Wyskoczył ze strzemion i wycelował hak prosto w odsłoniętą łopatkę odmieńca.
Potężne szarpnięcie wyrwało go z siodła i rzuciło w stronę tytana z taką prędkością, że ledwie zdołał wyciągnąć miecz, aby rozciąć nim jego kark. Przez chwilę bał się, że nie zdąży zadać mu kolejnego ciosu, ale Badria szybko rozproszył jego wątpliwości dobijając potwora.
Z rany buchnęła para, a spomiędzy zębów tytana wydobył się głośny syk wypuszczanego ze świstem powietrza.
Erwin opadł na ziemię i nie zwlekając ani chwili pobiegł w stronę Alana. Odel dotarł do niego zaraz po Zoe, której udało się przyprowadzić ich konie.
- Pomóż mu wejść na siodło – polecił Smith. Co chwilę zerkał w stronę pozostałych tytanów, którzy widocznie nie mieli tak podzielnej uwagi jak ich martwy kolega.
- Smith, on jest zupełnie nieprzytomny – Odel jęknął żałośnie, ale nie poddał się od razu. Z pomocą Zoe wrzucił Ricketta na swojego konia, a potem szybko usiadł zaraz za nim.
Tąpnięcie ziemi uświadomiło im, że ich czas się kończył. Odmieńcy skończyli się pożywiać, a tytani, których unieruchomili wcześniej w pełni się już zregenerowali.
Erwin bez słowa wskoczył na konia i pędem pokonał odległość, która dzieliła go od upragnionego schronienia. Gdy tylko pierwsze drzewo znalazło się w zasięgu jego haka, wystrzelił go, tym razem w pełni przygotowany na szarpnięcie, które poprzednio niemal pozbawiło go tchu. Kątem oka sprawdził czy Odel nie potrzebuje jego pomocy, ale szybko uświadomił sobie, że nic nie jest w stanie dla niego zrobić.
Nic poza jak najszybszym odstawieniem Alana do szpitala.
Badria ulokował się z nim na szerokiej gałęzi i rozpaczliwie próbował zahamować krwotok z jego nosa. Rickett najprawdopodobniej miał wstrząs mózgu i łzy, które wylewał nad nim Odel na niewiele mu się zdadzą.
Klnąc pod nosem Erwin wspiął się wyżej, aby móc ocenić jakie ponieśli straty oraz z iloma tytanami przyjdzie się im zmierzyć.
Naliczył w sumie szesnastu zabitych, nie licząc Leda Wilbroma.
Dziewięciu tytanów, w tym jeszcze dwóch odmieńców, a na horyzoncie zamajaczyły mu kolejne rozchwiane postaci.
Powinni zaczekać, aż przybiegną wszyscy tytani z okolicy i wybić ich w lesie czy zaatakować teraz, póki nie byli jeszcze przytłoczeni ich liczbą? Miał właśnie zawołać Zoe i poprosić ją o radę, gdy czyjaś dłoń zasłoniła mu usta. Poczuł przy szyi zimne ostrze noża.
- Ani się waż choćby pisnąć – pełen groźby szept musnął jego ucho, sprawiając, że włosy na karku stanęły mu dęba.
