N/A.: Oto i długo oczekiwany rozdział 41, ostatni oprócz epilogu. Nawet nie wiecie ile czasu zastanawiałam się z czyjego punktu widzenia opisać spotkanie naszych milusińskich. W końcu zdecydowałam się na Bree i strasznie żałuję, że nie mogłam wepchnąć tam też przemyśleń Remusa. Ale w notce końcowej niespodzianka dla tych, którzy chcą się dowiedzieć co mu chodziło po głowie .

Przepraszam, że tak późno, ale teoretycznie jest jeszcze czwartek.

Felly: Dziękuję za przemiły komentarz. Pisać będę na pewno, bo bez pisania to ja żyć nie potrafię. Jeśli natomiast chodzi o publikację, to na pewno spróbuję najpierw uporządkować i możliwie pokończyć to co już opublikowałam. Publikowania nowych na razie nie planuję, chciałabym najpierw mieć odpowiedni zapas, żeby przerwa ze Zwierciadła się już nie powtórzyła. Mam za to dziesiątki rozbabranych projektów na komputerze, więc wszystko jest możliwe…

Finflon: Wena na razie jest, choć nie powiem, było ciężko i bałam się, że się nie wyrobię. Dlatego wycięłam kawałek, który trafił do tego rozdziału. Wiem, że krótko, ale co poradzić, nie chciałam ich bardziej torturować. Ważne, że wyjaśnili sobie co mieli wyjaśnić i teraz będą żyli długo i szczęśliwie. Czas na Bree i Remusa.

Rome: Ale my krócej! Szczerze, jak zaczynałam to opowiadanie to nie planowałam doprowadzić do spotkania głównych bohaterów dopiero w ostatnim rozdziale, ale wyszło jak wyszło.

Nie przedłużając, miłej zabawy!


Rozdział 41

Bryony odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się z satysfakcją. Z każdej strony otaczał ją zapach farby, świeżo pomalowane ściany cieszyły nowym kolorem. Był to głównie brąz, choć jedna ściana (ta z drzwiami) została pomalowana na beżowo.

Pomieszczenie było ciemne, głownie ze względu na swoje przeznaczenie i na to, że znajdowało się pod powierzchnią ziemi. Jego środek pozostawiono niezagospodarowany, ale pod ścianami znajdowały się liczne kojce przypominające nieco stajenne boksy, z tym że niezamykane. Tam mieli spać potencjalni użytkownicy piwnicy, młode wilkołaki uczęszczające do Hogwartu. Choć boksy na razie były puste, docelowo w każdym miało być miękkie posłanie, miski, zabawki i co tylko jeszcze może okazać się potrzebne. Na środku wilkołaki mogły bawić się ze sobą.

- I jak ci się podoba, maluszku? - spytała małego Harry'ego, który w nosidełku na jej piersi, właśnie próbował włożyć sobie całą pięść do buzi. - Ładnie, prawda?

Chłopiec oczywiście nie odpowiedział, a ona wcale się tego nie spodziewała. Zachichotała i opuściła pomieszczenie. Po chwili była już piętro wyżej, w części mieszkalnej. Z piwnicy wychodziło się do holu tuż przy kuchni, tam więc się udała.

Przez ogromne okna wlewało się popołudniowe słońce rozświetlając i tak już jasne pomieszczenie, na razie całkowicie puste. Za nimi roztaczał się widok na odległy zamek, majestatyczny jak zawsze. Bryony rozejrzała się.

Szczerze powiedziawszy nie miała pojęcia co zrobić z tym pomieszczeniem. Było duże, przestronne, z oknami na ścianie wychodzącej na ogródek przed domem i majaczący w oddali Hogwart. Oczami wyobraźni Bree widziała kuchenną wyspę na środku i oczywiście szafki pod ścianami, ale jakie nie miała pojęcia jakie dokładnie. Westchnęła.

-Mama miała takie piękne szafki… - mruknęła pod nosem. Świetnie je pamiętała. Były drewniane, szare, idealnie pasujące do śnieżnobiałego blatu kuchennego.

-A teraz mam je ja. - rozmyślania przerwał jej głos Lily. Bree odwróciła się na pięcie i uśmiechnęła do siostry, która właśnie przekraczała próg domu. Lily odpowiedziała tym samym, pocałowała siostrę w policzek, a Harry, ego w czoło na powitanie i wyjaśniła - Po śmierci rodziców musiałyśmy zrobić coś z ich domem. Ty byłaś w Hogwarcie, Petunia chciała się rozliczyć natychmiast…

Dziewczyna posmutniała wspominając tamten okres i siostrę, z którą dalej nie odnowiły kontaktu, a po rewelacjach jakie przywiózł ze sobą z przyszłości duży Harry nie wiedziały czy dalej mają na to ochotę. Wolały się nad tym nie zastanawiać.

- Część rzeczy sprzedałyśmy. - wróciła do tematu, uśmiechając się dzielnie. - Reszta poszła na przechowanie, a w tym szafki kuchenne. Mi się nie przydadzą, więc może…

-Byłoby cudownie je mieć. – zapewniła natychmiast Bryony, szczerze wzruszona. - Dzięki Lily.

