Tak, przepraszam. Jestem wam winna przeprosiny. Byłam egoistyczna, nie dawałam znaku życia, nie publikowałam, nie odzywałam się i że tak zaniedbałam tę historię. Wybaczycie?

Pewnie nie wybaczycie mi tak łatwo, dlatego pragnę was poinformować, że właśnie oto czytanie najnowszy rozdział Nieopowiedzianej Historii, a kolejne są już w drodze (i nie rodzą się w bólach - etap braku weny mam już prawdopodobnie za sobą, więc mogę wrócić do nadawania). Rozdział może nie powala długością, choć po takim czasie powinien, ale nie mogłam wrzucić tutaj wszystkiego. Kolejny będzie dłuższy, obiecuję. I obiecuję, że nie będziecie musieli na niego tak długo czekać.

Kocham was! I mam nadzieję, że wy kochacie Lokiego i Sygin.


Dni, które potem nastąpiły nie należały ani do najszczęśliwszych, ani do najprzyjemniejszych. Loki wciąż snuł się strapiony i wyraźnie przygaszony, więcej czasu niż innym zajęciom poświęcał bezcelowemu wpatrywaniu się w sufit celi. Nie znajdował przyjemności w studiowaniu ksiąg, choć wcześniej poświęcał temu niemal każdą chwilę, której nie przeznaczał dla Sygin. Teraz ani nie starał się zażywać bliskości ukochanej, ani też nie siedział z nosem w księgach. Wegetował, starając się jak najmniej myśleć o przyszłości, co wychodziło mu marnie, zwłaszcza, że umysł pozbawiony zajęcia ciągle odpływał ku ponurym wizjom.

Azyna na początku to ignorowała, dając swojemu kochankowi czas na oswojenie się z myślą o dziecku, ale im dłużej Loki pogrążał się w takim stanie, tym bardziej ją irytował. Nie mogła usiedzieć w celi, kiedy on trwał w takim stanie. Dlatego spędzała większość czasu na doskonaleniu się we władaniu szablami i iluzją. Ale i to nie przynosiło ulgi, więc Sygin po niecałym tygodniu była już tak podenerwowana, że mogła wybuchnąć w każdej chwili. I tak stało się podczas śniadania, spożywanego w kompletnej ciszy (co z resztą nie było niczym dziwnym w ostatnich dniach).

Zaczęło się łagodnie, od rzuconej mimochodem uwagi, na którą Loki nie zareagował. To przelało czarę goryczy i sprawiło, że złość osiągnęła masę krytyczną. I Azyna po prostu wybuchła. Najpierw zaczęła krzyczeć o tym, jak nieodpowiedzialny jest jej ukochany, a potem kiedy nie doczekała się reakcji z jego strony po zaczęła jeszcze ciskać przedmiotami, które znalazła w swoim zasięgu, wywrzaskując kolejne obelgi i oskarżenia. Najpierw w stronę Lokiego poleciał kielich z winem, oczywiście rozlewając wino po drodze, w ślad za nim powędrował talerz i właściwie nie wymusiło to na mężczyźnie reakcji. Dopiero, kiedy w dłoni Sygin znalazł się nóż, mężczyzna zareagował. Nim zdążyła się obejrzeć, znalazł się przy niej, wykręcając delikatnie acz stanowczo jej nadgarstek. Azyna wypuściła nóż, który z brzękiem upadł na posadzkę, i spróbowała wyszarpnąć unieruchomioną kończynę.

Loki nie poluźnił uścisku, dopóki nie upewnił się, że jego ukochana odzyskała nad sobą panowanie i nie zamierza porwać kolejnej rzeczy ze stołu. Kiedy nabrał takiej pewności, delikatnie obrócił ją ku sobie i powiedział łagodnie:

- Zrozumiałem, co miałaś mi do przekazania – i po chwili zawahania dodał: - i masz rację. Tak, przyznaję ci rację, Sygin. Wybaczysz mi? – po czym zapytał jeszcze: - I przestaniesz marnować dobre wino, by dać wyraz swojej złości?

