Rozdział czwarty, czyli Czarodziejskie Podziemie

- Jako że najwyraźniej jest to zawiła historia, być może powinna pani zacząć od początku, panno Granger - westchnął Snape. – Sądziłem, że w tej samej sytuacji znajdują się tylko Weasleyowie.

- Herbaty? Właśnie się parzy - zaproponowała i wstała, kiedy kiwnął z roztargnieniem głową. Znikła w sąsiednim pomieszczeniu. Jej głos ledwo dał się słyszeć wśród pobrzękiwania kubków. – Więc słyszał pan, że cztery miesiące temu, tuż po tym, jak Harry został ranny, Ministerstwo aresztowało Freda i George'a Weasleyów za „rozprowadzanie niebezpiecznych produktów wśród niczego nie podejrzewających klientów.'"

- Hogwart jest teraz niemal całkowicie odcięty od świata — tak naprawdę nigdy nie przestał być traktowany jak oblężona twierdza – ale tej akurat nowinie udało się do nas dotrzeć. Uczniowie byli zrozpaczeni, że ich źródełko dostaw nagle wyschło. Ja byłem wniebowzięty.

Wróciła z dwoma parującymi kubkami.

- Ejże, profesorze, Fred i George wcale nie są tacy źli.

- Ach, doprawdy? Jeden z ich Eksplodujących Szczękołamaczy zabił chłopca, jak pani dobrze wiadomo – Snape pociągnął łyk herbaty. I zakrztusił się, o mało jej nie wypluwając. Hermiona poczuła się lekko urażona, ale w końcu Snape'owi udało się wykaszleć: - Nie, nie, proszę mi nie wmawiać,że Ministerstwo zamordowało dziecko, żeby wrobić Weasleyów.

- Wciąż nie jestem tego pewna - przyznała. – Ale bliźnięta twierdzą, że przetestowali Szczękołamacze na sobie tak dokładnie, że już dawno by ich nie było na świecie, gdyby przedstawiały jakiekolwiek zagrożenie dla życia. Kiedy tylko usłyszałam, że zostali skazani na banicję, postanowiłam w pierwszym odruchu postarać się o odwołanie. Trafiłam na nich przypadkiem, gdy wychodzili z Ministerstwa — ich aresztowanie było bardzo nagłośnione, ale rozprawa już nie — i zabrałam ich do mojego mieszkania. Wieczorem przez kominek wparował wściekły Ron, wrzeszcząc, że pan Weasley został właśnie postawiony w stan oskarżenia za „pomoc finansową udzielaną niebezpiecznym handlowcom".

- Co oczywiście jest idiotycznym pomysłem. Weasley nie ma dwóch groszy przy duszy, więc tym bardziej nie wydawałby ich na tych nicponi.

- I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mamy do czynienia ze zwykłą głupotą lub przesadzoną reakcją Ministerstwa, ale czymś znacznie gorszym. Każdy wie, że pan Weasley zamierzał w tym roku wystawić swoją kandydaturę przeciwko Fudge'owi, i choć Fudge cieszył się nadal sporym poparciem ludzi, pomimo niewątpliwej wpadki, jaka była polityka w stylu „nie-wierzymy-że-Voldemort-wrócił", sądzę, że miałby spore trudności z pokonaniem tak popularnego bohatera wojennego.

- Ciekawe, że popularny bohater wojenny zasłużył jedynie na Order Merlina trzeciej klasy - zadrwił Snape.

- No cóż, zdjęcia, pokazujące jak prowadził atak na Hogsmeade, naprawdę umocniły jego popularność wśród ludzi, nawet jeśli nie wywarły większego wrażenia w Ministerstwie. Oczywiście zdjęcia załamanych rodziców płaczących nad trumną ośmioletniego dziecka, które zginęło w wypadku ze Szczękołamaczem, zdecydowanie zaszkodziłyby jego pozycji w wyborach. Ale jeśli, jak podejrzewam, to rzeczywiście był ustawiony wypadek, Ministerstwo postanowiło, że na tym nie koniec. Wygnali też pana Weasleya.

- Przypuszczam, że również i jego zabrała pani do swojego mieszkania?

- Naturalnie. To, co składa się lub nie na „społeczeństwo magicznego świata" ma dość niejasne granice, ale ja, jako osoba pochodząca z mugolskiej rodziny mieszkająca w mugolskiej części miasta najwyraźniej się nie liczę. Typowe - dodała z lekką goryczą. – Nie mieliśmy żadnego sensownego pomysłu na to, jak umożliwić im powrót do ich prawdziwego świata, więc spędzałam wieczory i weekendy na uczeniu ich mugolskiego stylu bycia, techniki, historii i tak dalej, żeby mogli starać się o niemagiczną pracę. Skoro o pracy mowa, zajęcia z Weasley'ami zabierały mi tyle czasu, że można by swobodnie potraktować je jako drugi, obok badań nad eliksirami, pełny etat. Po dwóch tygodniach byłam na skraju załamania nerwowego.

