bree potrząsnęła głową, by powrócić do rzeczywistości. Tamten wieczór godny był pamiętania, ale teraz musiała skupić się na czym innym. Mimowolnie przygładziła przód swojej własnej szaty wyjściowej, cudowi sztuki krawieckiej w odcieniu butelkowej zieleni, idealnie pasującym do jej oczu i kontrastującym z rudymi włosami. To zdumiewające, że tak piękny strój mógł zostać stworzony w tak krótkim czasie i Bree była pod dużym wrażeniem umiejętności Madame Malkin.

Na podwyższeniu, które oblegała widownia, przemawiała właśnie Pani Minister Magii Milicenta Bagnold. Była to kobieta jeszcze całkiem młoda (miała czterdzieści kilka, może pięćdziesiąt lat), niska i bardzo szczupła, o niesamowitych pokładach energii. Wszystko robiła szybko, z gracją. Ubierała się elegancko i była przy tym jedną z tych nielicznych czarownic, którym nie sprawiało problemu ubranie się po mugolsku i nie zrobienie z siebie przedstawienia.

Bree spotkała się z nią kilka dni wcześniej w saloniku Potterów. Spotkanie to napawało ją przerażeniem aż do chwili kiedy Pani Minister przekroczyła próg. Może sprawiła to jej niewymuszona elegancja, może szeroki uśmiech na jej twarzy, dość, że Bryony od razu poczuła się lepiej i nawet udało jej się odprężyć podczas rozmowy.

Milicenta była odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Bryony wątpiła, by ktoś mógł lepiej poradzić sobie z sytuacją, w której świat magiczny się znalazł. Była kompetentna, zdecydowana i wiedziała jak przekonać do siebie ludzi, co w pracy bardzo jej pomagało. Podczas spotkania z Bree wielokrotnie i wylewnie oznajmiała swoją radość ze znalezienia panny Evans w dobrym zdrowiu. Bryony dowiedziała się też, że cały świat czarodziejski wiedział już o wydarzeniach z poprzedniego wieczora, a ja samą okrzyknięto Bohaterką, Dziewczyną-Która-Pokonała-Voldemorta. Jej twarz znalazła się na pierwszej stronie Proroka Codziennego, razem z artykułem, w którym było więcej domysłów i fałszu niż prawdy.

Pani Minister, czy raczej Milicenta, jak kazała się nazywać, poinformowała ją też o balu na jej cześć, który został zaplanowany na przyszły tydzień. Bal ten miał służyć przedstawieniu oficjalnego stanowiska Ministerstwa i przedstawieniu Bryony jej kochającym fanom. Fani ci zgromadzeni byli właśnie po drugiej stronie kotary, za którą chowała się jeszcze Bree. Ale już nie długo...

-Mam zaszczyt przedstawić osobę, bez której nie byłoby nas tu dziś. - przemawiała Pani Minister do zgromadzonego w atrium Ministerstwa Magii tłumu. - Osobę, bez której nie moglibyśmy spać spokojnie. Panna Bryony Evans!

Gromki aplauz jaki nastąpił po słowach Pani Minister zagłuszył łomotanie serca Bree, które waliło jak dzikie, kiedy powoli wchodziła po schodach na podwyższenie. Czarodzieje i czarownice zgromadzeni w atrium klaskali jeszcze kiedy po przywitaniu ze starszą kobietą zajmowała jej miejsce przy mównicy i układała na niej swoje kartki z notatkami.

Dopiero kiedy skończyła i podniosła wzrok na słuchaczy, celując jednocześnie różdżką na swoje gardło i mamrocząc pod nosem „Sonorus", ludzie zamilkli i wpatrzyli się w nią. Atmosfera zgęstniała i ogromną salę wypełniło nerwowe oczekiwanie.

Bree odchrząknęła i rozpoczęła, bo i też nie było jak tego dalej odwlekać.

-Zanim zaczęło się to spotkanie dali mi do przeczytania jego plan. Na najbliższe piętnaście minut zaplanowano moją przemowę. – przygryzła wargę i uśmiechnęła się niepewnie. - Nie wydaje mi się, że będę mówiła tak długo, ale proszę posłuchajcie mnie uważnie.

Przed nią znajdowało się całe morze głów. Większości słuchaczy nigdy wcześniej nie widziała na oczy, ale oni jej zdjęcia oglądali na okładkach gazet codziennie od tamtej strasznej nocy. Mieli więc nad nią przewagę wynikającą z wiedzy na temat drugiej strony. To Bree jednak wiedziała czego się spodziewać po przemówieniu, ponieważ sama je napisała. Ta świadomość dodała jej odwagi.

-Wszyscy oczekujecie pewnie, że opowiem wam o tamtej nocy, gdy zginął Voldemort. - szmer zdumienia przebiegł po sali. Bree świetnie wiedziała skąd się wziął, więc tylko się uśmiechnęła i kontynuowała. - Nie bójmy się jego imienia, w końcu był tylko człowiekiem, a każdy człowiek ma imię i powinno się go używać.

