Rozdział piąty, czyli butelka whisky i ty

Snape siedział w ciemnym kącie pubu w sąsiedztwie kwatery głównej magicznego podziemia, kończąc drugą szklankę whisky i rozmyślając nad tym, że zapewne nie on pierwszy poprosił o coś takiego, nie on pierwszy chciał zablokować ból poprzez otumanienie się alkoholem. W oczach Hermiony nie zobaczył ani oburzenia, ani dezaprobaty. Kiwnęła głową i powiedziała, że lepiej będzie, jeśli zostawi swój długi frak w domu.

Nie zaprotestował. To ona teraz była ekspertem, a zresztą każdy kretyn byłby w stanie zauważyć, że mugole ubierali się dużo mniej formalnie od czarodziejów. No, od większości czarodziejów. Ale czuł się nieswojo, robiło mu się od tego niemal niedobrze — po latach ubierania się w kilka warstw, paradowanie tylko w spodniach i lnianej koszuli wydawało mu się… nieprzyzwoite. Wsunął się z krzesłem głębiej w róg sali, a kiedy Hermiona wróciła z kolejnymi dwoma szklankami i obie postawiła przed nim, skrzyżował ramiona.

- Gdybym nie znał pani lepiej, pomyślałbym, że pochwala pani moje upijanie się na umór - mruknął.

- Nie pochwalam - odparła, wsuwając do ust czipsa ze smużką keczupu. – Ale rozumiem. Prawdopodobnie zareagowałabym w ten sam sposób. Obrabowano pana z niezmiernie ważnej części pana osobowości, jest pan ciągle w szoku i nie chce o tym teraz w ogóle myśleć. Kiedy już pan przejdzie fazę negacji, prawdopodobnie zacznie pan odczuwać złość…

- Niech mi pani oszczędzi mugolskiej psychologii. Zakłóca to mój stan upojenia alkoholowego.

Ustąpiła i już w milczeniu patrzyła, jak wychyla trzecią szklankę whisky.

Jedna jej część głęboko mu współczuła. Sama czułaby się bardzo źle, gdyby złamano jej różdżkę, a przecież zanim list z Hogwartu nie pojawił się na progu jej domu 10 lat temu nic nie wiedziała o magii. Dla czarodzieja urodzonego w czarodziejskiej rodzinie musiało się to równać z utratą wzroku.

Druga jej część była zachwycona tym, że się tu znalazł — były szpieg z nowymi informacjami, które w mgnieniu oka zmieniły jej rolę z guwernantki i pośredniczki pracy na bojowniczkę o wolność. Wiedziała teraz, że nie walczy z wiatrakami. Naprawdę istniał jakiś spisek. Od naciskania na Snape'a, by zaczęli natychmiast pracować nad strategią działania, powstrzymywała ją jedynie myśl, że profesor potrzebował trochę czasu, by powrócić do równowagi.

A jej ostatnia część — jej wewnętrzny student — była niezmiernie ciekawa, jakim mugolem okaże się Severus Snape.

W tym typowym pubie dla klasy pracującej, do którego ludzie przychodzili przeważnie w dżinsach i ubłoconych butach, wyglądał nie na miejscu nawet bez swojego onieśmielającego stroju mistrza eliksirów. Przyglądała mu się uważnie: czarne, długie do ramion włosy tworzyły szokujący kontrast z białą koszulą, o którą się ocierały. Przez moment wyobraziła sobie Snape'a w dżinsach – rozbawiło ją to. Trudno byłoby wyobrazić go sobie w błękicie. Z tą bladą karnacją wyglądał jak wyjęty żywcem z biało-czarnego filmu. Pomyślała, że raczej to do niego pasuje.

Podczas gdy Hermionę pochłaniały te ukradkowe obserwacje, Snape rozglądał się ponuro po pubie. Zdał sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie doceniał uroków — tu o mało nie parsknął — Dziurawego Kotła. To miejsce było jaśniejsze, czystsze i powinno być radośniejsze, ale zdjęcia na ścianach nie poruszały się, jedzenie i drinki nie były podawane za pomocą zaklęć lewitacyjnych, a mugolskich klientów cechował przerażający brak różnorodności. Pomimo wszystkich jaskrawych barw ten świat był zdecydowanie monochromatyczny.

