Rozdział ósmy, czyli banici
W przekonaniu, że były szpieg będzie bardziej pomocny w opracowywaniu strategii działania niż były właściciel sklepu z akcesoriami do płatania figli, Hermiona wzięła dwa talerze ze spaghetti i poszła do pokoju Snape'a, aby zobaczyć, czy czuje się na siłach zjeść z nią roboczą kolację.
Siedział w łóżku. Był blady, ale niezaprzeczalnie przytomny. Miał rozpiętą do połowy koszulę i nigdy jeszcze nie wyglądał tak przystępnie.
- Czy może pan jeść i myśleć w tym samym czasie? - spytała.
- Jeśli natychmiast czegoś nie zjem, może się okazać, że już nigdy nie będę myślał - odparł. – Zdaje sobie pani sprawę, że od wczoraj rana nie miałem w ustach niczego poza alkoholem, wodą i tą zamarzniętą miksturą. Czy usiłuje mnie pani zabić, panno Granger?
- Wcześniej zdołał pan jakoś zwrócić do mnie po imieniu - powiedziała z wyrzutem.
- Byłem w delirium.
- Hmm. Proszę, to pańska kolacja, ale nie wyjdę, dopóki nie porozmawiamy o tym, jakie kroki należy teraz podjąć. Czas, by zaczął pan zarabiać na utrzymanie.
- Dobrze. Ja będę jadł, a pani będzie mówić. Nie mogę snuć jakichkolwiek domysłów, póki się nie dowiem, kto został skazany na banicję i dlaczego.
Włożył sobie do ust tyle spaghetti, ile się tylko dało i spojrzał na nią wyczekująco.
- Wie pan o Weasleyach i Theo. Potem przyszła kolej na Amelię Bones.
- Co takiego? Słyszałem, że poszła na emeryturę.
- Tak utrzymuje Ministerstwo, a jej krewni skwapliwie zaczęli powtarzać oficjalną wersję, ponieważ są przekonani, że sprzeniewierzyła w departamencie, w którym pracowała, 10 000 galeonów. Kilka dni przed jej aresztowaniem na jej koncie w Gringotcie pojawił się duży depozyt, przy czym pani Bones przysięga, że nie miała z tym nic wspólnego.
- Gdyby nadal była szefową Departamentu Przestrzegania Prawa, prawdopodobnie jadłbym właśnie w tej chwili kolację w Wielkiej Sali - powiedział ponuro Snape.
- No cóż, nie mogła zapobiec wygnaniu Weasleyów ani Thea. Ale próbowała i to prawdopodobnie ją zgubiło. Powiedziała, że jej zastępca, Dawlish — zdaje mi się, że ma na imię Devon — to typ, który jest przekonany, że wszyscy dookoła są kryminalistami. Jest zdecydowanym zwolennikiem łamania różdżek. Teraz to on jest tam szefem.
- A zatem Bones byłaby kulą u nogi dla Czarnego Pana, starającego się potajemnie przejąć władzę od zewnątrz, zaś Dawlish może mu – paradoksalnie - tylko pomóc w osiągnięciu celu. Nie będzie zbyt uważnie przyglądał się materiałom dowodowym i prawdopodobnie już zmusił podwładnych, by robili to, co on. Wybornie. Następny?
- Essex Stebbings, za szpiegostwo.
- Hufflepuff – prychnął Snape. - Robi przyzwoite eliksiry, fatalnie kłamie. Czy to aby nie on był kierownikiem działu eliksirów w Ministerstwie?
- Tak właśnie. Oskarżono go o przekazywanie Niemcom tajnych informacji o badaniach nad eliksirami.
- Ciekawe, że Europa zdołała wyrwać się ze szponów Voldemorta tylko po to, by teraz oddawać się błahym sprzeczkom. To nader zabawne. Tyle że im bardziej Wielka Brytania izoluje się od reszty świata, tym mocniej czuję pętlę zaciskającą nam się wokół szyi.
- Tak – zgodziła się Hermiona, marszcząc brwi. – Ktoś mógłby z łatwością wykorzystać to do swoich celów, nie uważa pan? No cóż, nie rozumiem jeszcze, co się kryje za wygnaniem Esseksa, chociaż przypuszczam, że może to mieć coś wspólnego z Harrym. Ale Essex wypełniał zamówienia na składniki tylko w samym Ministerstwie, a nie dla Świętego Munga, więc wątpię, czy byłby w stanie połączyć jedno z drugim i wymyślić, że ktoś tam stosuje Wywar.
