Rozdział czternasty, czyli tajemnicza uzdrowicielka
Miała zamiar wydostać się ze szpitala tak szybko, jak to było możliwe, ale teraz Hermiona z rozpaczą próbowała wymyślić jakąś wymówkę, która pozwoliłaby jej pokręcić się dłużej w korytarzu koło sali Harry'ego. Zaklęła w myśli, gdy strażnik, młody człowiek o jakby znajomej twarzy, który zapewne niedawno skończył Hogwart, oddał jej od razu różdżkę.
- Ee… pracujesz tu od dawna? – zapytała z udawanym entuzjazmem.
- Nie. Dopiero od lata - odparł krótko i do rzeczy.
- Och, uwielbiam aurorów – zachichotała. – Wszyscy jesteście tacy odważni.
Ciche parsknięcie w uchu dało jej znać, co sądzi Snape o jej zapasach z grą aktorską, ale strażnik wyprostował się i obdarzył ją szerokim uśmiechem.
- W zasadzie to jestem ochroniarzem w Świętym Mungo, ale właśnie przyjęli mnie do szkoły aurorów. Zaczynam w styczniu.
- Gratulacje, panie …?
- Whitby. Kevin Whitby.
- Aaa… Hufflepuff, prawda? Jestem Hermiona Granger, byłam w Gryffindorze. Jak miło cię znowu zobaczyć. Szkoda tylko — westchnęła głęboko — że to się odbywa w takich okolicznościach.
- Pan Potter to pani przyjaciel, prawda?
- Tak. Wygląda na to, że wcale mu się nie poprawia – pozwoliła sobie na szloch, który wcześniej powstrzymywała i otarła z łez oczy.
- No, już dobrze - powiedział, poklepując ją po ręce. – Proszę, mów mi Kevin. Nie martwiłbym się tak, uzdrowicielka Basil jest niesamowita. To ordynator oddziału urazów pozaklęciowych, naprawdę zna się na rzeczy. Zrobiła nawet trochę postępów z tym biednym Creeveyem w oddziale Janusa Thickeya.
- Basil, Basil – szeptał jej do ucha Snape , rozpraszając ją. – Zapytaj tego oczarowanego głupca, czy ta Basil ma na imię Tyzyfona.
- Kevin - powiedziała nieśmiało, na co chłopak posłał jej kolejny uśmiech - czy mówisz o Tyzyfonie Basil? TEJTyzyfonie Basil?
- Tak, to ona - odparł, zachwycony, że udało mu się ją rozchmurzyć. – O, właśnie idzie.
Wysoka czarownica w jasnozielonej szacie wyszła z rogu korytarza. Była uosobieniem matczynej dobroci: jasne włosy przetykane siwizną, ciepłe brązowe oczy i łagodny uśmiech na ustach. Przywitała się cicho z Kevinem i weszła do sali Harry'ego. Gdyby nie niosła flakoników z eliksirami, Hermiona dałaby sobie rękę uciąć, że ta łagodna kobieta nie mogła w żaden sposób ponosić winy za trucie bohatera magicznego świata.
W głowie jej aż zawirowało od natłoku myśli: musi znaleźć kogoś, kto ma więcej do czynienia z tą zagadką i pociągnąć go za język. Kogo znała na oddziale urazów pozaklęciowych? Był ktoś z jej roku, kto tam pracował, na pewno…
- Och! – przypomniała sobie wreszcie. - Kevin, znasz Justina Finch-Fletchleya?
- Czy go znam? Był dla mnie w Hogwarcie jak starszy brat. I to on pomógł mi znaleźć tę pracę. Załatwił mi tu rozmowę rekrutacyjną w tym roku, parę miesięcy przed końcem szkoły. Trudno o tak wspaniałych ludzi. Bardzo żałuję, że przestał tu pracować.
Hermionie zamarło serce.
- Tak w ogóle to dziwne- ciągnął Kevin. – Próbowałem wysłać do niego sowę parę tygodni temu, żeby zapytać, co u niego. Opuścił szpital, zanim ja zacząłem tu pracę, nie wiedziałem nawet, gdzie się przeniósł. I Caddie, to moja sowa, wróciła do mnie zirytowana, a list miała nadal przywiązany do nogi. A ty też nie wiesz, gdzie się podziewa?
Popatrzyła na niego, przerażona. Nigdy nawet do głowy jej nie przyszło, że Ministerstwo mogło skazać kogoś na banicję i zachować to skutecznie w tajemnicy.
- Zapomnijmy o Finch-Fletchleyu – powiedział ostro Snape. – Proszę załatwić, żeby Malfoy natychmiast się ze mną skontaktował. Uzdrowicielką Pottera jest matka Waldena Macnaira.
