Rozdział jedenasty, czyli reprymendy
W kuchni poza nią samą nie było – chwała Bogu! – nikogo, dzięki czemu Hermiona mogła swobodnie skarcić się za chwilowy brak zdrowego rozsądku.
Nie powinnaś fantazjować na temat Snape'a. NIKT nie powinien fantazjować na temat Snape'a.
Już samo to, że była jego uczennicą, powinno przemówić do jej rozsądku. Jednak trzy lata poza Hogwartem i trzy dni spędzone z nim na równej stopie chyba zmieniły jej podejście do tego człowieka o wybuchowym temperamencie. Rozsądek, uznała, będzie musiał bardziej się postarać.
Po pierwsze: Jest sarkastycznym draniem.
To była niepodważalna prawda – choć teraz wydawał się raczej zabawny, zwłaszcza że jego ironiczne uwagi nie dotyczyły już jej samej ani jej przyjaciół.
Po drugie: To jego wina, że nie jesteś mistrzem eliksirów.
No tak… ale musiała sama przyznać, że powodowały nim racje nie do końca tak niesprawiedliwe, jak sądziła.
Po trzecie: zrobił wszystko, żeby twoje dzieciństwo było tak nieszczęśliwe, jak to tylko możliwe.
Ale oprócz tego przyczynił się oczywiście do ocalenia wszystkich przed Voldemortem, więc być może te dwie kwestie nawzajem się anulowały.
Po czwarte: Jest brzydki. Ma żółtawe zęby, matowe włosy i haczykowaty nos.
Niestety Lockhart wzbudził w niej dość spory wstręt do oszałamiającej urody i sprawił, że zaczęła cenić nade wszystko kompetencję i inteligencję. Snape przynajmniej rzucał się w oczy, no i ten głos — czy naprawdę nigdy wcześniej nie zauważyła, jak wielkie wrażenie wywiera na niej jego głos?
No dobrze, po piąte: jest emocjonalnie zahamowany. Może to?
Ach. Noo — ach. To przekonujący argument. Podejrzewała, że raczej nigdy nie był zakochany, a jeżeli już, to nie z wzajemnością, i że – co więcej – uważał to za głupotę. Trudno było wyobrazić sobie, że mógłby szeptać komuś czułe słówka. Uczucie nie byłoby w stanie zmienić go w księcia, niczym pocałunek żabę...
Po szóste, dodał rozsądek, pewny już sukcesu: Rozpraszałby cię, a nie możesz sobie teraz na to pozwolić. Życie twojego najlepszego przyjaciela wisi na włosku, ty samolubna idiotko..
O, właśnie. Hermiona przygryzła usta, przypominając sobie, jak Harry wyglądał cztery miesiące temu — szkliste oczy, wilgotna skóra, szczupłe, wciąż chłopięce ciało nienaturalnie nieruchome pod sterylną szpitalną kołdrą. Nie przyszedł jej na razie do głowy żaden genialny plan, jak go stamtąd wydostać, ale wiedziała, że będą musieli to zrobić po kryjomu. Sama już próba ogłoszenia tego publicznie z pewnością skazałaby ją na banicję i zaszkodziła ich sprawie. A w takim tajnym przedsięwzięciu siłą rzeczy będzie musiał wziąć udział Snape, więc lepiej żeby oszczędziła im dodatkowych uczuciowych komplikacji.
Ni stąd ni zowąd wspomnienie Harry'ego zastąpiła w jej myśli wizja Snape'a w łazience, rozespanego i nie do końca ubranego, tym razem wyciągającego do niej ramiona…
Po siódme: On cię nie chce. Ciągle uważa cię za dziecko, pamiętasz?
Hermiona westchnęła, przygotowując się na długi, frustrujący dzień.
***
Trzy piętra wyżej Snape — skończywszy się golić — wszedł pod prysznic. On również był głęboko pogrążony w myślach. Wbrew rozpowszechnionej opinii miał na tyle doświadczenia w sprawach męsko-damskich (nie wspominając o latach obserwowania uczniów), że naprawdę był w stanie zauważyć, kiedy jakaś kobieta okazywała mu zainteresowanie.