Ta konstatacja naprowadziła go nieuchronnie na problem, który omijał w myśli od czasu pobytu w ministerialnej toalecie. Przez całe popołudnie jego prawa ręka sięgała odruchowo do futerału w lewym rękawie i za każdym razem jego mózg włączał się z opóźnieniem, przypominając mu, że różdżki już tam nie ma. Od dnia, kiedy wręczył mu ją pan Ollivander, nigdy się z nią nie rozstawał. Spał z nią nawet w dzieciństwie, aby mieć się czym bronić przed ojcem i nigdy nie wyzbył się tego nawyku.

Zastanowił się, czy może to wszystko jest po prostu przedłużającym się koszmarnym snem, z którego uda mu się w końcu obudzić. Postawił na stole nieco niepewnie czwartą opróżnioną szklankę i westchnął.

- Idiotyzmem było sądzić, że środek depresyjny poprawi mi nastrój - powiedział do Hermiony, która sączyła nieznany mu brązowy gazowany napój.

- Aż mi się nie chce wierzyć, że wciąż mówi pan sensownie po takiej ilości alkoholu.

W jego śmiechu nie było słychać radości.

- Dajmy mu czas, jego magia zacznie w końcu działać. To jedyny jej rodzaj, jaki mi pozostał.

- Profesorze..

- Och, niech się pani nie martwi. Nie zamierzam tego robić regularnie. Z zasady nie piję, a jeśli już, to prawie zawsze w samotności.

- Antyspołeczny nietoperz.

Parsknął.

- Z tego powodu też, jak mniemam, ale przede wszystkim dlatego, że drżę na myśl, co mógłbym z siebie wykrztusić pod wpływem trunku.

- Więc dlaczego pozwolił mi pan pójść ze sobą?

Uniósł brew. – Czy to wygląda jak Trzy Miotły?

- Jestem przekonana, że sam by sobie pan też poradził.

- Dobrze, powiedzmy, że chwilowo odpowiadam uprzejmością na uprzejmość.

Hermiona poczuła się zbita z tropu. Zastanowiła się przez chwilę. Alkohol chyba zaczął na niego wreszcie działać – niby jaką uprzejmością odpowiada na jaką uprzejmość? Spróbowała przypomnieć sobie, o czym mówili wcześniej, ale zrezygnowała, kiedy Snape odezwał się znowu.

- Wie pani, bardzo niewielu ludzi mi ufa.

Słysząc tę wyraźną podpowiedź, nie była w stanie powstrzymać zdumionego „och!".

- Proszę nie udawać, że to panią dziwi - mruknął, nie zrozumiawszy jej reakcji. – Nawet po wojnie nie byłem popularną postacią. Skończyłem jako dyrektor jedynie dlatego, że Minerwa zrezygnowała z pracy, żeby dojść do siebie po wojennych przeżyciach.

- Ha, może za bardzo przykładał się pan do odgrywania czarnego charakteru? Może gdyby był pan choć trochę mniej aspołecznym nietoperzem…"

- Dlaczego mi pani ufa, panno Granger? – zapytał niemal błagalnym tonem.

- Czy może pan darować sobie tę „pannę Granger" i mówić do mnie Hermiona? Czuję się tak, jakby miał pan za chwilę zabrać punkty Gryfindorowi.

- Rozważę pani propozycję, kiedy przestanie pani mówić do mnie „profesorze".

- Hmm. Wygląda na to, że jesteśmy w impasie.

- Unika pani odpowiedzi na pytanie.

- Właściwie kiedy whisky zacznie wywierać na pana jakikolwiek wpływ?

Drgnęły mu usta.

– Prowadzę z panią rozmowę o — grymas — uczuciach. Czy to nie dość?

- Też prawda.

