Rozdział 15, czyli dziś włosy, jutro różdżka
– Jak to możliwe, że matka śmierciożercy dostaje dwudziestoczterogodzinny dostęp do Harry'ego? – zapytała Snape'a Hermiona, przyniósłszy wieczorem kociołek do jego pokoju, by mógł zabrać się do pracy. – To naprawdę przechodzi wszelkie granice, nawet jak na Ministerstwo Magii – dodała z goryczą.
– Bardzo niewielu ludzi wie, że Tyzyfona Basil jest spokrewniona z Macnairem – powiedział, siekając składniki na kuchennej desce, którą położył na długim stole transmutowanym przez Hermionę. – Zrozumiałabyś to, gdybyś rzeczywiście przeczytała wszystko w bibliotece w Hogwarcie. Popatrz na hasło Macnair, Walden w Starożytnych rodzinach czarodziejów, a zobaczysz, że jako jego rodzice widnieją tam Urszula i Tanatos.
– Tanatos? – spytała, sadowiąc się w głębokim fotelu. – Cóż za urocze imię. Również śmierciożerca, jak mniemam?
– Nie, chociaż ciągnęło go w tamtą stronę. Większość czasu spędził jednak na zapoznawaniu się z kobietami innymi niż jego żona. Między innymi z uzdrowicielką Basil.
– Aha… Jak wielkim skandalem w czarodziejskiej społeczności byłoby pozamałżeńskie dziecko?
– Musiała pani już zauważyć, że tego się po prostu nie robi. Wyjechała w długą „podróż" na kontynent, po której u Macnairów – dziwnym zbiegiem okoliczności– urodził się potomek.
– Walden Macnair wiedział o tym?
– W końcu się dowiedział. Jako że Basil jest czystej krwi, nie zaszkodziło mu to wśród śmierciożerców.
– A teraz ona mści się codziennie na czarodzieju, który zabił jej syna. Z jej punktu widzenia to zapewne bardziej satysfakcjonujące niż po prostu zamordowanie Harry'ego.
Przez dłuższą chwilę siedziała w ponurej zadumie, patrząc, jak Snape obserwuje bulgocący eliksir. Harry nie chciał zabić Macnaira; śmierciożerca rzucił się, by przechwycić szczególnie paskudne zaklęcie, które Harry posłał w kierunku Voldemorta, by osłabić Mrocznego Pana, zanim ich różdżki znów się zablokują. I niemal przez to przegrali. Była to jedna z tych nielicznych sytuacji, w których przydał się Lucjusz Malfoy — rzucił kilka zaklęć i dał w te sposób Harry'emu czas na ucieczkę i na podjęcie kolejnej próby zmierzenia się z Voldemortem.
Przypomniało to Hermionie o pilniejszych problemach.
– Czemu namówił pan Malfoya do wyjazdu z kraju? – spytała. – Mógłby nam się jeszcze przydać.
– A może wprowadziłby jeszcze większy zamęt w ten bałagan, który i tak jest nie do wytrzymania – odparł uszczypliwie Mistrz Eliksirów.
– Tak, ale teraz będzie nam o wiele trudniej dowiedzieć się, czy dochodzi do banicji kolejnych czarodziejów i przechwycić ich, zanim znikną w świecie Mugoli. Przypuszczam, że pani Weasley będzie mogła się tego podjąć, kiedy wróci z Rumunii, ale naprawdę, profesorze, to krok do tyłu.
Snape, który przyglądał się właśnie fidze abisyńskiej, podniósł głowę i zmierzył ją przenikliwym wzrokiem.
– Proszę zachować czujność, panno Granger. Lucjusz Malfoy robi to, co chce. Gdy nabrałem pewności, że wie, że posłuszeństwo Voldemortowi nie leży w jego interesie, byłem w stanie przekonać go do współpracy. Ale w tym przypadku jego cel nie idzie w parze z naszym. Skąd możemy wiedzieć, że nie postawi na kolaborację z nowym Mrocznym Panem, jeśli pomoże mu to zostać Ministrem?
– Ale jeśli to tylko Knot…
– Nie możemy być tego całkowicie pewni.
– Ale z pewnością z Malfoyem nie jest jeszcze tak źle.
– Nigdy nie wierz byłemu śmierciożercy.
– A panu?
– A mnie szczególnie.
Powiedział to z goryczą, przypominając sobie, jak bliski był zrobienia jej krzywdy tego ranka. Jak widać, jeśli raz było się użytkownikiem czarnej magii, zawsze się nim będzie. Sądził, że wydobył się z tego akurat uzależnienia, ale w tej dziewczynie było coś takiego, co sprawiało, że tracił panowanie nad sobą.
Niczego nienawidził tak bardzo, jak tracenia nad sobą kontroli.
