Rozdział 17, czyli eliksiry i narady

- No cóż – powiedział wieczorem Snape, wyciągnąwszy długie nogi na otomanie w salonie; wpatrywał się w swój notatnik.– Dowiedzieliśmy się paru intrygujących rzeczy.

Pochylając się nad oparciem otomany, na tyle blisko, by móc stwierdzić, że używał wody kolońskiej, którą mu dała, Hermiona zauważyła, że uzupełnił listę napisaną gotyckimi czarnymi literami o czerwone notatki. Nabazgrał „PDC" przy Weasleyach, Ollivanderze i Amelii Bones, obok Thea i Erniego Pranga napisał „Knot", przy Lovegoodzie i własnym nazwisku dodał „likw. dost. do info.", a przy Mundungusie i Essexie wylądowały znaki zapytania.

- Eee… PDC? - spytała.

- Przeszkody do celu. Nie sądzę, by którekolwiek z nich miało jakieś użyteczne informacje o spisku i nie zdawało sobie z tego sprawy do tej pory; nie zostali wygnani za to, co wiedzieli. Lovegooda o mało nie przypisałem do tej samej kategorii. Jego banicja prawdopodobnie była banicją zapobiegawczą, która miała uniemożliwić mu natrafienie na pewne informacje i przekazanie ich opinii publicznej.

- Poza panem nikt raczej nie ma wartościowych informacji. Rozmawiałam po południu z panem Prangiem i upierał się, że „jego Kornelek" na pewno jest bez winy. Mówił, że miał z Knotem bardzo dobre stosunki. Na paru ostatnich kolacjach, które razem jedli, siostrzeniec wydał mu się znużony, a parę odwołał, ale podobno tak samo to wyglądało przed poprzednimi wyborami. Knot musi jednak wiedzieć o jego banicji. W przeciwnym razie kazałby aurorom zbadać „sprawę zaginionego wujka".

- Może wierzy, że Prang wjechał Błędnym Rycerzem w grupę mugoli. A może Prang naprawdę to zrobił.

- Zauważyłam rzeczywiście, że często zdarza mu się wejść w ścianę – westchnęła Hermiona.

Snape przesunął długim palcem po ustach, rozmyślając nad tą zagadką. Może to on powinien porozmawiać z pozostałymi eksami? Miał trening w przesłuchaniach, dzięki czemu lepiej się do tego nadawał. Mógłby wykryć rzeczy, których nie dostrzegła — zakładając, że współlokatorzy nie stracą zmysłów z przerażenia w rozmowie z nim. Szkoda, że bezróżdżkowa Legilimencja nie wchodziła w jego przypadku w grę.

Hermiona przerwała mu rozmyślania:

- Przyszła mi do głowy pewna myśl o Mundungusie… Jest, hm, bardzo zaradnym człowiekiem…

- Interesująca definicja jego osoby.

- Tak, no cóż, jeśli pan pamięta, zawsze robił podejrzane interesy dotyczące kociołków albo szat, albo mioteł. A co by było, gdyby nadal krążył po magicznym świecie? Na co byłby teraz oczywiście popyt?

Snape aż otworzył szerzej oczy (choć tylko odrobinę). Odwrócił głowę i spojrzał na nią lekko się krzywiąc.

- Różdżki. Oczywiście. Jest pani wyjątkowo irytująca, kiedy pomyśli pani o czymś, co mnie nie przyszło do głowy. Gregorowicz nie sprzedaje pośrednikom, ale inni wschodnioeuropejscy twórcy różdżek prawdopodobnie mogliby się dać na to namówić. A w takim razie Ministerstwo miałoby do czynienia z niewiadomą liczbą różdżek wymykających się spod ich kontroli.

Rudzielec siedzący przed komputerem stłumił bez powodzenia chichot.

- George Weasley, jesteś najbardziej niedojrzałą osobą spośród wszystkich, które znam – powiedziała Hermiona uśmiechając się mimo woli.

- A jednak jakoś załapałaś humor sytuacji - odparł.

Fred, który oglądał z Essexem telewizję, odwrócił gwałtownie głowę i spiorunował Hermionę spojrzeniem. – Odszczekaj to, co powiedziałaś o moim bracie! Jestem co najmniej dwa razy niedojrzalszy od niego.

- Mój pokój? – zasugerował cierpko Snape, który już zdążył się przyzwyczaić, że tylko tam może zaznać spokoju.