Macnair, ministerialny kat niebezpiecznych stworzeń. Macnair, śmierciożerca. Macnair, zabity przez Harry'ego Pottera w bitwie o Hogsmeade.
Pożegnała się pośpiesznie z Kevinem, wielce rozmownym przyszłym aurorem i uciekła.
Dwór Malfoyów wznosił się na dość wysokim wzgórzu i w weselszych czasach Hermionę w dobry humor wprawiała myśl, że gmach spogląda pogardliwie z góry na swoje otoczenie. Teraz jednak w gotyckiej architekturze widziała tylko zagrożenie, a ciemne chmury, które zgromadziły się na niebie, tylko wzmagały to wrażenie.
Skrzat domowy otworzył jej drzwi i zaprowadził do pokoju recepcyjnego. Wyjąkał, że pan przyjdzie, kiedy tylko zechce. Hermiona zepchnęła na bok irytację, którą zawsze czuła, gdy widziała, jak źle traktowani są służący Malfoya — ta sprawa będzie musiała poczekać.
- Skoro jest w domu, możemy skreślić opcję, że komunikacja została zerwana, bo zajęło się nim Ministerstwo. Proszę uznać, że jest niebezpieczny i postępować stosownie do tego. Proszę się postarać i nie zbudzić w nim podejrzeń - syknął Snape. Wyrzucał z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego. – Niech pani pamięta: on uważa, że nie wie pani o niczym, co się działo w magicznym świecie w ostatnim tygodniu. Proszę trzymać rękę przy różdżce i w razie potrzeby nie wahać się rzucić Drętwoty. W miarę możliwości lepiej tego jednak nie robić, ponieważ zaklęcia rzucane przez kogokolwiek poza członkiem rodziny Malfoyów włączy alarmy. I czy mogę przypomnieć, panno Granger, że musi sobie pani sama poradzić, ponieważ nie mam możliwości sprowadzenia do pani pomocy?
Miał poirytowany i jakby lekko poddenerwowany głos. Przekazanie komuś innemu szpiegowskich zadań nie mogło być dla niego łatwe, uświadomiła sobie Hermiona, zwłaszcza że jego przyszłość zależała od ich wyniku. Słyszała przez słuchawkę ciche kroki – pewnie chodził w tę i we w tę po pokoju.
Wkrótce te ciche dźwięki zagłuszone zostały głośniejszymi odgłosami kroków w korytarzu, ostrzegającymi ją, że do pokoju zaraz wkroczy Malfoy.
- Czemu zawdzięczam ten… zaszczyt? – spytał z nieszczerym uśmiechem.
- Panie Malfoy – pochyliła głową i zacisnęła usta, bo zawsze tak na niego reagowała. – Zabrakło nam sypialni pod numerem 27 na Delphian Way, a mówił pan, że dołoży jedno piętro, kiedy zajęty został ostatni pokój. Czy może się pan teraz tym zająć?
Skrzywił się.
- Jestem teraz zajęty. To z pewnością może poczekać.
- Nie wiadomo, kiedy Ministerstwo może wygnać kolejną czarownicę lub czarodzieja.
- Jeśli coś takiego się stanie, z pewnością usłyszę o tym i mogę równie dobrze wtedy powiększyć dom.
- Wolałabym się na to przygotować z góry.
- Już mówiłem, mam inne zobowiązania.
- Ale proszę pana…
- Panno Granger, wygląda pani naprawdę na zdesperowaną… - powiedział powoli. – Dlaczegóż to?
Popatrzyła na niego – krew szumiała jej w uszach, zamiast napływać do mózgu i ułatwić jej myślenie.
- Niech mu pani powie, że pan Nott ma problem z aklimatyzacją – szepnął zaniepokojony Snape.
Niestety Theo dobrze sobie radził i Malfoy to wiedział, jako że odwiedził ich kilka tygodni wcześniej. Ale wpadła dzięki temu na inny pomysł.
- Martwię się o profesora Snape'a – wydusiła z siebie. – Proszę, musi mi pan pomóc.
- Co? – powiedział Malfoy.
- Co?! – syknął Snape.
- Nie wychodzi z pokoju. Zostawiam mu jedzenie, ale nie chce jeść. Jest pan w pewnym sensie jego przyjacielem… Pana posłucha.
- Naprawdę uważam – dodała, kiedy stało się jasne, że Malfoy stara się wymyślić jakiś sposób, by się z tego zręcznie wymigać – że wciąż ma pan wobec niego dług.
- Dobrze - parsknął, wysuwając różdżkę z rękawa. - Apparate!
Hermiona wypuściła wstrzymywany do tej pory oddech, teleportowała się do alejki niedaleko domu numer 27 na Delphian Way (zapewne uruchomiła tym samym alarmy w dworze Malfoyów, ale miała to w nosie) i weszła wraz z Malfoyem do domu. Miała nadzieję, że Snape domyślił się, gdzie pójdą.