– Profesorze, niech pan nie dramatyzuje – powiedziała energicznie Hermiona, przerywając mu roztrząsania. – I proszę nie mówić, że nic pan nie pamięta z naszej rozmowy w pubie, wieczorem, wtedy, kiedy się pan tu pojawił.
Wstała z krzesła, wzięła garść korzeni stokrotek i drugą deskę do krojenia i zaczęła siekać je na drugim końcu stołu.
– Wydaje mi się, że jestem raczej w stanie zrobić to sam – mruknął. Jednocześnie życzył sobie, żeby sobie poszła i cieszył się, w sposób niezrozumiały dla samego siebie, że tego nie robi.
– Oczywiście – powiedziała. – Ale ja też tęskniłam za eliksirami.
Zapanowała między nimi cisza, która trwała przez całe warzenie eliksiru słodkiego snu, maści na oparzenia i Bahanocydu. A potem Snape sięgnął do jej lnianej torby po formularz zamówienia i wyciągnął zamiast niego „Proroka".
– „DRAMAT CZAROWNICY DOMOWEJ: ŚMIERCIOŻERCY O MAŁO NIE ZABILI MI SYNA" – przeczytał. – „Kiedy w ubiegłym tygodniu Doris Crockford z Basingstoke poszła z dzieckiem na zakupy na Ulicę Pokątną, szkodliwe zaklęcia nie znajdowały się na jej liście zakupów. – Proszę wyobrazić sobie, jakie to było potworne – powiedziała – kiedy śmierciożercy o mało nie zabili mi syna". Och, na litość Kirke – parsknął Snape.
– Tak, no cóż, pomyślałam, że powinniśmy zobaczyć, jakie informacje Ministerstwo przekazuje opinii publicznej – powiedziała Hermiona. – Co tam jeszcze piszą?
– „Wzmagają się ataki śmierciożerców, Ministerstwo wzywa do zachowania ostrożności"… O, znakomity pomysł… „Dzień z życia strażników Harry'ego Pottera: wzruszające czuwanie nad Młodzieńcem, który Przeżył" … Błyskotliwe… „Ministerstwo przyjęło…" – pobladł nagle. – Niech to diabli.
Hermiona zajrzała mu przez ramię i zobaczyła ruchomą fotografię Knota, w całej swej ponurej i ministerialnej chwale.
MINISTERSTWO PRZYJĘŁO AKT O KONTROLI RÓŻDŻEK
Colin Creevey, redaktor „Proroka"
Ministerstwo podjęło zdecydowany krok w walce przeciw mrocznej ofensywie osobników używających czarnej magii i terroryzujących przyzwoitych czarodziejów, wydając akt upoważniający Departament Informacji do śledzenia wszystkich zaklęć rzucanych w Wielkiej Brytanii.
– Nasze działania utrudniało to, że nie mogliśmy śledzić zaklęć, po prostu dlatego, że śmierciożercy sprytnie unikali używania Niewybaczalnych – oznajmił minister Knot. – Teraz nasi aurorzy będą mieli większe możliwości w łapaniu tych groźnych przestępców.
Departament Informacji będzie od jutra prowadził rejestr zaklęć rzucanych za pomocą wszystkich różdżek – stanie się to bezcennym zasobem w przypadku, gdy konieczne będzie zawężenie listy podejrzanych o zbrodnie przeciwko magicznej społeczności.
– Dzięki niebiosom – powiedziała Doris Crockford z Basingstoke, której dziecko zostało ranne w zamachu w ubiegłym tygodniu (patrz DRAMAT CZAROWNICY DOMOWEJ: ŚMIERCIOŻERCY O MAŁO NIE ZABILI MI SYNA, str. 1). – Mogę spokojnie spać spokojnie w nocy, bo wiem, że nad moim bezpieczeństwem czuwa Ministerstwo."
– No cóż – powiedziała Hermiona – wiedzieliśmy, że dojdzie do czegoś takiego.
– Jeśli chcą to rzeczywiście wprowadzić, muszą być pewni, że większość czarodziejów się emu nie sprzeciwi – powiedział z irytacją Snape. – Kto wie, co jeszcze robią z naszymi… — przerwał i skrzywił się — z pani różdżką bez naszej wiedzy.
Hermiona zapatrzyła się na chwilę w przestrzeń, a potem uśmiechnęła się do niego powoli, porozumiewawczo.
– Jak wobec tego miło ze strony Ministerstwa, że zapewniło mi środki do zrobienia innej różdżki.
