Rozdział osiemnasty, czyli deklaracja

Następnego dnia wieczorem, po dniu, który przyniósł niewiele postępów na froncie wywiadowczym, Snape zgodził się – wbrew swojemu zdrowemu rozsądkowi – by znów okopali się w jego pokoju. Ubrał się w surdut, by się zdystansować – uzbroić – i włożyłby również szaty, gdyby nie sądził, że sprowokuje to uszczypliwe pytania.

Hermiona zwinęła się w kłębek w zbyt dużym fotelu i przywłaszczyła sobie jego notatnik, dopisując u dołu listy czytelnym charakterem pisma „Justin Finch-Fletchley" i „Gregory Goyle".

– Próbowałam wysłać sowę do Goyle'a dziś rano, żeby sprawdzić pewną teorię – rzekła – i nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Sowa tak jakby przymrużyła oczy patrząc na mnie, a potem poderwała się do lotu i zrobiła w powietrzu kilka kółek. Potem wróciła na miejsce. Mogłabym przysiąc, że wzruszyła skrzydłami.

Snape nie miał wielkiej ochoty na wyciągnięcie się w łóżku, ale nie miał wyboru, chyba że chciał stać – przymknął więc oczy i spróbował się skupić. Od samego początku schemat banicji nie był zbyt logiczny, a ostatni eksowie zepsuli nawet pozory tej logiczności. Finch-Fletchley był mugolakiem. Goyle, choć czarodziej czystej krwi, był sympatykiem Voldemorta, a może nawet otwartym jego zwolennikiem, przez co pasował do reszty jak kwiatek do kożucha. Co ich łączyło? W czym przeszkadzali?

Tyle pytań pozostawało bez wyjaśnienia – przynajmniej na razie. Wrócił do jednego, na które można było znaleźć satysfakcjonującą odpowiedź.

– Jak Malfoy dowiadywał się o banicjach?

– Nadal ma znajomych w Ministerstwie, nie stracił ich nawet wtedy, kiedy Knot się od niego zdystansował. Sekretarka Wizengamotu przekazywała mu informacje… Aale ma wolne w co drugi piątek. Jest możliwe, że przez to przeoczył więcej czarodziei, nie tylko Justina i Goyle'a. Wątpię, by rejestrowano w archiwach tajne banicje.

Hermiona zmarszczyła brwi.

– Jak pan sądzi, dlaczego niemal wszystkie wygnania odbyły się w tajemnicy, ale banicje pana i Weasleyów zostały tak bardzo nagłośnione?

– Arthur Weasley, bohater wojenny, nie może tak po prostu zniknąć. Ludzie będą go szukać i oburzą się, jeśli odkryją prawdę, co z pewnością zrobią – wystarczy, że zapytają jego żonę. Najpierw trzeba mu zniszczyć dobrą reputację. I chociaż ja sam nie jestem lubiany, byłem jednak dyrektorem Hogwartu. Mam więc nadzieję, że ktoś zauważyłby, gdybym nie pojawił się w pracy. Inni po prostu nie byli bardzo znani, a paru miało bardzo niewielu bliskich krewnych lub w ogóle ich nie miało.

– A kiedy ludzie już to zauważą, spisują to na zniknięcia związane ze śmierciożercami – Hermiona wypuściła sfrustrowane westchnienie. – Ciekawe, czy ta intryga nie jest przypadkiem realizowana od lat – czy ktoś w Ministerstwie nie przygotowywał się właśnie do tego. Ordery Merlina niższej klasy, które dano panu, a także panu Weasleyowi, obniżają wartość waszych wojennych dokonań.

Zamilkła na chwilę, przygryzając dolną wargę.

– Dlaczego nie przyjmiemy, że to Knot? Robimy z tego wielką tajemnicę, ale przecież to on jest oczywistym kandydatem.

Snape skrzywił się. Nie miał ku temu dobrego powodu, raczej tylko przeczucie – i nie chciał się do tego przed nią przyznać. Knot był z Gryffindoru. Gryfoni nie byli subtelni. Ten nowy Mroczny Pan BYŁ subtelny. A zatem Knot nie mógł być nowym Mrocznym Panem. Rzucił z ukosa spojrzenie na Gryfonkę w fotelu obok i postanowił nie wyjaśniać swojego toku dedukcji.

– Coś wydaje się być… nie tak – rzekł.

– A co jeśli Knot jest pod wpływem Imperiusa?

– Uważaliśmy tak przez pewien czas podczas wojny. Okazało się, że to nieprawda, jak zapewne pani pamięta.

– Myślę – powiedziała powoli Hermiona – że powinnam porozmawiać z tym jednym Weasleyem, który może to wiedzieć.

