Rozdział dziewiąty, czyli lekcje
- Dobrze, panie Lovegood, teraz pan – powiedziała Hermiona zachęcająco do drobnego mężczyzny z wyłupiastymi oczami.
Wziął od niej telefon, ostrożnie wystukał numer, który mu podała i zastygł w oczekiwaniu, słuchając z powątpiewaniem dzwonka po drugiej stronie linii. Ludzie siedzący w kręgu wokół niego usłyszeli dalekie „Halo, czym mogę służyć?"
- Ee, tak… tak. Chciałbym zamówić cztery duże pizze. Hm, jedną z grzybami, jedną z pepper — pepperoni — i dwie margarity. N-nie, dziękuję, sami po nie przyjdziemy.
Wyłączył telefon i osunął się drżąc na krzesło.
- Nie lubię tej formy komunikacji, Hermiono - powiedział żałobnie. – Bezcielesne głosy… Rozmawiając przez kominek przynajmniej widać twarz rozmówcy. To… to nie jest normalne.
Stłumiła chichot (wtykanie głowy w zielone płomienie nigdy nie wydawało się jej czymś normalnym) i poważnie pokiwała głową. – Wszystko, co nowe, wydaje się na początku dziwne - powiedziała. – Ale telefony są naprawdę bardzo użyteczne, i poradził sobie pan lepiej, niż w ubiegłym tygodniu, kiedy dzwonił pan do biblioteki. Czy ktoś ma jakieś uwagi?
- N-n-nie, ani jednej – powiedział ze złośliwym błyskiem w oku George, rozciągnięty na podłodze.
- Ty też miałeś swoje piękne chwile - powiedziała Hermiona, układając się tak, żeby móc łaskotać go palcami stóp w brzuch. – Wyraźnie pamiętam, jak obiecywałeś w Clarion's Coffeehouse, że wyślesz im CV sową.
- A cóż takiego w nim pan umieścił? – wycedził Snape, który wyglądał jeszcze bardziej ponuro niż zazwyczaj; jako że nie mógł rzucić zaklęcia golącego, na jego bladej twarzy pojawił się dwudniowy zarost w odcieniu najgłębszej z możliwych czerni. – „Lata 1996-2001: irytowanie wszystkich dorosłych czarodziejów na Wyspach Brytyjskich?'"
- „Lata 1996–2001: właściciel i kierownik sklepu z zabawkami" - powiedział Fred. – Ciekawi mnie, w co rozsądnego mógłby pan zamienić eliksiry.
- W chemię – odparł bez wahania.
- Ee… Profesorze – zaczęła Hermiona – to nie jest dokładnie to samo…
- Jestem tego w pełni świadomy. Przeczytałem tyle o tej nauce, że przekonująco mógłbym udawać byłego nauczyciela chemii, pod warunkiem że nie będę szukał pracy akurat w tej branży.
- Tak, błagam, niech pan nie uczy – powiedział Fred. – Myślę, że mugolątka by tego nie przeżyły.
- Do tej pory mamy po panu blizny – poinformował George, łaskocząc Hermionę w stopy.
- No nie, może nie dosłownie - powiedział z zadumą Fred. – Pani Pomfrey usunęła te, które nam zostały po ostatniej karze, gdy wysłał nas pan do Zakazanego Lasu.
- Kto pójdzie po pizzę? – zapytała Hermiona, próbując zapobiec sprzeczce. A poza tym naprawdę ktoś musiał pójść po pizzę. Minusem mieszkania w domu pod Fideliusem było to, że dostawy na miejsce zupełnie nie wchodziły w grę.
Theo, który siedział w kącie z tomem Czarodzieja z Oz i co jakiś czas parskał nad nim z ironicznym smiechem, podniósł głowę. – Kazałaś mi pójść po jedzenie w moim pierwszym tygodniu pobytu tutaj, więc myślę, że kolej na profesora. Niech pan na mnie nie patrzy takim wzrokiem, to będzie pouczająca wyprawa.
- W porządku – powiedziała Hermiona, wyciągając rękę do Snape'a, by pomimo jego wyraźnej niechęci pomóc mu wstać z fotela. – Chodźmy, pizze powinny być gotowe, kiedy dojdziemy na miejsce.