Znów zdumienie. Bryony zignorowała je i niestrudzenie parła dalej, świadoma, że jeśli się zatrzyma bardzo możliwe, że nie będzie potrafiła mówić dalej.

-Chcą żebym mówiła o tamtej walce. - powtórzyła - A ja chciałabym wam o tym opowiedzieć, chociażby po to żeby prasa dała mi spokój. Problem polega na tym, że ja nie mogę o tym mówić. Być może nigdy nie będę mogła. To trochę wina mojej pamięci, kiedy myślę o tym wieczorze przypominam sobie tylko ciąg zaklęć, choć nie pamiętam których używałam. Pamiętam uchylanie się, meble roztrzaskujące się dookoła. Swój własny krzyk. I strach. Byłam przerażona. Nie chciałam zginąć, ale wiedziałam, że to on jest z nas dwojga potężniejszy. A na górze płakał mój synek, dziecko, które miało zginąć gdyby mi się to nie udało. Słyszałam jego płacz i wiedziałam że jeśli teraz się poddam, już nigdy go nie zobaczę. Dlatego nie mogę wam opowiedzieć o czymś co gazety nazwały „Heroiczną walką o wolność Magicznej Brytanii". Tamtej nocy nie miał miejsca żaden heroizm. Ja tylko chciałam przeżyć i uratować najdroższą mi istotę przez człowiekiem, który chciał ją skrzywdzić.

Urwała na moment. Na sali nikt się nie odezwał, wszyscy patrzyli na nią jak zaczarowani. Bree tylko się uśmiechała, a jej oczy błądziły po tłumie tak jak ja poinstruowano. Przełknęła ślinę.

-Nie mogę wam opowiedzieć o swoim heroizmie, więc opowiem wam o czymś innym. - odezwała się ponownie. To była najważniejsza chwila, tu mogli przestać jej słuchać zniechęceni brakiem pełnej napięcia opowieści o walce z Voldemortem i po prostu wyjść. Niektórzy pewnie tak zrobili, ale słuchaczy było tylu, że nie dało się stwierdzić ilu zrezygnowało. Bryony odetchnęła głęboko. - Pewnie już wiecie z gazet, że moja siostra i ja pochodzimy z mugolskiej rodziny. Nasi rodzice nie mieli pojęcia o magii dopóki Lily nie dostała listu z Hogwartu i choć może wam się to wydać dziwne, jakoś bez niej żyli. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że wiedzieli wiele rzeczy, o których nie śniło się niektórym z was. Tym, którzy nie poświęcili nigdy czasu na poznanie ich świata. Mojego świata.

Znów wzięła głęboki oddech i pozwoliła sobie na zerknięcie w bok tam gdzie czekali na nią pozostali. Napotkała spojrzenie siostry, a jej uśmiech dodał jej sił by kontynuować.

-Mugole też mieli swojego Voldemorta. Czterdzieści lat temu był taki człowiek, który uważał się za lepszego od innych i uważał, że ci, którzy nie są jak on muszą zginąć. Sądził, że jeśli ktoś ma ciemniejsze włosy, oczy innego koloru, lub po prostu urodził się nie w takiej rodzinie jak potrzeba, nie ma prawa żyć. I wielu ludzi w jego kraju przyznawało mu rację, a było ich dostatecznie dużo, że dzięki ich głosom ten człowiek stał się najpotężniejszą osobą kraju. Najpierw zabrał się za swoich rodaków. Ci którzy nie pasowali do jego wizji świata, ci którzy próbowali go powstrzymać, czy ci którzy się z nim nie zgadzali stali się jego pierwszymi ofiarami. A kiedy przestało mu wystarczać to co zrobił u siebie postanowił wprowadzić swój porządek w całej Europie.

Znów przerwała na chwilę i przełknęła ślinę. Tłum patrzył na nią ze zdumieniem. Nikt nie spodziewał się w jej wypowiedzi lekcji historii, ale Bree nie mogła sobie tego darować. Zawsze dziwiło ją dlaczego czarodzieje wiedzą tak mało o tym co działo się poza ich niewielkim społeczeństwem. O tylu rzeczach, z historią na czele, nie mieli pojęcia! A przecież wiele mogliby się z niej nauczyć.

Dlatego kiedy Pani Minister poprosiła ją o wypowiedź na Balu Zwycięstwa od razu pomyślała, że może mogłaby nawiązać do wydarzeń sprzed czterdziestu lat, o których czarodzieje kompletnie nic nie wiedzieli. Kiedy podzieliła się tym pomysłem z Lily i Hermioną, obie zgodnie stwierdziły, że to świetny pomysł i pomogły jej ułożyć przemówienie.

