Ja chyba was za bardzo rozpieszczam moi kochani. Nowy rozdział, tak szybko? Ale w sumie, co mi szkodzi, przecież tak długo czekaliście, by poznać dalsze losy Sygin i Lokiego, że się Wam należy. I to jeszcze jak.
Rozdział zaczyna się dokładnie tam, gdzie skończył się poprzedni.
Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Jak coś to dajcie znać w rewiev, co konkretnie się Wam podobało.
- Jak chcesz nam pomóc?! – warknęła wyraźnie zdenerwowana Azyna. – Wyjaśnij albo mnie puść!
Jej podniesiony głos zwrócił uwagę przebywających w bibliotece Asów. Kilka osób odwróciło się w ich stronę, kilka rzuciło gniewne spojrzenia. Zainteresowani ich kłótnią szybko jednak powrócili do swoich zajęć, Sygin nie wiedziała jednak, czy to fakt, że jej rozmówcą był Thor czy może chodziło o nią samą.
Zwrócili na siebie uwagę i choć trwało to nie więcej niż trzy uderzenia serca, wystarczyło, by jasnowłosy książę zmieszał się i puścił ramię Azyny. Kochanka Lokiego wykorzystała sytuację i wybiegła z biblioteki, skręciła za załom korytarza i zniknęła. Na ponowne pojawienie się pozwoliła sobie dopiero przed zejściem do lochów, kiedy była pewna, że nie spotka już Thora.
Całe zajście wytrąciło ją mocno z równowagi, choć właściwie nie powinno. Nie miała również powodu, by warczeć na Thora, który całkiem szczerze zaoferował im swoją pomoc. Przez myśl przemknęło jej, że być może to problem wynikający z tego, że właściwie przez ostatni rok albo nawet więcej separowała się od Asów i wiodła żywot samotniczki. Przez to mogła zapomnieć, jak obchodzić się z ludźmi. A może upodobniła się do Lokiego z jego niechęcią do świata i jego mieszkańców? Nie, odrzuciła obydwie te opcje, bo w głowie zakiełkowała jej najbardziej prawdopodobna myśl ze wszystkich – jej zachowanie to po prostu wynikowa tego wszystkiego co się dzieje. Jest sfrustrowana postawą Odyna, który mógłby w końcu zrozumieć, że skoro wybaczył Thorowi, to Lokiemu też powinien. Denerwuje się, bo jeżeli teraz nie uda im się uzyskać złagodzenia wyroku, to jej ukochany całkowicie się załamie. Przede wszystkim jednak, jest w ciąży, która często zmienia łagodne kobiety w złośnice, gotowe do gryzienia i rzucania się do oczu za najbardziej błahą uwagę. A przecież ona, Sygin, nie należała do tych łagodnych.
Odkąd tylko pamiętała wszyscy dookoła twierdzili, że ma temperamencik. I choć zazwyczaj była dość chłodna i opanowana, zdenerwowana zmieniała się nie do poznania. Każdy, kto doświadczył jednego z jej „wybuchów" na swojej skórze był zdania, że tej kobiety nie należy irytować.
- Przepraszam, że tak długo mnie nie było – szepnęła do ucha pogrążonemu w lekturze Lokiemu – w drodze powrotnej wystąpiły niespodziewane okoliczności – a po chwili dodała, jakby odpowiadając na pytające spojrzenie szarych oczu – och, poszłam zobaczyć, jak idzie im naprawa Bifrostu.
- I jak?
- Odyn najął dwergarów, więc idzie im całkiem sprawnie.
- Skończyli go?
- Nie, ale pewnie już niedługo. Ale nie o tym chciałam z tobą rozmawiać. Mam nowe informacje o twoim posłuchaniu u Odyna.
Loki spiął się nieznacznie.
- Wezwie cię jutro, może za dwa dni – powiedziała, po czym syknęła cicho i poprawiła się – jutro, przyjdą po ciebie jutro.
- Seidr? – uśmiechnął się lekko.
- Tak. Ale nic więcej mi się nie objawiło.
Następnego dnia Sygin obudziła się niemal o świcie (a przynajmniej tak przypuszczała) i ku swojemu zaskoczeniu zastała Lokiego siedzącego na szezlongu i wpatrującego się z wyczekiwaniem w barierę.
- Loki - szepnęła Azyna, przeciągając się - długo nie śpisz?