W salonie panowała kamienna cisza. Schody wiodące na czwarte piętro tchnęły grobowym bezruchem. Zaraz zabije mnie napięcie, pomyślała Hermiona, kiedy podchodzili do zamkniętych drzwi pokoju Snape'a – jeśli nie zrobi tego sam Malfoy.
- Proszę, niech pan wejdzie pierwszy – powiedziała, zaskakująco dla siebie spokojnie.
Rzucił jej jedno ze swoich spojrzeń boga wśród wieprzy i wszedł do środka.
Wyjąc jak banshee, z boku rzucił się na niego Fred. Snape złapał – niemal za późno – rękę, którą Malfoy posługiwał się różdżką. Malfoy wił się po drewnianej podłodze, uderzając Freda w podbródek.
— Panno Granger, proszę na nim usiąść! – wrzasnął Snape i to odwróciło bieg rzeczy.
- Ty brudna mała szlamo! – splunął na nią Malfoy głosem pełnym wściekłości i niemal nierozpoznawalnym. – Ty podstępna dziwko! Ty…
Snape skorzystał z tego, że Malfoy miał otwarte usta i wlał do nich z fiolki Veritaserum mniej więcej trzy krople (a tak przynajmniej miała nadzieję Hermiona).
Efekt był natychmiastowy. Malfoy zwiotczał w pół ruchu, a jego głowa uderzyła o podłogę z głuchym hukiem. Przenikliwe szare oczy zasnuła mgła. Spoglądały teraz nieruchomo w sufit. Hermiona wzięła drżący oddech, podniosła się i oparła o ścianę.
- Pomijając kwestie improwizacji – zwrócił się do niej Snape – jako szpieg jest pani… znośna.
- To jeden stopień wyżej od „nieznośnej", jak mniemam - mruknęła.
- No i co? – zapytał grubym głosem Fred, rozcierając sobie szczękę. – Teraz zadajemy pytania, a nie przekomarzamy się!
- Lucjuszu – powiedział Snape, rzucając na Freda mroczne spojrzenie – powiesz mi teraz, w jaki sposób jesteś powiązany z ostatnimi wygnaniami.
Głos Malfoya, opróżniony z gniewu, lekceważenia, wszystkiego, czym do tej pory był przepełniony, odparł:
- Poprzez Teodora Notta, syna moich kuzynów.
- Tylko tak jesteś z tym powiązany? Nie jesteś za to w żaden sposób odpowiedzialny?
Pozbawiony intonacji, robotyczny głos: - Nie mam z tym nic wspólnego.
- Jest pan pewien, że ten eliksir nie zwietrzał panu, kiedy go pan tak trzymał w szatach? – spytał Fred.
- Gdybyś choć odrobinę się pouczył, kiedy byłeś ostatni rok w Hogwarcie, wiedziałbyś, że Veritaserum jest w stanie przetrwać niemal wiecznie - powiedziała Hermiona, zirytowana nie tyle na niego, ile na całą sytuację. Nie tylko zabrnęli w ślepą uliczkę, ale jeszcze do tego zapewne spalili swój jeden jedyny most z dobrymi koneksjami.
Snape patrzył na Malfoya przez chwilę, zaskoczony, a potem powrócił do przesłuchania.
– A więc dlaczego nie powiadomiłeś panny Granger, kiedy śmierciożercy zaczęli atakować, a Ministerstwo przyjęło ustawy o informacji?
- Nie przyłożyłem ręki do banicji, ale te wyroki były dla mnie korzystne. Chcę być Ministrem. Łatwiej pokonam Knota niż Weasley. Jeśli Weasley jest poza polem walki, a ta wścibska szlama nie zdoła w ostatniej chwili anulować wyroku, z pewnością wygram. Zadbam, by mieszkała sobie tutaj, nie zagrażając moim planom.
- Ty kretyński… - zaczął Snape. – Nie przyszło ci do głowy, że Knot albo ktoś inny z Ministerstwa, zmienia zasady gry, podczas gdy my sobie tutaj miło gawędzimy?
- Zauważyłem, że jest inaczej. Nie przejmuję się tym. Czarodzieje rzucą się na wyścigi do głosowania przeciwko niemu, gdy zobaczą, że ogranicza się ich wolność.
- Nie takie wrażenie odniosłam dziś na Pokątnej - mruknęła Hermiona.
- Co wiesz o incydentach ze śmierciożercami? – zapytał Snape.
- Wiem tylko to, co podaje „Prorok". Podejrzewam, że to albo nowy kontyngent czarodziejów albo ich fagasi. Zginęło przecież tylu największych zwolenników Mrocznego Pana...
