Rozdział 16, czyli działalność wywiadowcza

Następnego dnia o ósmej Hermiona była już poza domem z torbą pełną świeżutkich eliksirów. W uszach miała niewidzialne słuchawki, a w rękawie skryła szaloną różdżkę z rdzeniem z włosów kuguchara. Niezmiennie obecne londyńskie chmury rozeszły się i w rześkim powietrzu miło się jej szło do Ministerstwa.

W Ministerstwie stanęła w kolejce do sieci Fiuu i wreszcie dostała się do Dziurawego Kotła, ciesząc się, że na fiolki z eliksirami nałożony został czas przeciw rozbiciu.

- O, panna Granger! Chce pani coś przegryźć? – zapytał właściciel, obdarzając ją bezzębnym uśmiechem.

- Przykro mi, już zjadłam śniadanie, ale wstąpię kiedy indziej na obiad – obiecała. – Co tam słychać, Tom?

- Nie było u mnie ataku, to już coś – wzruszył ramionami. – Jeśli mam być szczery, trochę przywaliła mnie robota papierkowa.

- Papiery, których wymaga Departament Informacji? Naprawdę, to niedorzeczne.

- Och, w zasadzie to nic takiego — w końcu jeśli na samego Harry'ego Pottera napadli śmierciożercy, nic dziwnego, że Ministerstwo musi podjąć drastyczne kroki. – Twarz mu się rozjaśniła. – I w ten sposób jestem częścią walki ze złem. Obawiam się, że jestem trochę z stary, żeby robić coś bardziej aktywnego. Zapraszam, panno Granger – proszę nas odwiedzać. Tylko proszę nie kupować nic kłopotliwego!

To, z jaką łatwością wszyscy przyjmowali ześlizgiwanie się ustroju do tyranii, było naprawdę niepokojące, rozmyślała Hermiona, gdy szła pobrzękując fiolkami do Sluga i Jiggersa, ale w końcu świat magiczny nigdy do końca nie rozumiał do tej pory, na czym polega demokracja.

Sam powitał ją z entuzjazmem, wniebowzięty, że przyniosła mu już jedną trzecią jego dużego zamówienia.
- Wszyscy sobie wydzierają Eliksir Słodkiego Snu. Takie mamy czasy, że trudno zasnąć… Więc może zrób jeszcze więcej, niż chciałem – powiedział i wręczył jej sakiewkę z galeonami.

- Musi zamawiać takie nudne eliksiry? – zgrzytnął Snape. W tle słychać było odgłosy siekania. Wyraźnie nie siedział bezczynnie, słuchając jednocześnie Hermiony. – Mógłby to zrobić cholerny czwartoklasista.

- Jasne, Sam – powiedziała Hermiona i dodała przekornie – umiałam warzyć ten eliksir już na trzecim roku, więc to żaden problem.

Naprawdę, to było niesamowite, jak wielką irytacją mistrz eliksirów potrafił przepełnić głuchą ciszę.

Właśnie wtedy zadźwięczał dzwonek u drzwi i do środka weszła aurorka z listą zakupów w ręce. Przywitała się wesoło z właścicielem, nie podnosząc głowy znad pergaminu. Kiedy wreszcie rozejrzała się po sklepie i ujrzała Hermionę, aż wytrzeszczyła oczy. Podeszła do niej szybko, wyraźnie zdenerwowana.

- Hej, ty tam, w ubraniu mugolskim. Jak się nazywasz?

- Hermiona Granger – powiedziała właścicielka nazwiska. Poczuła się bardzo niepewnie w swoich dżinsach i swetrze.

- Proszę pokazać różdżkę!

- Eee… - wymamrotała Hermiona. Serce mocno jej zabiło. Czy aurorka chciała tylko dowodu, że jest czarownicą, czy potrafiła jakoś wyczuwać nielegalne różdżki? Czy ich podstęp zostanie wykryty zaledwie 20 minut po wejściu do gry?

- Proszę oczywiście powiedzieć, że jej pani nie ma – syknął Snape.

Hermiona posłuchała, nieco ubarwiając odpowiedź.

- Zostawiła… zostawiła ją pani w domu? – spytała aurorka, mierząc ją podejrzliwym wzrokiem. - Cóż. Dziwna z pani czarownica. Proszę na siebie uważać. Do widzenia.

- Hermiona, nie powinnaś chodzić tak bez różdżki. Jest niebezpiecznie, naprawdę – powiedział Sam, przeczesując sobie palcami rzednące włosy.

- Kiedy widzę tych wszystkich aurorów, od razu czuję się bezpieczniej niż kiedykolwiek – odparła wesoło Hermiona.

- Panno Granger, proszę przestać, bo inaczej zaczną się zastanawiać, czemu uszy się pani śmieją – powiedział sarkastycznie Snape.