Azyna mimowolnie parsknęła śmiechem. Atmosfera od razu zrobiła się nieco luźniejsza – jakby kumulowane od kilku dni napięcie znalazło już ujście i zniknęło, pozostawiając powietrze lżejszym i łatwiejszym do oddychania. Mimo wszystko kobieta nie odezwała się ani słowem, wiedząc, że ciąg dalszy wyznań nastąpi.

I rzeczywiście tak się stało.

- Tak, byłem egoistą – westchnął ciężko – ale zrozum, proszę, jak ciężko mi oswoić się z tą nową sytuacją. Wiesz też, że boję się ciebie stracić, boję się, że Odyn znów mi cię odbierze. A teraz... – zamilkł – będę bał się utraty nie tylko ciebie.

Sygin przewróciła oczami.

- Już raz ci to powiedziałam, ale widać muszę powtórzyć jeszcze raz, żeby do ciebie dotarło i stało się jasne – powiedziała cicho acz stanowczo – nikomu nie pozwolę nas rozdzielić. Ani odebrać nam Narfiego. A jeśli ktoś spróbuje, posmakuje moich szabel, choćby był samym Odynem. Ale nie martw się na zapas, jeżeli taka chwila nadejdzie, będę wiedziała o wszystkim z uprzedzeniem – uśmiechnęła się lekko.

Ucięła tym samym dalszą dyskusję. I zamknęłaby pewnie Lokiemu usta, gdyby nie to, że sam to zrobił, składając pocałunek na jej zaczerwienionym nagdarstku. Po czym powędrował nimi w górę, delikatnie muskając wargami skórę jej przedramienia, zagięcie łokcia, ramię aż w końcu dotarł do szyi, której całowanie pochłonęło jego uwagę.

Wkrótce znaleźli się na łożu, powietrze zaś łaskotało od unoszącej się w nim magii. Cała frustracja Azyny zniknęła, zastąpiona dreszczami przyjemności wywołanymi przez pieszczoty Lokiego. Upływający tydzień zdawał się jej koszmarem tylko, z którego przebudzona został w najlepszy możliwy sposób.

Później, leżąc w objęciach ukochanego i wykreślając na jego nagim torsie skomplikowane wzory, cichym głosem opowiadała o snach, w których widywała Narfiego.

- Kilka razy powtórzył się ten sam schemat – szeptała czule – wygląda w nich na trzy- może czterolatka i biegnie korytarzami królewskiego skrzydła Valhalli. Mija twoją komnatę, biegnie aż do pokojów królewskich, do których drzwi się otwierają a on za nimi znika... I tutaj sen się kończy, nie widziałam nic więcej. Wiem jednak, że to nie jest zwykły sen, to sprawka mojego seidru.

- Sygin... – spróbował powiedzieć coś Loki, ale Azyna nie dała mu dokończyć:

-...czuję, że to nie są zwykłe sny. Potrafię odróżnić sen proroczy od zwykłego sennego marzenia, tak jak potrafię odróżnić prawdę od iluzji. I to był sen proroczy, niezbyt jeszcze dokładny, ale wiem, że jest proroczy.

- Ten sen – podjęła urwany wątek, przerywając na moment pieszczotę, którą obdarzała ukochanego – pozwala mi wierzyć w to, że Odyn zmieni swój wyrok. I jeżeli nie zrobi tego z miłości do ciebie, choć wciąż wierzę, że nadal darzy cię ojcowskim uczuciem; to zrobi to przez wzgląd na Narfiego.