-Nie ma sprawy, siostrzyczko. – Lily uśmiechnęła się do niej i przytuliła ją delikatnie, tak, by nie zgnieść Harry'ego. - Hej, gdzie ten mój mąż? Jest szansa, że mogłabym go porwać na resztę dnia?

-Pewnie! – Bree roześmiała się. – Zabieraj. Na dziś chyba już i tak skończyliśmy.

Lily zachichotała, pocałowała siostrę w policzek i zniknęła tam gdzie kiedyś miał być salon, by zaraz wyciągnąć z stamtąd umorusanego farbą Jamesa. Po chwili zamknęły się za nimi drzwi wejściowe. Bree zaśmiała się pod nosem i skierowała się na schody.

-Harry! – zawołała, pnąc się na górę. Dłonią łagodnie gładziła drewnianą poręcz, którą zamontowali zaledwie dzień wcześniej.

-Do którego mówisz? – spytał Syriusz wychylając się z pokoju, który miał stać się zapasową sypialnią. Włosy miał związane w męski kucyk, by nie pochlapały się farbą, która malowniczo zdobiła jego podkoszulek. W ręku dzierżył wałek malarski. - Słowo daję, trzeba będzie wymyślić jakiś sposób na rozróżnianie ich, bo kiedyś nie będziesz mogła mówić im Mały i Duży. Ja proponuję Junior.

Uśmiechnął się do niej tak szelmowsko, że od razu zorientowała się, że to wygłupy. Udała jednak, że ją to irytuje.

-Nie będę mówiła do swojego syna Junior! – prychnęła, tuląc do siebie dziecko, dalej całkowicie zajęte pięścią. Nie zastanawiając się nad tym uniemożliwiła mu wepchnięcie jej sobie do buzi i odwróciła jego uwagę grzechotką.

-To może jakieś zdrobnienie? – zaproponował tymczasem Syriusz, dalej szczerząc się tak szeroko, że to musiało być bolesne. Udał, że ciężko się zastanawia. – Może Harruś?

-Syriusz!

-Ja tylko mówię. – roześmiał się, rozbawiony jej irytacją. Pacnęła go na odlew w ramię, sprawiając tylko, że zaśmiał się jeszcze głośniej.

-Nie mów tylko maluj.

-Już skończyłem. – zapewnił, unosząc ręce do góry. - Chcesz zobaczyć?

Przytaknęła i wstąpiła za nim do sypialni. Gościnny postanowiła utrzymać w kombinacji odcieni fioletu i beżu. W efekcie ściany były fioletowe (jedna ciemno, pozostałe trochę jaśniej), a podłoga ciemna, jak wszędzie na piętrze. Brakowało oczywiście mebli, jak w całym domu i to one właśnie miały wnieść jaśniejsze elementy wystroju. Łóżko z beżową ramą, puchaty dywan, beżowe szafki nocne i duża szafa przy ścianie. Nie były to wszystkie elementy wystroju, ale Bree nie zajmowała się na razie dodatkami. Na to miał przyjść czas później.

-Pięknie. – westchnęła, rozglądając się po sypialni. Syriusz wyszczerzył się dumnie.

-I to wszystko bez magii. – zauważył. – Dalej uważam, że z nią byłoby lepiej, ale… przynajmniej można się pobawić.

Malowanie sprawiało mu radość, której się nie spodziewała. Wydawało się, że taka prosta robota, uznawana przez wielu mugoli za męczący obowiązek, dla niego stanowiła niezwykłą frajdę. Każdego dnia po pracy był tak niemiłosiernie upaprany farbą, że Bree dziękowała w duchu za magię, bo mugolskimi środkami nigdy nie dopraliby jego ubrań.

-Koniec na dziś. – zakomenderowała. – Zbieraj się, Dorea czeka z obiadem.

Bez ostatniego zdania by go nie przekonała, siedziałby nad tym do wieczora. Ale domowy posiłek Dorei Potter potrafił przekonać Syriusza do wszystkiego. Teraz też natychmiast natychmiast zaczął po sobie sprzątać.

Bree zachichotała i kontynuowała obchód. Harry'ego znalazła w pokoju malucha. Stał na środku pomieszczenia i podziwiał robotę, którą Bree wykonała własnoręcznie kilka godzin wcześniej. Tematem przewodnim sypialni miał być las, dlatego ściany pomalowano na zielono, ale tylko do wysokości około metra, powyżej tej wysokości były beżowe. W rogu, nad miejscem, w którym zamierzała postawić łóżeczko synka, Bree namalowała na dwóch stykających się ścianach drzewo. Miało rozłożyste gałęzie sięgające aż do sufitu. Dzięki prostej sztuczce wyglądało jak prawdziwe, a w przyszłości Bree planowała rzucić na pokój odpowiednie zaklęcie dzięki czemu malec miał słyszeć cichutki śpiew ptaków.

-Podoba ci się? – spytała zamyślonego chłopaka, który najwyraźniej nie usłyszał jak wchodziła. Harry aż podskoczył i natychmiast się do niej odwrócił.

