N/A.: Proszę bardzo, oto rozdział 40. Jeszcze tylko 41 i epilog. Cieszycie się? Bo ja bardzo. Chcę już skończyć to opowiadanie i nie denerwować się więcej, że nie wyrobię się z następnym rozdziałem. W tym mamy w nim parę bardzo ważnych fragmentów. Jak na przykład, ale nie tylko: życiowe plany Bree; scenę Harry'ego i Hermiony, na którą czekaliście jak mi się wydaje; spotkanie Huncwotów. Miał zawierać jeszcze jeden fragment z Bree, ale chyba ta scena będzie lepiej pasowała do następnego.
Uwaga: W tym rozdziale dorośli ludzie piją piwo. Widziałam, że część autorów ostrzega przed tym, więc też to robię.
Finflon: Cieszę się, że Ci się podobało. Pewnie, że taniec z Remusem byłby lepszy, ale tak prosto nie może być, prawda? Do ich spotkania jeszcze trochę zostało.
Rome: Jesteś kolejną osobą, która mi to wytyka. Nic tylko trzeba będzie napisać ONE-SHOT
SerenityEvans: Wielkie dzięki za miłe słowa. Mam nadzieję, że ten rozdział też ci się spodoba.
Rozdział 40
Harry
Chałupa była nieforemna, zbyt wysoka i zbyt chuda by można ją było nazwać malowniczą. Wąska u dołu rozszerzała się ku dachowi do tego stopnia, że aż dziw iż jeszcze stała (powierzchnia parteru musiała być o ładnych parę metrów mniejsza od powierzchni piętra). Choć może „stała" to przesada, zdawała się pochylać i Harry nie wątpił, że gdyby mocno ją popchnąć całkiem by się przewróciła. Drzwi i okna miała zabite dechami. Stała na niewielkim wzniesieniu, pośród kompletnego pustkowia. Tam gdzie kiedyś musiał rozciągać się ogród była teraz przestrzeń, na której nie chciała rosnąć nawet trawa.
Słowem, chałupa stanowiła widok dość niezbyt zachęcający i sprawiała, że chłopakowi ciarki chodziły po plecach. Bryony jednak zdawała się tego nie zauważać i tylko stała wpatrzona w chałupę z uwielbieniem niepasującym do sytuacji.
-Ja po prostu nie rozumiem! - bulwersował się tuż obok Syriusz, tak samo (jak nie bardziej) zdumiony zachowaniem dziewczyny. - Jesteś bohaterką, wszyscy cię kochają. Możesz mieć każdy dom w Anglii. A ty wybierasz tę ruderę.
-Ta rudera to mój dom, licz się ze słowami. - ucięła Bryony, dumnie unosząc głowę. Jej słowa nie zmieniły jednak rażących faktów. Chałupa była kompletną ruderą i żadne, nawet najbardziej płomienne deklaracje nie miały tego zmienić. Syriusz też to wiedział i podkreślił w swojej kolejnej wypowiedzi.
-Ta rudera to rudera. - oznajmił dobitnie. Bryony wywróciła oczami i poprawiła małego Harry'ego, który siedział na jej biodrze.
-Nie będzie ruderą zbyt długo. – stwierdziła z niezachwianą pewnością, jak osoba, która ma plan i jest to plan bardzo dobry. Harry miał co do tego pewne wątpliwości.
-Całe wieki jeśli nie zmienisz zdania. - westchnął Syriusz.
-Nie zmienię. - Bree uśmiechnęła się triumfalnie. - Zrobimy to po mugolsku.
Syriusz aż jęknął, a Harry ukrył śmiech pod pozorem kaszlu. Ta wizja przerażała go mniej niż czarodzieja ze starej i szanowanej rodziny, który nigdy nic nie musiał robić po mugolsku. Harry'emu nie obca była perspektywa spędzenia najbliższych tygodni na malowaniu, noszeniu czy pieleniu, tak wyglądały przecież każde jego wakacje. Ale Syriusz… w oczach Syriusza sytuacja musiała wyglądać całkiem inaczej.
Syriusz… cóż, Harry nie wiedział co na jego temat myśleć. Nie był to ten sam Syriusz, którego kiedyś znał. Mężczyzna, którego miał szczęście spotkać w alternatywnym świecie zachowywał się kompletnie inaczej niż jego ojciec chrzestny. Był oczywiście młodszy, nie przytłaczała go odpowiedzialność za śmierć najlepszego przyjaciela. Z małym Harrym bawił się często i długo, a dziecko go kochało. Uwielbiał żartować, uwielbiał jeść i pić (stanowczo nie soki). Uwielbiał też Marlenę, a na jej widok uśmiechał się tak jak jeszcze nigdy. Był inny, a jednocześnie bardzo podobny. Do tego stopnia, że Harry bardzo chciał się z nim zaprzyjaźnić, co utrudniał fakt, że Syriusz najbardziej sceptycznie ze wszystkich podszedł do opowieści o Zwierciadle Czasu i alternatywnej rzeczywistości.