Loki nie skomentował. Nie chciał odbierać ukochanej nadziei na przyszłość, choć sam widział ją w dużo ciemniejszych barwach. Postanowił jednak, że zatrzyma swoje obawy dla siebie, głęboko ukryte przed Sygin, by znów nie doprowadzić do kłótni. Niemniej jednak był niemal pewien, że sen, o którym mówiła Azyna był jedynie marzeniem, nie realną wizją, marzeniem, które pewnie nigdy nie doczeka spełnienia.

- Loki?

- Tak? – zapytał wyrwany z zamyślenia.

- Pocałunek za twoje myśli – szepnęła Sygin z iście szelmowskim błyskiem w oku.

- Zastanawiałem się nad tym, kiedy i jak przekazać to matce – skłamał gładko, wszak inni określali go istnym bogiem kłamstw – bo przecież musimy jej powiedzieć, prawda?

- Oczywiście, że musimy – zaśmiała się i pocałowała Lokiego w czubek nosa. Wiedziała, że kłamał, znała go zbyt dobrze, ale humor miała zbyt dobry, żeby psuć go sobie kolejną utarczką, bo wiedziała że łatwo prawdy jej nie zdradzi. Z drugiej strony podejrzewała również, że nadal, mimo wesołej miny i pozornego rozluźnienia, zamartwiał się ich przyszłością. Nie mogła go za to winić – w końcu to on miał najwięcej do stracenia, bo tracąc Sygin straciłby te złudzenie wolności. Nie mogła go również winić, że nie wierzył w zmianę wyroku, bo Odyn do tej pory nie dał im powodu, by w to uwierzyć.

- Powiemy jej przy najbliższej okazji, dobrze? – szepnęła mu na ucho.

Okazja nie nadarzyła się przez dobre półtorej tygodnia, aż pewnego razu po przebudzeniu Sygin po prostu zdecydowała złożyć wizytę królowej Asgardu. Wyślizgnęła się z objęć Lokiego, cichutko opuściła jego celę i wymknęła się z więzienia. Był wczesny poranek, ledwie świtanie.

Zastała Friggę na balkonie jej komnaty. Małżonka Odyna spoglądała na Asgard rozciągający się u jej stóp, ciesząc oczy pięknem wczesnego poranka w ich krainie. Sygin w ciszy stanęła obok niej, spoglądając na iskrzący się w oddali wszystkimi odcieniami tęczy Bifrost.

- Piękny widok – szepnęła Azyna – szkoda, że Loki nie może tego zobaczyć, tak strasznie lubi wschody słońca.

- Wiem o tym, córko. Czasami, kiedy był młodszy, potrafił przyjść do mojej komnaty, zmusić mnie abym wstała z łóżka i razem z nim je podziwiała. A i później nie raz zastawałam go wpatrzonego we wschodzące słońce – powiedziała czule Frigga. – Powiedz jednak, córko, co cię do mnie sprowadza. Czy z Lokim...?

- Nie, matko, nie martw się. Z Lokim wszystko w porządku. Pójdź ze mną do niego, mamy ci coś ważnego do przekazania.

Ujęła Friggę pod rękę i, rzuciwszy ostatnie spojrzenie za siebie, ruszyła w stronę więzienia. Loki już na nie czekał i, choć wydawał się spokojny, Sygin zauważyła w jego rysach i posturze oznaki zaniepokojenia.

- Matko – mężczyzna, ujął dłoń Friggi – mamy ci z Sygin do przekazania ważną wiadomość – zamilkł na moment z poważną miną. – Oczekujemy dziecka. Sygin urodzi mi syna – powiedział w końcu, a w jego tonie zabrzmiała nutka dumy.

Małżonka Odyna przenosiła wzrok z jednego na drugie, jakby nie wiedziała co począć i czy dobrze usłyszała.

- Jesteście pewni? – zapytała w końcu.

- Jak tego, matko, że jesteś tutaj z nami – odpowiedziała Sygin poważnym tonem – mój seidr nie zawodzi nigdy.

Frigga nie odpowiedziała, po prostu przytuliła ich oboje.