- Przypuszczam, że przynajmniej Artur Weasley powinien nie posiadać się z radości, że ma okazję żyć jak mugol - mruknął Snape.

- Myślę, że traktował to raczej jako osłodę gorzkiego losu. Nazwał chyba całą sprawę „wielkim eksperymentem". Ale uczniem okazał się dużo bardziej entuzjastycznym, niż zdolnym.

- Nareszcie wie pani, jak ja się czułem przez te wszystkie lata.

- Niech się pan nie waży usprawiedliwiać swojego haniebnego zachowania na lekcjach eliksirów – powiedziała surowo Hermiona, ale jednocześnie mimowolnie się uśmiechnęła.

Gdzieś z wnętrza kamienicy dobiegł tupot nóg po schodach. Snape uniósł brew, Hermiona wyjaśniła więc, że frontowe wejście służyło tylko do przyjmowania nowego narybku.

- Wszyscy ci, którzy już przeszli szkolenie „jak być Mugolem" wchodzą i wychodzą tylnymi drzwiami - powiedziała. – To pewnie jeden z bliźniaków, pracują w dziwnych godzinach. A może Mundungus.

- Słodka Nimue - mruknął, chowając twarz w dłoniach. – Myślałem, że mam już za sobą obcowanie z tym typkiem.

- Proszę nie narzekać, to ja mam wątpliwą przyjemność szukania mu ciągle nowej pracy, kiedy wyrzucą go z poprzedniej… Ale na czym my to stanęliśmy?

- Na pannie Granger powoli wpadającej w obłęd wskutek bawienia się w nauczyciela niekompetentnych Weasleyów - stłumione słowa dobiegały zza dłoni, w których Snape nadal chował twarz.

- Właśnie. Dotarliśmy do miejsca, w którym Theo Nott został zawleczony do Departamentu Przestrzegania Prawa i oskarżony o „związki ze śmierciożercami". Aha, widzę, że nie słyszał pan o tym… Nie sądzę, żeby wielu ludzi o tym słyszało, „Dzienny Prorok" napisał tylko o sprawie Weasleyów. Ale mówił pan, że pisali również o pana aresztowaniu… Hmmm. W każdym razie Ministerstwo oświadczyło, że Theo rekrutował w Hogwarcie zwolenników dla Voldemorta.

- Niech zgadnę, co działo się dalej. Zaczyna się od litery „b".

- I kto tu jest panną wiem-to-wszystko? Dowiedziałam się o jego rozprawie podczas przerwy na obiad, więc pobiegłam tam i zdążyłam go złapać, kiedy już wychodził. Biedny chłopak, był tak załamany, że gdyby zostawić go samego, prawdopodobnie rzuciłby się prosto pod samochód. Ale uwaga, nie wymyśliłam jeszcze, czemu Ministerstwo chciałoby go wrobić. Być może po prostu raz jeszcze ktoś wyciągnął pochopne wnioski. Wszystkich ciągle przeraża myśl o tym, że Śmierciożercy mogą znów zacząć działać, zwłaszcza po ataku na Harry'ego.

Przerwała i przełknęła nerwowo ślinę.

- Nie mogłam Thea tak zostawić, więc wzięłam go do siebie.

- Chwileczkę. Nie jesteśmy teraz w pani mieszkaniu, prawda?"

- Nie, musiałam znaleźć nowe lokum, które pomieściłoby zalew, hmm, klientów.

Snape przyszpilił ją wzrokiem niczym sokół mysz. - A jako że jesteśmy w samym środku dnia - dnia roboczego - zakładam, że nie pracuje już pani w laboratorium eliksirów.

- No cóż, nie mogłam zostać w Ministerstwie! Poza tym coraz dłuższa była lista bezradnych czarodziejów… Bez obrazy, profesorze. Przecież nie mogłabym dalej pracować dla skorumpowanego rządu. Wzięłam urlop.

- A to nas prowadzi do kwestii najważniejszej: jak… to … pani … finansuje?

Hermiona przybladła.

- Ee… Normalnie. Hojni sponsorzy.

- Sponsorzy? – powtórzył, kładąc nacisk na „-rzy".

- Oj, no dobrze, sponsor.

- A czy ten sponsor nie jest aby przypadkiem bogatym byłym Śmierciożercą czystej krwi? – spytał Snape, obnażając pożółkłe zęby w grymasie mającym przypominać uśmiech.