-Chodźcie. – zakomenderowała tymczasem dziewczyna, ruszając w stronę domu. Pchnęła lekko furtkę, która otworzyła się z przeraźliwym piskiem i wąską ścieżką poszła spokojnie do drzwi wejściowych, cały czas mówiąc coś cicho do małego Harry'ego. Mężczyźni mogli tylko podążyć za nią. Zatrzymała się dopiero w hallu i odetchnęła głęboko, z entuzjazmem, którego żaden z nich nie rozumiał.
W środku chałupa prezentowała się jeszcze gorzej niż na zewnątrz. Przez szczeliny w cienkich, drewnianych ścianach do środka wkradał się zimny wiatr, podłoga trzeszczała przy każdym kroku i uginała się pod ciężarem ludzi. Na ziemi walały się resztki domowych sprzętów, rozwalonych w drobiazgi. Te jeszcze stojące zdobiły ślady ogromnych pazurów. W powietrzu wisiał kurz. Pachniało grzybem.
-Bree? – Syriusz delikatnie szturchnął dziewczynę w bok. - Ale wiesz jak on zareaguje jak się dowie, gdzie uparłaś się mieszkać?
Nie trzeba było być geniuszem by się domyślić o kogo chodziło.
-Wiem. – dziewczyna przytaknęła, a jej oczy zalśniły niebezpiecznie. Uśmiech na jej twarzy był triumfalny, ale i złośliwy. - To cudowne, prawda?
-Czy ja wiem… - Syriusz zawiesił głos i rozejrzał się po pokoju, w którym akurat stali. Nie przedstawiało się ono lepiej niż pozostałe, a może nawet gorzej. Śladów pazurów było tu stosunkowo więcej niż w pozostałych pokojach. W rogu leżała sterta zerwanych zasłon ułożonych na kształt legowiska dla ogromnego psa.
-Już ci mówiłam czemu chcę tu mieszkać. - westchnęła Bryony, która też zauważyła posłanie. Jej głos brzmiał dziwnie, więc odchrząknęła i kiedy kontynuowała była zdeterminowana. - Nie każ mi wyjaśniać jeszcze raz.
Faktycznie, tłumaczyła. Długo i namiętnie. Opowiadała o swoich planach, gestykulowała, a oczy jej błyszczały. Naprawdę zapaliła się do tego pomysłu, co szczerze powiedziawszy nieco ich wszystkich przerażało.
Bryony postawiła sobie za cel umożliwienie większej ilości młodych wilkołaków uczęszczanie do Hogwartu. Zgadzała się z Dumbledorem w kwestii wykorzystania Wrzeszczącej Chaty jako kryjówki, ale miała odmienne spojrzenie na warunki, w których wilkołaki miałyby spędzać tam pełnię. Sądziła, że gdyby w piwnicy przygotować im odpowiednie miejsce do funkcjonowania, na górze można by nawet zamieszkać. W ten sposób dzieciaki mogłyby rano po przemianie otrzymać pomoc i wsparcie. Syriusz określił ten pomysł mianem „Schroniska dla nastoletnich kudłaczy" i wyśmiał. Bree obraziła się na cały dzień. Harry nie skomentował, ale prywatnie także uważał to wszystko za wyjątkowo ryzykowne. Zdawałoby się, że dzięki eliksirowi przywiezionemu przez Harry'ego i Hermionę z alternatywnej rzeczywistości pomysł ten nie był aż tak niemożliwy do zrealizowania jak kiedyś, ale przeszkody istniały dalej.
Pierwszą stanowiło nastawienie pozostałych uczniów i ich rodziców. Jeden młody wilkołak mógł uczyć się niezauważony, ukryć swoją tożsamość przed wszystkimi oprócz zaufanych jednostek takich jak na przykład koledzy z dormitorium czy nauczyciele. Ale gdyby wilkołaków było więcej… gdyby duża grupa uczniów znikała niepostrzeżenie co miesiąc ich tajemnica szybko wyszłaby na jaw. A wtedy reakcja społeczeństwa mogłaby okazać się katastrofalna. Zarówno dla młodzieży jak i ich opiekunów.
Drugi problem leżał w nieprzewidywalności wilków podczas przemiany. Nawet z Eliksirem Tojadowym nie wiadomo było co wilkołakom przyjdzie do głowy, jeśli podczas pełni znajdą się blisko siebie. Wszystko to trzeba było sprawdzić w akcji, a jak na razie nie mieli nawet jak. Bree uważała, że z wilkami nie będzie problemu, ale pozostali mieli wątpliwosci. Zamknięcie dzikich zwierząt w niewielkim pomieszczeniu nie wydawało się najlepszym pomysłem. Pal sześć co mogły zrobić sobie, Harry bardziej obawiał się tego co mogły zrobić Bree gdyby się wydostały. Wciąż pamiętał swoje pierwsze spotkanie z wilkołakiem.