***

Percy miał własny gabinet, większy niż można by się spodziewać, który urządził w gustownym i zapewne drogim stylu. Hermiona siedziała w nim kilka minut sama i czekając, aż Percy wróci ze spotkania, przyglądała się obrazom na ścianach, lśniącemu drewnianemu biurku oraz – och, świetnie – pismom i notatkom na tymże biurku.

Do: Eckharta Scrimgeoura, Departament Informacji
Od: Percivala Weasleya, Kancelaria Ministra
W sprawie: Nowe obowiązki

W nawiązaniu do wcześniejszych ustnych uwag Ministra informuję, że jako nowy dyrektor nowego departamentu może pan absolutnie przekazywać mniej ważne zadania podwładnym…

– Cześć, Hermiona – powiedział Percy.

Hermiona aż podskoczyła.

– O! Cześć – powiedziała, łapiąc nerwowo oddech i odwracając się szybko. – Właśnie podziwiałam twoje biurko. Chciałabym mieć choć w połowie tak ładne. Można się w nim przejrzeć.

– Uznałem, że czarodziej na moim stanowisku powinien zdecydowanie takie mieć – odparł z zadowoleniem.

– Nieznośny dureń – mruknął Snape.

– Tak — właśnie — dlatego przyszłam do ciebie – rzekła Hermiona. – To znaczy ze względu na twoje stanowisko. Niepokoję się o ministra Knota… To niebezpieczne czasy, sam wiesz.

– Nie martw się – machnął ręką Percy. – Minister jest w pełni bezpieczny przed śmierciożercami. Wiesz, ma ochronę podczas uroczystości publicznych. Duży, mocarny facet. Nazywa się chyba Sloper.

– Jack Sloper? Ten, który przez kilka lat grał jako pałkarz u Gryfonów?

– Właśnie. Więc nie ma się czym martwić.

– Tyle że… hm… A zwracałeś ostatnio uwagę na oczy ministra?

– Na co?

– Na jego oczy. A jak go słuchasz, nie wydaje ci się, że mówi jakby inaczej? A może zauważyłeś, że zmienił mu się sposób chodzenia?

– Czyżbyś insynuowała, że ktoś przejął kontrolę nad ministrem Knotem? – Głos Percy'ego nabrał lodowatych tonów.

– Bardzo trudno obronić się przed Imperio.

– Myślę, że byłbym w stanie stwierdzić, czy mój przełożony jest… – przerwał, wyraźnie zakłopotany. Po chwili zaczął znów mówić: – To znaczy nigdy nie zrobię już tego błędu i jako że mam teraz ramy odniesienia, mogę oświadczyć bez cienia wątpliwości, że Minister nie znajduje się pod wpływem Imperiusa.

– Jak często masz okazję spędzić z nim trochę więcej czasu, Percy?

– Jak często? Jak często?!

Nastała krótka, niezręczna cisza. Hermiona uniosła brew i odkryła, że działa to w jej przypadku równie dobrze, jak w przypadku nauczycieli, o których wolała dłużej nie myśleć.

– Raz w tygodniu – przyznał sztywno Percy. – Ale to wystarczy, żeby stwierdzić jego stan! A teraz, jeśli byłabyś tak miła, mam mnóstwo pracy.

– Bezcelowe marnowanie czasu wywiadowczego – parsknął Snape, kiedy zamknęła za sobą drzwi gabinetu.

– Nie sądzę – szepnęła Hermiona, zasłaniając sobie dłonią usta (udawała, że ziewa). – Kim jest Eckhart Scrimgeour?

Jeśli zaskoczyło go to pozorne non sequitur, nie okazał tego po sobie.

– Irytujący pseudoczarodziej chowu wsobnego – i nic poza tym. Lubuje się w zadawaniu pytań. Jest Aurorem. Sprawiał Zakonowi wiele kłopotów, kiedy Ministerstwo nadal chowało swoją zbiorową głowę w piasku w sprawie Voldemorta.

– No, a teraz to on jest głową Departamentu Informacji.

– Oczywiście, jakżeby inaczej – rzekł ponuro Snape.

Zmierzając do atrium, Hermiona skręciła za róg korytarza i o mało nie wpadła na Deana Thomasa.

– Oho! – powiedział. – Tym razem mi się nie wymkniesz. Jest właśnie — spojrzał na zegarek — 11.45. Zdaje mi się, że obiecałaś mi wspólny obiad, kiedy następnym razem będziesz w mieście, że się ta wyrażę?…

– Zdaje mi się, że tak – uśmiechnęła się.

– Co mówiłem o bezcelowym marnowaniu? – mruknął Snape.