Mając to na względzie, stworzył trzy teorie na temat raptownej ucieczki Hermiony: nagle zdała sobie sprawę, że dotyka swojego znienawidzonego nauczyciela, i przeraziła się; nagle zdała sobie sprawę, że dotyka swojego znienawidzonego nauczyciela, i podnieciło ją to; albo – i to była hipoteza, na którą stawiał – przeraziło ją to, że ją to podnieciło, i miała teraz nadzieję, że to się nigdy więcej nie powtórzy.
Nie zamierzał się z nią zresztą w żadnym razie wiązać. Miała, ileż to – 21 lat? Snape za dwa miesiące kończył lat 41. Zdarzały się wprawdzie pary czarodziejów i czarownic, które dzieliła znacznie większa różnica wieku. Ale on sam nigdy nie miał romansu z byłą uczennicą – wszystkie zapadły mu raz a zawsze w pamięć jako irytujące, niedojrzałe dziewczęta – i nie zamierzał tego teraz zmieniać z powodu kogoś, kto nawet nie był w stanie wyzbyć się nawyku nazywania go profesorem. Nie żeby miał jej za złe szacunek, jaki to implikowało…
Choć trudno było zaprzeczyć, że pod względem urody była zupełnie znośna, był pewien, że uda mu się uniknąć pokusy, ponieważ wszystko poza tym mu w niej przeszkadzało. W sytuacji, w jakiej się znalazł, to ona miała w ręku wszystkie karty, co było irytujące. Kłóciła się z nim, co było nieprzyjemne. Lubiła bliźniaków Weasleyów, co było nie do pomyślenia. A do tego była zdecydowanie zbyt ciekawska, co znaczyło, że widziała w nim nie mężczyznę, ale intrygującą zagadkę.
Wniosek: nie ma mowy o żadnym uwodzeniu panny Granger.
Siłą wyrzucił z pamięci wspomnienie jej dłoni dotykających jego twarzy.
***
Jedli śniadanie w milczeniu. Gdyby nie nagłe wtargnięcie bliźniaków, którzy wpadli do kuchni po talerze z müsli, by za chwilę pognać z nimi przed telewizor, nic nie zakłóciłoby krępującej ciszy.
- Cóż za domowa atmosfera – powiedział Fred wychodząc. Hermiona obiecała sobie w duchu, że później się z nim policzy .
- Jeśli już mowa o domowej atmosferze – powiedziała energicznie, rzucając okiem na stos talerzy po wczorajszej pizzy – myjemy naczynia na zmianę. Ja będę wycierać, a pan je umyje.
To nie była trudna lekcja — Snape musiał dawniej myć ręcznie kociołki, idea była ta sama — a Hermionie udało się trzymać przez cały czas w bezpiecznej odległości od niego.
Następnie pokazała mu telewizję. Spędził minutę oglądając z grymasem niechęci na twarzy kreskówki, aż wreszcie oświadczył, że jest to „ogłupiające zajęcie, kompletna strata czasu."
- Takie też były pana lekcje – powiedział George, choć niezbyt zgryźliwie.
- Przejdźmy więc do komputera - powiedziała Hermiona.
- Jeszcze jedno pudło - mruknął Snape, kiedy usiedli przed komputerem, ale wbrew samemu sobie zainteresował się, gdy pokazała, że urządzenie umożliwia Mugolom przekazywanie pisemnych wiadomości szybciej niż jakakolwiek sowa.
- Może to mieć pewne zalety jako urządzenie komunikacyjne - zgodził się.
- Och, prawda! Prawie zapomniałam — proszę się nie ruszać, zaraz wracam.
Czekając, pogrzebał w jej przychodzących mailach, a gdy parę minut później wróciła, zerknął na nią, wyraźnie rozbawiony. – Czy dowiem się, czemu nazywa pani tutaj samą siebie „panną Wiem-To-Wszystko"?
- Zawsze uważałam, że przezwisko traci moc, jeśli je zawłaszczymy – powiedziała rzeczowo. – Proszę, oto telefon komórkowy dla pana.
Srebrne urządzenie było niewiele większe od Znicza i dobrze leżało w dłoni. Uniósł brew. – Chyba czegoś mu brakuje.
- Jest bezprzewodowy. Moim zdaniem to w zasadzie urządzenie magiczne, choć istnieje rzetelne naukowe wyjaśnienie tej kwestii – chodzi o to, że dźwięk wędruje w postaci fal radiowych z jednego telefonu do drugiego.