Nie były to oczywiście wszystkie trudności. No, ale Bree się uparła i nic ani nikt nie mógł sprawić, by zmieniła zdanie. A że znalazła poplecznika w postaci samego Dumbledore'a to aż promieniała pewnością siebie. Nie mogła się już doczekać wprowadzenia swojego planu w życie, a remont Chaty był tylko pierwszym krokiem.
-Napatrzyłaś się już? – spytał Syriusz. Bree odwróciła się do niego i posłała mu uroczy uśmiech.
-Tak. Możemy iść. – zgodziła się, a mężczyzna odetchnął z ulgą. Widać nie tylko Harry miał już dość chłodu i tego miejsca.
Dzięki aportacji znaleźli się w Dworze Potterów prędzej niż da się pomyśleć „gorąca czekolada" i prawie natychmiast rozeszli się do swoich zajęć. Syriusz powędrował do kuchni w celu wrzucenia czegoś na ząb. Bree poszła na górę, by położyć małego Harry'ego spać. Zaś dorosły Harry… cóż, on miał coś bardzo ważnego do załatwienia. Rozmowę do przeprowadzenia. Być może najważniejszą rozmowę w swoim życiu.
Hermionę znalazł oczywiście w bibliotece, gdzie siedziała przed kominkiem, na miękkim fotelu, pogrążona w lekturze. Przystanął na chwilę między regałami i po prostu na nią patrzył. Za nic w świecie nie potrafił zrozumieć dlaczego przez te wszystkie lata znajomości nie zauważył jaka była śliczna. Ciemne włosy upięte miała w nieporządny kok na czubku głowy, z którego wymykały się dzikie pasma i okalały jej twarz. Przygryzała wargę. Była tak skupiona na książce, że zupełnie nie zaważyła jego obecności.
-Hermiono? – zawołał ją cicho. Natychmiast podniosła głowę, a jej twarz rozjaśniła się na jego widok.
-Harry! – odłożyła książkę i poderwała się z fotela by go przytulić. Zanim się obejrzał już siedzieli oboje na fotelach, a w palenisku płonął mocniejszy ogień. - Nawet sobie nie wyobrażasz jakie tu są niezwykłe książki! W życiu nie widziałam takiego zbioru! Nawet w Hogwarcie…
Uwielbiał słuchać jak z opowiadała o książkach. Po prawdzie dość szybko przestawał rozumieć o czym dokładnie mówiła, ale obserwowanie jej sprawiało mu ogromną przyjemność. Była wtedy taka podekscytowana, taka szczęśliwa. Całkiem jakby wojna nie miała miejsca, a oni dalej chodzili do Hogwartu i musieli się przejmować tylko egzaminami. Hermiona kochała książki i to dało się odczuć. Nic więc dziwnego, że w Dworze Potterów czuła się jak ryba w wodzie.
-Harry?
-Co? – przebudził się na dźwięk swojego imienia. Hermiona patrzyła na niego z rozbawieniem i zrozumiał, że przyłapała go na nieuważaniu.
-Pytałam cię, jak poszła wycieczka? – powtórzyła z uśmiechem. Westchnął i rozparł się w fotelu.
-Zależy jak na to spojrzysz. – odparł wzruszając ramionami. - Bryony dalej upiera się przy odnowieniu Wrzeszczącej Chaty.
-To wspaniale. – Hermiona znów się rozpromieniła. - Od początku mówiłam, że to świetny pomysł.
Hermiona była oprócz Dumbledore'a jedyną osobą, która tak uważała. Szczerze powiedziawszy Harry'ego zupełnie to nie dziwiło. Po osobie, która stworzyła WESZ właśnie takiej reakcji się spodziewał. Oczekiwał jeszcze bardziej entuzjastycznego podejścia do pomysłu. Podejrzewał nawet, że Hermiona postanowi wejść w to razem z Bree. Ale nie, na razie nie wykazała takiej ochoty. Miał wrażenie, że to dlatego iż planuje coś jeszcze bardziej szalonego.
Ale nie o tym zamierzał z nią teraz rozmawiać. Problem polegał na tym, że nie miał pojęcia jak rozpocząć rozmowę na temat, który naprawdę go interesował. Spojrzał na nią. Światło płomieni igrało na jej twarzy, wplatając rudawe pasma w jej włosy.
-Hermiono, wtedy na balu…
-Harry, ja…
Urwali oboje, zorientowawszy się, że przemówili w tej samej chwili, spojrzeli na siebie. Nerwowy śmiech wyrwał się z ich ust.