-Pewnie, że mi się podoba! – zapewnił natychmiast. - Jest super!

-A mimo to minę masz nieszczególną. – zauważyła, podchodząc by stanąć obok niego.

-To nic.

-Harry… - westchnęła.

-Po prostu… - urwał, odetchnął głęboko. Przeciągnął dłonią przez włosy. - myślę sobie jakie on ma szczęście, że to dla niego zrobiłaś.

Nie musiał mówić nic więcej. Zrozumiała natychmiast i od razu zrobiło jej się głupio. Jak mogła nie zwrócić uwagi na to, że Harry od jakiegoś czasu stawał się markotny w towarzystwie…Juniora. Jak mogła nie zareagować.

-Oj, Harry. – szepnęła, nagle żałując, że nie oddała malucha Lily przed tą rozmową.

-Nie zrozum mnie źle, strasznie się cieszę, że on będzie miał lepsze dzieciństwo ode mnie. – zapewnił natychmiast Harry. - Ale to nie zmienia faktu, że…

-Chciałbyś żeby twoje też takie było? – dokończyła za niego. Przytaknął.

-Aż tak łatwo mnie rozgryźć? – spytał gorzko. Bree zaśmiała się w odpowiedzi.

-Jestem twoją matką, dla mnie to banalne. – odparła. A potem przypomniała sobie o sugestii Syriusza i postanowiła o niej wspomnieć. – Wiesz, Syriusz proponuje żeby odróżniać was nazywając malucha Juniorem.

-W sumie niegłupie. – mruknął Harry w zamyśleniu. - Na pewno pomoże w rozmowach.

-Niegłupie? – nie mogła uwierzyć w to co słyszy. On też przeciwko niej? - Nie będę tak mówiła do swojego dziecka!

-To może zdrobnienie? – Harry wyglądał jakby bardzo chciał się roześmiać, ale próbował się powstrzymać. - Dżej? Pisałoby się Jay.

-Uroczo. – skwitowała chłodno. Zerknięcie na zegarek sprawiło, że pociągnęła swojego starszego syna w stronę drzwi. – A teraz chodź, obiad u Potterów.

-Myślisz, że będzie słynna jagnięcina Dorei? – wyglądał przy tym na tak podekscytowanego, że aż musiała się roześmiał.

-Istnieje taka szansa.

-To ja tylko skoczę się ogarnąć. – rzucił, idąc już powoli w kierunku drzwi.

-Pewnie. Czekam na dole. – obiecała.

Kiedy wyszedł ponownie rozejrzała się po dziecinnej sypialni. Niedługo pokój miał być gotów do wstawiania mebli, a od tego już niedaleko do zamieszkania. Nie mogła się już doczekać, by zamieszkać w swoim wymarzonym domu.

-Jak myślisz, bączku? – zwróciła się do chłopczyka. - Będziemy tu szczęśliwi?

Harry uśmiechnął się bezzębnie i potrząsnął grzechotką. Uznała to za potwierdzenie.

-Pewnie że tak. – odpowiedziała za niego, jeszcze raz rozglądając się po pomieszczeniu. Oczami wyobraźni widziała tu już odpowiednie sprzęty. Firanki w oknach, łóżeczko z ciemnego drewna, taki sam przewijak, może jakiś wygodny fotel, szafę, zabawki. Całe masy zabawek. Ten pokój miał być jak z marzeń każdego małego chłopca.

-Tak, maluszku. – mruknęła, całując jasną główkę dziecka. – Wszystko będzie pięknie. A jak tatuś wróci, mamusia rąbnie go w ten głupi łeb, potem on przeprosi, ja mu wybaczę i będziemy żyć długo i szczęśliwie.


Dzień przyjęcia nadszedł ciepły i słoneczny. Już dwa dni wcześniej zaczęły się w Dworze przygotowania o pierwszych urodzin Harry'ego prowadzone przez wyjątkowo zgrany zespół składający się z dwóch pań Potter. Pod ich czujnym okiem ogród przerodził się w magiczną krainę udekorowaną latającymi na wysokości około trzech metrów kulami z papieru, które po zapadnięciu zmroku miała zalśnić różnymi kolorami. Na uboczu znajdowały się dwa długie stoły przykryte białym obrusem. Tam miały trafić wszystkie potrawy, które pani domu przyrządzała własnoręcznie, z niewielką tylko pomocą skrzatów. Obok nich umieszczono mniejszy stolik przeznaczony na prezenty. Nikt nie wątpił, że Harry dostanie ich bardzo dużo. Siedzieć zamierzano na kocach i poduszkach porozkładanych na trawie (Bryony została zapewniona, że najpierw rzucono na nie odpowiednie zaklęcia przez co nie zamokną jeśli wieczorem zrobi się wilgotno).