– Niedaleko jest fajna mugolska kafejka – powiedział Dean, podając jej ramię w parodii staroświeckiej galanterii. – Czy zechce pani mi towarzyszyć?

***

Jak zwykle był bardzo zabawny. Pobudził ją do śmiechu, sprawił, że rozluźnił się jej ściśnięty z nerwów żołądek, że zapomniała na kilka minut o swojej roli – nowego szpiega dla Jasnej Strony. Nawet sam Snape zrozumiał chyba, że potrzebowała od tego odpocząć, ponieważ nie czynił jej już więcej do ucha sarkastycznych uwag.

Jedli makaron i chrupiący chleb. Hermiona ukradkiem odsunęła od ust mikrofon, by nie zawadzał — a Dean opowiadał jej o wszystkich mało ważnych, ale ciekawych plotkach, których słuchało się jej cudownie bezstresowo. Roger Davies wreszcie zaręczył się z Cho Chang. Mandy Brocklehurst, która znów miała nowego chłopaka, testowała kolejny eliksir na swoją chromą nogę i wierzyła mimo wszystko, że wreszcie będzie mogła chodzić samodzielnie, bez laski – po raz pierwszy od czterech lat. Katie Bell przeniosła się z ławki rezerwowych w Armatach z Chudley na pozycję ścigającego, przez co dostawała teraz jakieś dziesięć razy więcej listów od fanów.

Wiedziała, że powinna wyciągnąć od niego jakieś użyteczne informacje, ale nie była w stanie świadomie popsuć tej iluzji rzeczywistości, w której wszystko było w zupełnym porządku. Dopiła wino i poklepała Deana po dłoni.

– Tak się cieszę, że mnie na to namówiłeś.

– Zamierzam namówić cię również na inne rzeczy – powiedział, poważniejąc nagle.

Wyciągnął rękę nad stolikiem i dotknął palcami jej policzka. Hermiona zdążyła poczuć ulgę, że nie trafił na jej słuchawki, a potem miała jeszcze całe dwie sekundy na zastanawianie się, o co mu chodzi – zanim pochylił się nad pustymi talerzami i pocałował ją.

Było to zaledwie muśnięcie warg, zapowiedź, obietnica. Mimo to w duszy aż podskoczyła. A więc naprawdę mówił poważnie, kiedy prawił jej te wszystkie żartobliwe komplementy, od kiedy zaczęli razem pracować w dziale badań i rozwoju. Nigdy nie traktowała ich poważnie – nigdy nawet przez głowę jej nie przemknęło, by pomyśleć o nim w romantycznym kontekście, nigdy nie wzbudził u niej szybszego bicia serca. Gdy wyprostował się i spojrzał na nią tymi orzechowymi, figlarnymi oczyma urwisa, po raz pierwszy poważnie się nad nim zastanowiła.

Był inteligentny. Robił dobrze eliksiry. Był uważnym przyjacielem. No i uroda niczego sobie. Po prawdzie czuła się szczęśliwsza, kiedy był przy niej.

W ogóle nie ma o czym mówić, podpowiedział jej głos rozsądku. To mi się podoba. Snape niech spada.

Snape.

Teraz to jej nierozważne serce faktycznie zadrżało.

– Ej, Hermiona? – powiedział Dean. – Ja tu umieram…

– Przepraszam – potrzeba mi było chwili na pozbieranie się po zmianie paradygmatu.

Roześmiał się – chłopięcym, radosnym śmiechem. Gdybyż znała zaklęcie na przenoszenie niewłaściwych uczuć z chmurnych, skłonnych do irytacji mistrzów eliksirów na odpowiednich, sympatycznych mężczyzn w swoim wieku...

– Naprawdę cię lubię, Dean – odezwała się.

– O-o – powiedział. Z jego twarzy znikły wszystkie ślady wesołości.

– Ee, tak.

– Znalazłaś sobie kogoś? Mugola? Wiedziałem, że powinienem był ci powiedzieć, zanim się przeniosłaś…

– Nie, nikogo nie znalazłam – odparła. W tej właśnie chwili przypomniała sobie wreszcie, że Snape słucha ich rozmowy i spłonęła rumieńcem. W żadnym razie nie miała ochoty dawać mu powodów do przypuszczeń, że coś do niego czuje. Ostatnio zachowywał się przy niej bardzo drażliwie. Zapewne wykrzywiłby się do niej i nazwał ją głupią dziewuchą. Dlaczego, DLACZEGO nie mogła zakochać się w Deanie…

– Chodzi o to, że jesteśmy kolegami z pracy – nie, teraz jest jeszcze gorzej: jesteś moim szefem, a przynajmniej będziesz, kiedy wrócę do pracy – ciągnęła. – Nie mogę cię wyjąć z tej szuflady. Mój umysł już cię w niej umieścił. I naprawdę tak będzie najlepiej. Pomyśl tylko, jakie by to było okropne, gdybyśmy po szeregu drobnych kłótni pokłócili się na amen, a potem musieli nadal codziennie pracować razem przy niebezpiecznych eliksirach.