- Cholera. Jak pan zgadł?

- Panno Granger, rani mnie pani. Jestem Legilimensem. Ja nie zgaduję, ja wiem. Niczego pani przede mną nie ukryje.

Jej twarz znów się zaróżowiła, zwłaszcza na policzkach. - Ale— ale ja myślałam… czy nie jest do tego potrzebna różdż…
Snape wzniósł oczy do góry. – Całkowity brak poczucia humoru.

- Mam poczucie humoru, Profesorze - powiedziała dość sztywnym tonem Hermiona. – Po prostu nie zdawałam sobie sprawy, że pan takowe posiada. Proszę mi nie mówić, że Lucjusz Malfoy osobiście pana do mnie skierował?

- Ależ tak.

- Nigdy tego wcześniej nie robił. Zawsze wysyłał jakiegoś sługusa. Zazwyczaj Crabbe'a.

- Malfoy chciał spłacić dług życia.

- Złodziejski honor?

- Ha, łatwo pani mówić, panno Granger, nie zapominajmy jednak, że sama wyciąga pani rękę po pieniądze zgromadzone za cenę krwi. Jak pamiętam, Malfoy niemal panią raz zabił. Jak to się stało, że podjęła pani z nim współpracę?

Przygryzła wargę, co go tylko jeszcze bardziej zirytowało, ale coś w jej oczach powstrzymało go od dalszych złośliwych uwag.

- Nie chciałam. Nie wiedziałam już, co począć. A w końcu wróg mojego wroga jestmoim przyjacielem. Wie pan, on był z Theo, na rozprawie — pana jako jedynego wtrącono do Azkabanu, więc wszyscy pozostali mieli trochę czasu, żeby poszukać pomocy zanim stanęli przed Wizengamotem — i Theo jest jego kuzynem z drugiej linii, jedynym Nottem, który nie został zabity podczas wojny…

- Ponieważ młody pan Nott był jedynym z tej bandy, który walczył po naszej stronie, zamiast u boku Voldemorta. Nie potrzebuję słuchać o jego losach. Byłem kierownikiem jego domu.

- Przepraszam - powiedziała cicho Hermiona. – Więc zabrałam ich do mugolskiej kawiarni i zaproponowałam, że wezmę Thea do mojego coraz bardziej zatłoczonego mieszkania. Kiedy uprzedziłam na wszelki wypadek, że jest raczej zawłaszczone przez Gryfonów, Malfoy długo się rozwodził, najpierw nad radością, jaką budziło w nim nieszczęście Weasleyów, potem nad zgrozą, jaką budził w nim coraz bardziej oczywisty sposób działania Ministerstwa. A w końcu oświadczył, że nie będzie patrzył obojętnie, jak czarodzieje czystej krwi są wysyłani, by — ehm, no, sam pan go zna. Na pewno może pan uzupełnić puste miejsca.

- Jak mniemam, chodziło o „by upadlali się wśród brudnych mugoli."

- O, pana sformułowanie brzmi dużo uprzejmiej.

Snape znów się uśmiechnął. – I ach, wielka i wspaniała panna Granger zaciska zęby, ignoruje wyzwiska, którymi się obrzuca społeczność, z której pochodzi, i nadstawia dłoń. To piękny powód do dumy.

- Nie zrobiłam tego, ty draniu, gdybym nie wiedziała na pewno, że Malfoy, choć jest ignorantem, szowinistą i byłym mordercą, rozstał się poniekąd z dziedziną czystego zła.

- Doprawdy. A skąd pani to może wiedzieć?

- Ponieważ – powiedziała, poważniejąc nagle – pan mu ufa. Nigdy by go pan nie przyprowadził do Zakonu, gdyby mu pan nie ufał. A ja ufam panu.

Snape odkrył, że nie wie, co na to odpowiedzieć.

- Och! - wykrzyknęła z zakłopotaniem Hermiona po dłuższej chwili niezręcznej ciszy. – Już prawie pora obiadu, a pan na pewno nic nie jadł! Musi pan być głodny jak wilk. Mm… zabiorę pana gdzieś do restauracji, żeby pana ocalić przed kuchnią Freda… Nie jest w tym zbyt dobry, ale ma dużo dobrej woli, i nawet udało mi się przekonać panią Weasley, że naprawdę musi pozwolić nam żyć jak mugolom i że nie powinna robić wszystkiego za nas za pomocą magii…

- Właściwie - powiedział, odzyskując głos – Wolałbym uczcić mój pierwszy dzień bez magii mocno, bardzo mocno się upijając.