Rozdział 13, czyli Granger, Hermiona Granger
Fred pojawił się w drzwiach, przerywając Snape'owi ponurą zadumę, dziesięć minut po tym, jak Hermiona wyszła na Pokątną.
– Czy wy kiedykolwiek pracujecie? – rzucił kąśliwie Snape. Nie miał nastroju na Weasleyów.
- Tak – powiedział Fred, krzyżując ręce na piersi. - Wymieniam się z George'em.
Snape zamrugał oczami, zaskoczony. – Ale w czym?
- Oczywiście w kierowaniu sklepem z zabawkami – wyszczerzył zęby. – Kiedy już poznamy dobrze mugolskie rzeczy, zabierzemy się za własne wynalazki.
- Nimue, zlituj się nad nam - powiedział ironicznie Snape. Przypomniało mu się jednak, co Hermiona mówiła o bliźniakach i technologii. Powalczył trochę ze sobą, a wreszcie, zrezygnowany, poddał się konieczności nawiązania rozmowy. – Weasley, czy sądzi pan, że jakieś mugolskie urządzenia mogłyby być przekształcone tak, aby można było ich używać w miejscach uczęszczanych przez czarodziejów?
- Ale niby czemu miałoby to służyć? Mugole kompensują sobie przecież w ten sposób brak magii.
- Wprawdzie z bólem, ale muszę przyznać, że ich urządzenia komunikacyjne są lepsze. Żeby było jasne, to jedyna taka rzecz.
Spojrzał ze wstrętem na swoje ubranie, składające się z czarnej koszuli zapinanej na guziki i czarnych spodni bez żadnych guzików, a za to wyposażonych w metalowe ustrojstwo, którego nienawidził.
- Co pan sugeruje? – Fred, wyraźnie teraz zainteresowany, klapnął na krzesło obok Snape'a.
- Chcę zmodyfikować telefon komórkowy tak, abyśmy mieli łączność z panną Granger, kiedy wyprawia się do magicznego świata.
- Ohoho! – Snape nie zareagował na sugestywnie uniesione brwi, Fred zapytał więc: - Chodzi o to, żebyśmy mogli z nią rozmawiać, czy tak?
- I słyszeć to, co się wokół niej dzieje. Nie jest i nigdy nie była szpiegiem. Niemal na pewno umkną jej ważne detale.
- Noo… Pierwszym problemem jest to, że skomplikowane wynalazki Mugoli wariują zazwyczaj w pobliżu stałych źródeł magii. Dzięki mojemu tacie naprawdę coś o tym wiem. A więc trzeba by osłonić albo całe urządzenie, albo jego najważniejsze elementy. I wtedy będzie można z nimi poeksperymentować — tu odkaszlnął (ale Snape'owi ten dźwięk skojarzył się nieco ze słowami „latający samochód") — albo zabierać do miejsc przesyconych magią, takich jak Hogsmeade.
- Zwykłe zaklęcie tarczy?
- Tak właśnie. A drugi problem…
- …to jak sprawić, żeby urządzenie było niewidzialne. Jasne.
Na ten nieoczekiwany przejaw poczucia humoru u Snape'a Fredowi wyrwał się zaskoczony śmiech. Krzywiąc lekko wargi w uśmiechu Snape ciągnął:
- Wystarczyłoby, jak sądzę, zaklęcie deziluzji.
- Ale Hermiona nie może chodzić z ręką cal od ucha, chyba że chcemy, by wyglądała jak wariatka i w ten sposób wzbudzić u ludzi fałszywe poczucie bezpieczeństwa – powiedział Fred. – Jestem jednak pewien, że tata znajdzie coś u siebie w pracy i coś z tym zrobimy. To co, pójdziemy na przechadzkę?
Snape zauważył z niepokojem, że ostatnie słowo wypowiedziane przez Freda wzbudziło w nim przypływ poczucia winy. Odepchnął je jednak jak najdalej od siebie.
