Rozdział szósty, czyli sprawy przybierają gorszy obrót

Dzięki dziesięciu poprzednim doświadczeniom Hermiona wypracowała sobie stały schemat postępowania w początkowych dniach z wygnanymi czarownicami i czarodziejami (których była zdecydowana większość). Dawała im 24 godziny na nurzanie się w rozpaczy, w jej towarzystwie lub w samotności. Wydobywała z nich wyjaśnienie, dlaczego zostali wypędzeni, ale nie dręczyła ich innymi pytaniami, ani nie zalewała ich informacjami o tym, co dalej.

W następnej fazie zmuszała ich do wykąpania się, zjedzenia czegoś, przebrania się w czyste ubranie i rozpoczęcia przyspieszonego kursu mugoloznawstwa, tak praktycznego, że w Hogwarcie nikomu się o tym nie śniło. Po mniej więcej dwóch tygodniach wypychała ich do pracy, na początku zazwyczaj na ułamek etatu.

To prawda, nie była psychologiem, jak zauważył sarkastycznie Snape, ale wiedziała z własnego doświadczenia, że jeśli człowiek ma bez przerwy jakieś zajęcie, nie spędza czasu na rozstrząsaniu Co By Było Gdyby.

Filantropia Malfoya miała skutek uboczny: ponieważ poza godzinami pracy wszyscy przebywali w jednym miejscu, automatycznie tworzyli dla siebie stałą grupę psychologicznego wsparcia. Nad biurem, kuchnią i salonem znajdowały się trzy piętra sypialni. Niektórzy lokatorzy, przede wszystkim Fred i George, zarabiali już tyle, że mogli bez obaw spróbować życia na własną rękę. Nic nie wskazywało jednak, by ktoś miał ochotę na wyprowadzkę. A bliźniacy kupowali dla domu różne mugolskie urządzenia, ostatnio nawet komputer, lepszy niż ten, którego Hermiona używała do lekcji. Kiedy weszła do salonu ze Snape'm, właśnie się nad nim pochylali.

- Hej - powiedział Fred nie odwracając głowy. - Hermiona, twój kurs o Internecie omijał najistotniejsze informacje.

- Oo taak - przytaknął George, z oczyma wlepionymi w ekran. – Myślę, że znaleźliśmy wreszcie coś, w czym mugole przewyższają czarodziejów.

Na ekranie dojrzała skrawek nagiej skóry i przewróciła oczami.

- W końcu te uroki przestaną was ekscytować - powiedziała. – Prawdopodobnie wtedy, kiedy dojrzałość wreszcie pokona wasze odwieczne starania, by się jej wymknąć.

- A zatem nigdy – powiedzieli chórem.

- Uważajcie, ślina wpływa niekorzystnie na klawiaturę – odcięła się bez złośliwości. Nigdy by się do tego przed bliźniakami nie przyznała, ale lubiła ich towarzystwo. Ich niepowstrzymane poczucie humoru było czasem jedyną rzeczą, która ratowała ją przed utratą zmysłów. – Pusta sypialnia jest gotowa?

- Tata wysprzątał ją wczoraj. Nowy eks? - zapytał bez zainteresowania Fred. Niewiele czasu zabrało bliźniakom ukucie tego terminu na wygnanych eksczarodziejów, eksczłonków magicznego świata.

- Profesor Snape – powiedziała, w płonnej nadziei, że na tym się skończy.

Odwrócili się w mgnieniu oka, z twarzami rozjaśnionymi uśmiechami godnymi kota z Cheshire. O nie, pomyślała z rozpaczą, ale Snape odezwał się zanim zdążyła sama coś wymyślić.

- Nie wątpię, że wprost umieracie z pragnienia zemsty na mnie za lata szlabanów z Filchem, ale serdecznie wam odradzam podejmowanie takiej próby właśnie dzisiaj - powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała stal.

- Rani nas pan - powiedział George, przyciskając dłoń do serca.

- Po prostu chcemy panu pokazać, jak mile jest tu pan widziany - powiedział Fred.

- Dokładnie tak mile, jak widział nas pan w Hogwarcie - dodał George.

- A może tak mile, jak ja powitałam was? - wtrąciła Hermiona, rzucając im wymowne spojrzenie i mając nadzieję, że ten komunikat do nich dotarł. – Tędy, profesorze.

Poprowadziła go przez trzy piętra schodów – naprawdę robiło na niej wrażenie, że ciągle trzymał się dość pewnie na nogach — i wepchnęła go do ostatniego wolnego pokoju. Będzie musiała dać znać Malfoyowi, że trzeba dodać kolejne piętro.

Pokazała mu najbliższą łazienkę, wyjaśniła, jak działają kontakty i poinformowała, że pierwsze osoby schodzą na śniadanie już koło szóstej rano, a następnie poszła poszukać ubrań w jego rozmiarze.