– Nigdy wcześniej się nie kłóciliśmy – rzekł Dean. W jego wielkich orzechowych oczach nadal malowała się nadzieja.

– Bo jesteśmy przyjaciółmi – powiedziała łagodnie. – Tak jest prościej.

– Może masz rację – rzekł, choć widziała wyraźnie, że tłumi głębokie rozczarowanie. Udało mu się lekko uśmiechnąć. – Nadal zamierzam flirtować z tobą bez umiaru, Hermiono Granger.

– Trzymam cię za słowo – odparła.

***

Tego wieczoru znów przygotowywała składniki ze Snape'em. Zaczynała żywić przekonanie, że jest to całkowicie poza jej kontrolą – kiedy skończyli omawiać to, czego się dowiedzieli (niewiele) i to, co jeszcze musieli odkryć (ilość informacji dość przygnębiającą), naprawdę powinna była sobie pójść.

Nie powiedział o dziwo ani słowa o tej godzinie, którą spędziła z Deanem, chociaż naprawdę nastawiła się na zalew sarkastycznych komentarzy. Kątem oka widziała, że kroi pijawki jak gdyby nigdy nic. Jego bliskość podnosiła jej włoski na rękach – na dowód tego, jak magnetycznie oddziaływał na nią ten człowiek, który na innych sprawiał zwykle wrażenie odpychające. Częste rozmyślania o nim – i rozmyślania, czemu o nim rozmyślała – doprowadziły ją do wniosku, że taki rozwój wypadków był prawdopodobnie nie do uniknięcia. Czyż nie miała w szkole czegoś w rodzaju obsesji na punkcie Snape'a, rozpaczliwie łaknąc jego aprobaty? Czyż nie uwielbiała od zawsze ciekawych zagadek – a on przecież był prawdziwą, fascynującą enigmą z krwi i kości? Zastanawiała się, czy można tę sytuację skatalogować w folderze o nazwie „zagrożenie ciekawością". A przecież ostrzegał ją przed tym.

Rzuciła na niego kolejne szybkie spojrzenie. Ten sam chłodny dystans. Westchnęła cicho. Analizowanie uczuć do niego było, jak on by to ujął, bezcelowym marnowaniem czasu, zawsze i wszędzie, ale szczególnie wówczas, gdy nie interesowało go nic poza krojeniem wysysających krew bezkręgowców na równe plasterki.

Tymczasem Snape sam rozmyślał właśnie o Hermionie — a raczej o tym, co powiedziała do tego nieszczęsnego chłopca podczas obiadu. Pomyśl tylko, jakie by to było okropne, gdybyśmy po szeregu drobnych kłótni pokłócili się na amen, a potem musieli nadal codziennie pracować razem... Równie dobrze mogłaby zwracać się do niego, Snape'a, chociaż wiedział, że nie poświęciła mu przecież ani jednej myśli, kiedy ktoś inny oświadczał niemal wprost, że kocha ją na śmierć i życie.

Nie na tym jednak polegał najważniejszy problem. Mógł do woli nazywać ich współpracę „partnerstwem biznesowym", ale kluczowe w tej sprawie było to, że w praktyce to ona zajmowała pozycję jego pracodawcy, a on nienawidził wszelkich relacji, w których był stroną posiadającą mniej władzy. Większość swego życia przeżył wszak pod czyjąś kontrolą.

Ojciec. Nienawidzący go koledzy w szkole. Nauczyciele. Voldemort. Zrobił później wyjątek dla Dumbledore'a — mimo tego, jak dyrektor straszliwie zawiódł go, kiedy był jeszcze uczniem Hogwartu, — ponieważ niemal niemożliwe było gardzić człowiekiem, który wysłuchuje z powagą, jakich to okropieństw się dopuściłeś, a potem obejmuje cię i przytula, zamiast wrzucić do Azkabanu.

A teraz proszę, jest tutaj, całkowicie zależny od tej dziewczyny o niesfornych włosach, stojącej po drugiej stronie stołu i jeśli nie może już jej nienawidzić, to za żadne skarby nie będzie przecież na tyle głupi, by —

Na samą myśl o tym całe jego jestestwo rzuciło się do panicznej ucieczki.