Rozdział 12. Odkrycia
Hermiona wstała wcześnie i od razu ubrała się, chcąc jak najszybciej pójść do apteki po składniki do eliksirów — a prawdę mówiąc jeszcze bardziej jej się śpieszyło, by w ogóle wyjść z domu. Nie odwiedzała magicznego świata od czasu, gdy przyszła w sukurs pierwszym wygnańcom i choć rzeczywiście, tak jak powiedziała Snape'owi, po tamtej stronie frustrowały ją subtelne uprzedzenia wobec osób pochodzenia mugolskiego, wśród wyeksowanych czarodziejów czystej krwi zaczynała dostawać szału. Nigdy nie odczuwała palącej potrzeby posiadania dzieci. Teraz czuła się tak, jakby miała ich ponad dziesiątkę.
Zaśmiała się głośno, a jej śmiech odbił się echem od ścian pustego salonu. Co za ironia! Była tu przecież najmłodsza.
- Cóż to tak panią rozbawiło, panno Granger?
Hermiona odwróciła się gwałtownie, dusząc w sobie wrzask, którego o mało z siebie nie wydała. Snape siedział w rogu pokoju, przed komputerem.
- O mało nie dostałam przez pana zawału - powiedziała, uśmiechając się niepewnie. – Co pan robi?
- Szukam informacji o telefonach - powiedział chłodno. Gdy podeszła bliżej, zobaczyła na ekranie kilka otwartych stron internetowych. – Pani wyjaśnienie o tym, jak działają, pozostawiło wiele do życzenia. A nie wydawało mi się, by uznano za dobry pomysł, gdybym rozłożył wspólny telefon na części składowe.
- Skąd to nagłe zainteresowanie?
- Być może będę tu rzeczywiście przez jakiś czas… unieruchomiony. Wolałbym nie obijać się jak ślepiec o przeszkody w tym dziwacznym świecie.
Hermiona była w stanie docenić takie motywy, czuła się tak samo — choć w bardziej pozytywnym sensie — gdy odkryła, że jest czarownicą.
- Powinien pan w takim razie spędzić trochę czasu z bliźniakami. Mają hopla na punkcie technologii. Dziwię się, że aż tyle czasu im zajęło kupno własnego komputera.
- Sześć i pół roku uczenia tych irytujących majsterkowiczów to dla mnie aż nadto czasu spędzonego w ich towarzystwie - powiedział sucho i uniósł brew, gdy zobaczył jej lnianą torbę. – Wybiera się pani gdzieś?
- Na Pokątną.
Smutek przemknął mu przez twarz, trwało to ułamek sekundy – po czym natychmiast przybrał wyraz absolutnej obojętności. Przypomnienie o tym, co stracił, przyszło w niezbyt dobrej chwili – zaraz po frustrującej godzinie zanurzenia w mugolskim świecie.
Lata uczniowskie w Hogwarcie, choć traumatyczne emocjonalnie, pod względem intelektualnym były dlań bardzo łatwym okresem. Nie miał w zwyczaju być zbijanym z tropu. Ale zapoznając się z nauką telefonii, zrozumiał po raz pierwszy, że nie tylko został zmuszony do pozostawienia za sobą magicznych udogodnień, ale że został wrzucony w społeczeństwo tak obce, że czytając o interesującym srebrnym telefonie komórkowym, który miał w kieszeni, musiał sprawdzać znaczenie co drugiego słowa. Antena. Kanał. Nadajnik. Częstotliwość. Analogowy. A kiedy docierał do ich definicji, czyhało tam na niego jeszcze więcej niezrozumiałych terminów.
Jakby stał na ruchomych piaskach. Było to okropne wrażenie – miał uczucie, że się dusi. I w żaden sposób nie była to dobra chwila, by być przy czarownicy urodzonej w mugolskiej rodzinie, która doskonale zaaklimatyzowała się w nowym dla siebie świecie, której w gruncie rzeczy poszło to obrzydliwie dobrze i która mogła tam wracać, kiedy jej się żywnie podobało.
- A zatem miłej przechadzki- powiedział kwaśnym tonem. – Nie zatrzymuję.
Hermiona, która spędziła z nim w przeddzień zaskakująco miłe popołudnie w mugolskim Londynie, odczuła jego ton dużo dotkliwiej, niż gdyby wyzwał ją od najgorszych. Łzy zapiekły ją w oczach, a to wprawiło ją w jeszcze większą wściekłość. Przechadzki? Przechadzki?
Punkt ósmy: Jest małostkowym, nienawistnym, niewdzięcznym dupkiem.
Nabrała powietrza w płuca.