-Ty pierwsza. – Harry skinął na nią, zachęcając ją do kontynuowania.
-Zakochałam się w Ronie. – wyrzuciła z siebie. – Zanim przeszliśmy przez Zwierciadło, wszystko wydawało mi się proste. Myślałam, że spędzę jeszcze jeden rok w Hogwarcie, a jak skończę naukę ja i Ron… Ale przeszliśmy przez Zwierciadło Czasu i wszystko się zmieniło. Tęskniłam za nim, kochałam go. Ale ty… Z tobą jest inaczej niż z nim. A jednocześnie...
To by było zabawne gdyby sytuacja nie była tak poważna. Po raz pierwszy widział jak Hermionie Granger zabrakło słów. Obserwował jak przygryza wargę, jak odwraca wzrok, całkiem jakby nie mogła na niego spojrzeć.
-Ja nigdy o nim nie zapomnę. – szepnęła. - Zawsze będę go kochała.
Serce mu się ścisnęło. Przysunął fotel bliżej niej i powoli wyciągnął rękę. Nie odsunęła się, więc uznał to za przyzwolenie i ujął jej dłoń. Ścisnął lekko.
-Tak jak ja zawsze będę kochał Ginny. – odparł, bo oczywiście była to prawda. Kochał Ginny i zawsze miał ją kochać, tą głupią szczenięcą miłością chłopca, który przy niej czuł się jak bohater. Ale Hermionę kochał również, choć kompletnie inaczej.
Powiedział jej to. A potem dodał wiele innych rzeczy, o których powinien był poinformować ją już dawno.
-Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. – oznajmił szczerze, niczego nie ukrywając. – Ale nie tylko. Znasz mnie, nie Chłopca-Który-Przeżył, ale mnie, Harry'ego. Byłaś przy mnie przez te wszystkie lata. Zawsze, bez względu na wszystko. Nigdy we mnie nie zwątpiłaś i nie pozwoliłaś, żebym ja w siebie zwątpił. Pomagałaś mi, sprowadzałaś mnie na ziemię… Bez ciebie nie dałbym rady.
-Dałbyś. – zapewniła natychmiast, rumieniąc się uroczo. - Ja tylko…
-Ty tylko jesteś najwspanialszą dziewczyną jaką kiedykolwiek poznałem. – wszedł jej w słowo, jednocześnie ściskając jej dłoń. Musiał patrzeć na nią wyjątkowo maślanym wzrokiem, bo skarciła go wypowiadając jego imię.
-Harry. – powiedziała poważnie. - Czy my powinniśmy? Czy to wypada?
-Czy mamy prawo być szczęśliwi? – odpowiedział pytaniem na pytanie. - Oczywiście, że tak. Kocham cię. A ty kochasz mnie.
-Harry!
Zrozumiał, że przesadził i natychmiast zaczął się wycofywać. Zależało mu na niej tak bardzo, że oddał by wszystko by nadal była w jego życiu. Nawet gdyby musiał patrzeć jak układa sobie życie z kimś innym tuż obok niego.
-Zrozumiem, jeśli powiesz „nie". – zapewnił natychmiast, puszczając jej dłoń i odsuwając się na bezpieczną odległość. - Przez pewien czas, pewnie… Ale potem wszystko będzie jak dawniej. Będziemy przyjaciółmi. Jeśli tego właśnie chcesz…
Nie dokończył. Nie musiał. Hermiona przerwała mu pocałunkiem. Była trzecią dziewczyną, którą pocałował, ale chwila wystarczyła by wiedział, że pragnął, by była także jedyną. Kochał ją miłością spokojną, która narastała w nim przez lata znajomości. Wtedy nie wiedział, że się w niej zakochuje, ale kiedy go to uderzyło nic już nie mogło mu tego uczucia odebrać.
-Nie chcę. Nie chcę. – powtarzała Hermiona między pocałunkami. - Chcę spróbować.
Czuł się tak szczęśliwy, że miał ochotę śpiewać. Ujął w dłonie jej twarz i przyjrzał się ukochanym rysom, które znał już na pamięć. Była najpiękniejsza dziewczyną na świecie.
-Jeśli nam się uda, świetnie. – ciągnęła Hermiona. - Jeśli nie, zostaniemy przyjaciółmi.
Było coś mrożącego krew w żyłach w jej wypowiedzi. Coś czego nie chciał nigdy dożyć. Ale na co zgodziłby się, gdyby nie było innego wyjścia.
-Dobrze. Spróbujemy. – potwierdził się natychmiast. Hermiona zachichotała i przytuliła się do niego.
Wtedy coś go tknęło. Przypomniał sobie uśmiech Bryony na balu, kiedy zachęcała go by poszedł poprosić Hermionę do tańca. Wspomniał to jak na nich czasem patrzyła. I zrozumiał.