Goście zaczęli się schodzić o czternastej, a wpół do trzeciej byli już wszyscy. Ogród zapełnił się wesołymi ludźmi, którzy rozmawiali, śmiali się, brali udział w przeróżnych zabawach czy jedli. W godzinę później impreza była pełni rozkręcona i tylko jubilat spał jak zabity w swoim wózki, nie zwróciwszy najmniejszej uwagi na piętrzącą się na wyznaczonym miejscu stertę prezentów (pośród których pyszniła się dziecięca miotełka, dar dumnego ojca chrzestnego, za który Bryony miała zamiar ofiarodawcę udusić).

Dźwięk dzwonka do drzwi ledwie przedarł się przez szum rozmów i brzękanie sztućców. Bree usłyszała go tylko dlatego, że była właśnie w holu, bo razem z Lily wybrały się do kuchni po sałatki, które jeszcze nie znalazły się na stole. Dźwięk ten zdziwił ją, była bowiem przekonana, że wszyscy goście znajdują się już w ogrodzie.

-Ja pójdę. – zdecydowała, uśmiechając się do siostry. Lily przytaknęła i odebrała jej miskę z sałatką, natychmiast znikając w drzwiach do ogrodu. Bree udała się w drugą stronę, do wejściowych.

Nim dotknęła klamki odruchowo przygładziła żółtą letnią sukienkę i wzięła głęboki oddech. Zbyt często do jej drzwi pukała prasa, by nie nauczyła się, że otwieranie ich w stanie innym niż idealny się nie opłaca. Tym razem nie miała się jednak czego obawiać. Osoba, którą ujrzała po drugiej stronie patrzyłaby na nią tak samo nawet gdyby wystąpiła w worku po ziemniakach.

Za drzwiami stał Remus Lupin w całej swojej obszarpanej chwale. Bardzo się zmienił przez ostatni rok, wychudł, ubrania zdawały się jeszcze bardziej na nim wisieć. Pod oczami miał większe cienie, całkiem jakby od kilku dni nie spał. Ale był gładko ogolony, włosy miał uczesane i trzymał się jakoś tak prosto i dumnie. Odkąd pamiętała podświadomie się garbił, najprawdopodobniej by nikt nie zwrócił na niego uwagi. Teraz jednak jego imponujący wzrost natychmiast rzucał się w oczy. Był wyższy od Jamesa i Syriusza, choć chudszy i bardziej żylasty.

-Cześć. – powiedział. Jej widok musiał go zszokować, bo patrzył na nią w ogóle nie mrugając. Kiedyś pewnie speszyłby ją jego wzrok, ale ostatnio tylu ludzi na nią patrzyło, że nic sobie z tego nie robiła.

-Cześć. – odparła machinalnie. W sumie też nie dziwiła się, że tak na nią patrzył. Pomijając fakt, że widzieli się po raz pierwszy od prawie roku, a przez większość tego czasu uważał ją za martwą, wyglądała, nie chwaląc się, po prostu pięknie.

-Ja tylko… - mężczyzna wreszcie spuścił wzrok na trzymaną w ręku torebkę prezentową i przestąpił z nogi na nogę. - To jego pierwsze urodziny.

Mówiąc to brzmiał błagalnie, jakby przepraszał ją za swoją obecność i prosił by nie zamykała mu drzwi przed nosem. Ani jej to przyszło do głowy, ale on tego oczywiście nie wiedział. Trochę zirytowało ją to, że znowu zakładał, że wie co się dzieje w jej głowie.

-Mhm. – potwierdziła niezobowiązująco, zastanawiając się o co Remus powie w następnej kolejności. Jednocześnie miała nadzieję, że akurat teraz nie przypałęta się jakiś wścibski pismak, bo tylko tego tu brakowało.

Z zamyślenia wyrwał ją widok tej samej torebki na prezent wyciągniętej w swoją stronę. Z bliska dziewczyna zobaczyła wymalowanego na niej psa Pluto. W drugiej ręce Remus ściskał bukiet polnych kwiatów, które wyglądały jakby przed chwilą je zerwano.

-Przekażesz mu? – poprosił cicho mężczyzna. Bree zmarszczyła brwi.

-Nie wolisz wejść i dać mu to samemu? – odparła pytaniem na pytanie. A potem, widząc, że od niego raczej nie uzyska odpowiedzi, sama jej udzieliła. - On by to wolał. Najwyższy czas żeby poznał ojca.

Remus westchnął ciężko. Znała go na tyle dobrze, by zauważyć subtelne oznaki wstydu na jego twarzy i w postawie.

-Nie wiedziałem czy… - urwał. Tym razem to Bree westchnęła głośno, z politowaniem. Czemu wydawało jej się, że ich ponowne spotkanie może pójść łatwo? Remus miał zadziwiający talent do komplikowania sobie życia. Wiedziała o tym, a jednak się łudziła.

-Czy ci pozwolę? – weszła mu w słowo. - Dlaczego miałabym nie? Masz prawo do kontaktu ze swoim synem.

Mówiąc to uważnie obserwowała jego twarz. Nie dało się opisać wszystkich przebiegających przez nią emocji i Bryony nie zamierzała próbować. Do szczęścia wystarczyła jej nadzieja, która pojawiła się jako ostatnia i już tam została.