-Wybuchła wojna, tak okrutna i straszna, że zapisała się krwią na kartach historii. - mówiła dalej, modląc się by ci, którzy jej słuchali zrozumieli co próbowała im przekazać. - Ludzie umierali tysiącami, milionami. Nie tylko na froncie, ale też w obozach gdzie sami wchodzili do komór śmierci, nieświadomi co ich tam czeka. Strażnik zapewnił ich przecież, że idą się tylko umyć zanim zostaną wysłani do pracy. Niektórzy próbowali się ukrywać, ale ich los wcale nie był lepszy. Jedni trafili na ludzi, którzy uratowali im życie, inni na takich którzy sprzedali ich oprawcom. A wszystko za włosy innego koloru lub obcy akcent. Sąsiedzi sprzedawali się nawzajem, by zapewnić bezpieczeństwo własnym rodzinom. Albo po prostu poprawić sobie byt.

Głos uwiązł jej w gardle. Kiedy myślała jak wiele wspólnego miało to o czym mówiła z koszmarem jaki społeczeństwo czarodziejów przechodziło jeszcze niedawno, robiło jej się niedobrze. Odchrząknęła.

-Europa zbyt późno zorientowała się w jak wielkim niebezpieczeństwie się znalazła. Nim zdążyła się zjednoczyć przeciwko wspólnemu przeciwnikowi, zło zajęło ją prawie całą i tylko nieliczni dalej walczyli z okupantem. W długiej i krwawej wojnie pokonali go i ukarali odpowiedzialnych, natychmiast kończąc z polityką nienawiści. I choć konflikty wcale nie zniknęły i cały czas tworzą się nowe, to pokój znów zagościł pośród sprawiedliwych.

Znów urwała dla lepszego efektu. Wiedziała, że ostatnie zdanie brzmiało odrobinę patetycznie, ale nie potrafiła sobie odmówić tej przyjemności. Tego po prostu nie dało się powiedzieć inaczej.

-Ale nic już nie wróciło do normy. - odezwała się znowu. Pochlebiała jej całkowita cisza jaka panowała na sali. Tylko jej głos odbijał się echem od wysokiego sufitu. - Zmarłym nie można było oddać życia, zwrócić straconych bliskich tym, którzy przetrwali. Po dziś dzień żyją ludzie, którzy pamiętają ryk niemieckich samolotów nad Polską, którzy przetrwali jako nieliczni okrucieństwa o jakich nam się nawet nie śniło. Jedyne co może choć trochę uśmierzyć ich ból to wiara w to, że ludzie czegoś się wtedy nauczyli, że teraz będzie już lepiej.

Zawiesiła głos i odetchnęła głęboko. Doszła właśnie do najtrudniejszej części przemówienia. Tej, która mogła wywołać największe emocje, a której ona sama najbardziej się bała. Nie mogła się jednak wycofać. Temat był jej zbyt bliski.

-Tak jak mugole kilkadziesiąt lat temu, teraz my stoimy na rozstaju dróg. Voldemort nie żyje, ale jego przekonania żyją w jego poplecznikach, którzy na razie uniknęli sprawiedliwości. I po części także w nas. - powiedziała, siląc się na spokój. Nie mogła pokazać jak bardzo się denerwowała. Wyprostowała się dumnie i znów potoczyła spojrzeniem po zebranych. - Wybaczcie, jeśli generalizuję, ale czy nie jest tak, że jeśli odwracamy się od zła, by go nie wiedzieć, to nie uczestniczymy w nim? Czy kiedy patrzymy z góry na goblina, kiedy zamykamy centaura w rezerwacie czy wydajemy rozkazy skrzatowi, nie jesteśmy tacy jak Śmierciożercy? Czemu dziwimy się, że część z nich dołączyła do Voldemorta skoro on zaoferował im coś czego my odmawiamy im od wieków? Równość.

Ponad głowami zebranych zobaczyła coś co każdemu czarodziejowi powinno kojarzyć się z tym słowem. Monument nie bez powodu znajdował się na środku atrium Ministerstwa magii. Ale to nie przeszkadzało większości społeczeństwa zapominać o jego znaczeniu. Bree zamierzała im przypomnieć.

-Znajdujemy się teraz przed pomnikiem, który miał nam o niej przypominać. Czy naprawdę temu właśnie służy? Czy jesteśmy równi? - pytania zawisły nad publicznością. Każdy musiał sobie na nie sam odpowiedzieć. Bree odpowiedź znała aż za dobrze. - Możemy kontynuować to co robimy już od wieków, dalej dyskryminować tych, którzy się od nas różnią. Nie ważne czy to będą skrzaty domowe, centaury, czy…wilkołaki. Możemy albo zrozumieć, że wszystkich nas ukształtowała ta sama magia, albo popełnić ten sam błąd co mugole kilkadziesiąt lat temu. A my przecież umiemy uczyć się na błędach.