-Wiesz, Bryony chyba wiedziała od początku. – mruknął we włosy Hermiony. Zaśmiali się oboje. Harry nie pamiętał by kiedykolwiek był taki szczęśliwy.
Remus
Pub był mały i ciemny, co oznaczało, że do jego celów nadawał się idealnie. Remus westchnął i opadł na kanapę przy pustym stoliku, ustawioną tak, że mógł widzieć drzwi wejściowe. Ze zmęczeniem otarł twarz dłonią. Miał nadzieję, że nie widać po nim jak bardzo był zmęczony. Gdyby mógł spróbowałby wymigać się od tego spotkania, odczekał aż będzie znów przypominał istotę ludzką, ale wiedział aż nazbyt dobrze, że ci na których czekał mieli już dość odkładania spraw na później. A i on straszliwie za nimi tęsknił. Nie pamiętał już ile czasu minęło od ich ostatniego spotkania, ale musiało tego być z pół roku.
Drzwi otworzyły się, powiał wiatr z zewnątrz i do pubu weszło dwóch mężczyzn. Remus rozpoznał ich od razu i serce mu się ścisnęło. James i Syriusz rozejrzeli się po sali i natychmiast go dostrzegli. Wstał, by ich przywitać. Ale zanim doszli do jego stolika zdążył trzy razy zwątpić w swoją decyzję i znowu w nią uwierzyć.
Po tym spotkaniu spodziewał się wszystkiego. Ale nie tego, że kiedy zbliżą się na odpowiednią odległość Syriusz rąbnie go z całej siły w twarz. Zatoczył się, wpadł na kanapę. Syriusz zawinął się i trzasnął go dla równowagi drugą pięścią, tak mocno, że Remus aż usiadł i złapał się za nos.
-To za moją siostrę. - warknął młody Black, dysząc z wściekłości. Przez moment Remus nie miał pojęcia o co mu chodziło, potem do niego dotarło, że była tylko jedna osoba, którą Syriusz mógł nazwać swoją siostrą. Dlatego nie zamierzał się bronić, gdyby mężczyzna postanowił powtórzyć cios. Należało mu się.
Oczywiście, że tak. Prychnął cicho Lunatyk, ze swojego miejsca w głębi świadomości mężczyzny. Remus nie skomentował.
-Syriusz. – syknął James, łapiąc go za ramię. – Spokój. Obiecaliśmy sobie, że wysłuchamy jego wersji.
Remus poczuł się jak człowiek siedzący na ławie oskarżonych, którego jeszcze nie skazano, ale już osądzono. Mimo to James uśmiechnął się do niego, choć nie tak wesoło jak kiedyś. Był jakiś wewnętrzy smutek w jego oczach, jakiś mrok. Remusowi ciarki przeszły po plecach. Syriusz z kolei był po prostu wściekły.
Dopiero wtedy dotarło do niego, że przyszło ich tylko dwóch, a przecież ich grupa liczyła przecież cztery osoby. Rozejrzał się, ale nie dostrzegł brakującego Huncwota.
-Gdzie Peter? – spytał natychmiast, a Syriusz i James popatrzyli po sobie. Od razu było widać, że odpowiedź się Lupinowi nie spodoba.
-Nie ma. – odparł w końcu James. Remus ze zdumieniem zauważył, że przyjaciel nie patrzył mu w oczy.
-Jak to? – zdziwił się. W jego sercu narastało powoli przerażenie, potęgowane zachowaniem Huncwotów. - Czy coś mu się…
-Miał bolesne spotkanie z moją pięścią. – warknął Syriusz, a jego oczy zalśniły niebezpiecznie. Dłonie dalej miał zaciśnięte w pięści.
-Co? – Remus nie zrozumiał.
-Nie jesteś jedyną osobą, która miała ciekawe parę tygodni. Myśmy tu też mieli przygody. – Syriusz groźnie łypnął na niego spode łba, przypominając, że jeszcze nie zapomniał o tym jak Remus wyjechał z dnia na dzień nic im nie mówiąc. – Łapaliśmy szczury.
-Dumbledore już dawno kogoś podejrzewał. – Lupin przytaknął. Świetnie pamiętał moment kiedy Zakon zorientował się, że coś jest nie tak, że mają zdrajcę w szeregach. - Ale jaki to ma związek…
-Ma. – uciął James. - Nie domyślasz się może kogo Dumbledore podejrzewał?
-Nic mi nie mówił. – Remus wzruszył ramionami. On sam nigdy nie wiedział co myśleć na temat zdrajcy, wolał więc nie myśleć wcale. Możliwość, że ktoś komu ufał mógłby okazać się Śmierciożercą go odrzucała.