Uśmiechając się od ucha do ucha, udała się do następnego miejsca na swojej trasie do Madam Malkin. Właścicielka butiku była jeszcze lepszą plotkarką.

W sklepie nie było innych klientów, więc właścicielka była w całości do jej dyspozycji. Hermiona najpierw wybrała długi, zielono-srebrny szal — wszyscy lubią rozmawiać, ale zapewne więcej uzyska, jeśli coś kupi. Jej głos rozsądku nie okazał wielkiego entuzjazmu wobec tego pomysłu – powiedziała więc rozsądkowi, by się odwalił.

- Ach, moja droga- westchnęła pani Malkin, wkładając zakup Hermiony do pudełka – cóż to się dzieje wokół nas? Właśnie musiałam przygotować szaty dla dwunastu nowych aurorów, ponieważ wszędzie musimy mieć tych dzielnych ludzi, by powstrzymali śmierciożerców. Naprawdę sądziłam, że już z tymi nonsensami skończyliśmy, kiedy Harry Potter zatriumfował nad Sama-Wiesz-Kim. Nigdy nie sądziłam, że się przeorganizują i zemszczą – na nim i na nas.

Zatrzymała się, by nabrać oddechu i Hermiona wykorzystała okazję, by rozmowę skierować na interesujące ją tory.

- Słyszałam, że dzieją się jakieś podejrzane rzeczy — ludzie, którzy znikają i inne takie sprawy.

- Tak – potwierdziła pani Malkin scenicznym szeptem, który był niewiele cichszy od jej normalnego głosu. – Tak jak dawniej, kiedy Sama-Wiesz-Kto jeszcze żył. Nikt nie wie, co się stało z Essexem Stebbingsem — pewnego dnia sekretarka działu dostaw eliksirów weszła do jego biura, a jego po prostu już nie było. Miła dziewczyna, ta sekretarka- dodała, już normalnym tonem. – Trochę starsza niż pani, jak mi się zdaje — panna Stimpson. Mugolaczka, oczywiście. Tak wielu was teraz jest, prawie nas stąd wypieracie!

Wyraźnie sądziła, że udał jej się dobry żart. Hermiona zdołała wykrzywić wargi na kształt uśmiechu.

- W każdym razie panna Stimpson powiedziała mi, że Mandy Brocklehurst dostała awans na jego stanowisko, była wcześniej zastępcą. Mam wrażenie, że jest w twoim wieku, moja droga, również mugolaczka. Taka śliczna dziewczyna, tak mi przykro ze względu na jej nogę — ale cały dział wciąż ma nadzieję, że biedny pan Stebbings się jednak znajdzie.

- Nie mogę sobie wyobrazić, z jakiego powodu ktoś miałby go porwać – powiedziała Hermiona, na wypadek gdyby jej informatorka mogła podać jej taki powód.

- Cóż, śmierciożercom niepotrzebny jest powód, prawda, moja droga? Walczył dla nas w wojnie, to wystarczy. Och! A słyszała pani o młodym panu Goyle'u? W ubiegłym tygodniu przestał przychodzić do pracy w Gringotcie – był jednym ze sprzątaczy. I nikt nic nie wie. Umieram z ciekawości, ale to wszystko, co wiem, co za szkoda.

Hermiona zamrugała oczyma. W słuchawkach dobiegło ją „hmmm" Snape'a.

- Nie słyszała pani nic o Justinie Finch-Fletchleyu? - spytała panią Malkin.

- Ależ… nie, przypomniała mi pani właśnie. – Właścicielka sklepu otwarła szeroko oczy. - Och, czy on też znikł? Ciekawe, co się mogło stać! No, no, no. Poczekamy trochę i zobaczymy, czego też się o tym dowiem.

- Od pewnego czasu nie widziałam też Erniego Pranga – powiedziała Hermiona, opierając się łokciami na kontuarze i przybierając konspiracyjną minę.

- Och, on tylko przeszedł na emeryturę, nim się proszę nie martwić. Słyszałam, że wyjechał na dłuższe wakacje w jakieś miłe miejsce – na pewno na to zasłużył, woził nas w końcu wszystkich przez nie wiem ile lat. Znałam go całkiem dobrze, kiedy byliśmy młodzi, oczywiście, ale to historia na kiedy indziej. Nie, nie, świetnie się czuje — zapewniam panią, wiedzielibyśmy, gdyby było inaczej. Wie pani, to wuj ministra Knota.

- Bingo – szepnął jej do ucha Snape.

- Aha – rzekła Hermiona, z rozpaczą próbując nadać swojemu głosowi odpowiednio zainteresowane brzmienie. – A czy oni są ze sobą — ee — blisko związani?