Już niedługo koniec, już niedaleko. Tylko to sobie myślała, patrząc na dziesiątki ludzi przed sobą. Z każdym słowem denerwowała się coraz mniej.

-Nie mówię, że mamy dziś zrzec się swoich różdżek i oddać je centaurom. Nie każę wam z miejsca pozwalniać skrzatów. To pokolenie nie zmieni już całkowicie swoich poglądów, ale następne i wszystkie po nim…to my mamy na nie wpływ. Możemy ukształtować świat, gdzie wszyscy będziemy równi i nie zagrożą nam już tacy jak Voldemort.

Dumnie uniosła głowę i spojrzała na nich wszystkich, tym razem pewna siebie i odważna, po raz pierwszy czując się jak dziewczyna, która niedawno pokonała jednego z najpotężniejszych czarodziejów wszech czasów, a nie jak przerażona osiemnastolatka.

-Stoimy przed wyborem, od którego zależeć będzie los świata. - kontynuowała pewnie, choć wiedziała jaką reakcję mogą spowodować jej słowa. - Wybór ten należy do nas, do nikogo innego. Możemy pozostać tacy sami jak byliśmy i żyć spokojnie. To będzie łatwe. Szybko zapomnimy o problemach. Ale one wrócą i wtedy może się to dla nas skończyć tragicznie. Albo możemy się zmienić. Możemy pracować i stworzyć coś nowego i może choć trochę lepszego. A wtedy, kiedy następnym razem staniemy przed zagrożeniem takim jak Voldemort, nie będziemy stać sami.

Koniec. Zrobiła co zrobić miała. Ostatnie spojrzenie na widownie upewniło ją w przekonaniu, że nie tego ludzie się spodziewali. Byli zdumieni, może nawet zszokowani. Czy pozytywnie to miało się dopiero okazać, a ona nie miała siły się nad tym zastanawiać. Szczerze powiedziawszy trochę jej to nie obchodziło. Powiedziała co miała powiedzieć, co z tym zrobią to już ich rzecz. Ona wiedziała jaka w była w tym jej rola. Zrozumiała to gdzieś pomiędzy napisaniem pierwszego i ostatniego słowa swojego przemówienia i zamierzała się tego trzymać.

-Dziękuję, za cierpliwość i za uwagę. - zakończyła krótko. Nie traciła czasu, zabierając od razu kartki ze spisaną przemową i składając je w schludny plik. Mimo to, nim zdążyła zejść ze sceny rozległy się pierwsze oklaski. Z początku ciche i nieśmiałe po chwili zagrzmiały w całym pomieszczeniu i długo jeszcze niosły się echem po korytarzach Ministerstwa.

Ale Bryony patrzyła tylko na swoją rodzinę, która czekała na nią tuż za podium. Prawie zbiegła z podwyższenia i od razu znalazła się w ramionach siostry, która wymamrotała jej do ucha coś o dumie i szybkim dorastaniu. W ciągu najbliższych pięciu minut przytulili ją wszyscy po kolei, Lily, James, Syriusz, Marena, Harry, Hermiona i Dorcas. Wszyscy jej najlepsi przyjaciele. Państwo Potter pewnie by do nich dołączyli, ale jako przedstawiciele jednej z najpotężniejszych rodzin czarodziejskich musieli się pokazać pośród innych arystokratów.

Pojawili się jednak zaraz potem, na czele tych właśnie wielmożów. Bree przedstawiono każdemu po kolei, a nadmiar nowych twarzy sprawił, że ich imiona natychmiast jej się pomieszały. A to był dopiero początek. Po arystokracji przyszedł czas na pozostałych słuchaczy. Każdy chciał ją poznać, każdy chciał uścisnąć jej dłoń i pogratulować zarówno zwycięstwa nad Voldemortem, jak i przemówienia.

Bryony, pomna na dobre rady Dorei i Charlusa, którzy przecież znali się na tego typu uroczystościach lepiej niż ona witała się grzecznie, potrząsała wyciągniętymi do siebie dłońmi, przytakiwała, uśmiechała się uroczo, odpowiadała na niektóre pytania, a inne delikatnie zbywała. Było to straszliwie męczące, ale ona nie dawała tego po sobie poznać.

Nie wiedzieć kiedy skończyła się oficjalna część przyjęcia, a zaczęła ta nieoficjalna. Miejsce na podwyższeniu zajął zespół muzyczny. Chwilę strojono instrumenty, a potem salę zalała muzyka. Część gości dobrała się w pary, inni usunęli się na boki i zaczęto tańczyć. Bree była pośród tych, którzy znaleźli się poza parkietem. Nie do końca z własnej woli, nie miała nic przeciwko zatańczeniu z Jamesem czy Syriuszem, ale fani otoczyli ją tak ciasno, że przyjaciół nie mogła nawet dostrzec.