Uznał, że nie warto pytać o to, czym jest „radio", i dobrze zrobił, bo Hermiona zdążyła przejść już do czegoś innego.
- Wpisałam tu wszystkie nasze numery, tak by łatwo nam było się ze sobą porozumiewać. Jeśli wciśnie pan jedynkę i słuchawkę — o, ten zielony przycisk — dodzwoni się pan do mnie, gdziekolwiek bym nie była. Proszę spróbować.
Spróbował i usłyszał przytłumiony dźwięk dzwonka dochodzący z kieszeni w dżinsowej kurtce, którą miała na sobie.
- To… niesamowite - powiedział cicho.
- Dostaję dużo telefonów, ilekroć jeden z eksów jest pierwszy dzień w „mugolskiej" pracy – powiedziała z uśmiechem. – Pan Lovegood dzwonił do mnie ponad dziesięć razy, raz, żeby mnie zapytać o znak stopu – naprawdę! Chodzi do pracy na piechotę i nie był pewien, czy znak nie dotyczy przypadkiem jego i czy w związku z tym nie musi aby stać tam bez końca…
- Skoro mówimy o pracy… - powiedział Snape, poruszając wreszcie temat, który niepokoił go niemal w takim stopniu, jak brak magii w jego życiu. Rozpaczliwie pragnął wierzyć, że sytuacja banity, w jakiej się znalazł, jest tylko tymczasowa. Dobrze jednak pamiętał, że nim udało się im pozbyć Voldemorta upłynęły całe lata – a wtedy przynajmniej wiedzieli, przeciwko komu walczą. Prawdę mówiąc nie miał zbytnio ochoty pracować gdzieś jako popychadło, skoro pół swojego życia spędził w szkolnictwie. Chociaż te dwie dekady nauczania czasami również wydawały mu się pracą popychadła, bo tak naprawdę jedyne, co lubił robić, to eliksiry.
- Zastanawiałam się nad eliksirami – odparła Hermiona i przez sekundę rozważał, czy nie czyta mu w myślach. – Widzi pan, jest pan dość szczególnym przypadkiem. Nikt z pozostałych nie może robić dokładnie tego, co wcześniej. Nawet Amelia potrzebowała treningu, by nauczyć się obchodzić z nożami i bronią palną. Ale pan do eliksirów nie potrzebuje różdżki, a efekty tej pracy mogę sprzedać w aptece na Pokątnej — pani Weasley mówiła mi, że bardzo potrzebują podwykonawców. Właśnie zaczęli sprzedawać gotowe eliksiry.
- A co ze składnikami, panno Granger? Nie rosną na drzewach, a przynajmniej nie na mugolskich.
- Kupię je oczywiście w aptece.
- Hmm. Zdaje sobie pani sprawę, że będę w ten sposób praktykował rodzaj bezróżdżkowej magii.
- Nie jest to wcale tak ryzykowne, jak rzucanie zaklęć i dobrze pan o tym wie. Nigdy by nie pozwolono dzieciom w Hogwarcie na naukę eliksirów, gdyby przygotowanie prostego eliksiru zapomnienia było dla nich choć trochę niebezpieczne. Proszę się ze mnie nie śmiać, profesorze! Bynajmniej nie zamierzam przyznać panu racji – na litość, znalazłam pana przecież nieprzytomnego na podłodze!
- Proponuje więc pani biznesowy układ?
- Zapewne można to tak nazwać.
Wyciągnął do niej rękę – po raz drugi. Po raz drugi uścisnęła ją — wdech, wydech, Granger, syknął jej zdenerwowany rozsądek.
Snape nie zmienił swojej opinii o uścisku dłoni. Uznał jednak, że wytrąci ją to z równowagi, a on zdobędzie nad nią choć odrobinę przewagi. Oczywiście na nim uścisk ten nie wywarł żadnego wrażenia.
Najmniejszego.
***
Później, po lekcji o Internecie, kartach kredytowych, londyńskim metrze, kinie i radiu, które przestało być już tajemnicze, gdy Hermiona zrobiła mu zdjęcie (nieruchome) do fałszywego dowodu, gdy założyła mu konto w banku (nienależącym do goblinów) i zabrała go do domu handlowego, by kupić nowe ubrania (niemal wyłącznie czarne), Snape poszedł do swojego pokoju i padł na łóżko. Chciał poczekać, aż wszyscy mieszkańcy domu pogrążą się we śnie.