Hermiona nie miała dostępu do piór Feniksa, jako że Fawkes znikł w ogromnej kuli ognia w chwili, gdy Dumbledore wydał ostatnie tchnienie. Nie zamierzała podejmować się z oczywistych względów zdobycia włókna ze smoczego serca. Straciła też możliwość dotykania jednorożca na siódmym roku. Można więc było tylko pomarzyć o najlepszych różdżkowych rdzeniach. Kiedy pan Ollivander wybrał odpowiednią gałązkę z wierzby rosnącej za domem nr 27 na Delphian Way i zabrał się do pracy w kuchni, podała mu kilka grubych rudych włosów.
– Wątpię, czy część Weasleya w czymś pani pomoże – powiedział kąśliwie Snape. Uznał, że Hermiona musi darzyć na tyle mocnym uczuciem jednego z bliźniaków, by sądzić, iż samo uczucie pomoże ukierunkować jej magię.
– Prawdopodobnie nie, ale te włosy należały do mojego Krzywołapa, który był półkugucharem. Kiedy umarł, schowałam kilka jego włosów w medalionie.
Theo, który przyglądał się wszystkiemu z zainteresowaniem, udając, że czyta A więc chcesz być czarodziejem, prychnął nagle.
– Czy chce się pan czymś z nami podzielić, panie Nott? – powiedział Snape, podnosząc brew. – Nie? To dobrze.
– Każde magiczne stworzenie może dać użyteczny rdzeń – powiedział pan Ollivander, oceniając każdy z włosów. – Używam ciągle tych samych, ponieważ uznałem, że są najbardziej niezawodne. Kuguchar prawdopodobnie doda zaklęciom dużo energii, ale nie zapewni dużej kontroli, więc nie ryzykowałbym teleportacji z tą różdżką, panno Granger.
Przygryzła wargę.
– To mi utrudni życie. Może mogłabym nosić moją zwykłą różdżkę i używać jej właśnie do tego.
– Nie, wykluczone – rzekł stanowczo Snape. – Zostawi pani tę skażoną rzecz w szafie, dopóki przestanie być narzędziem Ministerstwa.
– Tak, tak, stała czujność! Dobrze. Gmach Ministerstwa jest dziesięć minut stąd. Będę tam po prostu chodzić, a dalej podróżować siecią Fiuu.
– Proszę o ciszę – powiedział stanowczo pan Ollivander. – Operacja będzie delikatniejsza niż zwykle. Panno Granger, proszę stanąć naprzeciw mnie.
Wziął świeżo zaostrzony scyzoryk, zrobił małe nacięcie w gałązce, wcisnął do niej peseta trzy włosy i zakrył drugą ręką nacięcie. Przez kilka minut nic się nie działo. Nagle gałązka wyskoczyła mu z ręki i pofrunęła nad stołem, trafiając Hermionę w brzuch.
– Nie ma śladu po nacięciu – wykrzyknęła, kiedy odzyskała oddech i przyjrzała się różdżce z bliska. – Czy to była magia bezróżdżkowa?
– Nie do końca. Drewno chce się samo uleczyć; ja tylko mu pomogłem. Machnijże nią… No, zuch dziewczyna.
– Lumos – powiedziała i różdżka wydała oślepiające światło, które po chwili zbladło do rozsądnego poziomu. – Hmmm … Już widzę, co miał pan na myśli. Wingardium Leviosa!
Pusty talerz na stole wystrzelił do góry i o mało nie uderzył w sufit – na szczęście zdążyła nad nim zapanować.
– Proszę nigdy tego nie kierować w moją stroną – powiedział sardonicznie Snape.
– Oj. A może postaram się o pióro hipogryfa – zapytała Hermiona Ollivandera – Albo, ee, o kał bahanek?
– Przy nietypowym rdzeniu dobrze mieć jakiś związek ze stworzeniem. Obawiam się, że nie dam rady zrobić ci lepszej różdżki.
– Nie szkodzi, panno Granger – powiedział później Snape, gdy planowali jej szpiegowski grafik na następny dzień. – Nie potrzebuje pani magii do zbierania informacji. Ta różdżka będzie służyć tylko w sytuacjach awaryjnych i wtedy na pewno okaże się znakomitą bronią. Nie czułbym się spokojnie, wysyłając tam panią bez możliwości obrony.
Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się nikogo pocieszać. Nigdy nawet o tym nie pomyślał. Na jego słowa jej twarz przybrała taki wyraz, że zdał sobie sprawę — z nieprzyjemnym drgnięciem w piersi — że mógłby robić to częściej, jeśli dzięki temu patrzyłaby na niego właśnie w ten sposób.
– Dobranoc – powiedział i wyszedł pośpiesznie z pokoju.
Uwagi tłumaczki
Dziękuję wszystkim za przesympatyczne komentarze! Ciepło od nich na sercu i uśmiech na gębie się utrwala.
Kolejny rozdział będzie gotowy prawdopodobnie dopiero w kwietniu, choć nie wykluczam cudów oraz znużenia pracą i ucieczki od niej na Delphian Way lub na Pokątną.