- Była pani dużo lepsza z eliksirów niż on. Nawet gdyby odwiedził Pottera, z pewnością nie zdołałby się tego domyślić, jeśli pani się to nie udało – powiedział Snape, rzucając komplementem, jakby to nic nie znaczyło… A tymczasem był to jedyny komplement, jakim kiedykolwiek raczył ją obdarzyć. Aż zakręciło się jej w głowie.
- Zastanowimy się nad jego przypadkiem później - powiedział, odstawiając pusty talerz i rozprostowując palce. – Proszę mi podać pergamin i pióro.
- Przykro mi, profesorze. Tylko mugolskie przybory. To część programu reedukacyjnego.
Wyszła, wracając po chwili z żółtym brulionem i długopisem kulkowym bez nasadki. Spiorunował wzrokiem ją i oba przedmioty, jakby mu ubliżały, a potem wyrwał je Hermionie z rąk.
- Nie mogą być aż takie złe - zaprotestowała, z trudem powstrzymując śmiech.
- Ale brak im naturalności. Dziwnie pachną. I są szpetne.
- Ale da się nimi zrobić to samo, nie rozsmarowując przy tym na sobie ton atramentu. Och, prawda, pan i tak nie musiałby się tym martwić - dodała z łobuzerskim uśmiechem - bo i tak nikt nie byłby w stanie zauważyć, że się pan oblał atramentem.
- Jeśli skończyła już pani komentować moją garderobę…
- Tak, tak. Następna ofiara. Zobaczmy… to był Corante Lovegood, skazany za notoryczne zniesławianie.
- Wydawca „Żonglera"? Hm. To pasuje bardziej do sprawy Bones. Ona reprezentowała sprawiedliwe siły policyjne, coś niezbędnego. A on — przykro to przyznać — był u nas czymś, co najbardziej zbliżało się do wolnej prasy. Jak widać, nasz tajemniczy przeciwnik za nią nie przepada.
- Lub przeciwniczka – powiedziała Hermiona. – Proszę nie zapominać, że możemy tu mieć do czynienia z Czarną… eee… Panią. Chyba nie ma to równie sugestywnego brzmienia…
- Jakiejkolwiek płci byłaby ta osoba - skrzywił się Snape – kontroluje ona Aurorów i prasę. To oczywiste, skoro „Dzienny Prorok"niewydrukował ani słowa o banicjach, poza Weasleyami i mną, a ich historie na nasz temat miały wyraźnie na celu zniszczenie naszych wizerunków. Przy braku antyrządowej prasy nie dysponujemy żadnym środkiem przekazu, w którym moglibyśmy powiadomić resztę obywateli o naszej sytuacji i, rzecz jasna, o stanie Pottera.
- O, i proszę pamiętać: jeśli to Knot, nasz zły charakter może ustanawiać nowe prawa. Jego najważniejsza przeszkoda na drodze do reelekcji została zmugolizowana.
- Ma z pewnością najwięcej możliwości, by zmienić bieg spraw w Ministerstwie – powiedział Snape, stukając długopisem w notatnik i wpatrując się w przestrzeń. – Mimo to nie możemy zakładać, że wszystkiemu winien jest Knot. Wiem, że uwielbia władzę, ale mogą w tym brać udział również inne siły. Oczywiście w tej chwili równie dobrze możemy uznać, że naszym anonimowym wrogiem jest Ministerstwo, ponieważ wydaje się ono działać w zmowie z osobą, która stoi za całą tą sprawą.
- To logiczne. No dobrze. Po panu Lovegoodzie przyszła kolej na Erniego Pranga, który kierował Błędnym Rycerzem - to jest do chwili, kiedy Ministerstwo ogłosiło,że wjechał nim prosto w tłum mugoli wychodzących ze stadionu po meczu piłki nożnej.
- Nie przychodzi mi do głowy żaden nikczemny powód, dla którego chciano by wygnać tego krótkowzrocznego staruszka. A może rzeczywiście jest winny?
- On sam nie wie. Powiedział, że droga przed nim była całkowicie pusta i nagle znikąd pojawiła się na niej grupa ludzi. Stało się to zbyt szybko, by mógł zareagować. Nie pamięta, co się stało potem. Sądzi, że zemdlał.
- Ciekawe…
- O, a następny był Mundungus, wygnany za „handel towarami czarnorynkowymi": jestem pewna, że to robił. Tak właściwie, zastanawiam się, czy aby nie wyrzucić go z naszego czarodziejskiego podziemia.
- Choć niezmiernie by mnie to uradowało, myślę, że powinniśmy go tu zatrzymać, choćby ze względu na to, że mógłby zdradzić lokalizację naszej kwatery.