- A Harry Potter? Co o nim wiesz?
- Jest w śpiączce w Świętym Mungo. Podobno zaatakował go śmierciożerca. Nie wiem, czy to prawda.
- Kto jest jego uzdrowicielem?
- Nie wiem – powtórzył Malfoy.
Fred zaklął pod nosem.
- Niech nam się zwróci chociaż knut z tego serum prawdy. Proszę go zapytać o coś wstydliwego.
- Lucjusz, a niech cię – warknął Snape, pewien już, że walczył z wiatrakami – powiedz mi coś użytecznego!
Nie było to - technicznie rzecz biorąc - pytanie i leżący na podłodze jasnowłosy mężczyzna nie otworzył nawet ust.
- Co miał pan zamiar zrobić – zapytała Hermiona – po wygraniu wyborów na ministra? Zostawiłby pan nas tu?
- Nie. Miałem zamiar ułaskawić wszystkich, którzy zostali skazani na banicję. Poza Weasleyami.
- Och, cudownie - powiedział Fred. – Po prostu świetnie. Pokłońmy się wszyscy bohaterowi-zdobywcy.
Snape podniósł wzrok na Hermionę. Wyglądał na tak przygnębionego, że musiała świadomie powstrzymać się przed poklepaniem go po ramieniu i pocieszeniem go „no, już dobrze, dobrze".
- No cóż, wyeliminowaliśmy jedną możliwość, profesorze - powiedziała, siadając po turecku obok niego. – To też się chyba liczy.
- Tak - warknął. – Jeden załatwiony, zostało jeszcze dziesięć tysięcy.
- No, przynajmniej wiemy, że uzdrowicielka Harry'ego bierze w tym udział.
- Proszę go związać – rzucił i wstał, by poszukać czegoś w swojej szacie, podczas gdy Hermiona wyczarowała sznury do związania Malfoya.
Snape wrócił z inną fiolką. Zapachniało imbirem; Hermiona uznała, że jest to antidotum na Veritaserum.
Trzy krople. Chwila ciszy.
—… wstrętny babsztylu! Ty…
- Tak, myślę, że już wystarczy – powiedział sucho Snape. – To był mój pomysł, Lucjuszu, więc twoje zaskakująco grubiańskie wyzwiska są skierowane do niewłaściwej osoby.
Malfoy popatrzył na mistrza eliksirów, zbyt wściekły, by wykrztusić z siebie coś więcej.
- Może chciałbyś się dowiedzieć, czemu cię tu zaprosiliśmy? - spytał Snape.
- Może chciałbym pozbawić cię jelita cienkiego, kuzynie.
- Jak zwykle szarmancki. Przestań gapić się na mnie jak ryba, Weasley, wiesz dobrze, że wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej spokrewnieni. Dla precyzji, Malfoy jest moim trzecim kuzynem. Nie zdziwiłbym się, gdybyś łączyło was podobne pokrewieństwo.
Na twarzy Freda odmalowała się zgroza.
- Ktoś — jak sądzimy, Ministerstwo — podaje Potterowi leki, by wyglądało, że jest w śpiączce –kontynuował tym samym poirytowanym głosem Snape. – Zostałem wygnany, bo to odkryłem. Oczywiście sądziłem, że o tym wiesz, w przeciwnym razie powiedziałbym ci w łazience. Sądzę, że kiedy powiedziałeś, że „wiesz", wiedziałeś jedynie to, że skazują na banicję czarodziejów.
Malfoy znieruchomiał.
- Być może źle oceniłem sytuację - powiedział nieco sztywno. - Ministerstwo musi mieć nad tym znacznie ściślejszą kontrolę niż sądziłem.
- Zdajesz sobie sprawę, że jest spora szansa, że w chwili, kiedy twoje zwycięstwo nad Knotem będzie wyglądało na prawdopodobne, trafisz tu na stałe – rzekł Snape.
Ta myśl zapewne nie przyszła wcześniej Malfoyowi do głowy – aż pobladł.
- Podobno Marsylia jest piękna w tej porze roku – dodał gawędziarskim tonem Snape.
- Malfoyowie nie uciekają.
- Malfoyowie byliby marnymi Mugolami…
- Ale ja zostanę ministrem.
- Zajmują twój majątek, kiedy cię skazują na banicję, wiesz – ciągnął Snape, jakby nikt mu nie przerwał. – Jestem jednak pewien, że panna Granger mogłaby zorganizować ci tu życie i znaleźć pracę. Jest tu podobno dużo wakatów dla śmieciarzy.
Nastała długa, niezręczna cisza.
- Cóż, skoro już tu pan jest – powiedziała w końcu Hermiona – może dodamy to piąte piętro?