-Nam też nie. – burknął Syriusz, wreszcie opadając na kanapę po drugiej stronie stolika, co chyba oznaczało, że skończył już z biciem. Remus wyprostował się - Dowiedzieliśmy się przez przypadek. Podczas ataku.
Remus zdębiał. Gdzieś w głębi jego umysłu Lunatyk warczał groźnie i szczerzył kły. Promieniowała od niego złość, która przenikała do uczuć mężczyzny.
-Mówisz, że… Peter? Ale… To nasz przyjaciel!
-Co mu nie przeszkadzało miotać w nas klątwami przed domem Longbottomów. – skwitował zimno Syriusz.
-Peter? – Remus nie mógł w to uwierzyć. Nie potrafił przyjąć do wiadomości, że Peter, chłopak, którego znali tyle lat, dla którego zrobiliby wszystko, ich zdradził.
-Peter. – powtórzył Syriusz, zgrzytając zębami. - Mały, biedny Peter. Szlag mnie trafia jak sobie pomyślę, że myśmy mu ufali.
-James? – w drugim przyjacielu Remus szukał zaprzeczenia, zapewnienia, że to tylko okrutny żart, a nie prawda. James jednak tylko spuścił wzrok.
-Peter nas zdradził, Remusie. – powiedział cicho. - Od miesięcy przekazywał informacje Śmierciożercom. Na ręku miał Mroczny Znak.
-Może się bał? Zagrozili mu śmiercią, pewnie… - nie dokończył, bo Syriusz przerwał mu waląc pięścią w blat stołu. Zapadła cisza, przerywana tylko jego ciężkim oddechem. Kiedy wreszcie się odezwał jego głos przypominał bardziej psi warkot niż ludzki głos.
-To on wystawił Bree.
Rude włosy w nieładzie, zielone oczy martwo patrzące w niebo. Plama krwi na bruku. Złamana różdżka. Te miesiące, gdy myślał, że Bryony nie żyje. Rozpacz i ból rozrywający jego serce.
-Nie…nie rozumiem. – wyjąkał, kiedy udało mu się odgonić wyobrażenia jakimi karmił go jego umysł odkąd usłyszał o śmierci dziewczyny, którą kochał.
-My też nie. – James westchnął i przeciągnął ręką przez włosy. Kiedyś robił tak, by stały w odpowiednim nieładzie. Ale te czasy przeminęły i teraz był to tylko wyraz frustracji. - Ale taka jest prawda. Peter nas zdradził.
-Zostało nas trzech Huncwotów. – mruknął posępnie Syriusz. Zrobiło się cicho. Przez jakiś czas siedzieli tak we dwóch (James oddalił się w stronę baru) po różnych stronach stołu. Milczeli. Było wiele rzeczy, które Remus chciał Syriuszowi powiedzieć, ale jakoś nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Na koniec nie miało to znaczenia, bo to jego przyjaciel odezwał się jako pierwszy.
-Gdzie byłeś?
-Na misji. – odparł natychmiast. Prawda była taka, że już dawno chciał im powiedzieć wszystko na temat swoich zadań, ale polecono mu, by na razie zachował je w sekrecie. - Dumbledore…
-Mam to gdzieś. - wycedził Syriusz z ledwo tłumioną furią. - Gdzie byłeś?
-W górach. – powiedział Remus z westchnieniem. Wiedział jednak, że to nie wystarczy więc po chwili dodał: - Z innymi takimi jak ja.
-I jak ci poszło? – spytał James, który właśnie wrócił z trzema kuflami piwa. Postawił je na środku stołu i wsunął się na miejsce obok Syriusza.
-Chyba dobrze. – Remus wzruszył ramionami. - Tak myślę.
W jego umyśle Lunatyk zaśmiał się chrapliwie. Najwyraźniej uważał to za niedopowiedzenie.
-Nie wygłupiaj się! – parsknął Syriusz. - Mów jak było.
-Ja… - Remus zaciął się, przygryzł wargę i spuścił wzrok. A kiedy go podniósł i ponownie spojrzał na swoich przyjaciół był gotów, by opowiedzieć im wszystko. Mówił i mówił aż zaschło mu w gardle i zabrakło słów, a oni słuchali w milczeniu, nie komentując. Zareagowali dopiero kiedy skończył. Syriusz zagwizdał, James się nie odezwał, ale jego mina mówiła sama za siebie.
-Alfa największej watahy w Wielkiej Brytanii. – młody Black pokiwał z podziwem głową. - Nieźle.
-Delikatnie powiedziane. – dodał James, pociągając łyk z kufla.
-To głównie obowiązki. Minęły dopiero trzy miesiące, a ja już jestem wykończony. – szczerze powiedziawszy Remus nie sądził, by w jego roli było coś podniosłego. Los przywódcy to głównie nieprzespane noce, tyle spraw do załatwienia, że nie ma się czasu nawet na posiłek, ogromna odpowiedzialność związana z podejmowaniem decyzji, od których zależy życie wielu ludzi. To strach i zmęczenie ponad siły.