- Nie może. Dom jest pod Zaklęciem Fideliusa. Nie chciałam, by Ministerstwo połapało się, co kombinuję i gdzieto robię.
Snape był pod wrażeniem. – To dlatego Lucjusz wręczył mi adres na kartce pergaminu. Kto jest strażnikiem tajemnicy?
- Ja. Chciał nim być Lucjusz, ale uparłam się, że tak będzie bezpieczniej.
- Dobrze - powiedział ponuro. – Ufam Lucjuszowi tylko do pewnego stopnia.
- Ale.. Ale sądziłam… Nie myśli pan chyba, że to rzeczywiście on jest tym draniem? A ja zawsze wstawiałam się za tym snobem, ilekroć bliźniacy zaczynali wieszać na nim psy…
- Fakt, że otarł się o klęskę, jaką ponieśli śmierciożercy, w niczym nie osłabił jego pragnienie panowania nad światem. W ten sposób wie, gdzie wszyscy jesteśmy, choć ryzykuje jednocześnie, że sam stworzy tu sporą grupę ludzi, która może mu wejść w drogę, więc myślę, że jest raczej mało prawdopodobnym kandydatem.
Przerwał i spojrzał na notatnik. – Brakuje nam jeszcze jednego, prawda?
- Numer jedenasty — wyrzucony zaledwie tydzień temu — to pan Ollivander.
Snape zaklął pod nosem.
- To wyjątkowo źle rokuje. Przypuszczam, że skoro nie ma żadnych krewnych, Ministerstwo przejęło jego sklep i spis produktów.
- To właśnie doniósł nam Lucjusz. Mówił, że wmawiają ludziom, że pan Ollivander nie żyje, rozgłaszając na przykład, że „biedny staruszek odszedł od nas na dobre". Ale czemu miałoby służyć prowadzenie jego sklepu? Już i tak mogą śledzić nielegalne zaklęcia rzucane różdżkami Ollivandera.
- Tak, ale to wszystko, co mogą. Nie mogliby dodawać nowych zaklęć śledzących bez jego listy klientów, a tym samym bez jego pozwolenia. W gruncie rzeczy banicja Ollivandera to najbardziej złowieszczy znak ze wszystkich. Radziłbym pani nie używać zbyt często własnej różdżki, dopóki nie dowiemy się, co knuje Ministerstwo.
Hermiona prychnęła ze złością. – Gdyby pan Ollivander nie był tak zamknięty w sobie, sam mógłby mi o tym powiedzieć. Udało mi się od niego dowiedzieć, że oskarżono go o sprzedawanie w ostatnim czasie tak źle wykonanych różdżek, że wybuchały dzieciom w twarz. Od tego wyznania wydobyłam z niego nie więcej niż dwadzieścia słów.
O nie – dodała, ujrzawszy jego wyraz twarzy – nie ma żadnych dowodów. Tylko dokumenty ze Świętego Munga, a dobrze wiemy, jak bardzo są wiarygodne.
Snape postukał znów długopisem w notatnik, przyglądając się liście.
- Nie powiedziała mi pani, gdzie pracował pan Nott – odezwał się nagle.
- Och! To rzeczywiście jedna z najdziwniejszych historii. Był ochroniarzem Knota. A wydawałoby się, że ten drań chciałby mieć go w takiej sytuacji przy sobie.
Snape uniósł brew. - Nott musi coś wiedzieć. Rozmawiała z nim pani o tym?
- Oczywiście, za kogo mnie pan bierze? Ale upiera się, że nie przychodzi mu do głowy żaden powód, dla którego Knot chciałby się go pozbyć. Uwierzy pan? Mówi nawet, że mieli dobry kontakt. Jednego dnia pilnuje go podczas publicznych wystąpień, następnego zostaje postawiony przed Wizengamotem. Wspomniał, że tuż przed aresztowaniem Knot zachowywał się wobec niego dość chłodno, ale nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że minister jest w to prawdopodobnie zamieszany.
- Gdybyśmy jednak założyli, że nie ma żadnego spisku, jest na to proste, choć okrutne wyjaśnienie: przy całej histerii na temat śmierciożerców, która rozpowszechniła się po wypadku Pottera, Knot mógł dojść do wniosku, że utrzymywanie bliskich kontaktów z synem członka Wewnętrznego Koła nie jest dla niego korzystne, zwłaszcza tuż przed wyborami. Zapomniał, bo akurat tak mu było wygodnie, że sam pan Nott nigdy nie był śmierciożercą. Najobrzydliwszy przejaw tendencji antyślizgońskich.