- Ty — ty — ty OKROPNY człowieku! Wyraźnie żałuje pan, że nie może iść ze mną, ale jest pan zbyt wielkim Ślizgonem, żeby się do tego przyznać. Chciałby pan być zupełnie gdzie indziej. Chce pan z powrotem swoją różdżkę i ma mi pan za złe, że ja nadal ma swoją. Czuje się pan słaby i nienawidzi pan tego. Nic nie mogę na to poradzić, ale mogę postarać się dla pana o składniki do eliksirów, co też właśnie miałam zrobić, zanim mi pan przerwał — więc niech pan przestanie wyładowywać na mnie swoją złość w typowy dla siebie sposób i niech pan łaskawie przypomni sobie, że jestem po pańskiej stronie!
Snape wstał raptownie, patrząc na nią z góry i niemal nie posiadając się ze złości. Zaskoczyła go kompletnie, wskazując trafnie bolesne miejsce, które jego sarkazm miał wszak za zadanie skrywać. Nikt poza Dumbledore'em nie zauważył nigdy, że ból przebrany był u niego za drwinę. Nikt do tej pory mu tego nie wytknął. Chciał przenieść to cierpienie na nią. Chciał zobaczyć, jak osuwa się bezwładnie na podłogę. Już ćmiło mu się w oczach, już widział, jak dziewczyna krzyczy z bólu, już prawie to czuł, samo powietrze wokół niego ładowało się już energią…
… i nagle wszystko się urwało, gdy zdał sobie sprawę, co się dzieje. Chwiejnie opadł na krzesło, zaciskając na nim dłonie tak mocno, że aż zbielały mu palce.
Doszedł niebezpiecznie blisko do przełomu w użyciu bezróżdżkowej magii - a odbyłoby się to kosztem młodej kobiety, która wzięła go z ulicy, powiedziała mu, że ufa mu absolutnie i nie zrobiła mu nigdy nic złego poza doprowadzaniem go do szewskiej pasji na lekcjach. Zrobiło mu się niedobrze i tym razem to nie magia była temu winna.
Choć Hermiona nie miała pojęcia, czego właśnie uniknęła, miała na tyle wyczucia, by wiedzieć, że o mało nie stracił panowania nad sobą. Jego błędny, pełen udręki wzrok złagodził jej własny gniew.
- Wiem, że to dla pana trudne - powiedziała spokojniej. – Jest pan przyzwyczajony do tego, że ma pan kontrolę — zarówno nad swoją magią, jak i nad ludźmi — i chce pan, żeby znów tak było. A ja chcę pomóc panu w odzyskaniu tej władzy, ale proszę pamiętać, że nawet teraz nie jest pan bezbronny, profesorze. Od kiedy pan tu jest, mamy moim zdaniem lepsze szanse na sukces.
Snape powstrzymał się z najwyższym trudem od przemożnej chęci powrotu do drwiny. Czuł, że Hermiona go właśnie protekcjonalnie pociesza, ale kiedy przełknął tę myśl, zdał sobie sprawę, że to, co powiedziała, było… raczej miłe. W swoim życiu przeprosił do tej pory tylko raz i nie zamierzał robić tego więcej, więc zamiast tego wstał, podszedł do drzwi i przytrzymał je dla niej otwarte, jako ofertę zakopania topora wojennego.
- Siły w Ministerstwie również nie są bezbronne - powiedział, przytrzymując ją za ramię, gdy przechodziła i szepcząc jej do ucha. – Niech pani będzie ostrożna.
- O, cześć, Hermiona, dawnom cię nie widział.
Niski i krępy właściciel apteki Sluga i Jiggera uśmiechnął się do niej zza lady, kontrastując komicznie z malutkimi, delikatnymi buteleczkami na półkach.
- Miałam parę miesięcy urlopu z Ministerstwa - powiedziała. – Mieszkałam po mugolsku… Potrzeba mi było trochę oddechu.
Okrągła, sympatyczna twarz aptekarza przybrała wyraz tak zbliżony do irytacji, jak to tylko było możliwe. – Mnie też by, do licha, trzeba było trochę oddechu od Ministerstwa. Wiesz, że wprowadzili paręnaście przepisów, które przeszkadzają mi w robocie? Wszystkie sklepy muszą składać sprawozdania z wszystkich rzeczy kupionych i sprzedanych, wszystkich najgłupszych rzeczy, które się zdarzą, do Wydziału Informacji.
- Wydziału Informacji? Ale kiedy powstało coś takiego?
- Dokładnie wtedy, kiedy nowe prawa. W piątek, tak mi się zdaje.