-Nadajesz się do tego, Remusie. – głos Jamesa był cichy, ale pełen niezachwianej pewności, która pochlebiała Lunatykowi ponad wszystko. - Zawsze ci mówiliśmy, że jesteś przeznaczony do wielkich rzeczy.
I tak po prostu zaklęcie gniewu zostało złamane. Nie oznacza to, że nagle wszystko było w porządku, co to to nie. Ale krzyki i rękoczyny zostawili za sobą razem z poważnymi tematami. Przez pewien czas rozmowa toczyła się wartko, piwo płynęło, a oni się śmiali. Ale był to spokój tylko pozorny, choć wtedy jeszcze żaden z nich nie zdawał sobie z tego sprawy. Remus zapomniał o tym co czekało na niego poza ścianami pubu. Nawet udało mu się rozluźnić. I to do tego stopnia, że odważył się poruszyć temat, który bardzo go interesował, a którego panicznie się bał.
-Co u niej? - spytał w końcu, zanim zdążył dobrze to przemyśleć. Z twarzy Jamesa i Syriusza jak na komendę zniknęła wesołość. Obaj spojrzeli najpierw na siebie nawzajem, a potem na niego. Kiedyś skuliłby się pod wpływem chłodu w ich oczach. Teraz tylko westchnął.
-Dobrze. - powiedział w końcu James, odstawiając kufel na bok. Obserwował Remusa uważnie, jakby czegoś szukał na jego twarzy.
-Jest na ciebie wściekła. – wtrącił Syriusz. On z kolei dalej był rozbawiony, choć bardziej z perspektywy gniewu Bryony.
-I ma rację. – dodał James. Remus westchnął.
-Tak wiem, jestem idiotą. – mruknął, przeciągając dłonią po twarzy. Znów poczuł zmęczenie, które na pewien czas go opuściło.
-Dobrze, że sam to przyznałeś. – parsknął śmiechem James.
-No, podobno zauważenie problemu to pierwszy krok do rozwiązania go. – dołączył się Syriusz. Wyglądali jak tamci chłopcy, który kiedyś wycinali psoty wszystkim mieszkańcom Hogwartu.
-Jesteście komiczni. – zauważył sucho.
-Wiemy! – stwierdzili razem z identycznymi uśmiechami na twarzach. Kiedy się tak uśmiechali można było ich wziąć za braci. Było to tak zaraźliwe, że choć sytuacja nie przedstawiała się zbyt różowo, Remus także się uśmiechnął.
Rozbawienie nie mogło jednak potrwać zbyt długo, a raz poruszony temat nie mógł już zostać zamieciony pod dywan. Remus zrozumiał to, gdy tylko uśmiechy zniknęły z twarzy jego przyjaciół, a zastąpiły je miny starszych braci troszczących się o swoją siostrę. Z jednej strony bardzo ich za to podziwiał. Z drugiej, chciał odzyskać swoich przyjaciół, a na to się nie zanosiło. Bronili teraz Bree, którą on skrzywdził.
-Dlaczego to zrobiłeś? – spytał spokojnie James. Jego spokój był jednak złudny i Remus wiedział co się stanie jeśli odpowie błędnie. - Dlaczego ją zostawiłeś?
-Myślałem… - próbował uformować odpowiedź, lecz bezskutecznie. Słowa nie chciały go słuchać, umykały mu.
-Nie myślałeś. - przerwał z wściekłością Syriusz. On już Remusa osądził i wydał wyrok. Z jakiegoś powodu to właśnie rozwścieczyło go bardziej niż cokolwiek innego.
-Myślałem, że ją w ten sposób chronię! – warknął, waląc pięściami w stół i unosząc się lekko z kanapy. - Że beze mnie będzie bezpieczna. Szczęśliwsza. Że zapomni, spotka kogoś innego.
Z każdym kolejnym słowem gniew ulatywał z niego aż nie zostało już nic oprócz wspomnienia twarzy Bryony tamtego strasznego dnia kiedy widział ją po raz ostatni.
-Remus? – zawołał go cicho James. Remus ze zdumieniem dojrzał, że powaga zniknęła z jego oblicza, a zastąpiło ją na powrót rozbawienie. - Nie myśl już więcej. To ci najwyraźniej szkodzi.
Pełen ulgi śmiech wyrwał się z jego ust. Och, jakże wspaniale było móc z powrotem z nimi żartować! Jak cudownie znów mieć braci!