Przez chwilę zbierała myśli, usiłując uporządkować i ująć w słowa wszystkie emocje, jakie nagromadziły się w niej w związku z jego osobą przez większą część jej dzieciństwa i przez całe dorosłe życie. Oczywiście trudno by jej było stworzyć jedną, całościową opinię o Snapie. Ogromnie ją zranił odrzucając jej podanie o praktykę u niego, nie tylko dlatego, że chciała zostać mistrzynią eliksirów, ale również dlatego, że naprawdę podziwiała jego talent i tak bardzo starała się zdobyć jego szacunek... Jakieś pół roku po ukończeniu szkoły postanowiła w końcu przestać upierać się przy jedynym nauczycielu, który nie unosił się nad jej błyskotliwością (poza Trelawney, która się nie liczyła) i zajęła się czymś innym.

Ale Snape nie pytał teraz, co o nim sądziła w ogólności, więc zapewne uda jej się wymyślić jakąś odpowiedź.

- Podczas mojego pierwszego roku w Hogwarcie w ogóle panu nie ufałam - powiedziała powoli. – Byłam pewna, że próbuje pan ukraść Kamień Filozoficzny i przy okazji zabić Harry'ego. To był duży szok, kiedy się dowiedziałam, jak niewłaściwie zinterpretowałam fakty – nie tylko nie był pan „tym złym", ale jeszcze próbował pan uratować Harry'ego przed prawdziwym złoczyńcą.

- Naprawdę kusiło mnie, by po prostu założyć ręce i patrzeć, jak ten arogancki kretyn spada z miotły.

- No widzi pan, właśnie o to chodzi. Wyraźnie nienawidził pan Harry'ego. Był pan złośliwy, a czasem okrutny wobec Gryfonów, a o ile wiem, również dla Puchonów i Krukonów. A równocześnie przez te wszystkie lata cały czas starał się pan zachować nas przy życiu, chroniąc szczególnie Harry'ego. Jedno zdaje się wykluczać drugie i - jak sądzę – większość ludzi uznaje za prawdę jedynie pana najbardziej, ehm, widoczne cechy, ignorując fakty świadczące o pana szlachetności.

- Niech pani nie kreuje mnie na bohatera romantycznego, panno Granger - powiedział, zacinając się niemal niedostrzegalnie przy trudniejszych zbitkach głosek. - Potter musiał przeżyć, aby zmierzyć się z Voldemortem. Nie miałem zamiaru dawać się pomiatać temu megalomaniakowi przez resztę mojego nędznego życia.

- Nie kreuję pana na bohatera romantycznego. Mówię tylko, że pomimo wszystkich pańskich zjadliwych uwag (notabene, nie zapomniałam komentarza o moich zębach), zawsze robił pan wszystko, co było trzeba. Mnóstwo ludzi ryzykuje życiem dla osób, które kochają, ale bardzo niewielu czyni to dla tych, których nie lubi… Tak więc doszłam do wniosku, że wierzył pan tak bezgranicznie w to, co chciał osiągnąć profesor Dumbledore, że poza nim samym był pan chyba najbardziej godny zaufania w całym Zakonie.

Wzięła głęboki oddech, zaryzykowała i spojrzała mu prosto w oczy.

Patrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem.

– Z pani zębami jest wszystko w porządku - powiedział w końcu.

Hermiona parsknęła śmiechem.

– Przebaczyłam to panu dawno temu. W końcu moje zęby rzeczywiście były dość duże, zanim pański drwiący komentarz nie przekonał mnie, by się postarać o niewielką magiczną operację dentystyczną. Zadziwiające, czego może dokonać różdżka.

Zesztywniał. Był to odruch tak minimalny, że nawet by tego nie zauważyła, gdyby nie pożałowała niefortunnego doboru słów natychmiast po zamknięciu ust.

- Och, bardzo przepraszam, profesorze…

- Nieważne - powiedział szorstko. – Myślę, że mogę już iść.

Wstał zadziwiająco płynnie jak na człowieka, który wypił cztery głębsze na pusty żołądek, ale do drzwi skierował się już niezbyt pewnym krokiem. Hermiona dogoniła go na ulicy i zanim zdążyła sobie to wyperswadować, ujęła go za ramię.

- Nie trzeba mi pani…

- Jest ciemno - powiedziała spokojnie. – Będę się tak czuć bezpieczniej, jeśli to panu oczywiście nie przeszkadza.

Nie odpowiedział. Ale nie uchylił się.