- Uważaj, Hermiona – wrzasnął za nimi radośnie Fred – nie trać z oczu jego różdżki!

Snape, który niczego tak nie pragnął w tej chwili, jak tego, by mieć w ręce MAGICZNĄ różdżkę i rzucić urok na tego idiotę, zaryzykował i spojrzał na adresatkę żartu. Mruczała pod nosem:

- Nie wolno rzucać Niewybaczalnych, nie wolno rzucać Niewybaczalnych…

- To naprawdę szlachetne z pani strony – powiedział z półuśmiechem. – Dzięki Ollivanderowi nikt by takiego zaklęcia z panią nie powiązał.

Po godzinie bezprzedmiotowej burzy mózgów wrócili do warzenia eliksirów. To zajęcie było przynajmniej produktywne, a medytacyjne właściwości siekania i mieszania prostych eliksirów odpowiadały im obojgu (choć żadne się do tego nie przyznawało). Hermiona nie wspomniała o tym Snape'owi, pamiętając jego lekceważący stosunek wobec wszystkiego, co „cholerny czwartoklasista" mógłby zrobić, a on nie zamierzał zdradzić się przed nią z tym, że trochę z tą pogardą przesadzał.

- Siekamy równocześnie – zauważyła w pewnej chwili.

- Mam zwyczaj opuszczać nóż w rytmie, w jakim bije moje serce - powiedział obojętnym tonem.

Zaśmiała się, a jej śmiech zabrzmiał niżej niż zwykle – gardło ochrypło jej po dniu spędzonym na mówieniu.

- Ja też.

Snape skrzywił się, próbując znaleźć w sobie na tyle silnej woli, by się jej pozbyć. Nie chciał wiedzieć, że mają cokolwiek ze sobą wspólnego. Nie chciał myśleć o tej kobiecie — dziewczynie, o tej dziewczynie— jako o czymś innym niż zło konieczne, znoszone do czasu wykrycia nowego Czarnego Pana. A z pewnością nie życzył sobie wizji ich serc bijących jak jedno.

- Profesorze - powiedziała i zawahała się. – Mogę panu zadać jedno pytanie? Och, oczywiście poza tym, które już zadałam.

- Nie widzę powodu, by opóźniać rzeczy nieuniknione.

- Jak pan to zrobił? Jak mógł pan szpiegować Voldemorta przez tego wszystkie lata, wiedząc, że jeden fałszywy krok oznacza zagładę?

Było to ostatnie pytanie, jakiego się od niej spodziewał i nie miał na nie gotowej odpowiedzi. Nikomu wcześniej nie przyszło do głowy, by o to pytać. Dumbledore nie musiał — cholerny człowiek i tak zawsze wszystko wiedział — a któż poza nim by się tym w ogóle przejmował?

- Widzi pan, właśnie spędziłam półtora dnia na szpiegowaniu. Jak do tej pory były to rzeczy zdecydowanie nie zagrażające mojemu życiu – mówiła – a i tak już prawie nie wytrzymałam. Był ten okropny moment u Malfoya, spotkanie z aurorką… Za każdym razem czułam się… no, kręciło mi się w głowie. Zapewne od adrenaliny. Chodzi mi o to, że ja naprawdę umiem szybko improwizować; na litość, przecież przekonałam Umbridge, żeby wzięła mnie i Harry'ego do Zakazanego Lasu. Ale teraz, kiedy los brytyjskiego świata magicznego zależy od mojej umiejętności zdobycia informacji w sposób nie budzący podejrzeń….

Umilkła. Snape spojrzał na nią – przestała również kroić składniki.

- To wielka presja, to wszystko – wyszeptała. – Wydaje mi się, że nie mamy dużo czasu.

- Na pani ramiona spadło…. niewygodne zadanie. Nie mogę zaofiarować pani pociechy…

- Jasne – parsknęła.

Zacisnął usta, by powstrzymać się od uśmiechu i ciągnął dalej.

- Ale myślę, że pomocne jest przećwiczenie najgorszych scenariuszy, by nie dręczyły pani nieznane lęki. W pani przypadku największym niebezpieczeństwem jest banicja i nawet ja muszę przyznać, że jest to lepsze niż śmierć.

- Ale magiczny świat...