Niektórzy byli mili, witali się, gratulowali i odchodzili, robiąc miejsce innym. Ale zdarzali się i tacy, którzy po prostu nie chcieli dać jej spokoju. Pośród tej ostatniej grupy wyróżniał się pewien chłopak. Znała go nawet, czy raczej kojarzyła go ze szkoły. Miał na imię chyba Gilderoy i był w Hogwarcie znany jako wygadany i czarujący. Dziewczyny go kochały, choć Bree wydawał się raczej napuszony niż fascynujący. Teraz jej opinia się potwierdziła, zachowywał się jakby rozmowa z nim była zaszczytem. A pozbycie się go było trudniejsze niż się wydawało.

Długo potrwało zanim wreszcie udało jej się od niego uwolnić. Wreszcie wymknęła się, niby w stronę stołu z napojami, a tak naprawdę skręciła w odpowiednim momencie, wmieszała w tłum i znalazła pod ścianą. Nareszcie sama odetchnęła z ulgą i rozejrzała się w poszukiwaniu kogoś znajomego, kogoś czyje towarzystwo dla odmiany sprawiłoby jej radość. Szczęście jej sprzyjało, całkiem niedaleko wypatrzyła Harry'ego. Natychmiast ruszyła w jego stronę.

-Jak się bawisz? - spytała, a on aż podskoczył i obrócił się do niej. Uśmiechał się i Bryony poczuła się odrobinę lepiej.

-Tak samo jak ty. - odparł, a dziewczyna zachichotała.

-Czyli wcale. - skwitowała. Harry skrzywił się, ale nie zaprzeczył. Bree chciała powiedzieć coś jeszcze, ale powstrzymała się, widząc że chłopak już na nią nie patrzył. Jego wzrok skierował się w kompletnie inną stronę. Jej spojrzenie powędrowało za nim i dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem.

-Poproś ją do tańca. - mruknęła, szturchając Harry'ego w bok. Chłopak aż podskoczył, a kiedy na nią spojrzał jego twarz wyrażała bezbrzeżne zdumienie i szok.

-Co? Nie, ja nie tańczę. - odparł natychmiast, ale Bree nic sobie z tego nie robiła i tylko spojrzała na niego z powątpiewaniem.

-Nie wygłupiaj się. - skarciła go łagodnie. - Ona ma gdzieś twoje lewe nogi. Po prostu ją poproś zanim zrobi to ktoś inny i stracisz szansę.

Harry westchnął. Jego wzrok powrócił do Hermiony, która właśnie śmiała się z czegoś co powiedział nieznajomy młody czarodziej, jej rozmówca. Wyglądała przy tym wyjątkowo ładnie i jakoś tak lekko, jakby z ramion spadł jej ogromny ciężar. Bree nigdy jej takiej nie widziała.

Nagle, jakby wyczuwając na sobie ich wzrok, dziewczyna zerknęła na nich i uśmiechnęła się kiedy napotkała spojrzenie Harry'ego. Bree szturchnęła go ponownie, a on jakby się namyślił, bo ruszył w stronę swojej przyjaciółki i coś do niej powiedział. Słowa nie dotarły do uszu Bryony, ale musiało to być rzeczywiście zaproszenie do tańca, bo Hermiona zarumieniła się i podała Harry'emu dłoń. Razem ruszyli w stronę parkietu.

Panna Evans uśmiechnęła się dumnie. Może i nie wychowała tego wspaniałego chłopaka, ale i tak czuła się za niego odpowiedzialna, a widok jego szczęścia bardzo ją cieszył. Kiedy patrzyła jak delikatnie ujmował dłoń Hermiony i robił pierwszy krok w rytm muzyki serce jej rosło. Była z nich taka piękna para...

-Mogę panią prosić? - czyjś głos wyrwał ją z zamyślenia i natychmiast odwróciła się, by zobaczyć kto ją zagadnął.

Stojący za nią mężczyzna był wysoki, postawny. Nosił elegancką szatę wyjściową, która sprawiała, że prezentował się nad wyraz dobrze. Śniadą twarz o klasycznych rysach okalały ciemne, prawie czarne włosy, schludnie uczesane. Bree ze zdumieniem rozpoznała w nim nauczyciela Obrony przed Czarną Magię, którego poznała przelotnie podczas swojej ostatniej bytności w Hogwarcie. Nazywał się chyba Richard. Tak, Richard O'Donnell.

Nie wiedziała czemu odszukał ją pośród tłumu, ale pochlebiało jej to. Co nie zmieniało faktu, że nie była pewna, czy taniec z nim był dobrym pomysłem. Za i przeciw toczyły w jej głowie zażartą walkę, kiedy odpowiadała.

-Niezbyt dobrze tańczę. - wyznała, patrząc na niego spod rzęs. Richard jednak tylko się uśmiechnął, pokazując przy tym idealnie proste, białe zęby.