Zirytowana, że Malfoy nie posłał do niej natychmiast sowy, Hermiona dokonała szybkiego myślowego rozrachunku i uznała, że choć w tym, że panna Granger, specjalistka od eliksirów, wyrabia je jako wolny strzelec, by się utrzymać, skoro nie pobiera ministerialnej pensji? Nikt nie musiał wiedzieć, kto rzeczywiście te produkty wyrabia.
- Sam – powiedziała – to prawda, że potrzebujesz pomocy z gotowymi eliksirami?
- Do licha, praktycznie mi wyszły, nigdzie nie da się znaleźć producenta godnego zaufania. A wiesz, że ja sam nie dam za nic rady robić eliksirów – odparł, pokazując grube palce – A co, masz ochotę?
- Oszczędności prawie mi się skończyły – skłamała. Uznała, że to będzie dobra przykrywka, gdyby Ministerstwo zaczęło się zastanawiać, z czego żyła przez kilka miesięcy i dlaczego nagle teraz znów się pojawia. – Mogę kupować składniki od Ciebie i zacząć od razu.
- Oj, złotko, byłoby cudnie – przyznał szczerze Sam. – Dam ci oczywiście hurtową cenę na składniki. No, poczekaj chwilunię, już ci wypiszę zlecenie.
A kiedy już było gotowe, Hermiona spędziła kilka godzin na gromadzeniu wszystkiego, czego potrzebowała. Nie spieszyła się, chcąc porozkoszować się kontrastującymi ze sobą zapachami apteki. A wreszcie wróciła do kontuaru i podała sakiewkę galeonów.
- Nie trzeba - powiedział. – Wiem, że i tak zaciskasz pasa. Ufam ci.
Ogarnęło ją poczucie wdzięczności — nigdy nie patrzył na nią z góry, chociaż był czarodziejem czystej krwi — ale i tak włożyła mu pieniądze z powrotem do rąk.
– To będzie mój wkład w umowę, dobrze? Szybko to wszystko zrobię. Nie umrę z głodu. Sam – zagadnęła po chwili przerwy. - I co, bardzo źle teraz jest?
Chodziło jej o ministerstwo, ale uznała, że ogólnie sformułowane pytanie będzie bezpieczniejsze.
- Noo, na pewno jest dziwnie. Wszystkie te historie w Proroku, jaktoludzie sa atakowani, zupełnie jak biedny Harry Potter — oj, no tak- powiedział, gdy zobaczył jej przerażenie i zaskoczenie – Pewnie o tym nie wiesz. Wielu ludzi ostatnio minęło się o włos ze śmiercią. Czarodzieje, cali na czarno, wyskakują nagle znikąd i zaczynają rzucać zaklęcia na oślep. Wszyscy się boimy, że to poplecznicy Sama-Wiesz-Kogo próbują przejąć po nim pałeczkę. Więc naprawdę nie powinienem się skarżyć na Ministerstwo – dodał z zakłopotaniem. – Wiem, że tylko starają się nas chronić. Żadna praworządna czarownica czy czarodziej nie będzie miała przecież nic przeciwko temu, że aurorzy dowiedzą się, co się kupuje. Wkurza mnie tylko dodatkowa papierkowa robota.
Hermiona musiała odstawić zakupy, tak bardzo trzęsła się ze wzburzenia. – Czy ktoś został ciężko ranny?
- Nieee, chwała Merlinowi. Aurorzy są teraz wszędzie – nie widziałaś to ich na ulicy? Wyrośli jak grzyby po deszczu kilka tygodni po tym ataku na Harry'ego. No i wyszło na to, że to był dobry pomysł. Ci mroczni kolesie nie są w stanie zostać w jednym miejscu na tyle długo, by zrobić za wiele szkody.
- Kiedy zaczęły się ataki?
- A z parę dni temu. Niedawno.
Teraz było jasne, dlaczego pani Weasley i spółka nic o tym nie mówili. Byli przecież na dwutygodniowych wakacjach w Rumunii. Nie tłumaczyło to jednak, czemu nie wspomniał o tym Malfoy.
- Uważaj na siebie, Sam - powiedziała, ściskając go za rękę. Postanowiła, że pójdzie po gazetę.
- A ty też, kochaniutka - odparł. – Dzięki raz jeszcze za pomoc z eliksirami — życie mi ratujesz, słodziutka.
***
Dwie minuty później wsunęła egzemplarz "Proroka"do torbyi właśnie miała się teleportować, gdy nagle pojawił się przed nią Dean Thomas, machając do niej jak szalony.
- Hermiona! - wykrzyknął. – Myślałem, że chciałaś spędzić rok całkiem po mugolsku.