Kiedy odwrócił twarz w jej stronę - wiedziała od razu. Tej nocy nie zasnął ani na chwilę - oczy miał lekko podkrążone, a twarz bledszą niż zazwyczaj. Dłonie oparł o kolana i zacisnął, aż zbielały mu knykcie. Kiedy je uniósł zobaczyła, że nieznacznie drżą.
- Boję się Sygin - szepnął. - Pierwszy raz w życiu tak mocno się boję.
Nim jednak Azyna zdążyła cokolwiek odpowiedzieć zjawili się ONI. Co najmniej dwudziestka, a może nawet trzydziestka Einherjarów, pod osobistym dowództwem Tyra. Stary wojownik skłonił się lekko w stronę Sygin i uśmiechnął się smutno, a nawet przepraszająco. Wtedy dostrzegła, że jeden z królewskich gwardzistów, ustawionych nieco z tyłu, trzyma kajdany.
- Nie! - Sygin z krzykiem zerwała się na równe nogi. - Nie zrobicie tego! Nie zaprowadzicie go przed oblicze Odyna skutego jak jakiegoś zbira!
Tyr wysunął się delikatnie przed szereg swoich ludzi i jeszcze raz skłoniwszy się przed Azyną i Lokim, powiedział:
- Nie mogę z tym dyskutować Sygin Aesirdottir. To rozkaz samego Odyna. Loki Laufeyson ma zostać doprowadzony przed jego oblicze w kajdanach – w jego głosie można było usłyszeć... ubolewanie? I nutę współczucia...?
- Tyrze Hymirsonie, Loki nie pójdzie nigdzie w tych kajdanach...
- Pójdę - przerwał jej milczący do tej pory Loki. Wstał i przesunął się przed kipiącą gniewem Sygin.
- Nie możesz...!
- Pójdę - powiedział dobitniej. Po czym odwrócił się do ukochanej i do dodał: - Sama mówiłaś, że muszę się dojść z Odynem do porozumienia. A nie zrobię tego, jeśli będę oponował. I całe starania twoje i matki pójdą na marne. Pozwól mi z nimi pójść - po czym nachylił się do jej ucha: - dla Narfiego. I dla ciebie.
Przytulił ją do siebie i jeszcze ciszej niż poprzednie słowa wyszeptał: - Nie patrz, proszę.
- Odyn tego pożałuje - wysyczała mu w ramię, ale nim zdołała coś jeszcze powiedzieć Loki zamknął jej usta pocałunkiem.
- Cssiiii - wymruczał. - A teraz... - pocałował Sygin czule w czoło - śpij.
Powieki Azyny stały się ciężkie i powoli opadły, a ona sama chwilę później zawisła w jego ramionach, pogrążona w głębokim śnie. Urok zadziałał bez problemu.
Loki ułożył śpiącą ukochaną na łożu i otulił jej własnym płaszczem. Następnie zwrócił się ku Tyrowi i skinął zachęcająco. Bariera została wyłączona, czterech Einherjarów wkroczyło do celi i przystąpiło do zakładania kajdan. Kiedy już go skuli, a trwało to dłuższą chwilę, bo kajdany założono mu nie tylko na ręce, ale i na nogi, a wszystko połączone było ciężkimi łańcuchami (Loki skwitował to uniesioną z rozbawieniem brwią), wyprowadzono go z celi i ponownie włączono barierę.
Sygin spała twardo, nie słyszała więc ani dzwonienia łańcuchów, ani tego jak się oddalili. Nie słyszała też tego, kiedy wrócili, rozkuli Lokiego i odeszli. Spała snem bez snów nieświadoma tego, co dzieje się wokół. Obudziła się dopiero, kiedy ukochany złożył jej ponownie czuły pocałunek na czole.
- Już wrócił… - urwała w pół zdania. – Rzuciłeś na mnie urok?
- Taki tam, delikatny czar. Nic wielkiego, pomyślałem, że przyda ci się chwila spokoju – szepnął – poza tym, gdybym tego nie zrobił dalej byś się awanturowała z Tyrem o te kajdany…
- Ale rzuciłeś na mnie czar! Nie powinieneś! Wykorzystałeś swoje zdolności przeciw mnie! – wybuchła Azyna. Chwilę później jednak opanowała emocje i westchnęła. – Przepraszam, nie wiem, co ostatnio we mnie wstąpiło. Przestaję myśleć racjonalnie, mam napady furii.