- Hej! – oburzył się George. – A ja musiałem iść sam, samiutki!
- Ale zdążyłam was już wtedy nauczyć, jak używać mugolskich pieniędzy.
- Hmmm, wydaje mi się, że po prostu lubi mnie bardziej niż was – powiedział Snape. Idąc do drzwi uśmiechnął się kpiąco do bliźniaków, ale zanim zamknął je za sobą, Fredowi udało się dodać swoje trzy grosze:
- Taak, mnie nigdy nie wykąpała!
Hermiona prowadziła Snape'a zatłoczoną ulicą, ciągnąc go za ramię mocniej, niż to było konieczne. Na jej twarzy rysowała się irytacja, widoczna nawet w wieczornym zmroku.
- Nienawidzę pana - powiedziała. – Kiedy już raz się czegoś takiego uczepią, nigdy nie odpuszczą.
Rzucił na nią ukradkowe spojrzenie, zauważając z ciekawością, że ma lekko zarumienione policzki.
- Panno Granger, niech pani nie będzie śmieszna, jestem od pani 20 lat starszy. Nie myślą na poważnie, że się pani podobam.
- To, że coś jest mało prawdopodobne, nie ma dla nich żadnego znaczenia. Te łobuzy nawet sympatię okazują w nietypowy sposób – potrząsnęła głową, uśmiechając się mimo woli.
– Dzięki nim życie jest ciekawsze, ale czasami marzę o tym, by Ministerstwo wygnało również kilka czarownic w ich wieku, żeby przestali się mnie czepiać.
Kiedy przebiegali przez skrzyżowanie, rozmowa przygasła. Snape mruknął coś niezbyt pochlebnego o mugolskim systemie transportu, ale odzyskał zimną krew, kiedy bezpiecznie dotarli z powrotem na chodnik.
- Nie wykluczałbym możliwości dalszych banicji - powiedział. – A swoją drogą, w jaki sposób dowiaduje się pani o tym, co się tam dzieje, jeśli nie prenumeruje pani „Proroka"? Nie żeby ten szmatławiec dawał wiele użytecznych informacji, ale wydaje się pani równie odcięta od nowin, jak my.
- Raz w tygodniu dostajemy sowę od Malfoya. A pani Weasley odwiedza nas prawie codziennie z Ronem i Ginny, chociaż akurat teraz cała rodzina jest w Rumunii z Charliem. No, w każdym razie ci, którzy nie zostali wyeksowani. O, i Percy. W każdym razie jest prościej, jeśli ja też tu mieszkam.
- Nie tęskni pani za tym? – zapytał cicho.
Nie musiała pytać, co ma na myśli. - Czasem. Lubiłam moją pracę i lubiłam ludzi, z którymi pracowałam — Badaczami najniższego szczebla byli też Dean Thomas i Roger Davies, i naprawdę świetnie nam razem szło. Ale magiczny świat to… hm…
- Niezbyt wygodne miejsce dla osoby z mugolskiej rodziny.
W jego głosie brzmiało zrozumienie i Hermiona zdała sobie sprawę, że zapewne po raz pierwszy w swoim życiu pojął, jak naprawdę się czuła.
- Zawsze musiałam udowadniać swoją wartość. Myślałam, że zostawiłam to za sobą, kiedy dostałam dyplom - wyjaśniła. - Och, dostałam tę pracę bez problemu, ale potem już tam po prostu utknęłam. Wiem, że pracowałam tam tylko dwa i pół roku, ale patrzyłam, jak czarodzieje czystej krwi, moi rówieśnicy, dostają podwyżki, a nawet awansują, i coś takiego zaczyna wreszcie człowieka gryźć. Nie lubię czuć bez przerwy urazy — to niezdrowe.
Przeszli w milczeniu jeden kwartał, aż w końcu Hermiona wybuchnęła:
- Czy to dlatego nie przyjął mnie pan na praktykę do siebie? Bo moi rodzice są mugolami?
Wyglądał na urażonego.
- Wyjaśniłem, dlaczego. Irytowała mnie pani.
- Czas przeszły, profesorze? – trąciła go żartobliwie łokciem, z niejasną ulgą, że czarodziejska wersja rasizmu nie zaliczała się jednak raczej do jego wad. – Już pana nie irytuję?