I dopiero wtedy usiadł na podłodze, by przystąpić do pierwszej od zasłabnięcia próby bezróżdżkowej magii, tej prawdziwej, nie w wersji eliksirowej. Pozwolił sobie na uśmieszek. Czuł się trochę jak pierwszoklasista, który wypuścił się na korytarz szkoły po dozwolonej godzinie. Biorąc pod uwagę, ileż to razy Hermiona starała się, bezskutecznie zresztą, zataić przed nim swoje wykroczenia przeciwko szkolnym zasadom, widział doskonale ironię tej próby ukrycia przed nią swoich poczynań.
Zamknąwszy oczy, skoncentrował się na dekoncentrowaniu się, powolnym pozbywaniu się myśli i emocji, aż jego umysł stał się idealnie pusty. Robił to z zasady co wieczór; nie potrzebował oklumencji już od trzech lat, ale była to użyteczna umiejętność i nie chciał jej zatracić.
W tej pustce zaczął tworzyć wyrazisty obraz szklanki wody, wysokiej, wąskiej, pełnej po brzeg. Chodź do mnie, pomyślał i już mógł wyczuć jej obecność. Chodź do mnie, powtórzył i poczuł, jak szklanka napiera na tkaninę przestrzeni, by przedostać się do niego. CHODŹ, rozkazał - i teraz drżała już na stoliku nocnym na próżno usiłując wyrwać się z miejsca.
Siła jego woli nie wystarczyła. Westchnął i przygotował się na falę nudności.
- Accio szklanka!
Tym razem błyskawicznie znalazła się w jego wyciągniętej dłoni, ochlapując mu wodą palce. Napił się łyk, by uspokoić żołądek, i zaczekał, aż minie uczucie gorąca, które towarzyszyło tej próbie. Byłoby łatwiej, gdyby sama siła woli wystarczyła mu do sterowania magią. W takim przypadku nie musiałby obawiać się żadnych nieprzyjemnych sensacji, podobnie jak nie odczuwają ich dzieci, którym uda się zupełnie przypadkowo wyczarować coś bez różdżki.
Po otrzymaniu różdżki z reguły nikt nie zajmował się już magią bezróżdżkową, niewiele zatem wiedziano na ten temat. Najprawdopodobniejszą hipotezą, jaką mógł wymyślić, było to, że zaklęcie wypowiadane bez różdżki w ręku przesyłało magiczną moc przez ciało – niczym błyskawicę. Niewielu mogło się pochwalić wrodzoną umiejętnością skutecznego rzucania zaklęć w ten sposób, a jeszcze mniej osób ważyło się na takie próby. Ale tworzenie magii nie za pomocą różdżki i łaciny, wyrażenie życzenia na zasadzie „bądź wola twoja" — w takim przypadku magia nie musiałaby z trudem wywalczać sobie z niego drogi – po prostu BYŁABY. I zapewne byłaby silniejsza niż jakiekolwiek zaklęcia rzucane za pomocą różdżki.
Potrenował przez chwilę przywoływanie i znikanie różnych przedmiotów, a potem poszedł do łóżka, wdzięczny, że w ogóle udało mu się wykonać jakiekolwiek zaklęcia. Niejasne uczucie nudności, jakie odczuwał – od cebulek włosów po palce u nóg – nie było w stanie przytłumić radości z magii pulsującej w jego żyłach.
-0-0-0-0-0-0-0-
A/N: 1. „Zupełnie znośna …" to hermetyczne mrugnięcie okiem do miłośników Jane Austen, którym komentarz Snape'a może przypomnieć o panu Darcy'm z Dumy i uprzedzenia: „Zupełnie znośna, ale nie na tyle ładna, bym ja miał się o nią pokusić" („She is tolerable; but not handsome enough to tempt me.")
Od tłumaczki:
Od tego rozdziału zastęp bet powiększył się o bzyczka. Bzyczku i amelioado: uwielbiam i pokłony biję, i tancerki wschodnie ślę.
Dziękuję wszystkim za komentarze! Realne życie przesunęło niestety tłumaczenie na ostatni punkt w porządku dziennym człeka zapracowanego. Zamierzam skończyć je jednak w tym roku, zanim osoba, dla której pierwotnie było przeznaczone, całkiem zrezygnuje z tego rodzaju lektur…