-Nie ma złych tancerzy. - powiedział Richard. Miał bardzo ładne oczy. Ciepłe, kolorem przypominające gorzką czekoladę. - Są tylko tacy, którzy trafili na złego partnera.

Nie potrafiła powstrzymać śmiechu. I tak po prostu odechciało jej się zastanawiać i po prostu podała mu rękę. Uścisnął ją krótko, a potem poprowadził Bree na parkiet, gdzie właśnie zaczynała się nowa piosenka. Melodia była wolniejsza niż dziewczyna by chciała, ale teraz nie mogła się już wycofać. A poza tym chyba nawet nie chciała. Rick wydawał się miły, a konwersacja z nim zapowiadała się ciekawie.

-Jest pani tajemniczą dziewczyną, panno...Bree czy Bryony? - odezwał się Rick, kiedy zajęli miejsca i ustawili się odpowiednio. Dziewczyna uśmiechnęła się, wspominając ich pierwsze spotkanie i to jak wtedy przedstawił ją Dumbledore.

-Po prostu Bree.

-Bree. - sposób w jaki powiedział jej imię prawie sprawił, że się zarumieniła. - Jestem Rick.

Wiedziała to oczywiście, ale doceniła, że sprecyzował jak miała się do niego zwracać. Tak było znacznie łatwiej.

-Wszyscy o tobie mówią, Bree. - kontynuował tymczasem mężczyzna, cały czas uważnie obserwując jej twarz. Co ciekawe jego wzrok nie denerwował ją tak jak śledzące ją cały wieczór spojrzenia.

-Zauważyłam. - odparła, a tor na jaki zeszły jej myśli sprawił, że zabrzmiało to oschlej niż chciała. Kiedy tylko zdała sobie z tego sprawę, natychmiast spróbowała załagodzić efekt uroczym uśmiechem.

-Tydzień temu nikt nic o tobie nie wiedział, a teraz każdy czarodziej zna twoje imię. - mówił dalej Rick, który najwyraźniej nie zauważył jej potknięcia, lub je zignorował.

-Każdy też chce mnie poznać. - mruknęła Bree pod nosem. Rick roześmiał się, odrzucając głowę do tyłu. Ani na moment nie stracił przy tym rytmu i cały czas prowadził ja płynnie po parkiecie. Zaczynała przypuszczać, że miał całkowitą rację w kwestii partnerów do tańca.

-Nie dziwie im się. - wyznał. - Jesteś fascynująca.

Tym razem Bree naprawdę się zarumieniła, a Rick uśmiechnął się dumnie.

-Nic dziwnego, że wszyscy konkurują o twój czas.

-Aż tak to widać? - spytała, jednocześnie zastanawiając się jak długo ją obserwował by dojść do tego wniosku.

-Politycy nie są zbyt subtelni. - odparł mężczyzna, znów sprawiając, że się uśmiechnęła. Zdziwiło ją to. Szczerze powiedziawszy nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak szczęśliwa w towarzystwie kogoś spoza rodziny.

-Zauważyłam! - odpowiedziała wesoło. - Nawet ja czuję, że czegoś ode mnie chcą.

Wszyscy czegoś chcieli, a to irytowało ją niezmiernie. Niektórzy pragnęli pokazać się z Bohaterką. Inni zabiegali o jej poparcie (choć oczywiście nikt nie powiedział jej tego w twarz). Jeszcze innym zależało tylko na plotkach. Nie wiedziała jeszcze czego chciał Richard O'Donnell.

-Fascynujesz mnie. - powiedział tymczasem mężczyzna, znów wprawiając ją w niemałe zdumienie swoją bezpośredniością. - Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, a Dumbledore powiedział, że idziesz do Komnaty pomyślałem, że zwariował.

Nie było to zbyt miłe, ale Rick uratował się swoimi następnymi słowami.

-Ale potem przyjrzałem ci się uważniej i już wiedziałem. - powiedział mianowicie, a w jego ciemnych oczach pojawił się podziw, który bardzo Bree pochlebiał, jednocześnie ją pesząc. - Jest w tobie ogień… Jeśli ktoś mógł tam pójść i wrócić to tylko ty.

Bree rumieniła się już kiedy wspomniał o ogniu, a po ostatnim zdaniu jej twarz kolorem musiała już przypominać dojrzałego pomidora.

-Nie byłam sama. - odpowiedziała natychmiast, świetnie zdając sobie sprawę, że Rick wyolbrzymiał jej udział. Mimo to uwaga i podziw przystojnego mężczyzny bardzo jej imponowała.

-Tak, było was troje. - przytaknął z powagą Richard, ale wyraz jego twarzy wcale się nie zmienił. - Ale wtedy, z Voldemortem, byłaś sama. A jednak stoisz tu przede mną, a on nie żyje. Pokonałaś go.