- Tak, chodzili na obiad raz w tygodniu, kiedy Ernie był jeszcze tutaj. Ernie jest praktycznie ojcem dla ministra, jego rodzice zmarli. Och, przepraszam panią, moja droga, mam innego klienta. Zapraszam ponownie!

Snape mruknął coś, co mogło być tylko przekleństwem. Hermiona wzięła pudełko i odwróciła się. Przed nią na podnóżek wchodził właśnie Colin Creevey z grymasem niezadowolenia na twarzy.

- Podarłem sobie szaty i pomyślałem, że jeśli sam to spróbuję zaczarować, na pewno zostanie ślad – powiedział z irytacją do pani Malkin. – Podarłem ją oczywiście w terenie. „Prorok" wymaga teraz ode mnie, bym pisał, a nie tylko robił zdjęcia. Czasemtrudno połączyć jedno z drugim. O, cześć, Hermiona!

Hermiona była z siebie bardzo dumna – jakimś cudem powstrzymała się od obrzucenia go wyzwiskami.

Wstąpiła jeszcze po gazetę (ŚMIERCIOŻERCY ZAUWAŻENI W CLEETHORPE!) i powędrowała do Gringotta. Kilku innych aurorów obrzuciło ją po drodze podejrzliwym spojrzeniem, ale teraz wiedziała, dlaczego. Zanotowała w pamięci, by jednak ubrać następnym razem szaty, choć były istotnie tak niewygodne, jak zawsze się wydawały. W ciągu roku szkolnego wszyscy ci, którzy nosili swetry i spodnie, znajdowali się w Hogwarcie i wśród czarownic i czarodziejów w powłóczystych tkaninach Hermiona za bardzo się wyróżniała.

Gobliny, nieufne i nieskore do pomocy – jak zwykle, powiedziały jej, żeby nie wsadzała nosa w nieswoje sprawy, kiedy zapytała o Goyle'a. Wymieniła więc zaskakująco dużą sumkę galeonów na funty — których dostała niemal pięć razy więcej, z czego Snape z pewnością się miał ucieszyć — i przeskoczyła z banku siecią Fiuu do Świętego Munga.

- Naprawdę nienawidzę tego sposobu podróżowania – mruknęła do siebie, kiedy przestało się jej robić niedobrze.

- Ależ może pani używać miotły - podsunął sarkastycznie Snape. Wiedział dobrze od pani Hooch, że latanie było jedną z tych nielicznych rzeczy, w których Hermiona była naprawdę, naprawdę zła. – Proszę się pośpieszyć, jest pani spóźniona.

Poszła znów na czwarte piętro, ale tym razem skręciła w lewo do głównego biura Oddziału Urazów Pozaklęciowych. Uzdrowiciele w zielonych szatach i rezydenci w bieli mijali ją w korytarzu; przyglądała się im uważnie, ale nie dostrzegła wśród nich Tyzyfony Basil, obdarzającej bliźnich promiennymi uśmiechami i podejrzanymi eliksirami. Zadrżała mimowolnie; jak ktoś mógł wydawać się tak dobry i dopuszczać się jednocześnie czegoś tak strasznego?

W biurze znalazła uzdrowicielkę o matczynym wyglądzie, przeglądającą karty pacjentów. Na tabliczce na biurku widniało nazwisko „Strout".

- Przepraszam, że przeszkadzam – powiedziała Hermiona – ale szukam Justina Finch-Fletchleya.

- Nie szkodzi – odparła uśmiechając się uzdrowicielka – ja za to muszę panipowiedzieć, że Justin już tu nie pracuje. Szkoda, był moim najlepszym stażystą.

- A mogłaby mi pani powiedzieć, gdzie mogę go teraz znaleźć?

- Hmm, to było trochę dziwne — wrócił z obiadu, mówiąc, że musi natychmiast wziąć urlop i że nie wie, kiedy wróci. Od tego czasu nie dał o sobie znać.

- Nie wydawał się przypadkiem — ee — zdenerwowany?

Uzdrowicielka zawahała się, marszcząc okrągłą twarz.

- A wie pani, tak, wyglądał na zdenerwowanego, jak się nad tym zastanowić. Och, ten kochany chłopak… Chyba nie wpadł w żadne tarapaty?

- Nie wiem – powiedziała Hermiona, ale oczywiście wiedziała. Informacja od uzdrowicielki tylko ją utwierdziła w tym przekonaniu.

Śmierciożercy, jeśli rzeczywiście w ogóle się jeszcze kręcili po magicznym świecie, z pewnością nie porwali Justina. Został zawleczony do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów jak pozostali eksowie i prawdopodobnie wypuszczony przed przesłuchaniem w Wizengamocie na tyle długo, by zdołał załatwić sobie świadka obrony, co miało nadać sprawie pozory sprawiedliwości sądowej.