-Wejdziesz? – zaproponowała na ten widok, nieco szerzej otwierając przed nim drzwi. Nie poruszył się.

-Bree jest tyle rzeczy, które muszę ci powiedzieć… - zaczął mężczyzna, Bree jednak tylko wywróciła oczami. Świetnie wiedziała co zamierzał jej powiedzieć. Potrafiła też wyobrazić sobie jakimi komentarzami by to okrasił, a naprawdę nie chciało jej się znów słuchać o tym, jak chciał ją chronić i jaki to on jest niebezpieczny.

-Ćśś. – przerwała mu więc, kładąc palec na jego ustach. Uśmiechnęła się. - Wiem.

-Co? – wymamrotał zdumiony. Dziewczyna zachichotała.

-Zobaczmy… - udała, że się zastanawia, choć nie było jej to potrzebne. - Jesteś idiotą. Nie powinieneś był mnie zostawiać. Właściwie to to jest niemożliwe, bo jestem twoją Partnerką, więc jesteś niezdolny do porzucenia mnie.

-Jak… skąd ty to... - Remus zamrugał, całkowicie otumaniony. Najwyraźniej zupełnie nie mógł dobrać odpowiednich słów. Było to nawet zabawne, więc dziewczyna znowu się roześmiała. - Bree?

-Greyback. I dużo czytania. – odparła, wzruszając ramionami, świadoma, że ta odpowiedź tylko bardziej go skonfunduje. - To wejdziesz czy nie?

Chwilę się wahał, a potem przekroczył próg. Przepuściła go i zamknęła za nim. W holu zrobiło się ciemniej. Przez chwilę po prostu stali naprzeciw siebie, bez słowa.

-To dla ciebie. – mruknął nagle Remus, podając jej kwiaty. Przyjęła je i natychmiast otoczył ją ich zamach. Zanurzyła w nich nos i odetchnęła głęboko.

-Dziękuję. – uśmiechnęła się do niego, znad płatków. - Są piękne.

Były. Bukiet, choć na pierwszy rzut oka zadawał się zebrany po drodze, musiał zostać skomponowany z ogromna skrupulatnością, bo wszystkie kolory współgrały ze sobą idealnie. Biel i żółć margerytek, czerwień maków, fiolet chabrów i soczysta zieleń łodyżek. Pamiętał, że wolała polne kwiaty od skomplikowanych bukietów z kwiaciarni.

-Powinnam chyba wstawić je do wody. – mruknęła. Zgodził się oczywiście i zaraz znaleźli się w kuchni, na szczęście opustoszałej. Atmosfera była tak gęsta, że można było kroić ją nożem, więc Bree z ulgą powitała konieczność odwrócenia się od Remusa plecami, by nalać wody do wazonu. Przez głowę przelatywały jej tysiące rzeczy, które mogłaby powiedzieć, ale żadna nie wydawała jej się odpowiednia.

Na szczęście właśnie wtedy rozległy się lekkie kroki na posadzce i do pomieszczenia wkroczyła Lily. Bree dawno się tak nie ucieszyła z jej obecności. Chyba zaniepokoiła się długą nieobecnością młodszej dziewczyny i ruszyła na poszukiwania.

-Remus! Przyszedłeś! – twarz Lily rozpromieniła się na widok mężczyzny i zaraz rzuciła się go przytulać. Nie była aż tak zdziwiona jego widokiem jak być powinna, skąd Bree wywnioskowała, że ktoś Remusa zaprosił i Lily podejrzewała, że przyjdzie.

Mężczyzna objął ją z wahaniem, przywitał cicho. Puściła go, spojrzała najpierw na niego, potem na Bree i wreszcie na kwiaty i torebkę ze szczerzącym się Pluto. Natychmiast zorientowała się w sytuacji. Nie było w tym nic dziwnego, napięcie dało się odczuć.

-Zostawię was, porozmawiajcie sobie. – oświadczyła z szerokim uśmiechem, który oznajmił Bree wszystko czego siostra nie powiedziała wprost. Lily była całkiem zadowolona z sytuacji co Wychodząc musnęła dłonią jej ramię w wyrazie wsparcia i zaraz jej kroki ucichły kiedy znów wyszła do ogrodu.

Zostali sami. Przez jakiś czas jeszcze milczeli, każde stojące po swojej stronie kuchni. Bree wpiła się palcami w brzeg blatu, o który się opierała. Cisza dźwięczała jej w uszach. Remus poluźnił swój krawat (krzywo zawiązany, jak zauważyła). Też się denerwował.

A potem nagle, tak szybko, że ledwo dostrzegła jak się poruszył, znalazł się tuż obok niej. Ani się obejrzała, a już ją całował. I było dokładnie tak jak kiedyś, całkiem jakby te miesiące rozłąki nie miały miejsca. Przymknęła oczy i zatonęła w tym pocałunku. Znów owionął ją znajomy zapach, znów otoczyły znajome ramiona. Znów poczuła ciepło jego ciała i wplątała palce w jego jasne włosy. Znów uwierzyła, że może dosłownie wszystko, jeśli tylko on będzie przy niej.