Bree wzruszyła ramionami.

-Poszczęściło mi się, nic więcej. - odparła, przygryzając wargę. Brzmiało to jak fałszywa skromność, ale w rzeczywistości było próbą skończenia tematu. Tak jak oświadczyła podczas swojego przemówienia, nie chciała o tym mówić.

-Nie wierze w takie przypadki. Sądzę, że jesteś o wiele bardziej wyjątkowa niż ci się wydaje. - mężczyzna uśmiechnął się, na szczęście nie wspominając już o tamtej nocy. - Wszyscy to widzą.

-Chyba bym wolała, żeby nie widzieli. - mruknęła Bree, ponad jego ramieniem wyławiając grupę czarodziejów i czarownic, którzy patrzyli się na nich i coś między sobą szeptali. Miała nadzieje, że nie było pośród nich żadnych dziennikarzy.

-A to jest najwspanialsze. - zaśmiał się Rick. - Wielu w twojej sytuacji byłoby w siódmym niebie pośród tego cyrku. Ale ty… ty byś wolała, żeby „nie widzieli". To niezwykłe.

Bree znów się zaczerwieniła. Rick zauważył to oczywiście, uśmiechnął się i sprawnie pokierował konwersacje na kompletnie inny tor. Nim dziewczyna się obejrzała już przetańczyli nie jedną, ale kilka piosenek, a twarz bolała ją od ciągłego uśmiechu. Dawno się tak dobrze nie bawiła. Richard był nie tylko miły, ale też interesujący. Mówił ciekawie i z zaraźliwym entuzjazmem, który sprawiał, że Bree mogłaby go słuchać godzinami.

Rozmawiali o wielu rzeczach, począwszy na jego pracy, a skończywszy na komentowaniu zachowania ludzi dookoła. A komentować było co, bo czarodzieje obecni na balu w miarę mijania godzin i konsumpcji coraz większych ilości alkoholu zachowywali się coraz bardziej ekscentrycznie. Oboje całkiem stracili poczucie czasu, a kiedy stopy Bryony zaczęły domagać się odpoczynku, zaprzestali tańca i znaleźli sobie wolne krzesła przy jakimś pustym stoliku.

-Wiem, że to nagłe, ale… - Rick na chwilę umilkł, jakby nie był pewien czy powinien dokończyć czy jednak nie. W końcu się jednak zdecydował, a kiedy już zaczął, mówił z niesamowitą prędkością i nic nie mogło go zatrzymać. - Wyjeżdżam. Nauczanie to pasjonujące zajęcie, ale nie dla mnie. Nie jestem w stanie zbyt długo siedzieć w jednym miejscu. Kiedy tylko skończy się rok szkolny wyjeżdżam szukać przygód. Nawet sobie nie wyobrażasz jakie fascynujące rzeczy można znaleźć jak się pojedzie na południowy-wschód!

Roześmiała się. Jego entuzjazm był odświeżający po zaduchu politycznych planów. Aż się chciało zobaczyć miejsca, o których mówił. Pojechać z nim w dzikie odstępy, by tam szukać niezwykłych istot, walczyć z przeciwnościami i żyć adrenaliną.

-Wierzę ci na słowo.

Zbyt późno zorientowała się, że źle dobrała słowa. Przystojną twarz Ricka rozjaśnił szeroki, łobuzerki uśmiech, a jego oczy zalśniły.

-Jedź ze mną! - zaproponował, ściskając jej dłoń z podnieceniem. - Kto jeśli nie ty? Odkąd cię ujrzałem wiedziałem, że mam w tobie pokrewną duszę.

Zabrakło jej słów. Co mogła na to odpowiedzieć? Jak zareagować na taką propozycję i to jeszcze złożoną tak szczerze i entuzjastycznie?

-Nie mogę. - uśmiechnęła się smutno, po części dlatego, że w jakimś stopniu zaraziła się już jego entuzjazmem, a po części dlatego, że dobrze wiedziała, że nie miałaby serca teraz odejść. - Mam tu swoją rodzinę. Obowiązki. Mój syn…

Serce jej się krajało, gdy patrzyła jak blask podniecenia powoli znika z oczu Richarda.

-Rozumiem. - powiedział ponuro. Zacięty wyraz twarzy wcale nie pasował do jego przystojnego oblicza, które wydawało się stworzone do uśmiechu. Wstał.

-Nie sądzę. - odparowała natychmiast Bryony nim zdołała ugryźć się w język. Wstała także. Naprawdę nie chciała sprawić mu więcej bólu. - Nie jestem taka jak ty. Nie szukam przygód. Mam ich już dość. Chcę spokoju, domku z białym płotkiem. Chcę widzieć jak dorasta moje dziecko. Chcę…

Urwała, ale on i tak zrozumiał. Uśmiech jakim ją obdarzył był przeraźliwie smutny.