Snape'a jako jedynego wtrącono do Azkabanu z oczywistych przyczyn. Całej reszcie dano przynajmniej kilka godzin wolności między oskarżeniem i wydaniem wyroku skazującego ich na banicję. Większość z oskarżonych skontaktowała się z rodziną i nie kłopotała się zawiadamianiem szefów w pracy. Nie wiedzieli przecież, co ich niebawem spotka i mieli oczywiście nadzieję, że utrzymają całą sprawę w tajemnicy, by nie zaszkodziło to ich źródłu utrzymania. Ale o ile wiedziała, Justin nie miał rodziny. Jego ojciec był sporo starszy od matki i zmarł, kiedy Justin był jeszcze dzieckiem, a jego matka — jego matka była najprawdziwszą ofiarą śmierciożerców.

Co do Gregory'ego Goyle'a, to była zupełnie inna sprawa: był synem śmierciożercy i najprawdopodobniej sam był śmierciożercą, choć nikt nigdy tego nie udowodnił. („Nie rozwinąłem jeszcze umiejętności widzenia przez maski", powiedział chłodno Snape, kiedy członkowie Zakonu pytali, czemu nie może podać im nazwisk wszystkich zwolenników Voldemorta). Jeśli śmierciożercy rzeczywiście powrócił, tłumaczyło to zniknięcie Goyle'a — ale jeśli nie, prawdopodobnie również został skazany na banicję.
Zdecydowanie bardziej jednak niepokoiła się o Justina.

- Panno Granger – przerwał jej rozmyślania Snape – miała pani pójść do Oddziału Urazów po to, by się dowiedzieć czegoś o rutynie podejrzanej uzdrowicielki. Finch-Fletchley musi sobie radzić sam.

- Bardzo pani miła, dziękuję. Jeszcze tylko jedno pytanie – powiedziała Hermiona pracownicy Świętego Munga, która wróciła do swojej papierkowej pracy, gdy jej gość zagapił się na dłuższą chwilę w ścianę szeroko otwartymi oczyma. – Harry Potter to mój przyjaciel — kobieta przytaknęła ze współczuciem — i miałam nadzieję, że uda mi się porozmawiać z jego uzdrowicielem.

- Cóż, to akurat, obawiam się, będzie trudno załatwić. Uzdrowicielka Basil jest bardzo zajęta. Przychodzi bladym świtem, wychodzi w niektóre dni dopiero o ósmej wieczorem i nie robi sobie przerw ani na chwilę. Jej pokój jest dwoje drzwi dalej, choć rzadko w nim ją widuję. Ale proszę się nie martwić, zawsze przychodzi sprawdzić stan pana Pottera. Jest w dobrych rękach.

- Tak – powiedziała cicho Hermiona. – Nie wątpię.

Trzy minuty później przygotowała się psychicznie na niemiłą podróż i siecią Fiuu wróciła do Ministerstwa. Jej następnym przystankiem był Dział Eliksirów, byłe królestwo Essexa Stebbingsa.

W dziale badań i rozwoju spędziła dwa i pół roku, dzięki czemu znała Mandy Brocklehurst z Ravenclaw na tyle dobrze, by wiedzieć o … zawodowych znojach jej chłopaka, chociaż w zasadzie każdy, kto miał regularnie do czynienia z Mandy należał do tego klubu osób dobrze poinformowanych. Hermiona uznała, że jeśli Mandy ma jakieś informacje, z pewnością z rozkoszą się nimi podzieli.

Ale nic z tego nie wyszło.

- Och, Hermiona, tak mi przykro - powiedziała Mandy, gdy po obowiązkowej wymianie okrzyków, jak to dobrze się znów widzieć, Hermiona przystąpiła do zadawania pytań. – Jedyne co wiem, to to, że pracował do późna wieczorem, zanim… z-zniknął — przełknęła nerwowo i z trudem powstrzymała szloch — ale zawsze przecież tak robił. I jest całkiem możliwe, że przyszedł do pracy wcześnie rano następnego dnia, jeśli nic mu się nie stało tej nocy. Zawsze przychodził co najmniej godzinę przed nami.

Mandy umilkła. Przygryzła wargę, a potem dodała:

- Niedobrze mi się robi, kiedy o tym myślę, wiesz? Cieszę się, że zatrudnili więcej aurorów.

Hermiona miała już serdecznie dość wysłuchiwania takich opinii, ale zdołała zachować spokój. Można być albo szpiegiem, albo walczącym o różne prawa aktywistą, ale nie jednym i drugim na raz.


Uwaga autorki: 1. Ostatnie zdanie jest hołdem dla P.G. Wodehouse'a, który w jednym ze swoich klasycznych opowiadań o Jeevesie i Woosterze przypomniał, że: „Nie można być dobrym dyktatorem i projektantem damskiej bielizny. Można być jednym albo drugim. Ale nie jednym i drugim na raz." [przekład własny tłumaczki]