-Wiem, wiem. – odparł. W głębi jego świadomości Lunatyk zanosił się śmiechem. - To była najgłupsza rzecz jaką w życiu zrobiłem. Jestem kompletnym kretynem, idiotą i durniem. Nie zasługuję na przebaczenie, a jednak…
-A jednak chciałbyś żeby ci wybaczyła. - dokończył za niego Syriusz. Remus tylko przytaknął. Takie było właśnie jego największe pragnienie.
-Powinieneś z nią porozmawiać. – oznajmił James. Ach, gdyby to tylko było takie proste!
-I co? – Remus roześmiał się gorzko. - Obejmę ją, pocałuję Harry'ego i wszystko będzie dobrze? To tak nie działa.
-Działa. – wtrącił James, patrząc na niego z politowaniem. - Ona cię kocha, baranie.
-Licho wie dlaczego. - mruknął Syriusz pod nosem.
-Mniejsza. - James machnął ręką. - Ważne, że Bree cię kocha i z jakiegoś powodu jest skłonna cię wysłuchać.
-Powiedziała wam to?
-Nie wie, że wróciłeś ani, że się z tobą spotykamy. Nie wiedzieliśmy czy chcesz żeby się dowiedziała. – James nie powiedział, że nie byli pewni czy w ogóle powinni dopuścić go do dziewczyny, którą kochali jak siostrę, ale było to dość oczywiste.
-Nie mówcie jej. – poprosił po chwili. - Ja sam powinienem...
-Pewnie, że powinieneś. - prychnął Syriusz. - Pytanie jak zamierzasz to zrobić?
Jak? To było dobre pytanie. Szczerze powiedziawszy nie miał bladego pojęcia. Serce podpowiadało mu, że powinien natychmiast pójść do Bryony i błagać ją o przebaczenie aż do skutku. Rozum jednak twierdził, że nie wystarczyło wystawać pod jej oknem aż go wysłucha. Tu trzeba było czegoś więcej… Między innymi dlatego, nie aportował się prosto do niej kiedy tylko dowiedział się i wydarzeniach z dnia kiedy zginął Voldemort. Czuł, że musi zasłużyć na jej przebaczenie. A jak lepiej, jeśli nie pomagając ludziom? Czy raczej wilkołakom.
Z kłopotu wybawił go James, który już od jakiegoś czasu przyglądał mu się uważnie.
-Za dwa tygodnie są urodziny Harry'ego. – powiedział cicho. - Mama wyprawia przyjęcie u siebie w domu. Przyjdź. Porozmawiaj z Bree, poznaj swojego syna.
Dwa tygodnie. Ten termin nieco go oszołomił. Już za dwa tygodnie mógł… nie, nie mógł. W kwestii nie bycia godnym nic się nie zmieniło. Dalej nie zasługiwał na Bree i ich syna. Nadal bał się przed nimi stanąć.
-Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł. – mruknął, ze wstydem spuszczając wzrok. Syriusz parsknął śmiechem.
-Oj Remus, Remus. – powiedział uśmiechając się złośliwie. - Wybacz, ale ostatnimi czasy to twoje pomysły nie były najlepsze.
-Były raczej durne. - zgodził się natychmiast James.
Dobrze gada, polać mu. Mruknął w głębi Remusowej świadomości Lunatyk i chłopak nie mógł się kłócić z opinią ich trzech na raz.
-Więc może po prostu zdaj się na nas. – dodał Syriusz, a jego oczy lśniły z rozbawieniem. James był poważniejszy.
-Przyjdź. – powtórzył spokojnie. - O nic więcej nie proszę.
-Hej, może Bree wyrzuci cię na zbity pysk i nie będziesz miał się czym przejmować. – zauważył jakże odkrywczo James.
-To akurat bardziej niż prawdopodobne. – dorzucił Syriusz. Po raz kolejny to kończenie po sobie myśli przypomniało Remusowi szkolne czasy.
-Remusie, nigdy się nie dowiesz jeśli nie spróbujesz. – powiedział James. Remus nie miał pojęcia, kiedy zrobił się taki mądry, podejrzewał wpływ Lily.
-I zawsze będziesz żałował. – dodał Syriusz, a Remus świetnie zdawał sobie sprawę, że miał racje.
Co sądzisz? Spytał Lunatyka, bo przez ostatnie miesiące nauczył się, że pytanie wilkołaka o zdanie było znacznie łatwiejsze niż dostawanie potem po uszach za głupotę. No i rady wilka często pomagały mu wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.
Mają sporo racji. Przyznał Lunatyk. Tak czy siak musisz porozmawiać z Partnerką, a urodziny Szczenięcia to dobra okazja. Może będzie w dobrym humorze.
Za dwa tygodnie więc. Westchnął Remus, czując jednocześnie bezbrzeżną radość, jak i przerażenie. Zacisnął pięści. Za dwa tygodnie wszystko się okaże.
N/A.: No, u nas to będzie tydzień, ale niech się Remus pomęczy.