- Cóż, muszę zarobić trochę, żeby przez niego przetrwać - powiedziała. – Właśnie byłam u Sluga i Jiggera, żeby zapytać, czy mogę robić dla nich eliksiry.
- Wiesz, naprawdę powinnaś wrócić. Jest lepiej, serio. Dostałem awans.
- Żartujesz! Ale Dammers…
- Drażliwy stary zrzęda poszedł na emeryturę. Popełnił błąd z Eksplodującym Płynem – mogło to mieć śmiertelne skutki! – i stwierdził, że już czas na niego, więc teraz to ja jestem szefem. Pierwszy dyrektor wydziału z mugolskiej rodziny! A tak w ogóle, cieszę się, że poszłaś na urlop – mrugnął do niej żartobliwie – bo prawdopodobnie gdyby nie to, to ty byś została szefem.
- Byłam pewna, że Knot woli na stanowiskach kierowniczych czystą krew- powiedziała zdziwiona.
- Wygląda na to, że zmienia śpiewkę. Jest w końcu politykiem, czyż nie? Myślę, że zauważył wreszcie, że jesteśmy rosnącą częścią jego wyborców.
- No tak, pewnie zrobiłby wszystko, by być dalej ministrem .
Kiedy doszli do lodziarni Fortescue, Dean powiedział: - Moglibyśmy wpaść na wczesny lunch i pogadać. U Floreana można zjeść już nie tylko lody.
Hermiona miała na to ogromną ochotę. Jej pół aż się wyrywało, by powiedzieć mu wszystko: że Ministerstwo kryło pewne informacje, że wyrzucało czarodziejów, a może nawet — ale czy naprawdę to możliwe? — oszukiwało wszystkich w sprawie odradzania się ruchu śmierciożerców. W głowie jednak cały czas brzmiało jej ostrzeżenie Freda. Uznała więc, że choć Dean jest godny zaufania — na litość boską, przecież stracił rodziców przez Voldemorta — mogłoby mu się coś wymknąć w rozmowie z kimś, komu ufać nie należało.
- Obiecałam Samowi, że od razu zabiorę się za jego zamówienia - powiedziała. – Następnym razem, dobrze?
- Jasne – powiedział. Wyglądał na rozczarowanego. – Tęskniłem za tobą, wiesz? W Badaniach i Rozwoju jest teraz za dużo facetów.
- Jak można do tego dopuszczać - powiedziała, kładąc mu rękę na ramieniu. – Twój talent flirciarza straszliwie się marnuje.
- Przynajmniej w zaopatrzeniu jest trochę ładnych dziewczyn. Oczywiście nie dorastają ci urodą do pięt.
- Ach, oczywiście.
Uśmiechnęła się do niego – wyraźnie poprawił jej nastrój. Ale natychmiast zaskrzeczała ponura rzeczywistość.
– Jak sobie radzisz… To znaczy słyszałam, że były ataki…
Zesztywniał i skrzywił się.
– Cholerni śmierciożercy. Nigdy się nie poddadzą, to jasne. Tylko czekają na odpowiedni moment. Ministerstwo wpadło tym razem na właściwy pomysł — machnął ręką, wskazując aurora stojącego na baczność niedaleko Magicznej Menażerii — więc przynajmniej nie czuję się tak, jakby cały czas groziło mi niebezpieczeństwo. Dostali nauczkę i wyciągnęli wnioski – dodał ponuro.
- Czy z czasem jest łatwiej?
- Codziennie coś przypomina mi o mamie albo tacie. Codziennie. – Przerwał, odwracając wzrok. Kiedy znów popatrzył na nią, miał zaciętą twarz. – Wybraliśmy sobie pokręcony świat. Czy kiedykolwiek zwróciłaś uwagę, że historię świata czarodziejów wyznaczają przez wieki kolejni Mroczni Panowie?
- No tak. Ale Mugole mieli i mają ten sam problem.
- Mugolska Anglia dobrze sobie radzi od dwóch pokoleń. Po magicznej stronie to się nigdy nie kończy. I bywa, że w krzyżowym ogniu cierpią również niewinni ludzie.
Hermiona postawiła torbę na ziemi i objęła go niezręcznie. - Tak mi przykro, Dean.
- Tak - westchnął, przytulając ją mocno do siebie. - Mnie też.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Życie nie pozwala na realizację niektórych projektów w wymarzonym terminie. Tłumaczenie to zostanie jednak skończone – po długiej przerwie udało mi się do niego powrócić.
Nie mam już bety. Jeśli ktoś ma w sobie zacięcie redakcyjne i miałby czas na sczytywanie kolejnych rozdziałów, proszę o PM.