Kiedy wróciła, stał wyglądając przez okno, ciemny mężczyzna w ciemnym pokoju z widokiem na ciemny świat. Położyła cicho ubrania na łóżku i wyszła bez słowa.

Następnego dnia w południe mocne postanowienie Hermiony, aby zostawić swojego najnowszego podopiecznego w spokoju aż do popołudnia, niemal całkowicie osłabło wskutek ponagleń jej przemożnego pragnienia, by wreszcie dowiedzieć się o wszystkim — począwszy od tego, jak wygląda szpitalny pokój Harry'ego, skończywszy na teoriach Snape'a o podejrzanych siłach stojących za całą sprawą. Po kilku miesiącach spędzonych na minimalizowaniu szkód z zewnątrz, na dbaniu o to, by wygnańcy z magicznego świata nie umierali na ulicach, nareszcie trafiła na trop i czuła, że po prostu musi coś zrobić.
Znalazła już nową pracę dla Mundungusa – wysłała go do zespołu trudniącego się wywozem śmieci w zakładzie oczyszczania miasta, myśląc z pełną zaciętości satysfakcją: „ciekawe, czy teraz znajdzie tam coś do zwinięcia…". Wyszukała odpowiednie ubranie robocze dla pana Weasleya, którego radość z bycia sprzedawcą w sklepie elektronicznym łączyła się z ponurą determinacją, by nie mieć już nic wspólnego ze światem, który odwrócił się do niego plecami. Skończyła przerabiać z Esseksem Stebbingsem zasady korzystania z poczty mugolskiej, starając się, by zapamiętał w końcu, że nie wszystkie skrzynie z wąskimi otworami służą do wysyłania listów.

A teraz chodziła tam i z powrotem po swoim gabinecie, ale jako że był on zaledwie dwukrotnie większy od kabiny w miejskich szaletach, zajęcie to nie przynosiło jej żadnej ulgi.

W myśli ujrzała nagle wizję umierającego Harry'ego — czy toksyczne działanie Wywaru nie prowadziło aby ostatecznie do śmierci? — i to w końcu rozwiało jej skrupuły.

- Profesorze? – spytała cicho stojąc przed zamkniętymi drzwiami. A potem trochę głośniej: - Profesorze? - A w końcu wrzasnęła: – Proszę odpowiedzieć, bo jak nie, to wchodzę. Trzy, dwa, jeden… O Boże!

Snape leżał na podłodze twarzą w dół. Podbiegła i odwróciła go na plecy. Ulgę, jaką poczuła, nie widząc krwi, błyskawicznie zastąpiło przerażenie: był tak rozpalony, że jego skóra niemal parzyła w dotyku.

- Profesorze! - krzyknęła. – Proszę się zbudzić!

Jęknął, ale poza tym nawet nie drgnął.

- O nie, o nie, o nie – załamała ręce. - Wiedziałam, że powinnam była pouczyć się magicznej medycyny z panią Pomfrey! Och, och… Accio woda!

Szklanka na stole obok łóżka przyfrunęła do jej wyciągniętej ręki. Hermiona odłożyła różdżkę i podniosła Snape'a do pozycji siedzącej.

- Albus? – wyszeptał. Zadrgały mu powieki.

- Nie jestem do cholery Albusem! – powiedziała ostro. Teraz już naprawdę zaczęła się bać, że Snape umiera. – Otwieraj!

Udało mu się przełknął ze ćwierć szklanki wody. Resztą spryskała mu głowę.

– Więcej - wychrypiał. - Pali.

Nie musiała mierzyć mu temperatury, by stwierdzić, że ma bardzo wysoką gorączkę. Spróbowała cofnąć się pamięcią do kursu pierwszej pomocy, który zrobiła na wakacjach między trzecim a czwartym rokiem szkoły — czy pielęgniarka nie zalecała przypadkiem w takich przypadkach kąpieli? Chwyciła znowu różdżkę, rzuciła chłodzące zaklęcie i powoli przelewitowała go z pokoju do łazienki. Głowa opadła mu bezwładnie do tyłu.

Opuściła go do wanny w ubraniu, i właśnie miała odkręcić do oporu kurek z zimną wodą, kiedy zaczęło się jej wszystko przypominać. Tylko letnia woda. Pacjent musi przyjmować dużo płynów. Znaleźć środek przeciwbólowy i przeciwzapalny.

- Połknij, do cholery! – wrzasnęła, kiedy paracetamol po raz drugi wysunął mu się z ust i wpadł do wody. Wepchnęła mu ją z powrotem i niemal rozpłakała się z ulgą, kiedy wreszcie ją przełknął.