Nie wiedziała ile tak się całowali, ale kiedy przestali oboje byli bez tchu. Długo się potem na siebie patrzyli, a w oczach Remusa lśniło takie szczęście, że gdyby Bree jeszcze wątpiła, wtedy by przestała.

-Jestem idiotą. – szepnął nagle mężczyzna. Bryony Zachichotała.

-Przez grzeczność nie zaprzeczę.

On jednak jeszcze nie skończył. Powoli dotknął jej policzka, opuszki palców miał stwardniałe od pisania, a może od pracy. Ta twardość była nowa, ale pasowała do niego.

-Nigdy nie powinienem był cię wypuszczać z zasięgu wzroku. – powiedział. Drugą ręką delikatnie przeczesywał jej włosy, rozrzucone rudą falą na plecach.

-Też prawda. – potwierdziła ochoczo.

-To nie wszystko. -potrząsnął głową. Ból, który musiał się w nim czaić od miesięcy wyszedł na powierzchnię, widoczny jak na dłoni. Ból i desperacja. - Kiedy się dowiedziałem, że żyjesz powinienem był od razu do ciebie przyjść. Furda na obowiązki i rozkazy… Ty jesteś najważniejsza. Wy jesteście najważniejsi. Ty i Harry.

Płomienna przemowa sprawiła, że prawie się popłakała. A jednak było w niej coś z czym nie mogła się zgodzić i musiała mu o tym powiedzieć.

-Rozumiem rozkazy. Rozumiem obowiązki. – odparła, zupełnie poważnie, zniknęły ślady uprzedniej wesołości. Z każdym słowem denerwowała się coraz bardziej, bo przypominały jej się te pierwsze miesiące, ciąża, którą spędziła przekonana, że ukochany mężczyzna nigdy nie odwzajemniał jej uczuć. - Czego nie rozumiem i czego nie będę tolerować to przekonanie, że nie jestem w stanie sama się obronić!

-Bree…

-Nie. – przerwała mu. W tym momencie nie obchodziło jej co chciał powiedzieć. O wiele ważniejsze było to co ona chciała przekazać jemu. - Zostawiłeś mnie, bo myślałeś, że stanowisz dla mnie zagrożenie. Sam podjąłeś decyzję, nie pytając mnie o zdanie.

Przerwała, odsunęła się od niego, przełknęła ślinę. Dumnie wyprostowana spojrzała na niego z całą odwagą i pewnością siebie nabytą podczas ostatniego roku. Zdziwił się, ale nie skomentował, a ona kontynuowała.

-Cóż, wiadomość z ostatniej chwili, nie jestem dzieckiem, potrafię o siebie zadbać. A już na pewno potrafię o sobie decydować. – na ostatnie zdanie położyła dodatkowy nacisk, żeby dobrze wsiąkło. Jeśli coś miało między nimi być musiał to zrozumieć, najlepiej szybko.

-Oczywiście.

-Dobrze, że się zrozumieliśmy. – uśmiechnęła się z zadowoleniem i uniosła się na palcach, by znów go pocałować. Wiedziała, że to nie koniec ich poważnej rozmowy, że mają sobie jeszcze wiele do powiedzenia, ale na razie chciała po prostu nacieszyć się jego obecnością. Od Jamesa i Syriusza wiedziała wprawdzie, że żył i miał się całkiem nieźle, ale nic poza tym. No i ta informacja doszła do niej zaledwie przed miesiącem. Wcześniej… wolała nie myśleć co było wcześniej.

-Bree? – zawołano ją nagle znajomym głosem i dziewczyna struchlała. Pospiesznie puściła Remusa i odsunęła się od niego na odległość metra. Tego spotkania bała się najbardziej, bo nie miała pojęcia czego po nim oczekiwać. Było już jednak zbyt późno by cokolwiek zmienić, bo Harry już przekraczał próg kuchni. - Co się dzieje? Lily nie chciała mi powie…

Urwał na widok Remusa i odległości jaka dzieliła go od Bryony. Gołym okiem można było dostrzec, że nie był zadowolony ani z jednego ani z drugiego.

-Hej. – sama Bree wiedziała, że jej uśmiech wyglądał na sztuczny. - Patrz kto nas odwiedził.

Przez chwilę panowie mierzyli się spojrzeniami. Remus z zainteresowaniem, Harry czujnie, podejrzliwie, jakby Remus miał zaraz rzucić się na któreś z nich, całkiem jak Greyback wtedy w lesie. Ostatecznie to starzy z nich jako pierwszy wyciągnął rękę do młodszego.

-Remus Lupin.

-Wiem. – odparł natychmiast Harry, ściskając jego dłoń, ale bez większego entuzjazmu. - Harry…Evans.

-Dziewczyny nigdy mi nie wspominały, że mają kuzyna. – odparł Remus z uprzejmym zainteresowaniem. Wargi Harry'ego zadrgały w uśmiechu. Bree natychmiast wkroczyła, bo coś jej mówiło, że bez jej ingerencji sytuacja mogła potoczyć się nieciekawie.