- Nie może pani myśleć o losach świata. To nie pani wina, że to się dzieje. Pani nie przyczyniła się do tego w niczym.

- Musi pan przestać się obwiniać – powiedziała cicho Hermiona, mając pewność, że nie rozmawiają już o tym, co dzieje się tu i teraz.

- Chciała pani wiedzieć, jak mogłem być szpiegiem: jak mógłbym nim nie być? Nie ma nic, co by motywowało tak mocno, jak nieubłagana świadomość, że popełniło się straszliwy błąd — idiotyczny.

- Dlaczego się pan do nich… — dotarło do niej, o co pyta i przerwała.

- Dołączył? - zaśmiał się. Był to nieprzyjemny śmiech. – Bo przepełniała mnie niezdrowa ciekawość – łaknąłem wiedzy o zaklęciach, których w Hogwarcie nie uczono. Bo chciałem władzy. Bo nienawidziłem świata i wszystkich ludzi. Dopiero kiedy zacząłem zabijać, zdałem sobie sprawę, że jednak mi to nie odpowiada – proszę sobie wyobrazić, nieudolny śmierciożerca! — i że w dodatku przykułem się łańcuchem do szaleńca.

- Prawdopodobnie nie wygralibyśmy, gdyby nie zrobił pan tego błędu. Może to było — uch, nie znoszę tego wyrażenia — zrządzenie losu.

- Bardzo możliwe - mruknął. – Los uwielbia mnie dręczyć.

Być może właśnie na potwierdzenie tego, co powiedział — nie przychodził mu do głowy żaden inny powód — Hermiona nagle objęła go w pasie i przytuliła głowę do jego piersi. Zesztywniał i spróbował ją odepchnąć.

- Proszę przestać – rozkazała głosem przytłumionym przez jego sweter. – Potrzebuje pan, by ktoś pana przytulił. W ogóle to JA potrzebuję, by ktoś mnie przytulił.

Jej głowa mieściła się akurat pod jego podbródkiem. Włosy pachniały jej morelami. Biło od niej ciepło i miękkość.

- Ma pani z pewnością poplamione ręce - rzekł, nadając swojemu głosowi (tak, by mu nie zadrżał) jadowity ton.

Poczuł, jak parska śmiechem. A potem puściła go – rozbawiona i wcale nie urażona.

- Jestem pewna, że ten czarny strój to wytrzyma. A zresztą trzeba już dodać moje korzonki. Dobranoc.

Wyszła, wciąż boso i zamknęła za sobą drzwi. Nie mógł złapać oddechu. Dlaczego nie mógł złapać oddechu? Wrzucił niedbale korzonki do bulgocącego eliksiru pieprzowego. Patrzył niecierpliwie na wywar, dopóki nie nabrał bladoróżowego koloru, a potem zakręcił palnik maszynki gazowej pod kociołkiem.

Naprawdę nie mógł się doczekać skutków ubocznych sesji magii bezróżdżkowej. Nie ma to jak mdłości, by rozjaśnić myśli.

Poprzedniego wieczoru udało mu się wyczarować kilka małych przedmiotów, ale teraz potrzebował czegoś naprawdę trudnego, by się rzeczywiście skupić tylko na tym. Usiadł na łóżku, zamknął oczy i wyobraził sobie siebie po drugiej stronie pokoju. Każdą komórką ciała CHCIAŁ tam się znaleźć. Skóra zaczęła go swędzieć — ogarnęło go dziwne uczucie ciągnięcia — straszliwy ułamek sekundy poczucia, że utknął w miejscu — Apparate! - syknął — a potem nie czuł już nic, poza znajomymi mi już mdłościami. Otwarł ostrożnie oczy i zdał sobie sprawę, że nadal siedzi na łóżku.
Kolejna próba przyniosła ten sam wynik, ale tym razem poczuł się bardzo źle i wiedział, że to koniec na ten dzień.

Oparł się o poduszki, sfrustrowany. To nie mogło być całkowicie niemożliwe. Teleportował się w ten sposób jako dziecko, zupełnie przypadkiem, kiedy próbował dostać się przez drzwi, zamknięte i obłożone zaklęciami blokującymi, do matki, której krzyki usłyszał. Widocznie łatwiej było się teleportować, kiedy nie zamierzało się tego zrobić.

Cóż, pomyślał z westchnieniem, przynajmniej przestałem myśleć o pannie Granger.

Cholera.