-Ach tak. Szczęściarz z niego. - silił się na wesołość, a Bree pomyślała, że to musi być dla niego bardzo trudne.

-Przekażę mu jak się pokaże.

-Daj znać gdyby się nie pokazał. Będę miał mu to i owo do powiedzenia jeśli oleje dziewczynę taką jak ty.

-Będziesz musiał ustawić się w kolejce.

-Powodzenia Bryony Evans. Mam nadzieje, że osiągniesz to czego pragniesz.

-Nawzajem. - powiedziała i mówiła to zupełnie szczerze. - Napisz do mnie jak wrócisz. Chętnie posłucham o twoich przygodach.

To również była prawda. Może i sama miała dość przygód, ale to nie znaczyło, że nie chciała o nich słuchać. A te Ricka mogły być naprawdę fascynujące.

-Oczywiście. - Rick uśmiechnął się, ale bez tej czarującej radości jaka opromieniała jego twarz na początku ich rozmowy. Bree poczuła ukłucie żalu. Ach, gdyby tylko spotkali się w innych okolicznościach. Może gdyby jego poznała jako pierwszego, to właśnie w nim by się zakochała.

Potrafiła sobie to wyobrazić bez trudu. W innym świecie, w którym nie byłaby zakochana w Remusie, pojechałaby z Rickiem i razem przeżywaliby przygody o jakich im się nie śniło. Wieczorami rozbijaliby namiot gdzieś w głuszy i gotowali jedzenie nad ogniskiem, wpatrzeni w gwiazdy. Oczywiście, po przeżyciach z Harrym i Hermioną zdawała sobie sprawę, że takie biwakowanie dalekie jest od romantycznej wycieczki, ale mogłaby się do niego przyzwyczaić gdyby nie wisiało nad nią stale niebezpieczeństwo ze strony Voldemorta. Byliby wolni od takich zebrań jak to, w którym była zmuszona uczestniczyć.

-Tu jesteś! - odezwał się nagle Syriusz i Bree odwróciła się na pięcie, by zobaczyć jak mężczyzna pokonuje ostatni dzielący ich metr. W nosidełku na piersi miał jej synka, który na jej widok uśmiechnął się i wyciągnął do niej rączki. Widząc to Syriusz wymamrotał coś do niego i uwolnił go z materiałowego więzienia, podając matce. Bryony przytuliła Harry'ego i pocałowała go w czubek głowy, a chłopczyk zachichotał.

-Kto to był? - spytał Syriusz z ciekawością, wyciągając szyje, zapewne po to by ponad jej ramieniem poszukać oddalającej się sylwetki Ricka.

-Nauczyciel Obrony z Hogwartu. - odparła Bree, sadzając sobie chłopczyka na biodrze i robiąc do niego miny.

-Serio? A nie wyglądał. - zdziwił się Syriusz. - Czego chciał?

-Żebym z nim uciekła. - odparowała, tak szybko, że mężczyzna uznał, że żartuje i roześmiał się. Kiedy do niego nie dołączyła wydał z siebie dźwięk mogący oznaczać tylko zdumienie. Potem przyjrzał jej się uważnie.

-I co? - spytał, a z jego twarzy nie dało się odczytać żadnych emocji. - Uciekasz?

Bree uśmiechnęła się. Tak, łatwo byłoby pokochać Ricka O'Donnella z jego głębokimi oczami, pięknym uśmiechem i aurą niebezpieczeństwa. Ale jej serce było już nieodwołalnie zajęte przez pewnego wilkołaka i ich syna. Teraz wiedziała już, że jak się mieszka w namiocie noce są zimne, ubrania brudne, a robaki włażą wszędzie. Nie było sensu rozwodzić się nad tym co by było gdyby.

-Nie. - odparła bez zastanowienia, posyłając mu czarujący uśmiech. Potem zerknęła na Harry'ego i pocałowała jego jasne włoski, jednocześnie oddychając jego cudownym, dziecięcym zapachem. Kiedy znów podniosła wzrok i ogarnęła spojrzeniem salę czuła się znacznie silniejsza. - Mam już stanowczo dość uciekania.


N/A.: I jak? Fajnie? Mówiłam, że Rick się jeszcze pojawi. W sumie to żal mi gościa. Z jakiegoś powodu go nie polubiliście, a on przecież pojawił się tylko na chwilę i nic nikomu nie zrobił. Ba, chciał nawet pomóc z Bazyliszkiem! Przyznać się, kto myślał, że jest poważną konkurencją dla Remusa?

Musze wam też powiedzieć, że przemówienie Bree jest kolejnym fragmentem, który napisałem na samym początku przygody z tym opowiadaniem i jak na nie spojrzałam trzy tygodnie temu po tej długiej przerwie to aż się przestraszyłam. Przeszło w związku z tym ogromne zmiany i teraz prezentuje się tak jak widzicie.