- Nie wiem, wiesz może to przez twój wyjątkowy stan? Wiesz, nigdy nie byłem w ciąży, więc nie wiem jak to jest – uśmiechnął się Loki. – Co do tego niewinnego zaklęcia, obiecuję, nie używać go już nigdy więcej, chyba, że mnie poprosisz, dobrze?
- Dobrze – westchnęła. – A jak poszło na audiencji?
Loki zasępił się. Czyżby było aż tak źle?
- Sęk w tym, że nie wiem – powiedział po chwili milczenia. – Zupełnie nie wiem.
- A co mówił Odyn?
- Nic.
- Opowiedz mi proszę o tym. – wyszeptała Sygin, przyciągając Lokiego do siebie i zmuszając go, by dołączył do niej na łożu.
Einhejarowie przywiedli Lokiego przed oblicze Odyna i nie czekając na jego rozkaz opuścili salę. Wszyscy poza Tyrem.
- Chcę zostać z więźniem sam – powiedział Wszechojciec. Jak miało się okazać później, to były jego jedyne słowa tego dnia.
Tyr skłonił się przed tronem i zniknął za tymi samymi drzwiami, za którymi zniknęła królewska gwardia.
Przez chwilę Odyn i Loki mierzyli się wzrokiem w milczeniu.
- Prosiłem o to spotkanie – zaczął młodszy z mężczyzn, kiedy cisza zaczęła mu ciążyć – prosiłem o to spotkanie, ponieważ chcę się z tobą pojednać. Pragnę, by nie było między nami zwady – powiedział, powtarzając słowa Sygin.
Wszechojciec milczał uparcie, ale w jego jedynym oku zapaliła się jakaś iskra zainteresowania.
- Chcę byś zrozumiał moje postępowanie, byś – Loki zawahał się – wiedział, dlaczego tak postępowałem.
Siedzący na tronie starzec nadal się nie odezwał. Skinął tylko dłonią, by stojący przed nim mężczyzna kontynuował.
Loki cichym głosem zaczął opowiadać: o tym jak w dzieciństwie z uwielbieniem słuchał wykładów Odyna o rządzeniu. O tym jak marzył, by okazać się godnym synem i zasiąść na tronie Asgardu. O tym, jak z Thorem sprzeczali się i przekomarzali na temat tego, który z nich będzie lepszym królem. O tym, jak głęboko wziął sobie do serca słowa Odyna o tym, że "mądry król nie dąży do wojny, ale jest na nią zawsze gotowy", przez co zamiast ćwiczeń fizycznych wolał skupić się na zdobywaniu wiedzy.
Mówił również o tym, jak zauważył, że Odyn się od niego oddalił i zaczął faworyzować Thora. O tym, jak mimo miłości do brata, zaczął odczuwać zazdrość. O tym jak tłumił ją, o tym jak głęboko ją skrywał. O tym, że przekonywał siebie samego, że nie ma powodów do żywienia tak negatywnych uczuć wobec swojego brata. O tym, że owszem czasami żartował sobie okropnie z Thora, jednak były to typowe braterskie złośliwości, czynione z miłością i bez złych intencji.
O tym, że im bardziej dorastał, im bardziej dojrzewał, tym więcej w swoim bracie dostrzegał zapalczywości i porywczości, co zgodnie z naukami Odyna nie było cechą dobrego króla. Wyznał, że nie potrafił zrozumieć dlaczego Wszechojciec tego nie potrafił dostrzec. Przyznał się do tego, że w głowie zaczął mu kiełkować plan udowodnienia wszystkim, że Thor nie zasługuje na odziedziczenie tronu. Powiedział też o tym, że zaczął szukać okazji, by dowieść swoich racji. Że próbował na długo przed tym nieudanym triumfem.
Przyznał wreszcie, że wpuścił Jotunów do Asgardu tajnym przejściem, jednym z tych, które znał tylko on. Wyznał, że z rozbawieniem obserwował panikę, którą udało mu się wywołać. Z napięciem czekał na to, co w skarbcu powie Thor, ogłoszony parę chwil wcześniej dziedzicem asgardzkiego tronu. Zaśmiał się smutno, przyznając, że w skrytości ducha liczył, że pomylił się co do oceny brata. Że pierworodny Odyna wykaże się mądrością godną króla.