Hermiona przewróciła oczyma.
- Ale dlaczego w takim razie po prostu nie wyrzucił Thea z pracy?
- Po prostu przedstawiam alternatywną teorię. Osobiście uważam, że rzeczywiście mamy do czynienia ze spiskiem.
- No i jak pan sądzi, o co tu chodzi? Może pan znaleźć w tej liście jakiś logiczny schemat? Chciałabym wierzyć, że wszystkie te banicje mają głębszy sens, ale niektóre wyglądają tak, jakby poza oficjalnym powodem nie miały innego wyjaśnienia.
- Jest jeden wspólny mianownik, choć trochę zbyt oczywisty, by móc oprzeć na nim jakąś teorię. Wszyscy jesteśmy czarodziejami czystej krwi. Prawdopodobnie Ministerstwo założyło, że nie poradzimy sobie w mugolskim świecie, a może nawet tu zginiemy. Poza tym nie mam pojęcia, co mogłoby nas łączyć.
- Co pan radzi? – spytała Hermiona.
- Potrzebujemy więcej danych. Powinna pani dyskretnie popytać tu i ówdzie. W przeciwnym razie będziemy musieli czekać, aż Ministerstwo podejmie bardziej decydujący krok. Ja w każdym razie nie widzę, jak moglibyśmy udaremnić spisek czy nawet oswobodzić Pottera w obecnej sytuacji. Nie mamy nawet pojęcia, komu można ufać.
Westchnął - i natychmiast zdała sobie sprawę, że jest wyczerpany. Jego twarz przybrała niemal ten sam kolor, co jego biała koszula, pod oczyma miał ciemne cienie. Wstała z krzesła, pochyliła się nad łóżkiem, odgarnęła mu włosy i przyłożyła dłoń do czoła, by sprawdzić, czy ma gorączkę.
- Co pani wyprawia? – warknął, sztywniejąc pod wpływem jej dotyku.
- Ciągle nie doszedł pan do siebie, profesorze. Nie powinnam była pana obarczać tym wszystkim. W dodatku tuż po tym, jak spędził pan parę godzin na doprowadzaniu swojego organizmu do stanu wrzenia, i to od środka.
- Posługiwanie się magią bezróżdżkową bez wyrządzania szkód jest możliwe…
- Jeśli nie przeszkadza panu, że najpierw sobie samemu wyrządzi pan krzywdę, zdobywając w tej magii odpowiednią praktykę – odcięła się Hermiona, odkładając notatnik i długopis na stolik nocny. – Proszę się jeszcze przespać. Będę mogła spokojnie odpocząć, wiedząc, że obiecał mi pan nie wystawiać więcej swojego zdrowia na takie ryzyko.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Snape pozwolił sobie na lekki uśmiech. W końcu niczego jej tak naprawdę nie obiecał. Znał mugoli na tyle, by wiedzieć, jakie znaczenie przypisują uściskowi dłoni, ale panna Granger najwyraźniej nie zwróciła uwagi, że nie ma on żadnej wartości dla czarodziei.
Choć nie miał zamiaru podejmować natychmiast kolejnych prób posługiwania się bezróżdżkową magią, uznał, że będzie mógł sobie na to pozwolić za dzień lub dwa, tym razem rozsądniej zwiększając intensywność treningu. Poza głębokim, rozpaczliwym pragnieniem odzyskania elementarnej siły, którą znał całe swoje życie, zaczęło w nim kiełkować podejrzenie, że może to być nader przydatna umiejętność, skoro Ministerstwo było w stanie sprawować nieograniczoną kontrolę nad wszystkimi różdżkami produkcji krajowej. Logikę tego rozumowania powinna ujrzeć nawet jego apodyktyczna opiekunka.
Po prostu nie powie jej o tym, póki nie stanie się to już faktem dokonanym.
A/N:1. Essex Stebbings: W książkach J.K. Rowling brak imienia tej postaci, dlatego pozwoliłam sobie je wymyślić. Stebbings to droga wEssex.
2. Devon Dawlish: Podobny problem. Dawlish jest kurortem na południowym wybrzeżu Devonu.
3. Corante Lovegood: Ech, brakuje nam sporo imion… „The Corante": tak nazywała się pierwsza prywatna anglojęzyczna gazeta posiadająca tytuł (przypis tłumaczki: przypominam, że fanfik został napisany po „Zakonie Feniksa" i z tym właśnie związane są wszelkie rozbieżności z późniejszym kanonem).