-Harry jest kimś więcej niż tylko moim kuzynem. – wyjaśniła, jednocześnie posyłając swojemu synowi ostrzegawcze spojrzenie. - On i Hermiona przyszli mi z pomocą wtedy w Walii.

Remus zerknął na nią. Potem spojrzał na Harry'ego zupełnie inaczej niż jeszcze przed chwila. Z podziwem i wdzięcznością.

-Więc jestem ci winien podziękowania. – z szacunkiem skinął głową. Kiedy znów zerknął na Bree jego oczy pełne były miłości. - Ona jest najważniejsza istotą w moim życiu.

-Jakoś nie zauważyłem. – burknął Harry. Bree ostrzegawczo syknęła jego imię, ale to w niczym nie pomogło. Remus wszystko usłyszał.

-Nie, on ma rację. – delikatnie pogładził ją po policzku. Uśmiechnął się smutno najpierw do Bree, a potem do Harry'ego. - Zachowywałem się jak ostatni… Ale już zmądrzałem.

-No i świetnie. – podsumował Harry, odrobinę się odprężając. Bryony jednak wiedziała, że wcale nie darował Remusowi porzucenia jej i wszystkiego co z tego wynikło w tym jak i w alternatywnym świecie. Ten temat miał jeszcze powrócić, nawet jeśli na razie pozostawiono go w spokoju.

-Wybacz, ale kogoś mi przypominasz. – zauważył nagle Remus, cały czas wpatrując się w twarz chłopaka. - I nie są to Lily i Bree.

Matka i syn wymienili spojrzenia. Żadne z nich nie uważało, żeby to był najlepszy pomysł na tę opowieść, ale Remus był uparty i nic nie wskazywało na to by miał odpuścić. Mimo to, Bree spróbowała go przekonać.

-To bardzo długa historia. – mruknęła, delikatnie dotykając ręki Remusa. On jednak tylko wzruszył ramionami.

-Mamy czas. – odparł. Pewnie wyczuł, że coś przed nim ukrywają i tym bardziej chciał się dowiedzieć o co chodzi. Bree nawet mu się nie dziwiła, też chciałaby wiedzieć o co chodzi.

Może właśnie dlatego mu powiedziała. Nie wszystko, na to nie starczyłoby jej czasu. Razem z Harrym opracowali minimalistyczny skrót wydarzeń, który pozwalał się w nich połapać, na pełną wersję miał przyjść czas później.

Właściwie to opracowali takie dwie, jedną oficjalną, druga dla rodziny. Oficjalna przedstawiała Harry'ego jako kuzyna Lily i Bree, który razem ze swoja dziewczyną Jean pojawił się w odpowiedniej chwili, by pomóc uratować świat. Nie było w niej mowy o Zwierciadle Czasu ani alternatywnym świecie. Nieoficjalna była stuprocentowo prawdziwa, choć trochę przycięta, bo mało kto chciał słuchać o tygodniach spędzonych w lesie. Remusowi zafundowali skróconą wersję skróconej wersji. W efekcie trochę go oszołomili, do tego stopnia, że musiał oprzeć się o blat kuchenny i wyglądał jakby miał zaraz zemdleć.

Czując, że jego obecność tylko potęguje to odczucie, Harry wycofał się cicho, ucałowawszy uprzednio Bree w policzek. Dziewczyna została w kuchni z Remusem, nie mając bladego pojęcia co z tym fantem zrobić.

-Hej, w porządku? – spytała w końcu, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Przepraszam, że tak to na ciebie zrzuciliśmy, ale sam pytałeś…

Było to marne wytłumaczenie, ale zawsze jakieś.

-Nie, dobrze, że mi powiedzieliście. – Remus wziął ją za rękę i ścisnął. Kiedy zwrócił do niej twarzy był uśmiechnięty, ale wesołość nie sięgała jego oczu. - Musze tylko…

Uczynił zdawkowy gest ręką. Ona jednak zrozumiała. Powiedziała mu o tym, jednocześnie splatając razem ich palce.

-Też trochę mnie to przytłoczyło. – wyznała. Tego się nie dało tak po prostu zaakceptować. Potrzeba było czasu na zrozumienie i przyjęcie do wiadomości faktu, że ich dorosły syn z alternatywnej przyszłości przybył do ich świata, by ich ocalić i pokonać zło. A jednak to właśnie się wydarzyło. Jej było łatwiej, bo część widziała na własne oczy. Remus…cóż, on znał tylko skrót wydarzeń i to bardzo okrojony.

-Co teraz zrobimy? – spytał nagle. Trochę ją to oszołomiło. Nigdy jeszcze nie pytał jej o coś takiego. Jego tendencję do podejmowania decyzji bez pytania o zdanie znała aż za dobrze. Taki obrót sprawy był całkowicie nieoczekiwany.

Szczególnie, że jeśli się nie myliła nie chodziło tylko o sytuację z Harrym, ale też o to co ich łączyło. O związek, który nigdy do końca nie zaistniał (bo nie dało się związkiem nazwać wspólnego wymykania się w odosobnione miejsca), a którego oboje pragnęli.