- Prowadź, Weasley.
***
Hermiona wróciła pod numer 27 na Delphian Way tuż przed południem i zatrzymała się, zdziwiona, na widok Snape'a i Freda pogrążonych we wspólnej pracy.
- Ha! Właśnie tak - powiedział Fred, a potem zobaczył Hermionę. – O, przyszłaś w samą porę. Chodź tu szybko i wypróbuj to.
- Słuchawki? – spytała, kiedy wręczył jej urządzenie połączone z komórką, którą zostawiła wcześniej w gabinecie.
- Snape wpadł na świetny pomysł — o, bosko, pasuje — żeby cię do tego podłączyć. W te sposób będziemy mogli nasłuchiwać, co się dzieje w świecie magii prosto z domowego ciepełka. Zrobimy je niezniszczalne i niewidzialne… A raczej ty to zrobisz.
Hermionie aż zadrżało serce. Był to genialny pomysł – mogła w ten sposób zbierać informacje, dokładnie tego im było trzeba! I będzie tak, jakby Snape był obok niej, aby jej doradzać i też słuchać, co się dzieje. Mistrz Eliksirów patrzył na nią tymczasem nieufnie — prawie tak, pomyślała, jak gdyby miał nadzieję na jej zgodę, ale się jej nie spodziewał.
- Profesorze, to jest fantastyczne - powiedziała, uśmiechając się do niego szeroko i otrzymując od niego w zamian lekkie drgnięcie ust. – Dziękuję panu. I tobie też, Fred — będę się czuć naprawdę jak James Bond.
- Mugolski szpieg z dużą ilością gadżetów – na sceniczny szept Freda Snape wzniósł do góry oczy.
Hermiona wręczyła Snape'owi torbę ze składnikami i listę eliksirów do zrobienia, Fred tymczasem posmarował masłem orzechowym i dżemem chleb na szybki obiad. A potem opowiedziała im o niepokojących nowinach o ostatnich atakach śmierciożerców i Departamencie Informacji.
Snape natychmiast zwrócił uwagę na problem, który najbardziej martwił Hermionę:
- Trzeba przyjąć, że Malfoy jest w to jakoś zamieszany, w przeciwnym razie wpadłby tu zaraz z takimi informacjami.
- I wie, gdzie jesteśmy - powiedziała ponuro. – Możemy być w strasznym niebezpieczeństwie.
- I PRZECIEŻ CAŁY CZAS TAK MÓWIŁEM! - wrzasnął Fred, wznosząc ręce do góry.
- Gdyby chciał nas zabić, miał na to całkiem sporo okazji – zwrócił mu uwagę Snape, po czym zwrócił się do Hermiony. – Czy może go tu pani zwabić?
- Chyba tak…
- To dobrze. – Porwał kolejną kanapkę z tacy. – Tak się składa, że w kieszeni została mi fiolka Veritaserum.
Kiedy Fred przestał krztusić się właśnie przełykanym kęsem kanapki, obdarzył Snape'a spojrzeniem pełnym rewerencji. – Cofam wszystko, co złego kiedykolwiek o panu mówiłem.
Hermiona prychnęła i wyciągnęła różdżkę.
- Tak, no cóż, to chwilkę zabierze, więc najpierw zaczarujmy telefon. Które części powinnam otoczyć osłoną?
- Wszystkie – odparł Fred. – A potem rzucimy na niego zaklęcie deziluzji.
- Ale dopiero wtedy, kiedy się połączymy – rzuciłostro Snape.
Wystukała dwanaście i wcisnęła na połączenie, sprawdzając, czy się nawzajem słyszą, a potem wypowiedziała dwa zaklęcia. Niewidzialny telefon wsunęła bez trudu do kieszeni, niewidoczne słuchawki objęły jej głowę jak opaska do włosów.