- Bardzo dobrze. Nie umrzesz przy mnie, ty cholerny nietoperzu - powiedziała, wycierając mu czoło chusteczką.

- Nieznośna… baba - wyjęczał.

W życiu nie pomyślałaby, że jego wyzwiska mogą ją tak bardzo ucieszyć.

- Co się stało z panną-wiem-to-wszystko? - spytała, aby tylko zmusić go do mówienia.

- Gdybyś była panną-wiem-to-wszystk0… przyszłabyś… sprawdzić, co się ze mną dzieje… kiedy nie pojawiłem się na śniadaniu – wykrztusił Snape.

- Chciałam dać panu trochę czasu dla siebie! – powiedziała. Czuła, jak strach o niego ustępuje miejsca poczuciu winy. – Przepraszam…

- Nie pani wina - wychrypiał.

- Proszę przestać! Musi być z panem bardzo źle, inaczej nigdy by pan czegoś takiego nie powiedział.

Roześmiał się, ale śmiech szybko przeszedł w atak kaszlu.

- Co mogę zrobić? - spytała. – Na pewno czegoś jeszcze panu potrzeba…

- Jeść – wydobył z siebie.

- Accio lody na patyku! - zawołała, machając różdżką. Usłyszała, jak trzy piętra niżej drzwi od lodówki otwierają się gwałtownie i jak rozlega się tam ledwo słyszalne, ale wyraźnie zdenerwowane „Oj!". Pół minuty później przywołany produkt był już w jej rękach.

Snape próbował sam wziąć lody, ale ręka trzęsła mu się tak bardzo, że Hermiona wcisnęła mu ją z powrotem do wody i sama przytrzymała mu lodowy deser.

- Co pan nawyprawiał? - spytała po chwili, kiedy udało mu się zjeść całe lody i popić je szklanką wody.

- Miło wiedzieć, że przyjmuje pani z miejsca, iż sam doprowadziłem się do takiego stanu - powiedział tonem zbliżonym do normalnego.

- No, wczoraj wieczorem wydawał się pan w doskonałym zdrowiu. Nie wypił pan aż tyle. I nikt inny nie zachorował poważnie następnego dnia, więc to nie jest normalna faza procesu wygnania. Co. Pan. Dokładnie. Zrobił?

- Przeforsowałem - mruknął. – Do tej pory robiło mi się po tym tylko trochę niedobrze.

Hermiona wlepiła w niego wzrok. – Kretyn. Spędził pan całe przedpołudnie na ćwiczeniu magii bezróżdżkowej?

- Połowę przedpołudnia.

- Ależ to niesłychanie niebezpieczne! Kierowanie magią za pomocą ciała jako jedynego narzędzia przewodzącego…

- Nie mogę żyć bez magii - powiedział, zamykając oczy. – Nie będę.

- Pomogę panu.

- Nie chcę pomocy - powiedział jadowitym głosem, akcentując wyraźnie każde słowo.

- No cóż, w tej chwili jest panu akurat potrzebna – zareplikowała. - Powiedział pan, że mi ufa, profesorze.

- Tu nie chodzi o zaufanie, panno Granger.

- Nie… nie, nie chodzi o zaufanie, prawda? - powiedziała z namysłem. – Chodzi o kontrolę. Nie może pan znieść myśli o utracie kontroli. Nie może pan znieść, że to ja mam tu wszystko pod kontrolą.

Jak w tym stanie udało mu się spiorunować ją wzrokiem – była pewna, że nigdy tego nie zrozumie.

- Posłuchaj, ty irytujący Ślizgonie – powiedziała lodowato. – Potrzebuję cię tak samo, jak ty potrzebujesz mnie. Jesteś szpiegiem i mistrzem eliksirów — tylko ty możesz mi pomóc uratować Harry'ego. To będzie pierwszy krok do wykurzenia pana lub pani Voldemort Numer Dwa, a kiedy to już zrobimy, ci idioci z Ministerstwa będą musieli pozwolić wam wrócić.

Kiedy przerwała na chwilę, by nabrać oddechu, doznała olśnienia i dodała: - Ale do tego czasu nie będzie tutaj żadnego głupiego wymachiwania różdżkami, słyszy pan? Nie oczekuję, że naprawdę doceni pan subtelne piękno asymilowania się z mugolami, ale mogę panu to wszystko pokazać, jeśli tylko nie jest pan tak wielkim bałwanem, jakich zwykle muszę nauczać.

- Hmmm. Jesteś bardziej pociągająca jako ja - po ustach błąkał mu się uśmiech.

- To co, umowa stoi? – spytała zdecydowanym tonem.

Podniósł mokrą rękę i uścisnął jej dłoń. Jego skóra — dzięki Bogu, pomyślała — była tylko trochę za gorąca. – A teraz pomóż mi wyjść z tej cholernej letniej wody, Hermiono.