- W tej chwili tak - powiedział ponuro. – Wówczas problem polegał na tym, że nie mogłem mieć pewności, że zrobi pani dokładnie to, co powiem. Mówiłem „Panno Granger, proszę nie pomagać Longbottomowi", a pani kiwała głową i czekała, aż się odwrócę, by zrobić dokładnie na odwrót… Wie pani, że niewiele brakowało, a nie przyjęto by go do pracy w Departamencie Herbologii w Ministerstwie? Tak straszne były jego wyniki z eliksirów na egzaminie kwalifikacyjnym.
- Och - powiedziała cichutko. – Nie wiedziałam.
- Nie nadaje się pani na praktykantkę. Chce pani sprawować kontrolę. Walczylibyśmy ze sobą bezustannie.
Snape nie owijał w bawełnę.
- Nie o to chodzi, że chcę wszystko kontrolować… Och, no dobrze, chcę – przyznała w odpowiedzi na jego parsknięcie – ale naprawdę potrafię słuchać poleceń. Po prostu myślałam, że traktował pan Neville'a tak źle. Wiedział pan, że przez pewien czas bał się pana bardziej niż Voldemorta? Nie mógł się skoncentrować na lekcjach u pana, więc pomyślałam, że odrobina mojej pomocy trochę wyrówna tę niesprawiedliwość.
- Wydawało mi się, że powiedziała pani, że mi pani ufa – powiedział obniżając głos do uwodzicielskiego barytonu, wyraźnie odgrywając się na niej za ich wspólne przeżycie z wanną.
- Jako członkowi Zakonu ufam panu tak, że postawiłabym na szali własne życie. Jako nauczycielowi ufam panu tak, że nie postawiłabym na szali nawet pańskiego życia.
- A mimo to chciała pani spędzić ze mną kolejne dwa lata - powiedział, spoglądając na nią przenikliwie. – To wiążący magiczny kontrakt, podobny do małżeńskiego, tyle że nie ma w nim żadnej wątpliwości, która z dwóch osób ma pełnię władzy. Dlaczegóż chciałaby pani wchodzić w taki układ?
- Bo muszę wiedzieć.
- Co dokładnie?
- Wszystko.
Zapadła cisza. Spojrzała na niego: miał zaciśnięte zęby i zwężone oczy.
- Profesorze?
- Każdy straszliwy błąd w moim życiu był bezpośrednim skutkiem potrzeby wiedzy -powiedział chłodno. – Niech pani uważa, by nie wpaść w obsesję, nawet na punkcie eliksirów.
Doszli właśnie do pizzerii, i dobrze, bo Hermionie nie przyszła do głowy żadna sensowna replika.
***
W środku wręczyła mu sześć banknotów, by zapoznał się z nimi w kolejce do kasy. Przyjrzał się im uważnie, choć niewiele było do zobaczenia: na każdym widniała uśmiechająca się lekko kobieta w koronie, a jedynymi różnicami, jakie spostrzegł, były kolory i cyfry. Ten system wydawał się prostszy od czarodziejskiego systemu monetarnego, choć bardziej ostentacyjny.
- Dwadzieścia cztery funty - powiedział znudzonym głosem kasjer.
Kiedy Hermiona odwróciła się, by wziąć z powrotem pieniądze, Snape położył na wyciągniętej dłoni chłopaka czerwony banknot z liczbą 20 i niebieski z liczbą 5. Zdumienie malujące się na twarzy Hermiony było dokładnie tym, na co miał nadzieję.
- Jakim cudem… — zaczęła, kiedy wyszli z pizzerii obładowani ciepłymi pudłami.
- Udało mi się uniknąć śmierci z rąk Voldemorta, Ministerstwa i moich niezdarnych uczniów – powiedział obojętnym głosem. – Myślę, że potrafię sobie poradzić z uregulowaniem zwykłego rachunku.
- Ale pensy…
- Jak mniemam, działają podobnie jak knuty.
- Panu Weasleyowi zajęło tydzień zrozumienie, na czym to polega. Jestem pod wrażeniem, profesorze.
Nie odpowiedział, po raz drugi tego popołudnia. Hermiona zerknęła na niego przez ramię i zobaczyła, że usta wykrzywiły mu się w lekki uśmiech.