-Nie musimy nic robić. – odpowiedziała po chwili zastanowienia. - Nigdzie nam się nie spieszy. Mamy całe lata żeby to sobie ułożyć.

Jednocześnie pomyślała sobie, że nawet gdyby spróbowali coś teraz naprawić byłoby to dość trudne. I nie chodziło tylko o przeszłe urazy czy fakt, że przed pierwszą oficjalną randką byli w sobie zakochani i mieli razem dziecko. Na przestrzeni ostatniego roku oboje stali się dość ważnymi ludźmi.

Remusowi ta odpowiedź się jednak nie spodobała.

-Ja cię kocham! – oznajmił płomiennie, chwytając ją za ramiona. Jego oczy lśniły, głos pod wpływem emocji stał się odrobinę niższy, jakby bardziej zwierzęcy. Oto na własne oczy ujrzała jak wyłania się jego druga osobowość. Dreszcz przebiegł jej po plecach, ale to nie strach go wywołał.

-A ja kocham ciebie. – zapewniła natychmiast, ujmując jego twarz w dłonie i uśmiechając się. Jeśli jednak myślał, że na tym sprawa się zakończy to bardzo się mylił. - Ale jakby na to nie spojrzeć, bardzo mało się znamy. Racja, spędziliśmy z sobą dużo czasu, ale to było dawno. Zmieniłam się od tamtego lata. Oboje się zmieniliśmy. Musimy się od nowa poznać.

Zaczęła się nad tym zastanawiać po pokonaniu Voldemorta. Kiedy niebezpieczeństwo minęło i wreszcie zrozumiała, że będzie miała przyszłość i szansę, by spędzić ją z tymi, których kochała. Mogli wreszcie stać się rodziną. Ona, mały Harry, Remus. I wtedy dotarło do niej jak mało tak naprawdę o nim wiedziała. Pewnie, rozmawiali na wiele tematów, ale z cała pewnością nie byli na takim poziomie zażyłości jak dajmy na to Lily i James. A tego właśnie pragnęła. Miała tylko nadzieję, że Remus to zrozumie.

-Panno Evans? – z zamyślenia wyrwało ją ciche wołanie. Natychmiast spojrzała mu w oczy i dostrzegła w nich urzekającą niepewność. Jego chwyt na jej ramionach zelżał, dłonie powoli opadły na talię. - Czy da się panienka zaprosić na kolację?

Uśmiechnęła się tak szeroko, że aż zabolały ją mięśnie twarzy.

-Z wielką chęcią, panie Lupin. – odparła natychmiast, a w jej głosie dało się słyszeć odczuwany entuzjazm. Nie zamierzała jednak czekać na sposobność realizacji tego planu. Po co, skoro idealne miejsce na posiłek miała tuż obok? - Ale może nie na kolację, ale na obiad? Znam tu zaraz świetną knajpę. Siedzi się na ziemi, ale jedzenie jest pyszne. I wspaniałe towarzystwo.

Remus roześmiał się po raz pierwszy odkąd przestąpił próg. Zapomniała już jak bardzo brakowało jej tego dźwięku.

-Cudowny pomysł. – oświadczył. Przez chwile szczerzyli się do siebie jak para idiotów. - Ale na kolację też panienkę zabiorę, jeśli panienka pozwoli. I znajdzie dla mnie czas.

Udała, że się zastanawia, a potem także się roześmiała.

-Na jedną kolację powinnam wygospodarować parę godzin. – oznajmiła. Miała ochotę znów go pocałować, ale przecież sama przed chwilą oznajmiła, że chce żeby wszystko potoczyło się wolno.

-Na jednej się chyba nie skończy. – Remus wpatrywał się w nią z takim uwielbieniem, że aż się zaczerwieniła. A potem uśmiechnęła się szelmowsko, ale całkowicie szczerze.

-No i świetnie.

W milczeniu podał jej rękę. Twarz ją bolała, tak szeroko się uśmiechała ujmując jego dłoń. A potem ruszyli w stronę opromienionego słońcem ogrodu gdzie śmiali się i bawili ich przyjaciele. Razem.


N/A.: [nieśmiało wychyla się zza węgła] I jak? W porządku? Podobało się? Dalej nie mogę uwierzyć, że spotkali się dopiero teraz. Na początku pisanie zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam.

A teraz coś prosto od mojego starszego brata, który po przeczytaniu sceny przed drzwiami skomentował to tak:

Remus: Cholera, nie wiem co powiedzieć, nie wiem co powiedzieć! Nie widziałem jej od roku, zostawiłem ją samą z dzieciakiem, nie dawałem znaku życia! Co ja mam powiedzieć. Może ją przeproszę i będę błagam o wybaczenie...? Nie, to zbyt oklepane. Może powiem, że jestem idiotą i nie zasługuję na tak wspaniałą kobietę? Nie, zbyt prawdziwe... O Boże, drzwi się otwierają, o Boże, o Boże! Ale ona piękna...

Lunatyk: No odezwij się, palancie!

Remus: No siema!