- No dobrze, idę odwiedzić Harry'ego. Tak, idę do niego, profesorze. Moim priorytetem jest wyrwanie go stamtąd i muszę się lepiej przyjrzeć sali, w której leży. A dopiero potem pójdę do Malfoya.
- W porządku – powiedział Snape. Nagle przechylił głowę i podszedł do niej szybko.
- Co się…?
Nie dokończyła, ponieważ Snape zanurzył ręce w jej włosach. Zamrugała dwa razy oczyma, mając wrażenie, że zwariowała. Stała jak skamieniała, podczas gdy on przesuwał długie palce przez szopę włosów na jej głowie...
- Tak lepiej - powiedział, patrząc na nią krytycznie. – Widać było, że coś je przytrzymuje. Ukłony dla Pottera.
Wyszedł z kuchni, zanim przypomniała sobie, jak znów normalnie oddychać. Rudzielec przy stole wyglądał tak, jakby miał za chwilę pęknąć ze śmiechu.
- Ani się waż, Fredzie Weasley – warknęła i majestatycznie wyszła.
Pokój w szpitalu wyglądał tak, jak pamiętała. Był przestronny, a aurorzy pilnowali go również w środku. Mimo to musiała zdać różdżkę przed wejściem, a strażnik przesunął swoją różdżkę koło niej, od stop do głów, sprawdzając, czy nie ma gdzieś świstoklików. Wzięła w dłonie rękę nieprzytomnego Harry'ego w swoje dłonie, usiadła przy nim i zaczęła koliście masować mu dłoń, mając nadzieję, że może w jakiś sposób zrobi mu to dobrze, a przy okazji znudzi aurorskie trio. Po paru minutach, gdy rzeczywiście zaczęli znów ze sobą gawędzić, Hermiona rozejrzała się wokół uważnie.
Pokój był chyba wielkości sypialni jej rodziców. Nie było w nim mebli poza łóżkiem Harry'ego, krzesła, na którym siedziała i długiego stołu zawalonego kartkami i bukietami kwiatów. Były tylko jedne drzwi, brak było okna. Zaciskając zęby, zaczęła się zastanawiać nad alternatywnym dostępem do pokoju – może kanałem wentylacyjnym? Nie, nic z tego, wszak w magicznym świecie nie ma czegoś takiego jak ogrzewanie czy klimatyzacja…
Zaczynała tracić nadzieję. Patrząc, jak z kroplówki kropla po kropli, nieustannie, sączy niewinnie wyglądający „lek", a w rzeczywistości Wywar Żywej Śmierci, poczuła przemożne pragnienie wyciągnięcia z ręki Harry'ego wenflonu – przecież mogła spróbować przekonać aurorów… — w końcu nie mogli być wszyscy w to zamieszani, prawda?
Nie — ale na pewno otrzymali instrukcje, by chronić go za wszelką cenę. Będą przygotowani na wszelkie sytuacje, w których ktoś próbowałby ich wywieść w pole, a to wyglądałoby właśnie na taką próbę. Przytuliła policzek do jego ręki, walcząc z napływającymi jej do oczu łzami, nie chcąc za żadną cenę się rozpłakać. Przecież wszystkiego słuchał Snape.
- Przepraszam, czas wizyty się skończył - powiedział jeden z aurorów ze współczuciem w głosie. – Gdyby to ode mnie zależało, mogłaby pani jeszcze tu zostać, ale lada moment będzie tu jego uzdrowiciel.
- Panno Granger - szepnął jej do ucha Snape, wyciągając ją niczym lina ratunkowa z otchłani rozpaczy – proszę nawet nie myśleć o wyjściu ze Świętego Munga, zanim się pani nie dowie, kto jest tym uzdrowicielem.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Dziękuję za wszystkie słowa wsparcia, które się posypały po zmartwychwstaniu tłumaczenia! Szczególne podziękowania składam zarazkowi, który mimo utrudnień technicznych bohatersko zmierzył się z zadaniem betareadera. Jak dobrze mieć szalonych przyjaciół!