Ale tak nie było, więc postanowił do końca przekonać ojca o swojej racji. I kiedy Thor dawał upust swojej złości przyszedł do niego z dobrą radą i jeszcze raz zaapelował do rozsądku. Chciał popchnąć swego jasnowłosego brata do działania wbrew woli ojca, jednocześnie łudził się jeszcze, że jego zabiegi coś dadzą. Thor jednak nie dość, że dał się wmanewrować i postąpił tak, jak można się było spodziewać, to jeszcze wciągnął w to wszystko Lokiego. Lokiego, który z tą sprawą nie chciał mieć nic wspólnego, by pokazać jak dobrym synem i materiałem na władcę jest.
Kiedy jednak Kłamca przerwał swoją opowieść, by zebrać się do tego o czym rozmawiać najciężej, o odkryciu swojej prawdziwej tożsamości, Odyn uniósł dłoń. Wydawało się, że chce coś powiedzieć, ale nie rzekł nic. Gungnirem trzykrotnie uderzył w posadzkę i wkrótce w Sali zjawili się Einhejarowie, którzy poprowadzili Lokiego z powrotem do lochów.
Audiencja była zakończona.
Sygin milczała dłuższą chwilę, jakby nie wiedząc co powiedzieć. Była oburzona zachowaniem Odyna, bo nie tego się po nim spodziewała. Ponad dwa miesiące temu witał Lokiego z otwartymi ramionami, niczym zbłąkanego syna. Dwa tygodnie później skazał go na samotność, odbierając Azynie możliwość widywania się z nim po donosie urażonej i przegranej Sif. A teraz... teraz nie dość, że kazał przywlec Lokiego w kajdanach, to jeszcze zupełnie zignorował go na audiencji, na którą sam wyraził zgodę.
Zmiana, jaka zaszła w Odynie była nie do pojęcia. Zupełnie jakby był kimś innym, jakby na asgardzkim tronie zasiadła inna osoba. Zniknął gdzieś dobrotliwy ojciec, łagodny w swych wyrokach, zastąpiony przez zimnego i cynicznego starca, który zapamiętał się w swoim gniewie i ignorował chęć porozumienia. To było nie do pomyślenia!
- Nie odezwał się do ciebie ani słowem? - spytała w końcu.
- Ani jednym. Nie liczyłem może na jakiekolwiek ciepłe przywitanie, ale – w głosie Lokiego słychać było rozgoryczenie – ale mógł powiedzieć do mnie cokolwiek. Oprócz zdania, które skierował do Tyra nie wyrzekł ani słowa. Ani jednego słowa, Sygin.
Ostatnie zdanie zabrzmiało tak żałośnie, że Azynę aż zakuło w piersi. Przytuliła więc ukochanego do siebie i chwilę tak z nim trwała, walcząc z narastającym gniewem. Tak nie mogło być. Nie takiego traktowania się spodziewała, bo to co prezentuje Odyn, całkowicie odbierało nadzieję, na jakiekolwiek porozumienie. Ale nie mogli przestać walczyć o wolność dla Lokiego, zwłaszcza teraz, kiedy nie robili tego tylko dla siebie, ale i dla ich nienarodzonego syna. Sygin musiała być silna, musiała dawać nadzieję i mieć nadzieję, choć sprawy miały się beznadziejnie.
- Może nie chciał ci przerywać? - zapytała nieco naiwnie, żeby oderwać ukochanego od ponurych myśli.
- Nie, Sygin, przecież w takim wypadku powiedziałby cokolwiek na sam koniec, prawda? To wszystko na nic, to... beznadziejne.
- Musimy być dobrej myśli - Sygin szepnęła pocieszająco. - Przecież się nie poddamy, prawda? A milczenie Odyna wcale nie musi być takie złe i od razu zwiastować nieszczęścia - zabrzmiało to nawet wiarygodnie, co mocno zdziwiło mówiącą - może go wzruszyłeś? Może bał się, że wyda ci się słaby, kiedy okaże jakiekolwiek uczucia? Kto wie, co siedzi w jego głowie... Jutro pójdę do matki i dowiem się, co jej powiedział i dowiem się co dalej, dobrze?
Wen miewa się całkiem nieźle, bo rozdziały zaczęły mi się całkiem ładnie wydłużać, choć oczywiście dokarmiony będzie sprawował się jeszcze lepiej.
A na koniec pytanie - czy zauważył ktoś z was mały mitologiczny żarcik w tym rozdziale?
